now@ on-line  czerwiec  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Leszek Skonka:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Jerzy Przystawa:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Phyllis Schlafly:
 
Michael Whitcraft:
 
J. R. Nyquist:
 
Ocnus News:
 
Donald Devine:
 
Daniel Pipes:
 
John Horvat:
 
J.R. Nyquist:
 
Donald J. Devine:
 
Daniel Pipes:
 
Ks. Henryk Jankowski:
 
Stanisław Remuszko:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Maciej Giertych:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Romuald Bury:
 
Jerzy Przystawa:
 
Andrzej Kumor:
 
Marian Kałuski:

Witold Filipowicz:

 
Jerzy Przystawa:
 
Zbigniew Brzozowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Witold Filipowicz:
 
Iwo Cyprian Pogonowski:
 
Adam Maksymowicz:
 
Adam Wielomski:
 
Stanisław Bulza:
 

 

Adam Wielomski

Nieuczesana feministka

„Emancypatorzy!... Słowo magiczne, dzięki któremu bestialskie i zabójcze głupstwo otacza się laurami i nakłada sobie koronę dobroczyńcy i geniusza” pisał francuski konserwatysta Léon Daudet w książce „Głupi Wiek Dziewiętnasty” wydanej w 1929 roku. A namnożyło się nam w Polsce różnorakich „emancypatorów”, co to chcą normalnych ludzi „emancypować” od wszelkich tradycyjnych form życia i myślenia, aby przekuć ich w sztuczny produkt swoich ideologicznych wizji.

Do czołowych przedstawicielek tego nurtu zaliczają się feministki. Przez wiele lat w tej dziwacznej i marginalnej subkulturze prym wiodła Barbara Labuda, samotnie prowadząca swoją bezbożną krucjatę przeciwko Bogu i Kościołowi. Potem pojawiały się inne orędowniczki „praw kobiet”, jedna radykalniejsza od drugiej. W „środę” gadały o biciu kobiet rzekomo akceptowanym przez Kościół katolicki, innego dnia o klerykalizmie i antykoncepcji. W ostatnim czasie najsławniejszą w tej polityczno-filozoficznej sekcie stała się senator Maria Szyszkowska, o której media podały, iż została nawet nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla przez Micheline Calmy-Rey sprawującą funkcję Ministra Spraw Zagranicznych Szwajcarii. Niestety, szybko okazało się, że to nie rząd Szwajcarii wyszedł z tym pomysłem – widocznie Szwajcarzy uznali, że nic im nie zrobiliśmy takiego, aby nas tak ośmieszać – lecz pozarządowa organizacja 1000 Kobiet na Rzecz Nagrody Nobla 2005. Ale jest faktem, że jeśli kiedykolwiek pojawi się Nobel z emancypacji, to Pani Senator będzie murowaną faworytką. Wszak nie jest tylko jakąś tam sobie feministką. Jest emancypatorką totalitarną, emancypuje zawsze i wszędzie. Równouprawnienie płaci? Tak. Małżeństwa homoseksualne? Tak. Wystarczy wpisać „Maria Szyszkowska” w internetową wyszukiwarkę „Google”, a zaraz pokażą się nam strony o charakterystycznym brzmieniu, zawierające w swoich nazwach słówka „gej.net” czy „lesbijka.org” – swoją drogą, to nie wiem czy chciałbym aby moje nazwisko wyskakiwało na takich stronach...

Maria Szyszkowska emancypuje także matki od niechcianych nienarodzonych dzieci, pozwalając im je uśmiercać; emancypuje też ludzi starych i chorych głosząc prawo do eutanazji. Gdy pojawiła się – na szczęście fałszywa – informacja, że Marię Szyszkowską rząd Szwajcarii nominował do Nagrody Nobla, jeden z komentarzy na portalu onet.pl głosił: „Zamiast Nobla, dajcie jej najpierw grzebień”. Faktycznie, jak rzucimy okiem na zdjęcie Pani Senator, to można odnieść wrażenie, że wyemancypowała się nawet od grzebienia. Wiemy też, że nigdy nie ustanie w propagowaniu kolejnych form emancypacji. Nawet proponowana przez nią ustawa o małżeństwach homoseksualnych to tylko przejściowy etap w walce o równouprawnienie. Pani Senator sama mówi, że jej projekt ustawy jest niedoskonały: „Wprowadziłam do projektu ustawy zakaz adoptowania dzieci przez pary złożone z osób tej samej płci. To było rzeczywiście takie bardzo wyraźne odstępstwo od moich własnych poglądów. Na szczęście to jedyny kompromis, ale nie czuję się dobrze z tym, tyle, że gdybym tego nie zrobiła, to w ogóle nikt nie chciałby ze mną rozmawiać o projekcie ustawy i ona nigdy nie byłaby przedmiotem obrad senatu. To świadczy tylko o tym, jak głębokie są uprzedzenia, jaka jest zaściankowość w sposobie myślenia”.

