now@ on-line  październik  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Igor Torbakov:
 
Marian Kałuski:
 
Stanisław Krajski:
 
Tomasz J. Kaźmierski:

Krzysztof Ligęza:

 
Romuald Bury:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Grzegorz Pustkowiak:
 
Gary Schneider:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Ryan Mauro:
 
David M. Dastych:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Mirosław Owczarz:
 
Józef Darski:
 
Marek Czachor:
 
Iwo C. Pogonowski:
 
Marian Kałuski:
 
prawym okiem:
 
Krzysztof M. Raczyński:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Jacek Bartyzel:
 
John Blain:
 

 

Romuald Bury

BĘDZIE KACZOR, ALE KTÓRY?

Wybory prezydenckie zakończą tegoroczną wydłużoną kampanię wyborczą. W dniu 9 października Polacy pójdą (?) wybierać prezydenta III lub IV Rzeczypospolitej. Jeden z nich, Donald Tusk, to kandydat Platformy Obywatelskiej. Drugi, Lech Kaczyński, został wysunięty przez Prawo i Sprawiedliwość. Czego dziś chcą Polacy - prawa i sprawiedliwości, czy też kontynuacji dotychczasowej, dziesięcioletniej już prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego? Z dotychczasowych sondaży wynika, że bój o prezydenturę wygra Tusk, ale dojdzie do drugiej tury i wówczas nastąpi ostateczne rozstrzygnięcie. A wówczas wynik nie jest pewny, bowiem różnice między kandydatami nie są duże. Można mieć zatem pewność, że wygra któryś "kaczor" - (Lech) Kaczyński lub Donald (Tusk), ale nie wiadomo, który. Od tego jednak, kto stanie na czele państwa, zależy dalsza wizja Polski, różnice zaś są między nimi bardzo duże.

Człowiek z doświadczeniem

Jeśli weźmiemy pod uwagę dotychczasowe doświadczenia kandydatów, to Lech Kaczyński powinien zdecydowanie prowadzić. Był on już szefem Najwyższej Izby Kontroli, ministrem sprawiedliwości, obecnie jest prezydentem stolicy. Na żadnym z tych stanowisk nie skompromitował się, przeciwnie, ich pełnienie przyczyniło się do jego obecnej popularności. Najważniejsze jest jednak to, że znajdował się na ogół poza układem, rządzącym Polską od 1989 roku. W dodatku - jest konsekwentnym zwolennikiem dekomunizacji i lustracji. Na stanowisku prezydenta Warszawy przyczynił się do rozbicia rządzącego stolicą dziwacznego na pierwszy rzut oka, ale mającego głęboki sens sojuszu SLD i PO. Sojusz ten, zwany "układem warszawskim", wysysał stolicę jak pijawka, rozdając intratne, bardzo lukratywne kontrakty inwestycyjne, w których przepłacano często przedsięwzięcia. W dodatku dochodziło do tak dziwacznych inwestycji, jak np. budowa "mostu wzdłuż Wisły", czyli niefunkcjonalnego, ale bardzo drogiego tunelu pod Wisłostradą. Za wszystko płacili zaś warszawscy podatnicy.
Lech Kaczyński ten układ rozbił i przyczynił się do zamieszania na szczytach władzy w PO. Partia Donalda Tuska musiała wysłać na długi "urlop" swego prominentnego działacza Pawła Piskorskiego, który był prezydentem Warszawy przed Kaczyńskim. Piskorskiemu krzywda się nie stała, albowiem zesłanie do Parlamentu Europejskiego pozwala mu na przeczekanie "złych czasów". W Brukseli może on spokojnie czekać, aż afery warszawskie przyschną, ludzie zapomną o jego olbrzymim majątku, którego dorobił się rzekomo na... handlu znaczkami itp. i będzie mógł znowu wrócić do krajowej polityki. Miejmy nadzieję, że Lech Kaczyński doprowadzi tę sprawę do końca.

Kaczyński to nie "disco polo"


Obecny prezydent Warszawy nie jest idealnym kandydatem. Ma trudny charakter, potrafi potraktować namolnego dyskutanta osławionym: "spieprzaj dziadu!", jest odgrodzony od ludzi barierą nieufności, z wielkim trudem przychodzi mu pokonanie dystansu. Jest politykiem kuluarowym i w jego wykonaniu nawet nie można sobie wyobrazić "polityki disco polo", jaką uprawia Aleksander Kwaśniewski.


Jego największym błędem politycznym jest niewątpliwie ustąpienie pod wpływem środowisk żydowskich z przeprowadzenia pełnej ekshumacji w Jedwabnem. Był wówczas ministrem sprawiedliwości i od niego zależało jednoznaczne wyjaśnienie sprawy, która dziś w świecie jest koronnym argumentem oskarżania Polski i Polaków o współudział w holokauście. Z drugiej zaś strony, potrafił zainicjować sprawę postawienia roszczeń niemieckich wobec Polski na odpowiednim poziomie, wyliczając dokładnie, jakie straty wojenne z tytułu wojny i okupacji poniosła Warszawa.
Jego krytycy sugerują, że jako prezydent będzie wszczynał "wojny na górze", wprowadzając wątek ciągłych zmian i walk, przez co w kraju nie będzie spokoju. On zaś odpowiada, ze ludzie uczciwi nie mają się czego bać. To budzi nadzieję, że postkomuniści, odgrywający ponadproporcjonalną rolę w życiu politycznym i gospodarczym, będą mieli sporo kłopotów.


Animator "aferałów"


Donald Tusk nie ma żadnych formalnych doświadczeń, które ułatwiałyby mu przyszłe rządzenie krajem. Cały czas w cieniu, kryty w gabinetowej i zakulisowej polityce, został wykreowany przez przychylne mu media niemal w ostatniej chwili. Brak owych doświadczeń jest też dla niego pewnym atutem - skoro nie wchodził do kolejnych rządów, które współtworzył, to nie może za nie odpowiadać. Ale przecież odpowiada. Jako jeden z głównych polityków Kongresu Liberalno-Demokratycznego (który w 1990 roku rządził Polską), a następnie Unii Wolności, brał udział i ponosi pełną polityczną i moralną odpowiedzialność za całe zło, jakie kolejne rządy tych ugrupowań nam uczyniły. Przede wszystkim była to "złodziejska prywatyzacja".
Jeden z jego partyjnych kolegów ich wspólną filozofię wyłożył wprost: "Pierwszy milion w Polsce należy ukraść". Na tym jednak się nie skończyło, bo przez kilkanaście lat został rozkradziony ogromny majątek, który należał do państwa, a dziś stanowi podstawę prywatnych fortun. W ich wydaniu miały to być rządy liberałów, które opinia publiczna natychmiast przerobiła na "rządy aferałów", co oddaje istotę sprawy. Wystarczy zresztą wziąć pod uwagę informacje mediów z ostatnich dni, aby się zorientować, z kim mamy do czynienia.

Dobre towarzystwo?


Oto Centralne Biuro Śledcze zatrzymało właśnie Andrzeja Długosza, prezesa Rady Nadzorczej Polskiego Radia. Należał on do założycieli KLD, rodzimej partii Donalda Tuska, wraz z nim znalazł się w Unii Wolności, obecnie jest "znanym lobbystą", jak go przedstawia prasa.
Z okręgu rzeszowskiego kandydował do Senatu Zbigniew Kośla, formalnie niezależny, choć obecnie powiązany z Samoobroną. Ma on już w kartotece kilka wyroków sądowych, w tym za usiłowanie gwałtu. Był już posłem na Sejm (w I kadencji) z ramienia KLD, pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Rolnictwa, niedużo brakowało, a zostałby wiceministrem przemysłu z ramienia tego ugrupowania. Ciekawe towarzystwo...
Posłem z PO w obecnej kadencji został Andrzej Sośnierz. Jego proces o niegospodarność trwa, został oskarżony o niegospodarność (strata ok. 2,8 mln zł). Immunitet go nie obejmuje, albowiem proces rozpoczął się jeszcze przed wyborami. Jeśli zostanie skazany, to po prostu pójdzie siedzieć, jak Andrzej Pęczak z SLD. Chwały to Tuskowi i jego otoczeniu nie przyniesie, wiedział on bowiem, z kim ma do czynienia, konstruując listę kandydatów partyjnych do Sejmu.
Szczególnie istotne jest namaszczenie Tuska przez Kwaśniewskiego, który w końcówce swego panowania odrzucił wszelkie pozory i jawnie poparł jednego z kandydatów, wskazując go jako swego kontynuatora. Tusk nawet się przed tym nie bronił, bo wiedział, że ma to wpływ na przyciągnięcie części głosów żelaznego elektoratu SLD, osieroconego ostatnio przez Włodzimierza Cimoszewicza. Walka więc trwa i choć formalnie jest w miarę poprawna (kandydaci nie poszli na brutalne wyniszczanie się), to przecież widać, że spór nie jest wyłącznie personalny i ambicjonalny. To walka o wizję Polski na następne lata.

** ** **
Urząd Prezydenta w Polsce nie jest takim stanowiskiem, jak na przykład w USA, gdzie panuje prezydencki system rządów. U nas jest on przywódcą państwowym o niewielkich w sumie uprawnieniach, faktyczną władzę sprawuje bowiem rząd z premierem na czele. Wiemy już, że przyszły rząd będzie tworzony przez PiS, któremu przewodzi drugi z braci bliźniaków, czyli Jarosław Kaczyński. Nie ma nic złego w tym, że demokratyczna władza, pochodząca z powszechnych wyborów, znalazła się w rękach tak bliskich sobie ludzi. Może to właśnie przyczyni się do nadania nowego impulsu zmianom na najwyższych szczeblach władzy i rozbije skostniałe układy? Byłby to jakiś kapitał na przyszłość, gdy do głosu w Polsce zacznie dochodzić nowe pokolenie, które nie jest tak obciążone układami nie tylko towarzyskimi.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl