| ||||
|
w tym wydaniu:
Phyllis Schlafly:
Michael Whitcraft:
J. R. Nyquist:
Ocnus News:
Donald Devine:
Daniel Pipes:
John Horvat:
J.R. Nyquist:
Donald J. Devine:
Daniel Pipes:
Ks. Henryk Jankowski:
Stanisław Remuszko:
Cezary Rozwadowski:
Maciej Giertych:
Sławomir Olejniczak:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Romuald Bury:
Jerzy
Przystawa:
Andrzej Kumor:
Marian Kałuski:
Witold Filipowicz:
Marian Kałuski:
Witold Filipowicz:
Iwo Cyprian Pogonowski:
Adam Maksymowicz:
|
Mirosław Kokoszkiewicz Felietony Michnik i nowy Dekalog Zapanowała panika wśród prawdziwych Europejczyków. Wszyscy są tak bardzo zatroskani tym, że nad Sekwaną miejscowe pospólstwo może w referendum udzielić nieprawidłowej odpowiedzi, więc wyruszają tam, co koń wyskoczy światli demokraci ze wszystkich krajów unii. Nie mogło zabraknąć oczywiście i polskich największych umysłów z Aleksandrem Smolarem na czele. We Francji tak jak i w Polsce nikt nie pokusił się, aby przedstawić i przybliżyć obywatelom tekst traktatu. Na czoło wysuwane były głównie aspekty polityczne w karykaturalnej formie. W tragiczny ton uderzają politycy wieszcząc same klęski z powodu ewentualnego odrzucenia Konstytucji UE. Już nawet Gazeta Wyborcza i krąg jej przyjaciół od jakiegoś czasu zmieniły taktykę. I w tym środowisku zapanowała zgoda, że może tekst ten nie jest doskonały, ale w gruncie rzeczy przyjąć go należy gdyż pozytywy w zdecydowany sposób przeważają. Pan Smolar w przypływie szczerości w wywiadzie dla TVN 24 z samego Paryża zaczyna żałować, iż upierano się przy preambule bez Boga i chrześcijaństwa, co zwiększyło problemy i kłopoty z ratyfikacją traktatu. Panu Smolarowi (nie oszukujmy się) nie chodzi o te wartości, lecz o to,że przy innym bardziej kompromisowym zapisie dałoby się zwieść więcej obywateli eurolandu. We Francji akurat taka czy inna treść preambuły nie budzi żadnych emocji. Tam nacisk przeciwników dotyczy głównie spraw ekonomicznych, niechęci do dziesiątki nowoprzyjętych krajów i zagrożeń stąd wynikających. Przy tej okazji niepewnego wyniku referendum jak na dłoni widzimy prawdziwe przywiązanie unijnych polityków do demokracji. Niektórym puszczają nerwy. Bardzo dobitnie to widać po wypowiedzi Jean-Claude Junckera, premiera kierującego pracami UE Luksemburga, który wzywał do powtarzania głosowań aż do uzyskania "prawidłowej odpowiedzi".\ Taką oto demokrację chcą nam zafundować „europejskie elity” i im szybciej to zrozumiemy tym lepiej dla nas. To, czego my chcemy i jakbyśmy chcieli żyć nikogo nie interesuje. Każdy najgłupszy, a co gorsza najszkodliwszy pomysł może być wcielony w życie w pseudo-demokratyczny sposób polegający na kłamstwach i kierowaniu gigantycznych pieniędzy z naszych kieszeni na nachalną kłamliwą propagandę. W naszym kraju, uniosceptycy na czoło wysuwają jako najważniejszy argument przeciw traktatowi taki, że państwa w dużym stopniu pozbawione zostaną swojej suwerenności. W mediach, więc poczynając od Michników, Smolarów, Mazowieckich po postkomunistów i zawodową już chyba sygnatariuszkę setek listów otwartych Różę Thun ruszyła kampania znieczulająca. Wmawiają nam te wybitne autorytety, że nie ma żadnych zagrożeń dla państw narodowych i ich suwerenności. Krytykują przeciwników traktatu za wyszukiwanie fikcyjnych zagrożeń. Kto ma rację, a kto kłamie w tym sporze? Tu argumenty są po stronie wrogów konstytucji Unii Europejskiej. Nikt przecież nie potrafi zaprzeczyć, że wejście w życie tego dokumentu gwarantuje UE takie atrybuty państwa jak: - własną Konstytucję, - własną flagę, - własny hymn - Oda do radości, - własną walutę - euro, - własne święto - Dzień Europy, - osobowość prawną, - własną reprezentację dyplomatyczną (własny minister spraw zagranicznych, zdolność do negocjowania i zawierania umów międzynarodowych), - własne uprawnienia podatkowe, - własny system prawny z Trybunałem Sprawiedliwości na czele, - własnych obywateli i obywatelstwo, - własny parlament, - własną służbę cywilną i aparat urzędniczy, własną politykę bezpieczeństwa i obrony, Wielce ciekawego wywiadu w tych gorących dniach udzielił dla „La Figaro” sam Adam Michnik: ”Dlatego mimo zastrzeżeń zagłosuję »tak« w polskim referendum w sprawie unijnej konstytucji. Nie wpadam w zachwyt nad tym dokumentem; jest on daleki od mojej idei tworzenia nowych Dziesięciorga Przykazań. Widzę w nim jednak odpowiednie narzędzie efektywnego funkcjonowania Wspólnoty Europejskiej i krok do przodu w kierunku realizacji europejskiego marzenia" Myślę, że my Polacy panie Michnik pozostaniemy przy dotychczasowej wersji dekalogu. Nam ona odpowiada. Jeżeli ma pan ochotę na realizację swojego marzenia i stworzenie nowego to prosimy grzecznie – NIE U NAS. 25 rocznica „Solidarności” Mamy do czynienia ze swoistym medialnym szantażem. Sierpniowe obchody 25 rocznicy powstania Solidarności mają udowodnić czy jesteśmy już dojrzałym europejskim narodem potrafiącym godnie i z wszelkimi zasadami poprawności politycznej uczcić tą wielką rocznicę czy też zaprezentujemy rodakom i światu „typowe polskie piekło”. To polskie piekło oznacza w tym przypadku trzymanie się prawdy. Prawda nie jest jednak w naszym interesie. Nie zapewni ona odpowiedniej rangi uroczystościom. Nie ma szans, aby nawiedzili nas w tych dniach wielcy tego świata. Aby pompa była odpowiednio wielka trzeba niestety trochę pokolaborować. No, bo jak tu zapewnić wielką rangę uroczystościom bez zaproszenia Pana Prezydenta Kwaśniewskiego? Cóż z tego, że tow. Olek w 1980 roku w sierpniu zapewne trząsł mocno portkami o swoją dopiero, co rozpoczęta karierę w komunistycznej partii skoro dzisiaj jest zapraszany na obchody przez „człowieka legendę”. Pamiętam sierpień 1980 roku w szczególny sposób. Odbywałem wtedy zasadniczą służbę wojskową w jednostce w Braniewie. Nagle ni stąd ni zowąd zabroniono nam oglądania dziennika TV, co już wzbudzało spory niepokój. Następnego dnia wywieziono nas do Wicka Morskiego na nieoczekiwany poligon. Byłem wówczas dowódcą radiostacji R-118 M. umieszczonej na samochodzie Star 66. Nie zdradzam mam nadzieję żadnej tajemnicy wojskowej, bo tego typu urządzenia zajmują dzisiaj nie więcej miejsca niż telefon komórkowy. Byłem osobą niejako uprzywilejowaną z racji dostępu do informacji. W nocy wystawiwszy czujki nasłuchiwałem informacji z „Polski Walczącej”. Głównie przewijało się w tych strzępkach informacji nazwisko Anny Walentynowicz, Andrzeja Gwiazdy i Lecha Wałęsy (kolejność nieprzypadkowa). Zgubiła mnie jednak nadmierna ciekawość. Nawiązałem kontakt z radioamatorem radiotelegrafistą ze Szwecji i tak długo z nim „titałem” (rozmowa alfabetem Morse’a), że zostałem namierzony i aresztowany. Radiostację zaplombowano, a ja dostałem 12 dni aresztu. Ot i cała moja martyrologia. Ale do dziś jakoś doskonale pamiętam, że w tych dniach nie słyszałem nazwisk takich polskich opozycjonistów, jak Jaruzelski, Kwaśniewski, Geremek, Kuroń czy Ciosek. Pamiętam za to doskonale nazwiska kolegów zmuszonych do emigracji. Pamiętam w latach 80-tych obławę na mojego kolegę „bandytę” Grześka Burtana, który brawurowo zbiegł z wiezienia. Telewizja wzywała do schwytania groźnego przestępcy. Był to działacz harcerski i wielki patriota. Zaszczuty przez SB opuścił kraj jak setki tysięcy innych. Jaruzelski oczywiście jako czubek i zwieńczenie piramidy władzy o tym nic nie wiedział. Nic mu pewnie nie wiadomo, że wypędził za granicę tysiące Polaków i gorących patriotów. W tym czasie jego ministrem był niejaki Aleksander Kwaśniewski. W swojej książce „Stan Wojenny, dlaczego?” Pan Generał tłumaczył swoje trudne decyzje groźbą interwencji radzieckiej. Bardziej kłamliwej książki trudno dzisiaj szukać. Po opublikowaniu biuletynów IPN i wielu pracach historycznych wiadomo, że generał nieźle nakłamał. Okazuje się, że to on domagał się bezskutecznie interwencji. Po ostatnie wizycie w Moskwie widać już wyraźnie, iż Pan Generał jak przystało na prawdziwego komunistę ma dwie prawdy. Dla każdego narodu inną. W Moskwie Jaruzelski wystąpił jako ten, który nas uratował od krwawej wojny domowej. W Polsce występuje jako wielki patriota ratujący nas przed obcą interwencją. Żyjemy w czasach, w których liczy się tylko show. Skoro obecność ludzi z przeciwnej strony barykady zwiększy rangę i oglądalność to trzeba to zrobić. Trzeba sprowadzić Kiszczaka, Gorbaczowa, Jaruzelskiego, żonglerów i połykaczy ognia. Uroczystości te przebiją z pewnością nawet taki program jak emitowany w TVN „ Ciao Darwin”, który z sukcesem udawadnia, że człowiek pochodzi od małpy. Nie będzie drugiego Nobla dla Wałęsy Ostatnia debata Wałęsa-Jaruzelski uświadomiła nam po raz kolejny wielkość umysłu i niezaprzeczalne przebłyski geniuszu naszego ex prezydenta. Pomijając chore i długotrwałe procedury sądowe i na przekór wlokącym się latami procesom lustracyjnym Lech Wałęsa ustanowił nowatorski, szybki i skuteczny sposób dociekania do prawdy .Nic prostszego jak o certyfikat uczciwości i bohaterskiej opozycyjności zwrócić się do szefa junty wojskowej z czasów stanu wojennego. Są same zalety takiego niekonwencjonalnego postępowania. Tak kosztowne instytucje jak sądy, IPN czy sejmowe komisje śledcze nie budzą ostatnio wielkiego zaufania wśród Polaków. I nie ma, co się temu dziwić śledząc ich działalność. Tu mamy do czynienia z szybkim, skutecznym i rozgrywającym się na oczach milionów weryfikowaniem prawdy. Ten pomysł powinien być konsekwentnie kontynuowany. Ludzie, którzy chcą się oczyścić z zarzutów powinni mieć stały dostęp do mediów. Oczywiście nie każdy mógłby korzystać z telewizji publicznej. Zależeć to powinno od rangi osoby oczyszczającej się. I tak na przykład Pani Jolanta Kwaśniewska powinna wystąpić przed kamerami naprzeciw Panów: Mazura, Kuny i Żagla, aby ci na oczach wszystkich zaprzeczyli plotkom o ich rzekomej znajomości i częstym kontaktom. Aresztowany i oskarżony o przynależność do mafii paliwowej były prokurator z Częstochowy Bogusław Lepiarz powinien zasiąść przed kamerami naprzeciw również aresztowanego byłego komendanta śląskiej policji generała Kluka. Panowie ci przecięliby wszelkie spekulacje na swój temat udzielając sobie nawzajem certyfikatów uczciwości i niewinności. Głośna w ostatnich dniach afera korupcyjna w PZPN, która tak zbulwersowała kibiców piłkarskich powinna zostać wyjaśniona w podobny sposób. Co stoi na przeszkodzie, aby oskarżony sędzia piłkarski Antoni Fijarczyk wystąpił wraz z Michałem Listkiewiczem i na naszych oczach uzyskał od prezesa PZPN świadectwo moralności? Oczywiście z wzajemnością. Osoby mniej znane i sprawy o mniejszym ciężarze gatunkowym trafiałyby do mediów lokalnych. Każdy podejrzany np. o złodziejstwo miałby prawo na łamach prasy czy rozgłośni radiowej wystąpić wraz ze swoim zaprzyjaźnionym paserem, aby wzajemnie zaświadczyć o swojej niezaprzeczalnej niewinności. Korzyści z takiego dochodzenia do prawdy są nie do przecenienia. Raz na zawsze skończy się wieloletni spór na temat lustracji. Nie trzeba będzie niczego ujawniać i odtajniać. Sądy w końcu trochę odetchną od natłoku spraw. Wałęsa po raz kolejny zasłużył na Nobla i pewnie bez problemu by go otrzymał gdyby nie pewien mały problem. Ten pomysł jest niewątpliwym plagiatem. Już ładnych parę lat temu niejaki Pan Adam Michnik oczyścił w ten sposób generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego z wszelkich podejrzeń i mianował ich nawet ludźmi honoru. To jemu należy się cały splendor i chwała. Agrest czy winogrona? Traktowanie ludzi jak idiotów i kretynów osiągnęło w naszym kraju apogeum. Nie ma już takiego kłamstwa i oszustwa, którego by nam nie próbowano wmówić czy sprzedać. Spektakle, które odbywają się za fasadą demokracji przekonują mnie, że dla rządzących jesteśmy tylko ciemną masą głupków potrzebnych jednak raz na parę lat by oddać swój głos na najlepszych blagierów i komediantów. Po wynikach kolejnych wyborów, jakie przetoczyły się przez nasz kraj przez ostatnie lata trzeba jednak przyznać, że takie podejście do obywateli ma swoje głębokie uzasadnienie. Przyjęliśmy taką konwencję demokracji i nie miejmy do nikogo pretensji. Ten kabaret trwa i nabiera coraz bardziej żałosnego charakteru. Zwycięzcą jest zawsze ten, kto najlepiej potrafi nas wykpić i oszukać, wymyślić najwięcej kłamstw. Konsekwencje tej mało śmiesznej jednak gry ponosimy zawsze my wszyscy. Ostatni spektakl z dymisją rządu Belki i z udziałem Prezydenta Kwaśniewskiego pokazał, że sztuka ogłupiania i traktowania społeczeństwa jak masy półgłówków osiągnęła swój szczyt. Powstaje pytanie, po co było odgrywać to przedstawienie skoro zorientowani wiedzieli, o co tak naprawdę chodzi? Po co sięgać po kryminał, kiedy już przed przeczytaniem lektury znamy całą intrygę i tego, który zabił? Odpowiedź jest bardzo prosta. Jeżeli chce się cokolwiek osiągnąć w polskiej polityce nie wolno ludzi traktować poważnie. Wybory to nie odwoływanie się do pojedynczego człowieka, lecz do szarej masy kretynów, których można za pomocą tanich sztuczek skłonić do najbardziej idiotycznych decyzji. Można w patetycznym wystąpieniu jak zrobił to Belka z udawaną powagą, dozując dramaturgię długimi momentami ciszy wypowiedzieć coś, co tak w rzeczywistości jest tylko dawno wyreżyserowanym kabaretowym gagiem. Przychodzi mi namyśl jeden z odcinków „Kabaretu starszych panów”. Bodajże Wiesław Michnikowski z Mieczysławem Czechowiczem wpadli na genialny pomysł zarobienia dużych pieniędzy. Postanowili za pomocą golenia pozbawiać agrest nieprzyjemnych włosków i sprzedawać go różnym mało rozgarniętym rodakom jako winogrona. Było to tak absurdalne, że aż śmieszne. Dzisiaj jednak widzę wielki sens i aktualność tego dowcipu. Traktując ten pomysł poważnie wydawałoby się, że tylko idiota dałby się na to nabrać, a jeżeli już to tylko jeden raz. Ale czy na pewno? Przecież od szesnastu już lat napychamy się z zadowoleniem tym agrestem i ciągle wmawia się nam, że zjadamy winogrona. Odbywa się to na taką skalę, że można śmiało powiedzieć, iż życie już dawno przerosło kabaret. Nie powinno to jednak dziwić w kraju, w którym wszystko jest możliwe. Skoro w znanym i renomowanym domu aukcyjnym można nędzny falsyfikat zlicytować jako oryginał. Kiedy można stare i śmierdzące produkty żywnościowe bezkarnie za pomocą odpowiednich zabiegów sprzedawać jak świeże pięknie zapakowane produkty. To, dlaczego by ponownie nie wprowadzić do obiegu starych i zużytych polityków w nowym nieznanym opakowaniu? 8 maja odbył się Kongres założycielski Partii Demokratycznej. Kabaret trwa. Prezes czy magik? Już niedługo zapadnie decyzja o wyborze nowego Prezesa IPN. Funkcja to bardzo eksponowana i odpowiedzialna. Powstanie instytutu według naiwnych miało uporządkować archiwa i w cywilizowany sposób przeprowadzić lustrację po polsku. Celowo zrezygnowano z doświadczeń innych krajów, które z tym problemem się już dawno uporały. Dlaczego nie skorzystano ze sprawdzonych wzorów? Otóż twórcą oczyszczenia społeczeństw w Niemczech czy Czechosłowacji rzeczywiście chodziło o ujawnienie całej prawdy i wyeliminowanie z wpływu na państwo różnego typu kapusiów i donosicieli, ale również i tych, którzy ten cały mechanizm tworzyli i nadzorowali. W Polsce już dawno odkryto, że reglamentowanie wiedzy na temat agentury to świetny instrument pomocny w sprawowaniu rządu dusz. Dobrze wiedział o tym Jaruzelski z Kiszczakiem tworząc okrągły stół. Świetnie to rozumiał Adam Michnik buszując tygodniami bez żadnej kontroli po archiwach MSW. Uniemożliwienie społeczeństwu nieskrępowanego dotarcia do prawdy daje tym wybrańcom oręż do walki i intryg na scenie politycznej i gospodarczej. Stąd te obrzydzanie przez lata powszechnej lustracji. Krytykami lustracji są wszyscy ci, którzy tajemną wiedze posiedli oraz ci, którzy tej wiedzy się boją. Paradoksem jest to, co widzimy dzisiaj. Prezesowi IPN też chyba nie zależy na kompletnym odtajnieniu archiwów, powszechnej lustracji i ukazaniu całej prawdy. Profesor Leon Kieres dołączył do ekskluzywnego klubu władców tajemnic. Wiedza, jaką posiadł kierując IPN-em jest nie do przecenienia. Można ją wykorzystać np. do objęcia następnej kadencji, można odpowiedzieć na zapotrzebowanie określonych środowisk i odkryć nagle coś bardzo im potrzebnego w danej chwili. Tak było z Jedwabnem czy z Janem Kobylańskim. Tak jest również dzisiaj. Pan Kieres stał się bardziej iluzjonistom niż prezesem ważnej instytucji, który potrafi w odpowiednim momencie ku uciesze określonej widowni wydobyć królika z odpowiedniego rękawa czy wypuścić ku radości niektórych gołębia z cylindra. Kiedy Naród ku trwodze salonu zademonstrował swoja potęgę, i wiarę. Kiedy ukazana została wielka siła Kościoła, właśnie teraz nieoczekiwanie odnalazły się trzy teczki akt ojca Hejmo. Trzy teczki to około 15 cm z 90 km akt zgromadzonych w IPN. Odnaleźć taką igłę w stogu siana w tym akurat momencie tłumaczone jest przez prezesa przypadkiem. Zawartość tych akt dla dobra społecznego będzie opublikowana już w maju twierdzi Pan Prezes. Dobro społeczne polega w tym przypadku na tym, że chodzi tu o tak nam bliską postać Jana Pawła II. Są w instytucie jednak i takie akta, których szukać zapewne nie trzeba. Są materiały agenta o pseudonimie „Bolek”. Chodzi tu również o znaną, choć na pewno nie bliską każdemu postać. W tym wypadku mimo gotowych już opracowań publikować nie wolno. Po prostu nie ma jeszcze takiej dyspozycji i zapotrzebowania. Gra teczkami trwała przed powstaniem IPN im trwa nadal. Co gorsze na kolejnego gracza wyrósł sam szef tej instytucji. Jedyną szansą na wyeliminowanie tych wszystkich iluzjonistów, magików i graczy teczkami jest powszechna lustracja i całkowite odtajnienie archiwów. Należy też zacząć mówić prawdę o twórcach tej agentury, którzy w generalskich mundurach i w spodniach z lampasami uchodzą za ludzi honoru. Tacy ludzie jak Jaruzelski i Kiszczach w służbie ZSRR zniewalali i upokarzali własny naród.W generalskim mundurze chadza sobie po salonach niejaki Gromosław Czempinski, który jako wicekonsul PRL w Chicago już w 1976 roku słał donosy na Kardynała Wojtyłę. Dlaczego nie pyta o to tych panów pani Olejnik ani inna wielka gwiazda dziennikarska? Dlaczego tych ludzi się nie potępia? Odpowie jest prosta. Obowiązuje poprawność polityczna. Bez powszechnej lustracji bardzo szybko staniemy się widzami jak po najbliższych wyborach Pan Kieres lub jego następca zaczną wyciągać króliki i wypuszczać gołębie, ale już z innych rękawów i kapeluszy. Wiedza, która dzisiaj jest w posiadaniu nielicznych destabilizuje państwo. Wszechobecna poprawność polityczna niszczy naukę, kulturę i wiele innych dziedzin życia. Czas z tym skończyć. Mirosław Kokoszkiewicz P.S z tych samych powodów pan A. Wajda nie zrobił i już nie zrobi filmu o Katyniu nikt nie nakręci historii „Ponurego”, „Łupaszki” czy „Zapory” nie będzie filmów o rotmistrzu Pileckim czy gen. Fildorfie Nilu powstanie jeszcze wiele głośnych filmów i książek o wydarzeniach marcowych jako największym zrywie niepodległościowym po wojnie nie raz zobaczymy i usłyszymy o największej bitwie powstańczej, jaką było powstanie w getcie warszawskim. I nikt nawet nie wspomni, że w tej największej bitwie zginęło 14-tu Niemców (według niektórych źródeł 13-tu). | |||