Feministki to zwierzątka zideologizowane. Nie żyją w świecie ludzkim, lecz wyimaginowanym. Mówią, że bronią kobiet bitych i poszkodowanych, których mężowie nie dość, że traktują je „przedmiotowo” widząc w nich jedynie obiekty pożądania seksualnego, to w dodatku coraz to stwierdzają, że „zupa była za słona”. Nikt nie twierdzi, że nie ma kobiet bitych i upokarzanych. Faktu tego nie należy jednak tłumaczyć „reakcyjnym wpływem kleru”, który – jako żyjący w celibacie – rzekomo leczy swoje frustracje ucząc o poniżaniu kobiet. To, że są bite kobiety nie tłumaczy wcale fenomenu ideologii feminizmu. Spójrzmy na przeciętną feministkę: czy jest ona bita przez męża? Raczej jej to nie grozi, gdyż statystyczna feministka nie ma męża, a każdy zdroworozsądkowy mężczyzna omija te cudeńska dalekim kołem. Feministka to zwykle kobieta bez mężczyzny, która fakt ten w swojej imaginacji tłumaczy wrogością „samczego świata” do jej osoby.

Są jednak feministki zamężne lub żyjące w konkubinacie. Żadna z nich jednak – przynajmniej spośród tych, które znam – nie jest maltretowana przez swojego męża lub konkubenta. Bicie kobiet, gwałty na nich, poniżanie zdarzają się statystycznie częściej w rodzinach o niskim wykształceniu. Feministki zaś są dobrze wykształcone. Pokończyły szkoły, mają doktoraty, dobrze zarabiają; bardzo często to one – kobiety z silnym charakterem – dominują w związku w którym żyją – jakby tu przyszło do bijatyki, to nie wiem kto kogo by tu pobił. Innymi słowy: opowiadając o maltretowaniu i dyskryminacji kobiet nie mówią o czymś, co znają z autopsji, czego same by doświadczyły. Feministka to taka kobieta, która pisze i mówi o nieszczęściach innych kobiet, o których czytała w gazecie lub uczyła się na uniwersyteckich zajęciach z socjologii lub psychologii prowadzonych przez jeszcze inne kobiety. Jest to więc nie opis realnych problemów samych feministek, lecz problemów znanych z literatury lub kolorowych pism dla naiwnych panienek.

Jeśli feminizm jest ideologią – a jest – to kształtuje się w opozycji do rzeczywistości. Cechą charakterystyczną każdej ideologii jest jej krytyczny stosunek do świata zastanego. Ten, kto akceptuje świat takim, jakim on jest, nie tworzy ideologii. Konstrukcje te buduje się wówczas, gdy chce się opisać co jest w otaczającej nas rzeczywistości złe, jak należy to zmienić i w co przekształcić. Ustawia to ideologię w pozycji przeciwieństwa względem natury, porządku zastanego i tradycyjnego. Feminizm jest tu klasycznym przykładem. Jego refleksja społeczna nie wychodzi z zadania sobie prostych pytań: jak jest i dlaczego tak jest? Postawienie tych pytań zmuszałoby bowiem do zadania sobie pytania kolejnego: jakie jest naturalne, potwierdzone przez historię i rozumowanie, miejsce kobiety w społeczeństwie i w rodzinie? Pod pojęciem „naturalne” nie rozumiemy tu takiego, jakie teoretycznie być powinno, jak opisali to filozofowie, redaktorzy kolorowych pisemek czy ktokolwiek inny, kto nie bada świata takim, jakim on jest, lecz pisze jakim być powinien.

Nie teoretyzujmy. Wróćmy do naszego żywego przykładu Marii Szyszkowskiej - ona zupełnie nie interesuje się problemem rodziny; nie zastanawia jej dlaczego zawsze i wszędzie rodzina składa się z mężczyzny i z kobiety? Nie zwraca uwagi na to, że rodzina złożona z mężczyzny i z kobiety jest modelem potwierdzonym przez ogólnoświatowe doświadczenie i ma racjonalny cel w postaci prokreacji. Zamiast obserwować świat i zgłębiać jego prawa, ją interesuje pojęcie abstrakcyjne: równość/równouprawnienie. W jednym z wywiadów Maria Szyszkowska wprost mówi, że proponując ustawę o małżeństwach homoseksualnych nie kierowały nią jakiekolwiek problemy praktyczne, lecz wyłącznie ideologiczne i nawet - złożony wszak z politycznych oportunistów - klub parlamentarny SLD miał obiekcje przed tą ustawą. Pani Senator mówi więc: „Zastanowienie wywołał mój argument, że stosunek do projektu ustawy będzie sprawdzianem rzeczywistej lewicowości. Bardzo łatwo jest powiedzieć: ‘Jestem lewicowy’. Jednak pozytywny stosunek do rozmaitych mniejszości jest prawdziwym papierkiem lakmusowym”. Zamiast zastanowić się dlaczego dwóch mężczyzn lub dwie kobiety nie mogą założyć normalnej rodziny, Pani Senator chce sprawdzić – wypróbować w boju radziecką metodą – swoją ideologiczną, lewicową nieskazitelność; woli dywagacje zawarte w książeczce Kate Millet „Polityka płci” niż ogląd rzeczywistości. To w takich książeczkach znajduje prawdy o świecie. To mniej więcej tak, jakby być ornitologiem i studiować życie szpaków nie wychodząc z domu albo życie żab i nie pójść nigdy na wycieczkę nad rzekę.

W istocie nie chodzi więc o realne problemy, lecz o konfrontację typu ideologicznego, gdzie w imię mesjanistycznej idei chce się obalać odwieczne prawdy świata. Pani Senator walczy z klerofaszyzmem, który – w jej przekonaniu – jest wszechobecny w Polsce. Sięgnijmy znów do wywiadu – tym razem udzielonego paniom „kochającym inaczej”: „musiałam dzisiaj w Senacie, jeszcze w ostatniej chwili przed głosowaniem wysłuchać kilku uwag wyrażonych przez paru senatorów, tak pozbawionych jakiegokolwiek sensu, świadczących o tak niskim poziomie świadomości, o tak wąskich horyzontach, że to jest przerażające... A potem krótka audycja telewizyjna, wywiad telewizyjny ze współudziałem senatora z Platformy Obywatelskiej. I to jest przerażające - PO, która rzekomo jest taka liberalna, a to wszystko jest nieprawda. Platforma tak samo myśli w kwestiach światopoglądowych jak LPR. Czyli taka straszna gorycz, bo w gruncie rzeczy te czające się niebezpieczeństwo faszyzmu, które Polsce zagraża, ma bardzo mocne ugruntowanie w poglądach, wąskich horyzontach naszego społeczeństwa”. No, raczej trudno uznać, że Maria Szyszkowska ma świadomość świata w którym żyje i gdzie rzekomo grasują stada faszystów; jej świat został ukształtowany przez ideologię.

Pani Senator nie chodzi tedy o prawdę o świecie, lecz o własne wyobrażenie tego świata, który jest zły, obłudny, który alienuje istotę ludzką z przyrodzonego jej prawa do równouprawnienia. Dlatego trzeba świat zmienić, wywrócić do góry nogami, zburzyć wszystko i zaorać; dlatego należy emancypować wszelkie możliwe mniejszości. Kobiety muszą stać się mężczyznami, homoseksualiści mają mieć równe prawa. Zauważmy zresztą, że emancypatorom nie chodzi tylko o ludzi. Świadczy o tym niedawny przykład pingwinów-pederastów. Przeglądając wiadomości na onet.pl znalazłem jakiś czas temu dramatyczny opis: „Dyrekcja zoo w Bremerhaven chce zbadać życie seksualne przebywających w tym ogrodzie pingwinów, po tym gdy zaobserwowano niepokojące zachowania niektórych osobników płci męskiej, usiłujących łączyć się w pary i wysiadywać, zamiast jaj, kamienie. Według informacji lokalnej prasy, dyrekcja zamierzała - w celu weryfikacji swych podejrzeń - sprowadzić ze Szwecji pingwiny płci żeńskiej i w ten sposób sprawdzić, jak będą zachowywać się ‘podejrzani’”. I co zrobili „emancypatorzy” z Bremerhaven? Media donoszą: „Plany te spowodowały jednak lawinę protestów ze strony ugrupowań gejów i lesbijek, które obawiają się, że te sympatyczne zwierzęta będą siłą zmuszane do zmiany przyzwyczajeń seksualnych (...). Dyrektor zoo, Heike Kueck, zapewniła solennie w wywiadzie radiowym, że ‘nikt nie będzie próbował rozłączać jednopłciowych par siłą’”.

Mogę się domyślać, że gdyby sytuacja ta miała miejsce w Polsce, to Maria Szyszkowska natychmiast rzuciła by się z odsieczą biednym pingwinom-pederastom, aby umożliwić im dalsze „łączenie się w pary i wysiadywanie, zamiast jaj, kamieni”. Emancypacja pingwinów jest wszak intelektualnie i ideologicznie znacznie bardziej interesująca niż troska o to, aby nie wymarły z powodu braku potomstwa.

www.konserwatyzm.pl

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl