now@ on-line  lipiec  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Monika Rotulska:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Artur Adamski:

Mirosław Kokoszkiewicz:  droga do polanki 54

 
Adam Wielomski:
 
Gordon Frisch:
 
Helle Dale:
 
Auschwitz.dk:
 
Ben Shapiro:
 
John Horvat II:
 
David M. Dastych:
 
J.R. Nyquist:
 
Paul Jacob:
 
Phylis Schlafly:
 
Plinio Corrěa de Oliveira:
 
M. Stanton Evans:
 
Tomasz Kaźmierski:
 
Daniel Pipes:
temat: Turcja
 
Maciej Filipowicz:
temat: Gruzja
 
Daniel Pipes:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Grzegorz Motyka:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Romuald Bury:
 
Andrzej Kumor:
 
Jerzy Przystawa:
 
StefanDetko:
 
Józef Darski:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Jan Kowalski:
 
Józef Darski:
 
Marian Kałuski:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Romuald Bury:
 
Witold Filipowicz:
 
Maciej Winnicki:
 
Franciszek Bednarz:
 
Andrzej Sielicki:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Marian Kałuski:
 
Iwo Cyprian Pogonowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
halibuter:
 
Antoni Dudek:
 
Dokumenty:
 
Jarosław Szarek:
 
Dokumenty IPN:
 
Marek Gałęzowski:
 
Maciej Filipowicz:
 
Stanisław Bulza:
 
Marcin Jendrzejczak
 
Ludwik Skurzak:
 
Jacek Salij OP:

Solidarność IENESP:

 

Romuald Bury

AFERA SZLAJFERA

Od chwili powstania, czyli od wiosny 1989 roku "Gazeta Wyborcza" konsekwentnie trwa na stanowisku anty-dekomunizacji i anty-lustracji. Jest to dziwne, albowiem młodzieńcze skłonności jej naczelnego redaktora Adama Michnika, jego fascynacja lewackimi rewolucjami i ich ideologami, w tym Lejby Trockiego nakazywałaby odsuwać od niego wszelkie podejrzenia o konserwatyzm. A jednak Michnik i jego gazeta trwają w tym uporze, choć szkody dla całej formacji "Marca 1968" stają się coraz bardziej widoczne. Co więcej. Lustracja jest procesem, który niezależnie od woli "autorytetu moralnego" rozwija się w najlepsze i żadne jego apele już tego nie powstrzymają.

Z czysto ludzkiego punktu widzenia takie skłonności Michnika można zrozumieć. Środowisko, z którego wyrósł, to według jego własnego określenia "żydokonuna", czyli specyficzna formacja przedwojennych komunistów, w większości agentów Związku Sowieckiego, czynnie, niekiedy wprost terrorem, zwalczających II RP. Może więc mieć specyficzny uraz do pokazywania tego, co dziś najbardziej wstydliwe - agenturalnej współpracy z okupantem i rozliczania z działalności, która prowadzona była w imię zbrodniczej ideologii.

Przyszła kryska na Holzera...

Tak się jednak składa, że dekomunizacja i lustracja jest polską racją stanu. Od 1944 roku Polską nominalnie rządzili "polscy" komuniści (faktycznie była to międzynarodowa zbieranina kominternowskich agentów), którzy są odpowiedzialni za to, co się z naszym krajem działo w tym okresie. Ponadto, przez zaniechanie takich działań umożliwiamy tym ludziom dalsze pełnienie wysokich funkcji państwowych, przez co mają przemożny wpływ na sytuację. Konsekwencje tego stanu rzeczy my będziemy ponosić, ale wpływu na rozwój wydarzeń mieć nie powinniśmy - taka jest w skróci filozofia przemian, dokonująca się w Polsce według piewców okrągłego stołu.

Ponieważ nie dokonaliśmy całkowitego pogrzebu komunizmu, to co chwila jakiś "trup" wychodzi z szafy i bulwersuje opinię publiczną. Od stycznia tego roku, czyli od opublikowania tzw. listy Wildsteina wiadomo, że pęka cały układ a zbliżające się wybory rodzą przekonanie, że tajemnice 15-lecia staną się po prostu jawne i świat (przynajmniej ten nasz) się od tego nie zawali. Przeciwnie, liczymy na więcej normalności w tym zakresie.

Już mamy przedsmak tego, co nas czeka - być może rzeczywistość powinna jawić się nam w zupełnie innym, bardziej jaskrawym świetle? Przypadek urzędującego premiera Marka Belki (z SLD, obecnie Partia Demokratyczna demokraci.pl), którego teczka SB zawiera materiały znacznie go obciążające, może o tym świadczyć. W pamięci mamy przecież formalnie zakończone, ale nie wyjaśnione sprawy Józefa Oleksego "Olina" czy "moskiewskiej pożyczki". Na znacznie niższym poziomie też nie brak brzydko pachnących kwiatków. Oto dowiadujemy się, że w składzie tajemniczej "Komisji Michnika", która w 1990 roku miała nieograniczony dostęp do najbardziej tajnych archiwów UB-SB, był tajny współpracownik SB prof. Jerzy Holzer. Co więcej, mógł on oglądać własną teczkę! A jeśli tak, to sprawa nabiera nowego znaczenia - członkowie komisji, którzy przez kilka tygodni grzebali w tajnych archiwach, jak kura w spichlerzu, dotychczas bagatelizowali sprawę. Rzekomo tak sobie tylko chodzili po korytarzach, na coś tam zerkali, ale było to na tyle nieistotne, że i sprawozdania z tej działalności nie warto było pisać. Dziś już możemy się domyślać, dlaczego, tym bardziej, że inny członek tej komisji, czyli prof. Andrzej Ajnenkiel, to przecież stały publicysta komunistycznej "Trybuny Ludu" z okresu jej gomułkowskiej świetności... Czego jeszcze nie wiemy? Tego właśnie nie wiemy, ale jest szansa, że tajemnice nie zostały pogrzebane na zawsze.

... przyszła też na Szlajfera

Przez kilka tygodni opinia publiczna była bulwersowana sprawą Henryka Szlajfera, dyrektora Departamentu Ameryki w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, kandydata do objęcia niezwykle odpowiedzialnej funkcji ambasadora RP w Waszyngtonie. Właściwie wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Kandydat przeszedł wszystkie (?) procedury, do jego zatwierdzenia potrzebny był już tylko podpis Aleksandra Kwaśniewskiego. Działo się to mimo uporczywych pogłosek, że Szlajfer mógł być nie tyle osobą poszkodowaną przez SB, ale jej tajnym współpracownikiem. Wreszcie bomba pękła - Instytut Pamięci Narodowej odmówił mu przyznania statusu osoby poszkodowanej. Stało się to dosłownie w ostatniej chwili.

Sprawę nagłośniły telewizyjne "Wiadomości", upubliczniając informację, że Szlajfer został zarejestrowany w SB jako kontakt operacyjny (KO) pod pseudonimem "Albin". Nie to jest bulwersujące, bo same formalne zapisy nie przesądzają sprawy. W jego teczce są jednak materiały pracy KO - notatki oficera prowadzącego, zawierające informacje z życia i działalności opozycjonistów lub osób inwigilowanych z innych względów.

Sam zainteresowany twierdzi, że to wszystko nieprawda i oczekuje na wyjaśnienie sprawy. Warto w tym miejscu przypomnieć, że już w 1987 roku amerykański historyk pochodzenia żydowskiego Paul Lendvai pisał, że Szlajfer współpracował z SB. Rzecz miała swój początek w marcu 1968 roku (a właściwie jeszcze przed tymi wydarzeniami), gdy Szlajfer, jako jeden z czołowych komandosów został aresztowany i składał bardzo obciążające zeznania na swych towarzyszy. Później nie miał problemów z władzami, które umożliwiły mu pracę naukową i obronę doktoratu z socjologii. Chyba, ze można to uznać za szczególny rodzaj represji, jako ze według niektórych opinii wszyscy opozycjoniści pochodzenia żydowskiego byli solidnie represjonowani przez władze.

Sprawdzany, ale nie sprawdzony?

Od 1993 roku, czyli od objęcia władzy w Polsce posierpniowej przez SLD, Szlajfer pracuje w MSZ. Był wielokrotnie, jak twierdzi, solidnie sprawdzany pod kątem spełniania wymogów bezpieczeństwa (czyli również pod kątem ewentualnej współpracy z SB). W tym czasie kierował prestiżowym Polskim Instytutem Spraw Międzynarodowych, był ambasadorem RP przy OBWE w Wiedniu, stał na czele kilku departamentów MSZ.

Jego kariera polityczna jest prawdopodobnie skończona (choć tak do końca nigdy nic nie wiadomo, o czym świadczyć może przypadek Józefa Oleksego). Mimo to dawni przyjaciele nie zasypiają gruszek w popiele. W "Gazecie Wyborczej" (z 15 czerwca) natychmiast ukazał się pean na jego cześć. Został scharakteryzowany jako "aktywny członek środowiska "komandosów" - studentów warszawskich uczelni, którzy organizowali demonstracje w obronie swobód demokratycznych". Już nie ma mowy o jakiejkolwiek walce o władzę, został propagandowy slogan o "obronie swobód demokratycznych". Czy ówcześni demonstranci żądali dekomunizacji, ukarania winnych okresu stalinowskiego (i lat późniejszych), odebrania specjalnych przywilejów aparatowi władzy komunistycznej (w tym emerytowanym funkcjonariuszom PZPR, UB-SB, Informacji Wojskowej itp.)? Jeśli nie, to o jakiej demokratyzacji mamy mówić?

"Wyborcza" wprawdzie lojalnie doniosła, że "SB przejęła ok. 100 stron rękopisów pisanych w celi przez Szlajfera, w których szczegółowo opisywał środowisko "komandosów", swoją drogę ideową, wewnętrzne spory wśród studentów, ich zamiary wobec władzy". Ale zaraz dodała, że wg jednej wersji "Szlajfer naiwnie przypuszczał, iż będzie mógł notatki zachować dla siebie, a przesłuchującym go śledczym przekazać wersję złagodzoną. Z rękopisów, które zabrano podczas rewizji w celi Szlajfera, powstały raporty, które potem posłużyły śledztwu". Nie ma natomiast mowy o wersji innej, nie mniej, a może nawet bardziej uprawnionej, że nie były to jego osobiste notatki (bo takich w celi przecież nigdy nie robiono) ale konkretne materiały dla potrzeb śledztwa. To by tłumaczyło sytuację, w której mógł on następnie swobodnie poświęcić się pracy naukowej. Mógł też w miarę swobodnie podróżować za granicę.

"GW" wezwała na pomoc historyków z IPN, którzy jak jeden mąż poświadczają, że nie widzieli żadnych dokumentów na jego temat, co w domyśle ma sugerować, iż Szlajfer jest "czysty", a w istocie kompletnie nic nie znaczy.

Obronę Szlajfera w "GW" można potraktować jako tekst dla idiotów, którzy wprawdzie nic nie wiedzą i na tych sprawach się nie znają, ale od tej pory będą mogli przywoływać argument prawie ostateczny: "czytałem w Wyborczej"...

** ** **

Smutna jest ta nasza rzeczywistość. Z komunistycznej niewoli wychodzimy w najwolniejszym z możliwych tempie. Do dziś zamierzamy dopiero uporać się ze sprawami, jakie inne państwa postkomunistyczne już dawno mają za sobą. W naszym przypadku jest to podwójnie przykre - że sytuacja cały czas czeka na rozwiązanie oraz iż tymczasem siły opiniotwórcze narzucają nam swymi analizami i sposobem przedstawiania "informacji" własną ocenę sytuacji. Z samodzielnego myślenia nikt nas przecież nie zwolnił, dlaczego więc tę całkiem przyjemną czynność mamy scedować na innych, w dodatku nie bardzo nam przychylnych? Myślenie nie boli.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów  http://nowamedia.w.interia.pl