now@ on-line  lipiec  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Monika Rotulska:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Artur Adamski:

Mirosław Kokoszkiewicz:  droga do polanki 54

 
Adam Wielomski:
 
Gordon Frisch:
 
Helle Dale:
 
Auschwitz.dk:
 
Ben Shapiro:
 
John Horvat II:
 
David M. Dastych:
 
J.R. Nyquist:
 
Paul Jacob:
 
Phylis Schlafly:
 
Plinio Corrěa de Oliveira:
 
M. Stanton Evans:
 
Tomasz Kaźmierski:
 
Daniel Pipes:
temat: Turcja
 
Maciej Filipowicz:
temat: Gruzja
 
Daniel Pipes:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Grzegorz Motyka:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Romuald Bury:
 
Andrzej Kumor:
 
Jerzy Przystawa:
 
StefanDetko:
 
Józef Darski:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Jan Kowalski:
 
Józef Darski:
 
Marian Kałuski:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Romuald Bury:
 
Witold Filipowicz:
 
Maciej Winnicki:
 
Franciszek Bednarz:
 
Andrzej Sielicki:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Marian Kałuski:
 
Iwo Cyprian Pogonowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
halibuter:
 
Antoni Dudek:
 
Dokumenty:
 
Jarosław Szarek:
 
Dokumenty IPN:
 
Marek Gałęzowski:
 
Maciej Filipowicz:
 
Stanisław Bulza:
 
Marcin Jendrzejczak
 
Ludwik Skurzak:
 
Jacek Salij OP:

Solidarność IENESP:

 

Artur Adamski

SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA

23 lata temu powstała "Solidarność Walcząca".

Dla większości liderów „Solidarności” wprowadzenie stanu wojennego było zaskoczeniem. Tysiące aresztowano w nocy z 12 na 13 grudnia 1981. Równocześnie tysiące innych starały się uniknąć uwięzienia, lecz często nie bardzo miały dokąd pójść. Mieszkania ludzi związanych z opozycją były obserwowane przez SB. Nikt nie miał wystarczającej orientacji w tym, kto gdzie się ukrywa i na kogo można liczyć w realiach, narzuconego komunistycznym dekretem, prawa wojennego. Ośrodkami pospiesznego nawiązywania kontaktów były strajkujące zakłady. Ich opór już 14 grudnia rozbijały jednak czołgi i szwadrony ZOMO. Wielu działaczy, którym udało się wydostać z obław i umknąć przed szpiclami – błąkało się po opanowanych przez milicję i wojsko miastach, długo nie mogąc nawiązać jakiegokolwiek kontaktu. Ze wspomnień Leszka Budrewicza wynika, że w pierwszych tygodniach stanu wojennego nocował w kościołach, długo nie mogąc znaleźć rzeczywistego, spełniającego swoją rolę ukrycia. Podobne były początki konspiracyjnej działalności wielu głośnych później postaci. Barbara Labuda, którą po latach Unia Demokratyczna kreowała na rzekomą główną organizatorkę dolnośląskiego podziemia, bardzo długo nie miała kontaktu z tymi, których struktury pracowały już pełną parą. Sam przewodniczący Regionalnego Komitetu Strajkowego – Władysław Frasyniuk – na przełomie 1981 i 1982 roku miał na tyle ograniczony kontakt ze strukturami wyposażonymi w drukarnie i siecie kolportażu, że dysponującemu nimi Kornelowi Morawieckiemu polecił wydawać oświadczenia i podpisywać je nazwiskiem szefa RKS – u.

Od kilkunastu lat robi się jednak bardzo dużo, by zasługi ludzi, na których spoczywała ogromna część ciężaru walki z komunistycznym reżimem – zostały zapomniane, lub przypisane komuś innemu. A przecież w latach 1982 – 1989 „Solidarność Walcząca” była, po NSZZ „Solidarność” zdecydowanie najsilniejszą opozycyjną organizacją w Polsce. Skala jej działalności stanowiła wielokrotność kilku kolejnych, zmagających się z reżimem formacji razem wziętych. Co sprawiło, że powstała organizacja tak potężna i jak to się stało, że na początku lat dziewięćdziesiątych została tak dalece zmarginalizowana?

W połowie lat siedemdziesiątych ożywiła się działalność niezależnych środowisk. Dziś pamięta się głównie o kręgu warszawskiego KOR – u, gdyż to jego członkowie stali się jednymi z głównych beneficjentów przemian rozpoczętych „okrągłym stołem”, postaciami piastującymi państwowe godności, brylującymi w TV „mieszkańcami masowej wyobraźni”. Od 16 lat mającymi też „Gazetę Wyborczą” wraz z największą częścią prasowego rynku. Ok. 1976 r. opozycja, i to często znacznie bardziej prężna, rozwijała się jednak także daleko od stolicy i przybierała również orientację odległą od lewicowej. Kornel Morawiecki urodził się w okupowanej przez hitlerowców Warszawie, ale swoje dorosłe życie związał z Wrocławiem. W latach siedemdziesiątych rozpoczął działalność w drugim obiegu wydawniczym. Szybko skupiło się wokół niego grono, które zaczęło wydawać „Biuletyn Dolnośląski”. Należeli do niego m.in. Romuald Lazarowicz i Jan Waszkiewicz. Jednymi z pierwszych drukarzy byli Krzysztof Gulbinowicz i Antoni Roszak. Wkrótce jednak ludzi zaangażowanych w konspiracyjny ruch wydawniczy były dziesiątki. Morawiecki był nauczycielem akademickim, stąd największa część ludzi jego kręgu wywodziła się z Politechniki i Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego inicjatywa przyciągnęła także przedstawicieli starszego pokolenia – byłych żołnierzy Armii Krajowej i organizacji Wolność i Niezawisłość.

Podziemna poligrafia powstawała wręcz z niczego. Rzadkością były powielacze, czy jakiekolwiek konkretne maszyny służące do druku. Metodą prób i błędów poznawano a nawet wynajdywano nowe techniki poligraficzne, wprowadzano substytuty nieosiągalnych w ludowej Polsce materiałów, z których wytwarzano farbę czy substancje służące do nasączania sitodrukowego szyfonu. Na I Zjeździe NSZZ „Solidarność” w 1981 r. Kornel Morawiecki był współautorem i głównym orędownikiem „Posłania do narodów Europy Wschodniej”. Zawierało ono wezwanie do obywateli krajów zdominowanych przez Związek Sowiecki, by podążyli drogą wyznaczoną przez Polaków. „Posłanie” precyzyjnie wyrażało poglądy późniejszego przewodniczącego „Solidarności Walczącej”. Jego liczne wypowiedzi kierowane były do mieszkańców ZSRS i tzw. „krajów demokracji ludowej”. Postulował w nich zbliżenie i współdziałanie w zrzuceniu pętającego wszystkich komunistycznego jarzma. Właśnie za taką działalność w 1981 r. wytoczono Morawieckiemu proces. Pomimo, iż wyrażał on w owym czasie pogląd, że zdominowane narody powinny wytrwale dążyć do wyzwolenia, nie zaniechał środków ostrożności. Wielu współpracujących z nim ludzi pozostawało w głębokiej konspiracji. Na wypadek niespodziewanych wydarzeń mieli oni przygotowane zapasy papieru, sprzętu i materiałów drukarskich oraz adresy ludzi, którzy w razie zagrożenia gotowi byli ukrywać ściganych, udostępniać lokale np. dla potrzeb druku. 13 grudnia 1981 okazało się to zbawieniem.

Zakonspirowane drukarnie Morawieckiego rozpoczęły pracę już w pierwszym dniu stanu wojennego. Pierwszą podziemną gazetką wydaną w czasie wojny polsko - jaruzelskiej był datowany 14 XII numer „Z dnia na dzień” – wydrukowany w domu Tadeusza Świerczewskiego. Mimo tego, że Wrocław roił się od patroli, ZOMO wysypywało na śnieg zawartość toreb wszystkich podejrzanie wyglądających przechodniów a SB przeszukiwało mieszkanie po mieszkaniu – codziennie do tysięcy ludzi docierały świeże wydania podziemnej prasy. Zawierała ona informacje o przebiegu strajków i wydarzeniach związanych z ich tłumieniem.

W ciągu kilku dni czołgi wraz z ZOMO złamały opór większości protestujących zakładów Dolnego Śląska. Nie obyło się bez ofiar – w czasie wdzierania się milicji do zabarykadowanej Politechniki Wrocławskiej śmierć poniósł jeden z uczestników strajku.

Zimą 1981 –82 roku podziemne drukarnie pracowały non stop. Kolporterom z trudem udawało się ukrywać wywożony z konspiracyjnych lokali wydruk. Którymś razem córka Kornela Morawieckiego – Ania – do punktu kolportażowego ciągnęła sanki z paczkami ulotek, zawiniętymi w pościel mającą robić wrażenie wiezionej właśnie do magla. Ten zakamuflowany ładunek nagle rozsypał się na ulicę – i to wprost pod nogi tłumu zgromadzonego na autobusowym przystanku. Nim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować – ulotki zostały błyskawicznie wyzbierane i ukryte za pazuchami oczekujących na autobus, którzy natychmiast zaczęli też np. gapić się w niebo, lub w inny sposób udawać, że nie wiedzą nic o tym, by cokolwiek tutaj się wydarzyło. Tym sposobem część jednego z nakładów została „rozdysponowana nietypowymi kanałami kolportażowymi”.

Pierwsze starcie wojny polsko – jaruzelskiej wydawało się być przegrane. Wiosna pełna była ciągle powtarzających się napięć. Strajki tłumiono brutalnymi represjami. Mnożyły się aresztowania. W dolnośląskiej „Solidarności” zarysowywać się zaczęła różnica w ocenie sytuacji. Kornel Morawiecki był zwolennikiem stałego wywierania nacisku na władze, np. drogą ulicznych demonstracji. Zaznaczał zarazem, że droga do sukcesu może być ciernista i długotrwała. Inną opinię reprezentował Władysław Frasyniuk, który np. stanowczo sprzeciwiał się manifestacjom. Dochodziło do nich spontanicznie po odprawianych w katedrze, trzynastego każdego miesiąca, mszach za ojczyznę. W przeciwieństwie do innych ośrodków kraju – dolnośląski Regionalny Komitet Strajkowy nie wezwał do demonstracji 3 maja 1982 r. Wobec narastających rozbieżności środowisko Kornela Morawieckiego postanowiło powołać organizację, która nie będzie związkiem zawodowym, lecz politycznym – niepodległościowym i antykomunistycznym. „Solidarność” w nazwie wskazywała bezpośrednie korzenie „SW”. W pierwszym oświadczeniu zadeklarowano jednoznaczne poparcie dla NSZZ „Solidarność”, ale też zastrzeżono sobie prawo do krytyki. Tysiące ulotek wezwały do demonstracji w dniu13 czerwca 1982 r. Jej rozmiary przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Tłum zaatakowany przez ZOMO odpowiedział kamieniami. Na ulicach stanęły barykady. Na dużym obszarze miasta walki uliczne trwały do późnych godzin nocnych. Do wystąpień doszło też następnego dnia. W celu stłumienia kolejnego ulicznego protestu, w rocznicę Poznańskiego Czerwca, ściągnięto do Wrocławia ogromne siły policyjne. Nad miastem krążyły helikoptery.

Pojawienie się organizacji o jasno wyrażonym celu – spowodowało niemal masowy napływ tych, którzy byli gotowi do działań zdecydowanych i do poniesienia ofiary. „Solidarność Walcząca” wybierała pokojowe metody walki, ale zastrzegała sobie prawo do umiarkowanej samoobrony. Przejawiało się to np. w organizowaniu demonstracji. Ludzie „SW” starali się być przygotowani na atak ZOMO. W swoich działaniach zawsze liczyło ono na wywołanie paniki. Dążyło do przerażenia i tym sposobem rozproszenia tłumu. Członkowie „SW” wychodzili na ulice przygotowani do oparcia się taktyce milicji. Kilkuosobowe grupy miały swoich „dowódców”, którzy decydowali o tym, kiedy uciekać a kiedy i gdzie stawiać barykady. Te „siły osłonowe” miały, w pewnym stopniu, osłabiać skuteczność działań ZOMO. W sporej mierze się to udawało. Na demonstracjach „grupy osłonowe” pojawiały się np. z garściami zespawanych z gwoździ „kolczatek”. Rzucane pod koła milicyjnych pojazdów unieruchamiały je, co czasem wpływało na przebieg wydarzeń. Do legendy przeszły starcia na ul. Tęczowej we Wrocławiu, gdzie podczas jednej z manifestacji stanęły barykady w tak przemyślny sposób skonstruowane i zlokalizowane, że znajdującego się za nimi terenu ZOMO nie mogło opanować przez kilka godzin. Kolejne natarcia zomowców załamywały się dzięki sprawnemu dowodzeniu, wobec którego na nic się zdawały się miesiące ćwiczeń na milicyjnych poligonach.

Apogeum akcji ulicznych miało miejsce w sierpniu 1982 roku. Codziennie Wrocław zasypywały ulotki. Coraz częściej swoje audycje nadawało Radio „Solidarność Walcząca”. 31. VIII odezwało się kilkakrotnie. Przed południem nadało apel wzywający funkcjonariuszy MO, by powstrzymali się od użycia przemocy. Już jednak dwie godziny przed terminem planowanej demonstracji pierwszą grupę manifestantów ostrzelano puszkami z gazem łzawiącym. Rozruchy rozlewały się na kolejne dzielnice miasta. Radio „SW” podawało na bieżąco świeże wiadomości o kolejnych wydarzeniach. Wg dziennika TVP – wystąpienia we Wrocławiu wybuchły w 51 punktach miasta. Prasa podziemna oceniała, że w starciach z ZOMO wzięło udział co najmniej 50 tysięcy ludzi. Niestety – nie obyło się bez ofiar. Milicja w kilku miejscach użyła ostrej amunicji, raniąc kilkanaście osób i jedną zabijając. Symbolem zaciętości ulicznych walk na długo stał się zegar z Dworca Świebodzkiego – roztrzaskany jedną z oddanych tego dnia serii z kałasznikowa.

„Solidarność Walcząca” nie mogła liczyć na taki zakres zagranicznej pomocy, jaki różnymi kanałami trafiał do NSZZ „Solidarność”. Nie docierał do niej np. sprzęt poligraficzny – wysyłany przez zagraniczne przedstawicielstwo związku działające w Brukseli. W sumie wyszło to jednak „SW” na dobre. Jak szczycił się tym w swojej książce gen. Czesław Kiszczak – jego ludzie przeniknęli do kręgów „Solidarności” na Zachodzie i instalowali w powielaczach wysyłanych dla podziemia w kraju mikronadajniki – pozwalające Służbie Bezpieczeństwa ustalać adresy konspiracyjnych drukarń. „SW” swoją poligrafię opierała natomiast głównie na ogromnej ilości ramek sitodrukowych. Zasadą było, że każdy członek SW powinien umieć drukować. W przypadku, gdy koledzy, wraz ze swoim sprzętem wpadali w ręce SB, pozostający na wolności szybko potrafili kontynuować ich dzieło. Wystarczyła niewielka ilość prostych przedmiotów, trochę chemikalii i pasta „Komfort”, z której wyrabiano farbę. Bywało, że drukowano na papierze śniadaniowym, albo nutowym. Jakość druków jednak stale ulegała poprawie. Drukarze za punkt honoru przyjmowali, by była ona coraz wyższa. W 1984 roku standardową docinką wśród konspiratorów było: Stary, tak to się w grudniu 1981 drukowało. Świat idzie naprzód! Taką jakością to ty drugą komunę budujesz!

Kornel Morawiecki wyraził kiedyś opinię, że „SW” ma „strukturę fraktalną”. Znaczyło to, że każda grupa działaczy z czasem pozyskuje kolejnych, zaufanych ludzi, którzy przyłączają się do struktury organizacji a po jakimś czasie – oni też wprowadzają następnych. Ogniwa „SW” miały dość dużą autonomię a ludzie w nich działający mogli realizować swoje powołanie na różny sposób. W pewnym momencie obok „Biuletynu Dolnośląskiego” i głównego wydania „Solidarności Walczącej” – pod szyldem organizacji ukazywały się dziesiątki innych tytułów. Oddziały „SW” rozwijały się w kolejnych ośrodkach Polski – w Poznaniu, Gorzowie, Trójmieście, na Górnym Śląsku, w Rzeszowie, Szczecinie i innych miastach. Radio „SW” nadawało swoje audycje nie tylko w dużych metropoliach, jak Warszawa czy Gdańsk. Bywało, że nadajniki instalowano np. na Gubałówce, by wchodząc w zakres III Programu Polskiego Radia nadać program odbierany przez całe Zakopane i okolice.

Wszystkie znane dziś dokumenty wskazują na to, że SB miała bardzo duży kłopot z wprowadzeniem swoich ludzi do struktur „Solidarności Walczącej”. W zasadzie jest pewnym, że nigdy SB nie miało jakiejkolwiek „wtyczki” w przywódczym trzonie organizacji. Bezpieka pozyskiwała informacje od szpicli rozlokowanych na jej obrzeżach, ciągłej obserwacji i nękania podejrzanych. W 1983 r. udało jej się zatrzymać jednego ze znaczących działaczy oraz złamać go w czasie śledztwa. W efekcie aresztowano 35 członków „Solidarności Walczącej”. Reżim głosił swój triumf na łamach „Trybuny”, radia i telewizji, w której wielokrotnie pokazywano przejęte przez SB maszyny drukarskie i nadajniki radiowe. W takich sytuacjach świetnie jednak zdawała egzamin zasada „Solidarności Walczącej”, wmyśl której miała ona strukturę permanentnie się odtwarzającą. Zbawienne też było to, że niemal każdy członek „SW” potrafił nie tylko drukować, ale nawet zorganizować sobie większość tego, co do druku było potrzebne. W połowie lat osiemdziesiątych struktury liczyły już prawdopodobnie parę tysięcy ludzi. Osób na tyle wytrwałych i aktywnych, że nawet masowe aresztowania nie były w stanie zakłócić zasadniczego rytmu pracy organizacji.

„Solidarność Walcząca” dysponowała znacznie mniejszymi środkami, niż NSZZ „Solidarność”. Zawsze jednak była gotowa wspierać wszystkich, którzy też walczyli o wolność – nawet, jeśli bardzo różnili się programowo. Ogromna część tej pomocy nigdzie nie była nawet odnotowana. A przecież drukarnie „SW” powielały np. kolejne wydania gazetek zakładowych komitetów „Solidarności”. Ludzie „SW” szkolili drukarzy podziemia młodzieżowego i studenckiego. Piszący te słowa na powielaczu „Solidarności Walczącej” odbijał druki NZS – u, Ruchu „Wolność i Pokój”, „Solidarności” Regionu Mazowsze (choć druk miał miejsce pod Wrocławiem). Na żadnym egzemplarzu nie było wzmianki, że pisma te ukazują się dzięki „Solidarności Walczącej”. I była to rzecz zwyczajna, codzienna. Wśród ludzi „SW” zjawiskiem nieznanym była jakakolwiek kastowość. Przyjmowano, że jeśli ktoś knuje przeciw reżimowi – jest „swój”. Nie zabiegano o własny „szyld”. Liczyła się wspólna sprawa. Po aresztowaniu małżeństwa Romaszewskich – przestało nadawać warszawskie Radio „Solidarność”. Radiowiec „SW” – Jan Krusiński – poinformował przewodniczącego organizacji, że jest gotów udać się ze swoim sprzętem do stolicy, by nadać audycje kontynuujące pracę Romaszewskich. Zdejmowałoby to z zatrzymanych część dowodów winy oraz stanowiło demonstrację kontynuowania walki w eterze. Dzięki brawurowym akcjom radiowców z wrocławskiego „SW” – głośno gruchnęła wieść, że pomimo uwięzienia Romaszewskich – rozgłośnia mazowieckiej „Solidarności” działa dalej.

Pamiętać trzeba, że w przeciwieństwie do NSZZ „Solidarność” – „SW” nie była organizacją związkową, czy środowiskową. Była jednoznacznie zorientowaną organizacją antykomunistyczną, której członkowie stawiali sobie za cel obalenie ustroju i niepodległość Polski. Stad represje, na jakie narażali się członkowie „SW”, były innego rzędu od tych, które stawały się udziałem działaczy związkowych. Przeciw nim, bez naciągania faktów, można było wytaczać najpoważniejsze paragrafy obowiązującego w PRL – u Kodeksu Karnego. Nie jest przypadkiem, że największy wyrok za niezależną działalność w latach osiemdziesiątych został wymierzony należącej do „SW” Ewie Kubasiewicz – skazanej na 10 lat więzienia. SB prześladując ludzi „Solidarności Walczącej” nie wahała się posuwać do metod najbardziej brutalnych. To w wyniku bicia i gróźb dokonania morderstwa parokrotnie udało się ubekom zdobyć informacje pozwalające aresztować kolejne osoby.

„SW” była prawdziwą solą w oku reżimu Jaruzelskiego. O jej działaniach mówiono w najostrzejszych słowach w często zaskakujących sytuacjach. O „Solidarności Walczącej” długo rozprawiał w swym wystąpieniu np. adwokat broniący na toruńskim procesie morderców księdza Jerzego Popiełuszki.

Zatrzymania działaczy „SW” przypominały czasem akcje obezwładniania uzbrojonych terrorystów. Choć oczywiście – ludzie „Solidarności Walczącej” nie posiadali, ani tym bardziej nie używali broni. Dopiero jesienią 1987 r. SB zatrzymała przewodniczącego organizacji – Kornela Morawieckiego. Parę lat wcześniej w kręgu gen. Kiszczaka zaczęło się umacniać przekonanie, że przewodniczący „Solidarności Walczącej” przez tak długi czas wymyka się im z rąk dzięki temu, że jego organizacja ma bardzo dobrze osadzone „wtyczki” w dolnośląskiej Służbie Bezpieczeństwa. W celu walki z „SW” skierowano więc do Wrocławia sekcję ubeków z Warszawy. Wiele wskazuje jednak na to, że aresztowanie Morawieckiego nie było jednak zasługą stołecznej SB, lecz dziełem przypadku. SB w owym czasie prowadziła długotrwałe obserwacje dziesiątków lokali. Feralnego dnia postanowiła aresztować zgromadzonych w jednym z nich, dokonując szturmu, w czasie którego w drzazgi poszły drzwi z częścią muru a schwytanych przyciśnięto do podłogi, mierząc do nich z naładowanej broni. Ubecy byli zdziwieni tym, że mają nie tylko ważną działaczkę – Hannę Łukowską – Karniej, ale też samego Morawieckiego. Bez zwłoki przewodniczący „SW” został drogą lotniczą przewieziony do Warszawy na Rakowiecką – przykuty kajdankami w esbeckim helikopterze. Natomiast jego towarzyszkę do tego samego miejsca odwieziono w złożonym z szeregu pojazdów konwoju. Akcja ta wyglądała tak, jakby Kiszczak całkowicie stracił zaufanie do wrocławskiej esbecji a „Solidarność Walczącą” postrzegał jako organizację zdolną dokonać zbrojnego odbicia swojego przewodniczącego.

Po aresztowaniu Morawieckiego jego funkcję przejął Andrzej Kołodziej – człowiek, który w 1980 r. wzniecił i kierował strajkiem w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Niestety – niedługo później także został zatrzymany. Punktem zwrotnym w śledztwie prowadzonym przeciw liderom „Solidarności Walczącej” była fala strajkowa z wiosny 1988 r. Reżim komunistyczny był przerażony perspektywą wystąpień społecznych, które mogły doprowadzić do obalenia ustroju. Coraz więcej wskazywało na to, że właściciele PRL – u nie mogą liczyć na wsparcie Związku Sowieckiego, na czele którego stał już wówczas Gorbaczow. Zwyciężać zaczęła opcja porozumienia się z częścią opozycji, zanim dojdzie do konfrontacji mogącej przynieść fatalne dla reżimu skutki.

Morawiecki wielokrotnie podkreślał, że rozmowa z komunistami może wyłącznie polegać na przyjęciu do wiadomości zrzeczenia się przez nich władzy. Stał więc na przeszkodzie kompromisowi, który właściciele PRL – u postanowili zawrzeć z „konstruktywną” częścią opozycji. Przy współudziale prof. Stelmachowskiego Kornel Morawiecki został więc wydalony z kraju. Przymusowy, paromiesięczny pobyt na Zachodzie starał się wykorzystać dla pozyskania wsparcia dla polskich aspiracji polityków wolnego świata oraz nawiązania kontaktów w środowiskach emigracyjnych. Przede wszystkim zderzył się jednak z fascynacją Gorbaczowem i wolą daleko idących kompromisów. Kiedy przywódca „Solidarności Walczącej” przez zieloną granicę powracał do kraju – Kiszczak zaczynał rozmowy z Wałęsą, przygotowywała się konferencja w Magdalence. Coraz jaskrawiej rysował się kształt przygotowywanego przełomu – ludzie „Solidarności” w kontraktowym sejmie, udział „konstruktywnej” opozycji we władzy, bezkarność i uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury. Większość społeczeństwa wolała dać posłuch obietnicom Wałęsy, niż przychylić się do przestróg Morawieckiego. Było to tym bardziej oczywiste, że opozycja „konstruktywna” dostała ograniczony dostęp do TV. Ich programów słuchały miliony. Kwadrans wydzielony w programie telewizji zarządzanej wówczas przez Jerzego Urbana znaczył więcej, niż gazetki powielane na setkach ramek „Solidarności Walczącej”. O niej co najwyżej wspomniał Stefan Bratkowski – na łamach „Tygodnika Powszechnego” odsądzający organizację Morawieckiego od czci i wiary.

Wiosną 1989 r. Wałęsa odbywając wielkie tournee po Polsce, przed wielotysięcznymi tłumami mówił o „wielkim otwarciu” władzy ludowej, nie szczędząc zarazem najgorszych słów oponentom „okrągłego stołu”. Kilka środowisk ubiegało się o prawo wydawania swojej gazety codziennej. Udzielono go jedynie „Gazecie Wyborczej”, która jako jedyny dziennik opozycji szybko osiągnęła pozycję niemal monopolistyczną. Obdarzona tak wyjątkowym przywilejem, otrzymane „fory” wyzyskała maksymalnie i zdobytej wtedy ogromnej części rynku nie oddała do dziś. W czasie, gdy komunistyczny reżim dzielił się antenowym czasem radia i telewizji z nowymi przyjaciółmi – „SW” dysponowała jedynie powielaczami, sitodrukiem i konspiracyjnymi nadajnikami. Dostęp do mass mediów i wielkonakładowej prasy – był dla ludzi „Solidarności Walczącej” całkowicie zamknięty. W takiej sytuacji marginalizacja była konsekwencją oczywistą.

Prezes TVP Jerzy Urban z właściwym sobie skrajnym cynizmem zapraszał do występów w programach telewizyjnych przedstawicieli różnych, pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia i rzeczywistej tradycji organizacji politycznych. Oglądani przez całą Polskę – nagle zyskiwali poparcie a ich często groteskowe partie zaczynały istnieć na kształtującej się scenie politycznej. Potężna siła kreacyjna telewizji sprawiła, że w zbiorowej świadomości zaczęło funkcjonować kilka kanapowych ugrupowań a liczne postacie nie odgrywające większej roli w ciężkich latach zmagań z reżimem – zaczęły uchodzić za bohaterów uosabiających niezłomność, szlachetność i poświęcenie. Telewizja wespół z „Gazetą Wyborczą” „wyczarowały” nowych opatrznościowych mężów, otoczyły nimbem chwały środowiska, których główną zasługą była największą prędkość, z jaką przebierały nóżkami w pędzie do objęć spragnionych nagle pojednania komunistów. Z „Solidarności Walczącej” naigrywał się Kiszczak w wywiadzie udzielonym gazecie Adama Michnika. Wywiadzie, którego autorską konkluzją było zdanie „lubię pana generała Kiszczaka”.

O „Solidarności Walczącej” nie do końca bowiem zapomniano. Raporty z działań operacyjnych prowadzonych przeciw Jadwidze Chmielewskiej – stojącej na czele „SW” po aresztowaniu Andrzeja Kołodzieja – sporządzano w czasie, gdy od kilku miesięcy premierem był już Tadeusz Mazowiecki. Ostatnie znane sprawozdanie tajnej policji z działań operacyjnych przeciw organizacji Kornela Morawieckiego zostało sporządzone niemal rok po „kontraktowych” wyborach. W czasie, gdy „Artyści dla Rzeczpospolitej” nawoływali do przekazywania Mazowieckiemu datków pieniężnych – premier ten nie miał nic przeciw temu, by wydawać publiczny grosz na działania esbecji wymierzone przeciw wczorajszym druhom z podziemia.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Alfred Znamierowski napisał o „Solidarności Walczącej” książkę pt. „Zaciskanie pięści”. W celu zebrania świadectw działalności organizacji Kornela Morawieckiego parę tygodni temu zaczęła funkcjonować strona internetowa www.sw.org.pl. Najwyższy to czas, by utrwalić pamięć jednego z głównych nurtów polskich dążeń niepodległościowych lat osiemdziesiątych.

www.rubikkon.pl

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów  http://nowamedia.w.interia.pl