now@ on-line  wrzesień  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Ryan Mauro:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Henryk Łupiński:
 
Adam Wielomski:

Romuald Bury:

 
Jerzy Przystawa:
 
Jeffrey R.Nyquist :
 
Marcin Małek:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Romuald Lazarowicz:
 
Jerzy Przystawa:
 
Wojciech Błasiak:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Marian Kałuski:
 
Phyllis Schlafly:
 
Witold Filipowicz:
 
Stanisław Bulza:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Maciej Giertych:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 

 

Romuald Bury

SŁUŻBY W SŁUŻBIE SŁUŻB?

Od drugiej polowy lat 80-tych ubiegłego wieku powstawały spółki nomenklaturowe, rozpoczynała się pseudoprywatyzacja, państwowe fundusze były transferowane "donikąd", czyli na prywatne konta, ale w taki sposób, aby wszelki ślad po nich zaginął. Mafia ideologiczna przekształcała się w mafię towarzysko-biznesową, ale tak, aby zachować odpowiednie przyczółki w strukturach władzy politycznej, która pozostawała pod taką kontrolą, aby z jej strony nie dochodziło do przykrych niespodzianek. W tej mafii prym wiodą funkcjonariusze tajnych służb PRL.

"Polska Ludowa" - od 1952 roku zwana oficjalnie "Polską Rzeczpospolitą Ludową" - trwała 45 lat (1944-1989). Nie było to niepodległe państwo, naród też nie był suwerenny w swych decyzjach. Był to twór, powołany do życia przez Józefa Stalina a nasi zachodni alianci bardzo chętnie się na to zgodzili, opłacając Związek Sowiecki za wysiłek wojenny wschodnią Europą. Komunistyczną Polską rządziła partia komunistyczna - PPR-PZPR. W istocie jednak całość życia była kontrolowana przez tajne służby, które zostały rozbudowane do monstrualnych rozmiarów. Dzieliły się one na dwie części: Informację Wojskową, do której kompetencji było nadzorowanie wszystkiego, co się wiązało z zagadnieniami wojska i obronności. Niekiedy nazywano ją wojskową bezpieką, dla odróżnienia od Urzędów Bezpieczeństwa, które, choć nominalnie były służbą "cywilną", to obowiązywała w nich wojskowa hierarchia, stopnie i odznaczenia też były takie, jak w wojsku. Między bezpieką wojskową i cywilną od początku istniała ostra rywalizacja, m.in. o kompetencje i ważność w komunistycznej hierarchii. Całość jednak i tak podlegała Moskwie.

Przez pierwsze lata "Polski Ludowej" większość kadr dla obu tajnych służb dostarczał Związek Sowiecki - bezpośrednio, w postaci swych funkcjonariuszy (zwanych "popami" - czyli pełniącymi obowiązki Polaków) lub też byli to ludzie żydowskiego lub polskiego pochodzenia, którzy wcześniej uzyskali sowieckie obywatelstwo, w "ojczyźnie proletariatu" przeszli (na ogół jeszcze przed II wojną światową) odpowiednie przeszkolenie i tam widzieli swoją ojczyznę. Ich mentalność oddawały słowa Mykoły Demki vel Mieczysława Moczara, który obwieścił, że "Polska to jest powiedzenie dla narodu. Moją prawdziwą ojczyzną jest Związek Sowiecki".

Krwawe rządy tajnych służb

Pierwsze dwanaście lat (1944-1956) nazywane jest umownie stalinizmem, czyli epoką, w której pełnię władzy (nominalnej i realnej) mieli ludzie sowieccy, bezwarunkowi miłośnicy i poddani Stalina. Wtedy życie straciło kilkadziesiąt, może nawet sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Byli to głównie żołnierze podziemia niepodległościowego z okresu II wojny światowej, "żołnierze wyklęci", walczący po zakończeniu działań wojennych z czerwoną okupacją, ale także niepodległościowo nastawiona inteligencja, działacze polityczni i społeczni, lokalne autorytety, księża - słowem wszyscy ci, którzy mogli zagrażać budowie "władzy ludowej". Ludzie ginęli wówczas z wyroków stalinowskich sądów, ale przede wszystkim bez sądu, aresztowani i mordowani skrytobójczo, zamęczani w aresztach i więzieniach, rozstrzeliwani w leśnych uroczyskach. Za olbrzymią większość tych ofiar odpowiadają komunistyczne tajne służby, które przez ponad dekadę były całkowicie bezkarne i samowładnie pełniły kontrolę nad społeczeństwem, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności.

Po "przełomie październikowym" 1956 roku, który był wielką mistyfikacją (chodziło bowiem o utrzymanie władzy, a nie realną demokratyzację życia) tajne służby zmieniły nazwy (Informacja Wojskowa na Wojskową Służbę Wewnętrzną a Urzędy Bezpieczeństwa na Służbę Bezpieczeństwa), ale tak naprawdę nic więcej. Kilkunastu funkcjonariuszy "z hukiem" wyrzucono i zdegradowano, niektórzy zostali skazani na kary więzienia (żaden z nich całości kary nie odbył), ale głębokich rozliczeń nie było. Ci sami ludzie zatem, którzy wcześniej z takim entuzjazmem wprowadzali w Polsce stalinizm, przystąpili z nie mniejszym animuszem do "destalinizacji". Wielu z nich dotrwało w służbie do końca istnienia PRL, robiąc zawrotne kariery polityczne, jak choćby gen. Czesław Kiszczak, który swój życiowy marsz rozpoczął od służby w Informacji Wojskowej w 1945 roku, aby później, przez WSW, dojść do stanowiska ministra spraw wewnętrznych w stanie wojennym i wreszcie wicepremiera i szefa MSW przy Tadeuszu Mazowieckim w latach 1989-1990. Pozostaje pytanie, kto kogo wtedy nadzorował i kto miał większą władzę?

"Opcji zerowej" nie było

Po 1989 roku wydawało się, że logicznym posunięciem będzie tzw. opcja zerowa, czyli rozwiązanie wszystkich tajnych struktur siłowych PRL i ich budowa od początku. Tak zrobiły inne kraje postkomunistyczne i całkiem dobrze na tym wyszły. U nas było jednak inaczej. Służba Bezpieczeństwa została poddana pozornej weryfikacji, która była bardzo liberalna, w dodatku negatywnie zweryfikowani funkcjonariusze uzyskali możliwość odwołania do nowego ministra spraw wewnętrznych, którym został red. Krzysztof Kozłowski z "Tygodnika Powszechnego". Z "prawa łaski" korzystał on na tyle obficie, że ze służby odchodzili w zasadzie tylko ci, którzy sami odejść chcieli (a przecież utworzyły się nowe, obiecujące i intratne możliwości w biznesie, bankowości, spółkach itp.).

Ale to jeszcze nic - nie wiadomo na podstawie jakiej decyzji, w jakim gronie podjętej i w którym momencie zmowy pod okrągłym stołem (a może już wcześniej) w całkowitym spokoju pozostawiono Wojskową Służbę Wewnętrzną, zmieniając wyłącznie jej nazwę na Wojskowe Służby Informacyjne (WSI). Tu dekomunizacja, choćby powierzchowna i pozorna, nawet nie dotarła.

Dziś, z perspektywy kilkunastu lat "przemian" gołym okiem widać, że stało się tak z olbrzymią krzywdą dla Polski i jej obywateli, dla żywotnych interesów naszego kraju i dla budowy demokracji w ogóle. Po 1989 roku nie było bowiem większej afery politycznej lub gospodarczej, za którą nie stałyby tajne służby rodem z PRL-u. To ich funkcjonariusze w znacznym stopniu decydują (bezpośrednio lub pośrednio) o kierunkach dalszych zmian, kreowaniu i upadku poszczególnych rządów, wprowadzając do nich (prawie za każdym razem) odpowiednią liczbę swoich ludzi lub swych tajnych współpracowników. Jeśli się później dziwimy, że nic nie idzie tak, jak iść powinno a kraj jest systematycznie okradany, to tu przede wszystkim należy upatrywać źródeł zła.

Reaktywacja

Dziś nie ma komunizmu jako ideologii. Nawet byli funkcjonariusze reżimu PRL, i to najwyższego szczebla, bezczelnie wypierają się swej przeszłości. Wojciech Jaruzelski, Aleksander Kwaśniewski, Mieczysław F. Rakowski, Józef Oleksy i reszta towarzystwa idzie w zaparte, że w Polsce w ogóle komunizmu nie było. Tym bardziej reżimowe służby i ich funkcjonariusze (no, może poza tymi z okresu bezpośredniego "utrwalania władzy ludowej") nie zamierzają bronić skompromitowanej ideologii. Skoro więc jej już nie ma, to co ich łączy?

W ten sposób docieramy do sedna sprawy. Gdy PRL się kończył (a nie był to określony moment, lecz był to proces, rozpisany na lata), trwało wielkie przygotowywanie się ekipy rządzącej i jej klienteli (w tym i agentury) do urządzenia sobie wygodnego życia kosztem reszty społeczeństwa. Od drugiej polowy lat 80-tych ubiegłego wieku powstawały spółki nomenklaturowe, rozpoczynała się pseudoprywatyzacja, państwowe fundusze były transferowane "donikąd", czyli na prywatne konta, ale w taki sposób, aby wszelki ślad po nich zaginął. Mafia ideologiczna przekształcała się w mafię towarzysko-biznesową, ale tak, aby zachować odpowiednie przyczółki w strukturach władzy politycznej, która pozostawała pod taką kontrolą, aby z jej strony nie dochodziło do przykrych niespodzianek.

Było to doskonale widoczne przy pierwszej wielkiej zmianie władzy w 1990 roku. Jaruzelski odszedł, przyszedł Lech Wałęsa, z którym Polacy wiązali tak wielkie nadzieje, wierząc, że on rzeczywiście zamierza komunistów "puścić w skarpetkach". Nadzieje były płonne, to Polacy zostali puszczeni i to bez przysłowiowych skarpetek. Kancelaria Prezydenta była kłębowiskiem wszelkiej agentury. Sprawa TW "Bolka" do dziś dzieli opinię publiczną, w zasadzie zgodną co do identyfikacji tego pseudonimu, rozbieżności zaś dotyczą konieczności (lub nie) pokajania się winnego.

Walka z lustracją do upadłego

Pierwsza wielka próba lustracji w Polsce, podjęta przez rząd Jana Olszewskiego zakończyła się swoistym zamachem stanu, przeprowadzonym przez koalicję agentów, panicznie obawiających się ujawnienia, kto był kim w PRL.

Nic dziwnego, że w 1993 roku, gdy komuniści (vel postkomuniści) triumfalnie powracali do władzy, mieli grunt już przygotowany. Szefem służb został tow. Zbigniew Siemiątkowski (nazwisko to wielce osławione na Północnym Mazowszu z okresu krwawego tworzenia podwalin PRL), który pod opiekuńcze skrzydła państwa przyjął wszelkie sierotki SB-eckie, którym nie powiodło się w biznesie. Wkrótce nasze państwo zostało skompromitowane aferą niejakiego "Olina" (posądzany o posługiwanie się tym pseudonimem w służbach sowieckich-rosyjskich Józef Oleksy był wówczas urzędującym premierem!) a sprawy "Kata", "Minima" i innych pozostały niewyjaśnione i trafiły całkiem na półkę.

W tym samym czasie prezydenturę w Polsce objął jednak Aleksander Kwaśniewski, który natychmiast otoczył się funkcjonariuszami tajnych służb PRL i tajnymi agentami tych służb (o tym dowiedzieliśmy się dopiero po 1999 roku, gdy w życie weszła ustawa lustracyjna i ci osobnicy musieli się ujawnić).

Przez cały czas zdecydowana większość opinii publicznej była jednak za przeprowadzeniem dekomunizacji a przede wszystkim - lustracji. Było to mocno blokowane, ale do czasu. W 1999 roku udało się wreszcie przyjąć ustawy o lustracji życia politycznego oraz o powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej, który miał przejąć w całości tajne archiwa PRL i prowadzić badania nad naszą przeszłością. Mimo to antylustracyjna agresja części mediów trwała w najlepsze. Symbolem takiej postawy może być np. sprawa red. Lesława Maleszki z "Gazety Wyborczej", który na jej łamach wściekle atakował samą ideę ujawniania tajnych agentów, choć sam był zarejestrowany jako TW "Ketman" i przez lata rozpracowywał za judaszowe srebrniki krakowską opozycję.

Czas na zmiany?

Za kilka tygodni Polska będzie miała nowy rząd. Wszystko wskazuje na to, że władze obejmie koalicja Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Oba ugrupowania nominalnie wywodzą się z ugrupowań przeciwnych PRL (choć rodowód PO w tym zakresie jest bardziej mętny a wśród jej założycieli i działaczy można znaleźć ludzi z drugiej strony barykady), powinny więc podjąć radykalne działania, aby przywrócić normalność także w tym zakresie. Tajne służby powinny być bezwarunkowo zdekomunizowane, stara, SB-ecka kadra powinna odejść a WSI powinny prawdopodobnie być wyczyszczone jeszcze mocniej. Afery paliwowe, mafijne układy, rozbudowane ścisłe związki z brutalnym i bezwzględnym światem przestępczym to rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Co więcej, musimy domagać się głębokich i sprawiedliwych rozliczeń funkcjonariuszy, którzy do tej pory działali całkowicie bezkarnie, mając nad sobą ochronny parasol polityczny. Tajne służby w Polsce działały dotychczas głównie na własny rachunek, pielęgnując własne interesy i służąc same sobie. To się musi natychmiast zmienić. Ich istota polegać ma bowiem na tym, że mają służyć państwu, które musi je trzymać pod ścisłą kontrolą. Szansa na to jest, ale i zagrożenia są ogromne.

Informacje, ujawniane w ostatnim czasie szokują. Zbigniew Siemiątkowski z SLD, do niedawna szef Agencji Wywiadu, posługiwał się sfałszowanym certyfikatem bezpieczeństwa, a dostępu do tajemnic NATO w ogóle nie powinien mieć! W dodatku prokuratura oskarża go o wykorzystywanie tajnych służb do rozgrywek polityczno-biznesowych (bezprawne i widowiskowe aresztowanie szefa ORLENU) oraz grozi mu proces za przekazywanie danych operacyjnych swym znajomym z "biznesu" o zgromadzonych o nich informacjach.

Okazuje się, że olbrzymia w swych rozmiarach afera paliwowa w Polsce nie mogłaby mieć miejsca bez specyficznej roli wojska, a ściślej, jego tajnych służb. Z drugiej strony wiemy, że odchodzący Rzecznik Interesu Publicznego, sędzia Bogusław Nizieński ujawnił, iż około 600 osób, odgrywających kluczowe role w państwie, było najprawdopodobniej świadomymi i tajnymi współpracownikami aparatu represji PRL, ale dokumentacja ich pracy została prawie całkowicie zniszczona. Dokładnie, wg jego słów z grudnia 2004 roku, chodzi o następujące kategorie: adwokatów - 335, sędziów - 81, posłów - 47, ludzi mediów - 43, ministrów i wiceministrów - 16, prokuratorów - 13, wojewodów i wicewojewodów - 12, dyrektorów generalnych urzędów państwowych - 8, senatorów - 6, przedstawicieli Kancelarii Prezydenta - 2, innych - 8. Skala problemu świadczy o tym, że jest to de facto państwo służb w "państwie prawa", jak eufemistycznie określają nasz status media.

Nowy rzecznik sędzia Włodzimierz Olszewski wypiera się, że takiej listy w ogóle nie zna, choć został publicznie oskarżony o jej zniszczenie. Co więcej, do jego biura na newralgiczne miejsce został powołany płk SB Waldemar Mroziewicz, od lat 60-tych funkcjonariusz tzw. Biura "C" Służby Bezpieczeństwa, czyli jej najbardziej tajnego archiwum. Mroziewicz był tam m.in. naczelnikiem wydziału kartotek. Po 1989 roku było on podejrzewany o niszczenie teczek i materiałów, lub przynajmniej o przyzwolenie na taki proceder. A chodzi o nieprawdopodobną skalę - na przełomie lat 80-tych i 90-tych zniszczono ponad 2 mln teczek agentów i ich ofiar.

Obecnie płk Mroziewicz jako szef biura RIP uzyskuje bezpośredni wgląd do wszystkich materiałów, w tym do zbioru zastrzeżonego, do którego dostępu nie mają nawet pracownicy IPN!

** ** **

Rola tajnych służb w dzisiejszej Polsce sprowadza się przede wszystkim do działań i rozgrywek, które szkodzą państwu i społeczeństwu. Najwyższy czas, aby przywrócić normalność, czyli zmusić je do prawdziwej służby i realizacji interesów państwa, interesów nie interesów własnych. Czy nowej koalicji wystarczy determinacji i czy jej deklaracje możemy traktować poważnie? Już niedługo się to okaże. Z pewnością będzie to probierz prawdziwych intencji oraz posiadanej siły. Jeśli nie, służby nadal będą służyć przede wszystkim sobie a my nadal będziemy czekać na zmiany.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl