| ||||
|
w tym wydaniu:
Adam Wielomski:
Gordon Frisch:
Helle Dale:
Auschwitz.dk:
Ben
Shapiro:
John
Horvat II:
David M. Dastych:
J.R.
Nyquist:
Paul
Jacob:
Phylis Schlafly:
Tomasz Kaźmierski:
Daniel Pipes:
temat:
Turcja
Maciej Filipowicz:
temat:
Gruzja
Daniel Pipes:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Grzegorz Motyka:
Sławomir
Olejniczak:
Romuald Bury:
Andrzej Kumor:
Jerzy Przystawa:
StefanDetko:
Józef Darski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Cezary Rozwadowski:
Jan Kowalski:
Józef Darski:
Marian Kałuski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Romuald Bury:
Witold Filipowicz:
Maciej Winnicki:
Franciszek Bednarz:
Andrzej Sielicki:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Marian Kałuski:
Iwo Cyprian Pogonowski:
Jerzy Przystawa:
halibuter:
Antoni Dudek:
Dokumenty:
Jarosław Szarek:
Maciej Filipowicz:
Stanisław Bulza:
Marcin Jendrzejczak
Ludwik Skurzak:
Jacek Salij OP:
Solidarność IENESP:
|
Maciej Winnicki DEMOGRAFIA A GOSPODARKA W Polsce rośnie liczba ludzi samotnych i rodzin bez dzieci lub najwyżej z jednym dzieckiem. Demografowie biją na alarm, że grozi nam znaczne zmniejszenie ludności i starzenie się społeczeństwa. Rodzina jest wrogiem dla wszelkiej maści liberałów-globalistów, którzy w ten sposób walczą z tradycją, Kościołem i Bogiem. Ale ich działania nie tylko prowadzą do zmiany postaw społecznych, lecz także mogą spowodować katastrofę gospodarczą i ruinę całego systemu zabezpieczenia społecznego. Jeśli w porę nie zapobiegniemy niszczeniu rodziny grozi nam permanentny kryzys gospodarczy – a obecni 30-latkowie być może będą musieli pracować do końca życia, bez widoków na godziwą emeryturę. Taki będzie finał kolejnej odsłony inżynierii społecznej, jakiej jesteśmy teraz świadkami. Jeden lub dwoje W Europie i USA, a w ślad za tym w Polsce, ideologia liberalno-globalistyczna narzuca modę na życie w pojedynkę. Inny model to dwoje ludzi żyjących w konkubinacie, którzy są nastawieni na robienie kariery i nie myślą o dzieciach lub odkładają to na odległą przyszłość. W Polsce już teraz około 7 mln dorosłych ludzi to osoby samotne. Bardziej dokładnie tę rzecz ujmują dane Głównego Urzędu Statystycznego. GUS szacuje, że ponad 3,5 mln gospodarstw domowych to gospodarstwa jednoosobowe. Co roku będzie ich przybywać: w 2015 r. – 4,5 mln, a w 2030 nawet 5,1 mln, czyli ponad 1/3 wszystkich gospodarstw domowych. Wzrośnie też liczba rodzin, w których będzie tylko kobieta i mężczyzna, bez dzieci. Teraz mamy ich około 3,4 mln, a za 25 lat będzie ich o milion więcej. Jednocześnie w ciągu jednego pokolenia o 400 tys. spadnie ilość rodzin z dwojgiem dzieci, a o milion z trójką i większą liczbą dzieci. GUS wyliczył też, że przeciętne gospodarstwo domowe ma statystycznie w 2005 roku 2,82 osoby, w 2015 współczynnik ten spadnie do 2,45, by w 2030 r. osiągnąć tylko 2,29. Przy czym w mieście już w 2015 r. osiągnie poniżej 2 osób na jedno gospodarstwo domowe. Na wsi „dopiero" w 2030 r. zbliży się do 2,00. To smutna prawda, że po prostu zaczyna nas ubywać. Obyśmy nie podnosili larum wtedy, gdy będzie za późno, bo Polska stanie się jeszcze biedniejszym krajem niż teraz. Miłe złego początki Część ekonomistów przekonuje, że współczesny model życia działa pozytywnie na gospodarkę. Ale też od razu dodają, że te korzyści są krótkowzroczne, bo za jakiś czas obrócą się przeciwko nam. To prawda że samotni ludzie albo żyjący w związkach bezdzietnych są znakomitymi klientami dla producentów dóbr luksusowych. Tak się złożyło, że wielu młodych ludzi z tej grupy społecznej, ma bardzo dobrą pracę w bankach, firmach ubezpieczeniowych, mediach, wielkich korporacjach, prowadzi też często własne firmy. Żyją powyżej przeciętnej, a więc i do nich coraz częściej kierowana jest oferta handlowa, bo jest to grupa nastawiona do życia wybitnie konsumpcyjnie, więc i bardziej tym pokusom ulega. Można nawet zauważyć, że reklamodawcy zaczynają przygotowywać kampanie w mediach właśnie z myślą o tych ludziach. Są oni wymarzonymi klientami dla biur podróży, producentów drogich kosmetyków, odzieży, samochodów, deweloperów czy też wielu innych branż. Ci ludzie dużo wydają, pożyczają w bankach, więc - argumentuje część ekonomistów – gospodarka na tym zyskuje, bo więcej pieniędzy trafia na rynek i do budżetu państwa choćby z podatku VAT. Ta grupa społeczna ma być w znacznym stopniu motorem napędzającym gospodarkę. Ponieważ, jak wcześniej napisaliśmy, tzw. singli i ludzi żyjących wspólnie, ale z własnego wyboru bez dzieci, będzie przybywać, więc - kontynuują zwolennicy takiego modelu życia - będą coraz bardziej decydować o naszej gospodarce. Będą więcej kupować co ma zniwelować zjawisko kurczenia się rynku wewnętrznego z powodu zmniejszania się w następnych dziesięcioleciach liczby ludności Polski. Na pierwszy rzut wyglądać to może przekonująco, ale skutki w przyszłości będą bardzo opłakane. Nie będzie emerytur? Spadek liczby narodzin dzieci, ujemny przyrost naturalny, a w konsekwencji wyludnianie się Polski mogą za kilkadziesiąt lat spowodować całkowite załamanie się systemu emerytalnego w Polsce. Co prawda obecni 30-latkowie mogą twierdzić, że przecież oni odkładają na swoje emerytury w Otwartych Funduszach Emerytalnych, ale nie powinni zapominać, że to będzie tylko część ich przyszłych emerytur. Mają bowiem też dostawać niewielką, ale jednak emeryturę państwową z ZUS. Musimy również pamiętać, że miliony Polaków będą przez wiele najbliższych lat dostawać świadczenia tylko z ZUS. Chodzi o pokolenie powojennego wyżu demograficznego, które nie zostało objęte reformą. Dla nich pieniądze muszą pochodzić z bieżących wpływów do kasy ZUS. Ta jednak, z roku na rok będzie pustoszała. Państwa na pewno nie będzie stać na zwiększanie dotacji do ZUS i w pewnym momencie cały system zbankrutuje. Może dojść do takiej sytuacji, że miliony Polaków albo będą otrzymywać świadczenia w ratach i z opóźnieniem jak to teraz dzieje się z wypłatami w niektórych przedsiębiorstwach, albo w skrajnym przypadku, zamiast na emeryturę, ludzie będą musieli pracować na swoje utrzymanie do końca życia. Co ciekawe, politycy w zachodnich krajach już zaczynają do takiej perspektywy przygotowywać swoje społeczeństwa. Padają postulaty podniesienia wieku emerytalnego, pod pretekstem, że żyjemy coraz dłużej. A niektórzy ekonomiści i urzędnicy w USA i Wielkiej Brytanii mówią wręcz o zniesieniu pojęcia wieku emerytalnego, aby każdy pracował dotąd, dokąd chce. Stąd już krok od tego, aby w ogóle zlikwidować pojęcie emerytur z funduszy społecznych. Teraz wydaje się to nam wręcz niemożliwe, ale niestety, musimy się liczyć z takim obrotem wypadków. I za jakiś czas może się okazać, że system zabezpieczeń socjalnych na starość, który był jednym z ważniejszych osiągnięć Europy XX wieku, legnie w gruzach. Kto się wtedy zajmie starymi ludźmi, którzy nie będą mieli dzieci, a państwo nie zapewni im opieki nawet na minimalnym poziomie? Ktoś może powiedzieć, że przecież będzie istniał system prywatnych ubezpieczeń na życie, zdrowotnych itd. Tylko, że gdy liczba ubezpieczonych zacznie spadać, mniejsze będą też wypłaty z takich funduszy albo znacznie wzrosną składki, na które wielu ludzi nie będzie stać. Niestety, nigdy jeszcze Polska nie była w takiej sytuacji - sytuacji groźby klęski demograficznej, a w ślad za nią klęski gospodarczej i społecznej. Nawet w czasie zaborów i wojen przyrost naturalny, a tym samym perspektywy rozwoju kraju, był znacznie wyższy. Teraz, w czasach o wiele spokojniejszych, skazujemy się na rolę słabego państwa, z którym mało kto będzie się w przyszłości liczył. A grozi nam niestety nie tylko katastrofa emerytalna. Rynek coraz mniejszy Polska w ciągu jednego pokolenia może stracić 3 miliony obywateli. O tyle bowiem w 2030 r. spadnie ludność naszego kraju. W gospodarce oznacza to trzy miliony konsumentów mniej, czyli tak jakby z mapy kraju znikło całe województwo małopolskie lub wielkopolskie. Mniej konsumentów - oznacza spadek produkcji w przemyśle i usługach. Odczuje to praktycznie każdy sektor gospodarki, od budownictwa, przez producentów ubrań, sprzętu RTV i AGD, zabawek, artykułów dla dzieci, po wytwórców dóbr bardziej luksusowych. Tym samym nie ma co marzyć o trwałej poprawie sytuacji na rynku pracy, bo przedsiębiorstwa nie będą czuły potrzeby zwiększania zatrudnienia, skoro będą im spadały zamówienia. Jak się wydaje, najszybciej kurczenie się rynku wewnętrznego odczują producenci artykułów szybko zbywalnych (żywność, chemia) i sektor handlu. Tutaj bowiem od razu widać, że np. ludziom zaczyna brakować pieniędzy albo konsumenci zmieniają swoje przyzwyczajenia. Warto pokusić się o inne konkretne wyliczenia. Brak trzech milionów ludzi oznacza, że globalna wielkość produktu krajowego brutto może spaść nawet o prawie 10 procent. Co prawda w liczbach bezwzględnych w 2030 zapewne PKB będzie wyższy niż obecnie. Ale ta dynamika byłaby znacznie wyższa, gdyby towarzyszył jej wysoki przyrost naturalny, a nie wymieranie Narodu. Kraje, gdzie dominują ludzie młodzi, najszybciej się rozwijają. Ich gospodarka prze do przodu. Tymczasem w Polsce za 25 lat będzie 10,5 mln ludzi w wieku powyżej 60 lat (teraz jest 6,5 miliona), a liczba ludzi w wieku 18-44 lata zmaleje aż o cztery miliony - z 15 do 11 mln. W takich warunkach nie ma co marzyć o rozwoju gospodarczym. Niestety, spadku popytu na rynku wewnętrznym nie da się nadrobić eksportem. Takie same problemy jak my ma już Europa Zachodnia, dotykają one także wschodu kontynentu, na czele z najludniejszą Rosją. Bogate państwa zachodnie będą dążyły do lokowania swojej produkcji w centrum i na wschodzie Europy, przez co rywalizacja na polskim rynku jeszcze bardziej się zaostrzy. Dla naszych firm będzie więc na nim coraz mniej miejsca. Oczywiście, pojawiają się też głosy, że nie mamy się co przejmować naszą demografią, tylko trzeba otworzyć granice na imigrantów. To przybysze z Azji lub Afryki mają nam „wyrównać" straty ludnościowe. Teoretycznie jest to możliwe, ale czy wtedy Polska zachowa miano kraju cywilizacji łacińskiej opartej na chrześcijaństwie? Lepiej chyba jest podjąć takie działania, a jeszcze można to zrobić, aby odwrócić tendencje ludnościowe, zarówno w interesie rozwoju Narodu, jak i polskiej gospodarki. Patriotyczny Ruch Polski
| |||