now@ on-line  wrzesień  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Ryan Mauro:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Henryk Łupiński:
 
Adam Wielomski:

Romuald Bury:

 
Jerzy Przystawa:
 
Jeffrey R.Nyquist :
 
Marcin Małek:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Romuald Lazarowicz:
 
Jerzy Przystawa:
 
Wojciech Błasiak:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Marian Kałuski:
 
Phyllis Schlafly:
 
Witold Filipowicz:
 
Stanisław Bulza:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Maciej Giertych:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 

 

Marian Kałuski

Krytycznie o Polonii australijskiej

Ryzykowne, a często bardzo niebezpieczne jest pisanie o ludziach żyjących, szczególnie prezesach i tzw. działaczach społecznych. Dotyczy to nie tylko Polaków. Bowiem lubimy być chwaleni, a krytyki nie tyle boimym się co diabeł święconej wody co wręcz nie znosimy – nie tolerujemy i odrzucamy ją, chociażby była całkowicie uzasadniona i wypływała z dobrych chęci. Taki jest człowiek, a tym samym i Polacy. Starczy popatrzeć jak się zachowują politycy całego świata, którzy zawsze wysoko oceniają swoją działalność i nigdy, ale to nigdy nie przyznają się do jakichkolwiek pomyłek. Starczy także zaglądnąć do roczników np. wychodzącego w Melbourne „Tygodnika Polskiego”, aby przekonać się o słuszności tego co tu napisałem. Np. Roman Tarasin z Newcastele zaszczuty przez naszych liderów 11 grudnia 1972 popełnił samobójstwo („T.P.” 10.2.1973).


Jedynym spośród znanych Polaków w Australii, który nie miał i nie ma wrogów jest historyk Polonii australijskiej Lech Paszkowski, autor prac o Polakach w Australii i Pawle Edmundzie Strzeleckim. Nie tylko, że nie miał i nie ma on wrogów, ale jest wręcz hołubiony. I nie tyle dlatego, że jest autorem historii Polaków w Australii, ale dlatego, że jego książka „Polacy w Australii i Oceanii” kończy się na roku... 1940. Pisał więc wyłącznie o nieboszczykach, którzy, nawet jeśli by mieli do niego jakieś pretensje, to i tak nie są w stanie okazać swego gniewu.
A jednak trzeba pisać prawdę. Szczególnie jeśli chodzi o dobro ogółu, a konkretnie o dobro Polonii australijskiej, o której chcę powiedzieć – całkowicie uzasadnionych - kilka gorzkich słów.
Krytyk działaczy polonijnych sprzed 30 laty, znany działacz społeczny i dziennikarz mgr Jerzy Malcharek z Hobart w swym artykule „Krytyczna ocena dorobku 25 lat”, zamieszczonym w ukazującym się w Melbourne „Tygodniku Polskim” z 16 lutego 1974 roku napisał: „Zdaję sobie sprawę z gromów, jakie posypią się na moją głowę, ale u schyłku mego żywota wolno mi pisać co myślę i czuję”. Mnie daleko do starości. Po prostu mam odwagę walczyć ze złem i o prawdę i wiem, że to nie ja muszę się bać naszych bonzów, ale oni mnie. Nikt nie ma bowiem dłuższego bata na nich i Radę Naczelną jak właśnie ja. I to splecionego z wypowiedzi, które zostały wydrukowane w prasie polskiej w Australii na przestrzeni ostatnich ponad 50 lat. Try me – jak to mówi się w języki angielskim – co jest wyzwaniem do przekonania się o tym, co mówię. W mojej postawie wspiera mnie to, że Australia jest państwem prawa, a to co się działo i dziele w wielu polskich organizacjach było lub jest sprzeczne z australijskim prawem!
Powstała w zasadzie po II wojnie światowej Polonia australijska należy do liczniejszych na świecie. Według ostatniego spisu powszechnego z 2001 roku na 20 milionów mieszkańców Australii ok. 150 000 jej mieszkańców określiło się jako Polacy lub osoby polskiego pochodzenia. Były trzy fale emigracji polskiej do Australii: w latach 1947-52 przybyło tu 50 000 Polaków, w latach 1959-68 ok. 15 000 i po 1981 roku (głównie emigracja solidarnościowa) ponad 20 000 Polaków.
To prawda, że dorobek Polonii australijskiej, a szczególnie wielu indywidualnych osób jest znaczny, ale zarazem, w odniesieniu do całej Polonii, jakże mizerny w porównaniu z wpływami i osiągnięciami innych grup etnicznych. I nie mam na myśli większe od polskiej grupy etniczne (np. włoska i grecka) lub równe lub prawie równe polskiej, jak np. niemiecka, holenderska czy żydowska (z wprost niebywałymi osiągnięciami pod każdym względem i ogromnym wpływem na rząd federalny i rządy stanowe), ale dużo, dużo mniejsze, jak np. ukraińską czy litewską, które są świetnie zorganizowane i z większym wpływem w środowisku australijskim niż grupa polska.
Aby zrozumieć o co mi chodzi, sięgnę do statystyki. Otóż produkt narodowy brutto Danii w 2001 roku wyniósł 164 miliardy dolarów amerykańskich, a Polski w tymże samym roku 163 miliardy dolarów. Dania miała jednak wówczas tylko 5,3 mln ludności, a Polska 38 mln ludności. Stąd dochód na jednego mieszkańca Danii wynosił 30 600 dolarów, a w Polsce tylko 4320 dolarów. I właśnie w „dochodzie” danej grupy emigracyjnej na jednego przedstawiciela danej społeczności jesteśmy daleko w tyle chyba od wszystkich innych grup etnicznych. A że pieniądz rządzi światem lub mając pieniądze można wiele zrobić, biedna Polonia australijska jest prawdziwym kopciuszkiem, z którym się nikt nie liczył o nie liczy, szczególnie rząd federalny i rządy stanowe. Szczególnie wiele niechęci i lekceważenia okazuje nam socjalistyczny rząd stanu Wiktoria (stolica Melbourne), na co zapracowali głównie nasi liderzy swym brakiem dyplomacji.
Taka jest prawda.
A co było i jest przyczyną tego?
Do II wojny światowej Polaków w Australii prawie nie było. Natomiast w latach 1947-52 przyjechało tu ok. 50 000 (etnicznych) Polaków. Po odrobieniu 2-letniego rządowego kontraktu na terenie całej Australii, większość Polaków osiedliła się w kilkunastu największych miastach Australii, głównie jednak w Melbourne i Sydney oraz Adelajdzie, Brisbane, Perth, Newcastle, Hobart, Wollongong i Kanberze. Wśród tych Polaków było kilka tysięcy byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Większość stanowili Polacy z obozów DP w Niemczech, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski. Jednak w błędzie jest ten, kto chciałby zaliczyć ich do tzw. emigracji niepodległościowej. Nic podobnego. W większości byli to młodzi ludzie, którzy postanowili budować swe życie na Zachodzie, wierząc, że lepiej ułożą je sobie tam niż w Polsce. Były to zazwyczaj osoby w wieku 16-20 lat, kiedy od 1942 roku wywoziły je Niemcy na przymusowe roboty do Niemiec. A więc osoby, które w chwili wybuchu wojny w 1939 roku miały 13-17 lat. Większość z nich pochodziła z wiosek więc ukończyli lub nie wiejskie szkoły podstawowe i jest faktem (a tę sprawę badałem jak byłem redaktorem „Tygodnika Polskiego” w Melbourne w latach 1974-77), że większość z nich była półanalfabetami. To było głównym powodem niskich nakładów pism polskich w Australii. W szczytowym okresie (lata 60.) ukazujący się w Melbourne „Tygodnik Polski”, a w Sydney tygodnik „Wiadomości Polskie” miały po 3000 nakładu. Dzisiaj jedyne polskie pismo „społeczne” „Tygodnik Polski” ma nakład zaledwie ok. 2250 egzemplarzy, ukazujący się w Sydney tygodnik „Express Wieczorny” ma zapewne nie więcej jak 1000 egzemplarzy nakładu, a miesięcznik „Przegląd Katolicki” ok. 3000 nakładu (media polskie w Australii omówię osobno).
Poza tym duży odsetek tych osób nie był jeszcze odpowiednio wychowany w duchu patriotycznym. Stąd po przyjeździe do Australii większość z nich nie włączyła się do tworzącego się polskiego życia narodowego i nie troszczyła się o to, aby ich dzieci mówiły po polsku – chodziły do polskich szkół sobotnich.
Stąd wszystkie organizacje polskie w Australii w swym szczytowym okresie działalności (lata 70.) liczyły ogółem nie więcej jak 5000 członków. Z tym, że niektóre osoby należały do kilku organizacji. Tak więc mniej niż 10% (a zapewne 6-7%) przybyłych do Australii dorosłych Polaków w latach 1947-52 należało do jakiejś polskiej organizacji, a nie więcej jak 25% chodziło na polskie msze. Dzisiaj tych członków jest dużo mniej. Bowiem stosunkowo mały odsetek Polaków z emigracji solidarnościowej włączył się w nurt polskiego życia narodowo-społecznego. Ci co się włączyli odgrywają coraz większą rolę w życiu Polonii, chociaż „stara gwardia” trzyma się władzy rękoma i nogami, a nawet i zębami. Że niby jest niezastąpiona. Rzucało się to w oczy np. na hucznych walnych zebraniach Stowarzyszenia im. T. Kościuszki w Melbourne w 2003 roku, które jest wydawcą „Tygodnika Polskiego”. To co tam się działo było doprawdy żenujące! Z tym, że wygrała tam „stara gwardia” (dużo młodszego, energicznego i mającego plany na przyszłość inż. Andrzeja Goździckiego z nowej emigracji zastąpiła stara kobieta drepcąca w miejscu) i prezes Rady Naczelnej dr Janusz Rygielski, którego człowiek został redaktorem „Tygodnika Polskiego”, chociaż nie miała on (ona) do tego żadnych kwalifikacji zawodowych (w Polsce stalinowskiej mówiło się: „Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”! Dlatego, aby „Tygodnik Polski” mógł się ukazywać musiano powołać Komitet Redakcyjny). Rada Naczelna reprezentuje najwyżej 5% Polaków w Australii, a z rodzinami najwyżej 10-15%. Nie ma więc prawa – mandatu na występowanie w imieniu wszystkich Polaków w Australii, a jedynie w imieniu tych, którzy do niej należą lub pośrednio popierają.
Przybyłym tu w latach 1947-52 młodym, zdrowym ludziom, mającym dobrze płatną pracę polskość nie była potrzebna. Nie chcieli dać coś z siebie dla polskości i sprawy polskiej. Jednak kiedy się postarzeli, siedzieli sami w domu i potrzebowali pomocy, raptownie przypomnieli sobie, że są Polakami. Powstały liczne polskie kluby seniorów. Tak liczne i duże, że dzisiaj to one zdominowały polskie życie społeczne w Australii. Kiedy 30 lat temu było w Melbourne zaledwie kilka polskich stowarzyszeń terenowych, dzisiaj jest ponad 20 dzielnicowych polskich klubów seniora. A gdyby właśnie 30 lat temu było w Melbourne 20 polskich stowarzszeń terenowych, życie polskie w Melbourne wyglądało by zupełnie inaczej. Bylibyśmy bardziej bogatsi (jako zorganizowana społeczność), liczono by się z nami i mielibyśmy lepsze wpływy nie tylko w środowisku australijskim, ale także i wśród polityków. Jeśli się nie mylę, to sprawujący urząd premiera Australii od 1996 roku John Howard nigdy nie był na żadnej polskiej uroczystości, a np. na żydowskich jest kilka razy do roku. Jak nas politycy australijscy (feredalni i stanowi) nie poważają niech potwierdzi także i to, że podczas gdy innym grupom etnicznym wysyłają życzenia noworoczne, Polacy tego „zaszczytu” nie dostępują. Również to głównie politycy australijscy (np. premier stanu Nowa Południora Walia Bob Carr) chcą zmienić nazwę najwyższego szczytu Australii – Góry Kościuszki.
Tak, kiedyś było bardzo potrzeba zaangażowania się w sprawy polskie dzisiejszych seniorów. Było bardzo potrzeba. Jakże wymowny w tej sprawie jest poniższy tekst mgr Franciszka F. Gumołki pt. „Polacy, czy wam nie wstyd?”, który ukazał się w „Tygodniku Polskim” 24 lutego 1973 roku:
„W najbliższą sobotę, 17 lutego, odbędzie się cykl uroczystości obchodu 500-lecia urodzin genialnego Polaka – Mikołaja Kopernika... Oprócz czasu – organizacja takiej uroczystości kosztuje pieniądze – i to dużo pieniędzy... Niestety, wygląda na to, że cały ten ogromny wysiłek organizacyjny może pójść na marne – z powodu niewiarygodnej wprost apatii Polaków w Melbourne. Apatia ta, odzwierciedlająca się w braku choćby moralnego poparcia, jest objawem, który wywołać musi rumieniec wstydu na twarzy każdego uczciwego Polaka. – Jest nas w Melbourne ponad piętnaście tysięcy, ale do tej pory nie ma dosyć zgłoszeń na Bal, który przecież obok przyjemności dla biorących udział, będzie podstawą finansową na spłacenie dużych kosztów związanych z organizacją uroczystości. – Tymczasem wystarczy tylko sięgnąć pamięcią niedaleko wstecz, by sobie przypomnieć wspaniałe festiwale kulturalne garstki Łotyszów czy Estończyków, których wydatki sięgające ponad $10 000 były całkowicie pokryte z zakupu biletów przez nieliczną kolonię tych narodów. – Organizatorzy uroczystości kopernikowskiej ograniczyli wydatki do minimum i wynoszą one znacznie mniej niż powyższa suma, ale, niestety, wśród kilkunastu tysięcy Polaków nie ma choćby tysiąca, którzy byliby gotowi zademonstrować swoją polskość na poparcie imprezy..., której wspaniałym elementem łączącym Polaków rozproszonych na całym świecie z Polakami w Ojczyźnie jest uroczystość obchodu 500-lecia urodzin Kopernika! – Wstyd! Wstyd i uczucie niesmaku wobec tych, którzy nie czują, że w takich chwilach nie czas na twierdzenie, że „nie chce mi się”.... albo – że „mnie to nie interesuje”. Wstyd i pogarda dla tych, którzy nie potrafią zrozumieć, że są takie chwile w życiu naszym na obczyźnie, w których obowiązkiem każdego z nas jest zademonstrowanie otoczeniu, w którym żyjemy, że jesteśmy Polakami, członkami narodu, którego wielki syn „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię, Polskie wydało Go plemię...”.
W 1974 roku centralny Dom Polski w Melbourne został zamknięty na kilka miesięcy, bo nikt nie chciał być jego administratorem („Dom Polski w Melbourne zamknięty” T.P. 16.2.1974).
Niestety, wszystkie takie teksty spływały z większości „Polaków” jak woda z kaczek.
Dlatego tym bardziej należy się podziękowanie tym wszystkim, którzy pracowali społecznie – robili jak umieli coś dla polskości. To co mamy, to co osiągnęliśmy i zrobiliśmy dobrego to głównie ich zasługa. Ja osobiście tę ich pracę doceniam.
Jednak obok wspaniałych społeczników (np. inż. Kazimierz Nowicki w Melbourne, Piotr Połacik w Hobart czy Feliks Dangel w Maitland) – włącznie z niektórymi prezesami mieliśmy i mamy ludzi w organizacjach, którzy nie tyle chcą służyć sprawie polskiej i polskiej społeczności co sobie samym, którzy dążą jedynie do zaspokojenia swoich chorych ambicji wodzowskich i o tym jak otrzymać najwyższe odznaczenia polskie i australijskie (większość odznaczonych Polaków wcale na te odznaczenia sobie nie zasłużyła!; te odznaczenia to jeden wielki skandal!; zwykli polscy śmiertelnicy widząc obwieszonych medalami działaczy mówili, że pod ich ciężarem szybciej spadną do piekła). Wspomniany wyżej Jerzy Malcharek tak to ujął w artykule pt. „Krytyczna ocena dorobku 25 lat” („Tygodnik Polski” 16.2.1974):
„ ...Niestety, gdy „obrośliśmy w piórka”, rozpoczęły się swary. Jak gdyby bakcyl niezgody opanował rzesze Polaków. Mimo upływu wielu lat, nasza „góra” nie uzgodniła poglądów i nie stworzyliśmy jednej reprezentacji. Rozpoczęły się spory ambicjalne, zapanowała „tytułomania”. Odznaczenia (rządu londyńskiego – m.k.) padały jak manna na pustyni. Nastał okres przypominający opowiadanie Nowakowskiego z Ikaca o konduktorowej wąskotorowej i szerokotorowej. Rozpoczęły się waśnie polityczne... Spory i „wykańczania” odbywają się w imię walki o „wolność”. Wielkokrotnie są używane te same metody walki, które są używane przez naszego wroga – komunizm. Wolność słowa stała się rzeczą problematyczną. Słowo „chrześcijańska pokora” znikło ze słownika. Pokochaliśmy puste slogany...”.
I tak jest po dziś dzień. Jedyne polskie pismo społeczne - „Tygodnik Polski” stał się tubą propagandową Rady Naczelnej Polonii Australijskiej – od niedawna Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej. I tylko stąd dzisiaj prawie zupełnie nie ma w nim żadnej krytyki pod adresem tej najważniejszej polskiej organizacji w Australii (wyjątek list Marka Baterowicza zamieszczony 25.5.2005; ale to napisał Baterowicz, więc tę krytyczną uwagę wydrukowano, chociaż w numerze z 8.6.2005 dano mu zaraz po łapach). Kiedy w latach 80. byłem dziennikarzem polskiego programu radia 2EA w Sydney opracowałem cykl pogadanek o Radzie Naczelnej. Nie podobały się one Prezydium Rady, które domagało się w dyrekcji radia zaprzestania ich nadawania (korespondencja w tej sprawie w moim archiwum)!
Rada Naczelna Polskich Organizacji w Australii, która zawsze skupiała i skupia większość organizacji polskich w Australii, powstała w 1950 roku. Jej pierwszym prezesem był ambasador Alfred Poniński, a po nim przez kilkanaście lat, aż do 1970 roku, gen. Juliusz Kleeberg. Taka naczelna organizacja polska w Australii była i jest potrzebna. Jednak aby mogła działać skutecznie i należycie reprezentować Polaków w Australii potrzebne są na to pieniądze. I to duże pieniądze. Tymczasem faktyczny budżet Rady Naczelnej (bez dotacji rządowych na określone cele), na który składają się głównie wpływy ze składek członkowskich) wynosił i wynosi zaledwie kilka tysięcy dolarów czy trochę więcej. To bardziej niż śmieszna suma! Wiele organizacji członkowskich Rady ma budżet kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy większy. Pamiętam jak na jednym ze zjazdów RN jej skarbnik, śp. Roman Winiarski „na kolanach” błagał delegatów, aby podnieść składkę o marne 50 centów. Wielu delegatów robiło wszystko, aby tej podwyżki nie zatwierdzić, nie rozumiejąc, że bez pieniędzy Rada Naczelna to wielki pic. I takim picem ona była i jest!
Nie mogąc robić dobrej roboty z braku funduszów na to, prezydium Rady Naczelnej zajęło się głównie działalnością polityczną. Stało na straży niepodległościowego charakteru Polonii australijskiej. Za niektórych prezesów przyjmowało to nawet formę „polowania na czarownice”. I gdyby miano to prawo to niejeden Polus został by wówczas spalony na stosie! Bez przesady. Czepiano się nawet mnie – „zawodowego” antykomunistę (ale nie fanatyka!), zarzucając mi że jestem kryptokomunistą. Jednak nie byli i nigdy nie będą w stanie udowodnić mi tego, chociaż PRL upadł i mogą mieć wgląd do archiwów. Grożono mi nawet sądem, aby mnie zastraszyć. Raz skierowano nawet do sądu sprawę o rzekome zniesławienie... i na tym się skończyło, gdyż moja obrona stwierdziła, że nie mieli podstaw prawnych do oskarżenia mnie. Moje archiwum w tej sprawie jest jednym wielkim oskarżeniem Rady Naczelnej. Nie ja jeden byłem i jestem jej ofiarą. Wspomniany wyżej Roman Tarasin był jednym z nich i został przez naszych wodzów doprowadzony do targnięcia się na swoje życie.
Rada Naczelna nie mogąc się specjalnie czym chwalić podszywała się – i to bardzo brutalnie pod czyjeś osiągnięcia i zasługi, tak jak np. chciała przypisać sobie moje zakończone sukcesem starania wydania przez Australia Post znaczka pocztowego z Pawłem Edmundem Strzeleckim (zob. „Poczta Australijska: znaczek ze Strzeleckim” Wirtualna Polonia 21.2.2005).
Co mnie naprawdę irytowało i irytuje to to, że ci ludzie uważają się za chrześcijan i że utrzymują, że działają zgodnie z zasadami etyki chrześcijańskiej, na co wspomniany wyżej Jerzy Malcharek w tymże samym artykule napisał: „Zasady tej etyki poznałem w młodych mych latach. Odmiany jej stosowane obecnie dziwią mnie” („T.P.” 16.2.1974).
Nie żywię żadnego jednak żalu do Rady Naczelnej gdyż tak naprawdę jako wielkie zero nie była w stanie mi zaszkodzić, a poza tym mam świadomość potrzeby jej istnienia i wiem również co zrobiła dobrego. Rada Naczelna jako taka i jej sprawy w ogóle mnie nie interesują, gdyż pojąłem, że to walka z wiatrakami, że samemu głową muru nie przebiję. Chyba, że sprawę wyciągnie się na podwórko australijskie, że pójdzie do australijskiego sądu. Jednak ta decyzja jest w rękach Rady Naczelnej czy innych naszych bonzów. Jeśli chcą prać polską brudną bieliznę w sądach i prasie australijskiej – to proszę bardzo! Dlatego, że to ZERO mimo szczerych chęci tak naprawdę mnie nie skrzywdziło, pisząc o tych sprawach teraz nie kieruję się emocjami i złością czy chęcią „przyłożenia Radzie”. Piszę to jedynie w imię PRAWDY i sprowokowany przez jej członka, który napisał niedawno w prasie internetowej, że społeczeństwo polskie w Australii stoi murem za obecnym prezesem Rady Naczelnej, Januszem Rygielskim, a mnie ma „w dupie” (dosłownie).
Dlatego chcę dociec tego kto kogo ma „w dupie”: czy społeczeństwo Kałuskiego, czy raczej Radę Naczelną.
Ambasador RP Alfred Poniński i generał WP Juliuszu Kleebergu cieszyli się dużym autorytetem. Niestety, po nich przyszły płotki bez cienia charyzmy. Niektórzy może i byli dobrymi ludźmi i prawdziwymi społecznikami (np. płk Andrzej Racięski). Jednak bez pieniędzy nie mogli nic zrobić. Najgorszym był chyba inż. Eugeniusz Hardy. Fanatyczny antykomunista, a poza tym osoba, która na to stanowisko w ogóle się nie nadawała. Żonaty bodajże ze Szkotką, ani jej ani swoich dzieci nie nauczył chociażby trochę po polsku. Ze śmiechem przyjmowano jego apele do młodzieży, aby uczyła się języka polskiego. Natomiast inż. Krzysztof Łańcucki o mało nie został dożywotnim prezesem Rady Naczelnej. Był nim aż przez 18 lat i byłby dłużej gdyby nie ataki „Tygodnika Polskiego”, a szczególnie artykuł jego redakatora Michała Filka (było to uderzenie „poniżej pasa”, artykuł nie zostawił suchej nitki na inż. Łańcuckim, co samo w sobie było bardzo nieetyczne, gdyż był działaczem polonijnym przez kilkadziesiąt lat i przypuszczam, że miał tam jakieś zasługi), które uniemożliwiły mu ponowne kandydowanie na prezesa. Lektura „Tygodnika Polskiego” z tego okresu jest szokująca i demaskuje mechanizmy działania tej na pewno niedemokratycznej organizacji. Na pozór wszystko jest zgodne z prawem, jeśli się nie weźmie pod uwagę zakulisowej działalności wielu działaczy wybierających prezesa RN. Jestem ciekawy do jakiego wniosku doszłaby komisja australijska powołana do zbadania działalności RN i mechanizmów jej działania, a głównie wyboru właśnie prezesa.
Mechanizmy te muszą być bardzo podejrzane skoro po śmierci prezesa RN gen. Juliusza Kleeberga w 1970 roku, redaktor sydneyskich „Wiadomości Polskich”, Jan Dunin-Karwicki dokonał zamachu stanu i sam się ogłosił spadkobiercą Kleeberga. Co musiało dziwić i niepokoić to to, że miał poparcie w tym niecnym i niedemokratycznym pociągnięciu wielu działaczy polonijnych, co wskazywało by na istnienie jakiejś „sitwy” działaczy polonijnych czyli swoistej polonijnej „mafii” (nie w pełnym tego słowa znaczeniu). Jakże wymowne jest również zdanie Wojciecha Gorskiego w „Tygodniku Polskim” z 30 listopada 2996 roku: „Kwestionuję... przyznawanie darmowych głosów jakimkolwiek grupom. Uważam bowiem, że grupa, która nie jest w stanie opłacić składki w wysokości $75 w celu otrzymania jednego mandatu (w Radzie Naczelnej – m.k.), jest prawdopodobnie bardziej fikcyjna niż rzeczywista. Takie właśnie głosy stają się pokusą do późniejszych manipulacji (przy wyborze na prezesa – m.k.)...”. I były i może są nadal!!! A to nie byłoby tolerowane przez prawo australijskie!
Po inż. Łańcuckim prezesem Rady Naczelnej został Ryszard Majchrzak z Kanberry. Młody, energiczny człowiek, wziął się od razu za obronę dobrego imienia Polski i Polaków szkalowanych bardzo często w mediach australijskich. Doprowadził do pierwszego zwycięstwa polskiego w Australian Press Council (Australijska Rada Prasowa), wygrywając sprawę z dziennikiem „The Australian”, który po raz kolejny zniesławił Polskę i Polaków pisząc o „polskich obozach koncentracyjnych”. Wyleciał z prezesury po pierwszej kadencji, tak samo jak stający w obronie honoru Polaków najpierw jako prezes Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii, a następnie Stowarzyszenia im. T. Kościuszki, które jest wydawcą społecznego w teorii „Tygodnika Polskiego” inż. Andrzej Goździcki. Nowy prezes RN, Janusz Rygielski ignorował obronę dobrego imienia Polski i Polaków, mówiąc mi, że jego nie interesują stosunki polsko-żydowskie, co było po linii ambasady i konsulatu RP w Australii.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że ktoś bardzo wpływowy (władze australijskie, polskie, ambasada czy Konsulat RP, jakieś środowiska zydowskie?) stał za usunięciem w cień obu tych prezesów. Usunięcie inż. Goździckiego z prezesury Stowarzyszenia im. T. Kościuszki i mgr Grażyny Walendzik ze stanowiska redaktora „Tygodnika Polskiego” za to tylko, że zerwała więzy pisma z polonijną „mafią” i otworzyła jego łamy dla wszystkich Polaków (do tej pory służyło ono tylko wybranym osobom i tak jest obecnie) było przez kogoś wyreżyserowane. Świadkami tego było wiele osób, uczestników hucznych zebrań w 2003 roku.
To nie było coś czego się spodziewano i czego chciano. Red. Walendzik miała prawdziwe poparcie większości czytelników pisma! Dobrze orientujący się w sprawach polonijnych Ludwik Lipski w swoim komentarzu pt. „Rozgrywki polonijne” („Tygodnik Polski” 12.6.1999) wymienia za red. Eugeniuszem Bajkowskim trzech kandydatów na kolejnego prezesa Rady Naczelnej, m.in. dra Janusza Rygielskiego z Brisbane. I pisze o tej kandydaturze: „Osobiście wątpię co do kandydatury dr. Janusza Rygielskiego ze względów praktycznych. Brisbane jest oddalone od głównych ośrodków polonijnych, ponadto istnieją poważne grupy działaczy polonijnych, które mogą wystąpić przeciw tej kandydaturze ze względów czysto ideologicznych”.
A jednak Rygielski został prezesem! Został prezesem już kilka kolejnych razy i jak tak dalej pójdzie będzie nam prezesował dożywotnio. Staje się niezastąpionym kandydatem, jak kiedyś był nim inż. Łańcucki, a kto wie czy także nie pożytecznym pionkiem w czyichś rękach. Na ostatnim zjeździe delegatów Rady Naczelnej w czerwcu br. był jedynym kandydatem! Tak jak jedynymi kandydatami byli i są wszelkiej maści dyktatorzy. Tymczasem znany działacz społeczny z Perth Wojciech Gorski ostrzegał już w 1996 roku na łamach „Tygodnika Polskiego” (30.11.1996): „...Zgodnie z przewidywaniami, opartymi na zbyt długim, bo blisko 18-letnim urzędowaniu... obecnego prezesa (Rady Naczelnej, inż. Łańcuckiego), wydajność i widoczność Rady bardzo wyraźnie zmalała, świadcząc o stanie postępującego rigor mortis”. Rada Naczelna za prezesury Rygielskiego, a to już szósty rok, niczym konkretnym nie może się pochwalłić! Miernota i zastój. Czy komuś właśnie na tym zależy?!
Czym dr Rygielski zasłużył sobie na stanowisko prezesa Rady Naczelnej? Dosłownie nie wiem. Z jego życiorysu widać, że ma tylko jedną „zasługę”. Mianowicie w okresie Solidarności w Polsce (1981) domagał się od władz przywrócenia staroruskich nazw miejscowości w polskich Bieszczadach. W 1977 roku władze polskie zmieniły brzydko brzmiące dla Polaków nazwy ruskie w Bieszczadach na polskie: np. Berehy Górne (dla mnie słyszy się to jak „bebechy górne”) na Brzegi Górne czy Smerek na Świerków. Może tym sobie zasłużył na jakiś order ukraiński, ale na prezesa polskiej Rady Naczelnej w Auistralii to trochę za mało.
Poza tym była jedna rzecz w życiorysie Janusza Rygielskiego, która w ogóle powinna go wykluczać raz na zawsze poza nawias zorganizowanego życia polonijnego w Australii. Przypominam słowa Ludwika Lipskiego z „Tygodnika Polskiego”: „ponadto istnieją poważne grupy działaczy polonijnych, które mogą wystąpić przeciw tej kandydaturze ze względów czysto ideologicznych”.
Otóż Rada Naczelna Polskich Organizacji w Australii była do 1989 roku organizacją wybitnie niepodległościową – antykomunistyczną. Tymczasem, jak już powszechnie wiadomo i co nie zostało zakwestionowane przez Janusza Rygielskiego, był on członkiem komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i... PRL-owskim dziennikarzem.
W „Tygodniku Polskim” z 29 września 1999 roku w „Rozmowie z prezesem Rady Naczelnej Polskich Organizacji w Australii – Januszem Rygielskim czytamy” m.in.: „T(ygodnik)P(olski) – „Tygodnik otrzymał list, którego autor pragnie udostępnić publikacje mające świadczyć o lewicowym nastawieniu członków obecnego Prezydium”. – J(anusz)R(ygielski) – Znam tylko jedenA (podkreślenie moje – m.k.) przykład. Chodzi o mój artykuł opublikowany kilka lat temu w Biuletynie Stowarzyszenia Polaków w Queensland. Pisałem w nim o paradoksach PRL-u i podałem, że Jerzy Urban, jako dwudziestoletni członek redakcji „Po Prostu”, publikował w 1956 roku reportaże z Budapesztu, z pozycji powstańców węgierskich walczących z Armią Czerwoną... Członkiem redakcji „Po Prostu” był wówczas Jan Olszewski, ale nie pozostawił po sobie niczego ciekawego. Ten, wyjęty z kontekstu, fragment, zacytowany przez „Kurier Zachodni”, po kilku latach jest wykorzystywany jako dówód na moją orientację”.
Rygielski perfidnie skłamał!
Bowiem w pierwszym numerze wydawanaego w Melbourne miesięcznika „Akcent Polski” (Grudzień 2003) ukazała się fotokopia artykułu Janusza Rygielskiego pt. „Nowe krajobrazy” z krajowego „Tygodnika i Ty” z 1 czerwca 1969 roku, który jest obrzydliwym peanem na cześć władz PRL! To m.in. o ten artykuł miał na myśli Ludwik Lipski.
Rygielski wiedział, że szereg Polaków wiedziało, że był członkiem PZPR i dziennikarzem komunistycznym (miesięcznik „Wspólnota Polska” nr 4/2004 napisał, że był autorem 1000 artykułów) i w swojej obronie powiedział w tymże „Tygodniku Polskim”, że „Józef Glemp był w młodości ZMP-owcem, a Wojciech Jaruzelski – ministrantem”. Nazywa to paradoksem. A więc paradoksem jest i jego przeszłość komunistyczna. I jak zauważa: „Dzięki paradoksom historia jest ciekawsza”.
Mamy więc „ciekawszego” prezesa, wg jego własnej opinii.
Ale czy to zadowala tych, którzy byli naprawdę antykomunistami?
Na pewno nie. Najlepszym na to dowodem jest obszerny „List otwarty” Wojciecha Wrzesińskiego („Tygodnik Polski” 30.11.1996) do ówczesnego prezesa Rady Naczelnej, inż. Krzysztofa Łańcuckiego, w którym wytyka mu, czy może więcej RN, wiele konszachtów z czołowymi ludźmi z PRL, jak np. z Aleksandrem Kwaśniewskim czy rekomendację „po 1989 roku na stanowisko konsula honorowego w Melbourne człowieka, który przez lata całe żył z interesów robionych z peerelem”. I dodaje: „...zarzut czynię Panu, zarzut moralnego relatywizmu właśnie. Tak, Panie Prezesie, łatwiej znaleźć źdźbło w cudzym oku...”.
Kiedy dowiedziałem się, że pełniący funkcję prezesa Rady Naczelnej Janusz Rygielski był członkiem partii komunistycznej i komunistycznym dziennikarzyną osłupiałem i postawiłem sobie pytanie: czy taka osoba ma moralne prawo być prezesem naczelnej polskiej organizacji w Australii, która od samego początku za swój cel istnienia stawiała walkę z komunizmem i o wolną i demokratyczną Polskę?”.
I sam sobie od razu odpowiedziałem, że nie. Po stokroć nie!!!
Zaraz po dojściu do takiego przekonania wysłałem list (e-mail) do byłego prezesa Rady Naczelnej, inż. Łańcuckiego, w którym po omówieniu sprawy i opisaniu mojej rozterki, postawiłem mu pytanie: „Czy Pan uważa, że p. Rygielski ma MORALNE prawo do tego, aby być prezesem Rady Naczelnej?”. – Nie otrzymałem odpowiedzi! – Wysłałem list w tej sprawie do druku w „Tygodniku Polskim”. – Nie wydrukowano! – Wysłałem wreszcie list do p. Rygielskiego z zapytaniem czy uważa, że, jako były komunista i piewca reżymu, ma MORALNE prawo do piastowania funkcji prezesa naczelnej organizacji polskiej w Australii, która od samego początku była zdecydowanie antykomunistyczna? – Nie odpowiedział!
Napisałem wówczas artykuł w „Wirtualnej Polonii” (20.1.2005) pt. „Lustracja prezesa Rady Naczelnej Polonii Australijskiej” i następnie kolejny artykuł pt. „Lustracja działaczy polonijnych” („Wirtualna Polonia” 8.3.2005), w których poruszyłem tę sprawę.
Wiem, że oba artykuły trafiły pod strzechę naszych działaczy polonijnych. Była reakcja czytelników obu artykułów w „Wirtualnej Polonii”. Nagłośnił ją również wydawyny w Melbourne miesięcznik „Akcent Polski” ze stycznia 2005 roku pisząc piórem Stanisława Kryla, że: „...warto poprzeć głosy, które domagają się lustracji „siedzących” od lat na tych samych stołkach działaczy polonijnych”.
Pomimo tego na ostatnim zjeździe delegatów Rady Naczelnej, który odbył się w czerwcu br. w Melbourne, dr Janusz Rygielski został ponownie wybrany na prezesa Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej! Jednogłośnie!
Jeden z bliskich zwolenników Rygielskiego i zapewne ktoś z „Tygodnika Polskiego” (gdyż mam namacalny dowód na to, który byłby przyjęty przez sąd, że ktoś z redakcji – oliwa zawsze na wierzch wypływa! - wypisuje złośliwości pod moim adresem po moich artykułach w „Wirtualnej Polonii”?), podpisany „Obserwator z boku”, nie mając gdzie, to po moim artykule „Znani i zasłużeni Polacy nowozelandzcy” („Wirtualna Polonia” 2.7.2005) zamieścił następujący triumfalistyczny, a zarazem chamski tekst: „Po lustracji Rygielskiego przez Kałuskiego, Janusz Rygielski został prezesem Rady Naczelnej. Wybrali go Delegaci Polonii australijskiej jednogłośnie. Cokolwiek o tym myślą ludzie to trzeba zauważyć, że władza i Konsule mają Kałuskiego i Akcent (Polski) w dupie” (dosłownie).
Ta sama osoba po moim artykule w „Wirtualnej Polonii” pt. „Znani i zasłużeni Polacy nowozelandzcy” (2.7.2005) napisała: „Roy-Wojciechowski – konsul honorowy. Ostatnio wszedł do Rady Naczelnej której przewodzi Rygielski którego pan Kałuski chciał na gwał lustrować”.
Na co inny internauta odpowiedział: „Rygielski już jest zlustrowany – Kałuski ma rację”.
Inny internauta po wydrukowaniu sprawozdania ze zjazdu RN pt. „Zjazd Rady Naczelnej” w australijskim portalu „Puls Polonii” (14.6.2005) napisał nawiązując do wyborów na tym zjeździe: „wybrali się sami”. – Trafił w dziesiątkę!
Te wypowiedzi są bardzo ważne po uważnym ich przeczytaniu. Co one nam mówią?
Jest faktem, że reżym PRL infiltrował emigrację, szczególnie polityczną. Exodus Polaków z PRL po 1981 roku dał reżymowi okazję do wysłania na Zachód również swoich agentów. Wyjeżdżali oni jako uciekinierzy z PRL-u i jako rzekomo antykomuniści wkradali się do polskich organizacji, zbierając i przesyłając bezpiece reżymowej informacje o nas. Powtarzam, to jest fakt! (zob. „Apel działaczy polonijnych” PAP Polonia dla Polonii 4.3.2005). Tylko idiota może twierdzić, że takie osoby nie wyemigrowały do Australii i nie inwigilowały Polonii australijskiej.
Dlaczego więc byli działacze niepodeległościowi w Australii nie domagają się dokonania lustracji działaczy polonijnych przybyłych tu z PRL-u?! Czyż to nie sam prezes Rady Naczelnej, inż. Krzysztof Łańcucki nie grzmiał w zbliżonym duchu na akademii 11-Listopada 1996 roku, że emigranci posolidarnościowi są „jacyś inni”, że przywieźli tu ze sobą garb peerelowskich nawyków, relatywizm moralny, oportunizm i kilka dalszych jeszcze śmiertelnych grzechów” (Wojciech Wrzesiński „List otwarty” Tygodnik Polski 30.11.1996)?
Byłem niemile zaskoczony brakiem odpowiedzi inż. Łańcuckiego na mój list w sprawie Rygielskiego oraz braku większej reakcji na moje artykuły w sprawie Rygielskiego i lustracji działaczy polonijnych, wydrukowane w „Wirtualnej Polonii”. Myślałem, że nasi działacze polonijni trzymają rękę w pełnym nocniku i nie wiedzą co z tym fantem zrobić.
Zrozumiałem w czym rzecz dopiero po ponownym przeczytaniu „Listu otwartego” Wojciecha Wrzesińskiego („Tygodnik Polski” 30.11.1996) do ówczesnego prezesa Rady Naczelnej, inż. Krzysztofa Łańcuckiego. Wrzesiński pisze:
„Skoro zaś o relatywiźmie moralnym mowa, czy to przypadkiem nie Pan podejmował swego czasu ówczesnego szefa Sojuszu Lewicy Demokratycznej Aleksandra Kwaśniewskiego, poprzedniego funkcjonariusza komunistycznego aparatu władzy? Powie Pan pewnie, że Pan musiał, że tak wypadało. Nie, Panie Prezesie, właśnie Pan nie musiał, właśnie Panu nie wypadało. Czy to przypadkiem nie Pan gościł na łamach, na których przed Panem rozpierał się, na przykład, ostatni peerelowski ambasador w Australii? Czy nie to było powodem dymisji pana dr. Gorskiego? Czy to nie Pan wreszcie rekomendował po 1989 roku na stanowisko konsula honorowego w Melbourne człowieka, który przez lata całe żył z interesów robionych z peerelem? Nie czynię mu z tego zarzutu, był on po prostu człowiekiem interesu, zarzut czynię Panu, zarzut moralnego relatywizmu właśnie. Tak, Panie Prezesie, łatwiej znaleźć źdźbło w cudzym oku... – Skoro zaś mowa o oportunizmie, to kto w latach peerelu biegał do czerwonej ambasady w Kanberze i takiegoż konsulatu w Sydney? „Nowo przybyłych” tu jeszcze nie było, więc kto? Dlaczego o tym Pan nie powiedział w swoim przemówieniu? A kiedy już tu byliśmy, to przecież nie my podejmowaliśmy hucznie Irenę Szewińską, owszem, przed laty znakomitą sportsmenkę, ale dla nas przede wszystkim członkinię Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, niesławnego PRON, fasadowej organizacji uwiarygadniającej wojskową juntę Jaruzelskiego. Szewińską, która oddała swoje słynne na cały świat nazwisko bandzie opryszków z krwią na łapach...”.
I właśnie po tym ponownym przeczytaniu tego wszystko stało się dla mnie jasne. Delegaci na zjazd Rady Naczelnej nie trzymali ręki w pełnym nocniku i nie wiedzieli co zrobić. Bowiem bardzo dobrze wiedzieli co zrobią. Wyrzucenie z Rady Naczelnej Rygielskiego czy próby dokonania jego lustracji mogły by się skończyć źle dla nich samych. Wówczas dowiedzielibyśmy się o grzechach wielu innych czołowych działaczy polonijnych w Australii. O tym, że niektórzy z nich także byli członkami PZPR lub że są współwinni grzechów, o których pisał Wrzesiński.
W ten sposób Rygielski nie tylko że został ponownie wybrany na prezesa Rady Naczelnej, ale także wybrany jednogłośnie przez 68 delegatów (w Sodomie chociaż jeden Lot był sprawiedliwy!) i jako... jedyny kandydat na to stanowisko (tak jak to bywało w krajach komunistycznych!!!), o czym „zapomnieli” wspomnieć wszyscy autorzy sprawozdań z tego zjazdu, włącznie z naszym „bezstronnym” „Tygodnikiem Polskim” (to pismo nigdy tak nisko nie upadło moralnie jak obecnie!).
Ludzie ci udowodnili, że stanowią jakąś swoistą „mafię” czy raczej swoiste bractwo (brotherhood), które mając te same grzechy na sumieniu hołduje muszkieterskiej zasadzie: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. O pladze kumoterstwa w organizacjach polonijnych w Australii pisał Jerzy Zięba w „Tygodniku Polskim” z 29 września 1999 roku. A jeśli tak to wszystko wygląda, to jak się to ma do prawa australijskiego w odniesieniu do działalności społecznej?
Może komunistyczna przeszłość dra Janusza Rygielskiego nie interesuje rzekomo byłych niepodległościowców z Rady Naczelnej i delegatów na jej zjazd. Jak widzimy mają powód ku temu. Jednak mnie, a zapewne i wielu innych Polaków w Australii, ona jak najbardziej interesuje.
Rygielski w prasie napisał, że pewnego dnia dostał paszport z nakazem opuszczenia Polski. Może to i prawda. Ale ja mam jednak pytania pod jego adresem:
Do którego roku był członkiem PZPR i współpracował z prasą reżymową?
Jeśli do czasu wyjazdu z Polski, to mam mam kolejne pytanie:
Dlaczego członek partii i dziennikarz piszący peany na cześć PZPR otrzymał paszport i nakaz opuszczenia kraju?
Następne pytanie: czy zapisując się na członka Stowarzyszenia Polaków w Queensland (Brisbane) podał (czy może to udowodnić?), że był członkiem PZPR i komunistycznym dziennikarzem?
Czy kandydując na członka Prezydium Rady Naczelnej podał (czy może to udowodnić?), że był członkiem PZPR i komunistycznym dziennikarzem? Jeśli podał to komu i czy ta sprawa była debatowana przez członków Prezydium RN czy delegatów na walny zjazd i z jakim rezultatem?
Jednak o tym, że Rygielski został ponownie prezesem Rady Naczelnej nie zadecydowali tylko delegaci na zjazd.
Rząd londyński pozyskiwał swoich zwolenników w szeregach Polonii deszczem medali i odznaczeń, włącznie z orderami Odrodzenia Polski (Polonia Restituta) i Orła Białego. Podobnie postępują dzisiejsi władcy Polski, a szczególnie rządy poskomunistyczne. Znowu jesteśmy świadkami przyznawania medali i odznaczeń często byle komu! Wydawane w Warszawie pismo „Wspólnota Polska” (Nr 4 2004) podało informację, że Senat RP, kierowany przez ex-komunistę Longina Pastusiaka, załatwił odznaczenie prezesa Rady Naczelnej Polonii Australijskiej Janusza Rygielskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
I znowu mam pytanie: za co przyznano tak wysokie odznaczenie p. Rygielskiemu? Czy za to, że to swój człowiek? Bo przecież nie za konkretne osiągnięcia na stanowisku prezesa Rady Naczelnej, bo takimi p. Rygielski pochwalić się nie może! Że się nie mylę potwierdza fakt, że p. Rygielski ponoć nie przyjął tego odznaczenia, co podał „Tygodnik Polski”. Właśnie dlatego, aby się kompletnie nie ośmieszyć w oczach Polonii australijskiej. Bo chyba nie ze skromności, którą nie grzeszy większość naszych prezesów.
Czy p. Rygielski jest „swoim” człowiekiem panów konsulów w Sydney?
Zwolennik, a chyba raczej dobrze poinformowany człowiek Rygielskiego podpisany „Obserwator z boku” po moim artykule „Znani i zasłużeni Polacy nowozelandzcy” („Wirtualna Polonia” 2.7.2005) napisał, że cokolwiek ludzie mogą myśleć o ponownym wyborze Rygielskiego na prezesa Rady Naczelnej „to trzeba zauważyć, że władze i Konsule mają Kałuskiego i Akcent w dupie”.
Powtarzam, że jestem przekonany, że to napisała osoba dobrze poinformowana i to może ktoś nawet z „Tygodnika Polskiego”.
Dlatego w tym miejscu proszę Panów Konsulów w Sydney o ustosunkowanie się do tej informacji, o odcięcie się od niej i jej potępienie. Panowie Konsulowie powinni zdawać sobie sprawę z tego, że ich ew. Aż tak daleko idąca ingerencja w sprawy społeczności polskiej, o co są pomówieni, jest sprzeczna z prawem australijskim.
Na ostatek pozostaje zajęcie się sprawą kto kogo ma „w dupie” – czy ludzie związani z Radą Naczelną i polscy konsulowie mają w dupie Kałuskiego i wydawane w Melbourne pismo „Akcent” (za jego odwagę), czy to Kałuski i „Akcent” mają „w dupie” ludzi związanych z Radą Naczelną i polskich konsulów, czy wreszcie ktoś inny ma „w dupie” nie tylko ludzi z Rady Naczelnej, ale i samą Radę Naczelną?
Osobiście nie mam „w dupie” ludzi Rady Naczelnej, ale w nosie (bo chamem nie jestem i nie używam takich wulgarnych słów!) to ich mam. Bo na lepsze traktowanie sobie nie zasługują. Przypuszczam, że w nosie ma ich również „Akcent Polski”. Jeśli ktokolwiek ma „w dupie” Janusza Rygielskiego i innych ludzi z Rady Naczelnej oraz samą Radę Naczelną to szeroki odłam społeczećstwa polskiego w Australii, który nie okazuje najmniejszego zainteresowania tymi ludźmi, ich działalnością i samą Radą Naczelną.
I dlatego tak sprawy wyglądają jak wyglądają: wśród Polaków w Australii panoszy się zło!
Jeśli dr Janusz Rygielski ma choć odrobinę honoru to powinien natychmiast zrezygnować z funkcji prezesa Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej.
Do tego Go wzywam. I nie przez prywatę, a tylko dla dobra Polonii australijskiej.
Jeśli p. Rygielski tego nie uczyni, to historia srodze oceni tak jego jak i członków obecnego Prezydium RN i delegatów, którzy głosowali na niego. Błądzić może każdy z nas – to takie ludzkie. Jednak marnym i podłym człowiekiem jest ten, który swój błąd chce ukrywać, nie chcąc przyznać się do winy i wypowiedzieć słowa „przepraszam”, który nie tylko że nie żałuje tego co zrobił złego, ale „na chama” pcha się po honory i zaszczyty, które jemu się nie należą!

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl