| ||||
|
w tym wydaniu:
Phyllis Schlafly:
Michael Whitcraft:
J. R. Nyquist:
Ocnus News:
Donald Devine:
Daniel Pipes:
John Horvat:
J.R. Nyquist:
Donald J. Devine:
Daniel Pipes:
Ks. Henryk Jankowski:
Stanisław Remuszko:
Cezary Rozwadowski:
Maciej Giertych:
Sławomir Olejniczak:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Romuald Bury:
Jerzy
Przystawa:
Andrzej Kumor:
Marian Kałuski:
Witold Filipowicz:
Marian Kałuski:
Witold Filipowicz:
Iwo Cyprian Pogonowski:
Adam Maksymowicz:
|
Romuald Bury GDY ILOŚĆ PRZECHODZI W BYLEJAKOŚĆ Znany ekonomista brytyjski John Maynard Keynes (zwolennik regulacji rynku) proponował, że jeśli w jakiejś okolicy zamiera życie gospodarcze, należy tam przystąpić do budowy linii kolejowej. Wzrost zapotrzebowania na materiały i pracę pobudzi popyt i zmniejszy bezrobocie. Po jej wybudowaniu należy zaś... budować następną trasę kolejową - to znowu inwestycje i wzrost zatrudnienia. I tak dalej, czyli czysty absurd. Politycy w Polsce idą tym samym wzorem rozumowania - budując coraz to "nowe" partie polityczne, stale uzasadniając, że właśnie zaistniała taka potrzeba i pojawiła się przestrzeń dla ich rozwoju. No i mamy szereg inicjatyw, które coraz bardziej udowadniają, że nadmierna ilość inicjatyw politycznych przechodzi w ich bylejakość. Właśnie powstała "nowa" partia polityczna: Partia Demokratyczna demokraci.pl, której ciągłość można wykazać od 1990 roku, ma więc już ponad 15-letni staż. Ale nie tylko jej wiek się liczy, ma ona w swych szeregach prawdziwych weteranów ruchu robotniczego, aktywistów PZPR, działających nieprzerwanie od początku lat 50-tych ubiegłego wieku! Manifest w sprawie jej powołania podpisały tak nowe i młode osoby, jak: Stefania Grodzieńska (90 lat), Marek Edelman (85 lat), Tadeusz Mazowiecki (78 lat), Krzysztof Kozłowski (77 lat) czy Bronisław Geremek (74 lata). Ach, łza się w oku kręci i aż chce się działać w takim towarzystwie, które dodatkowo ma wsparcie w finezyjnej kulturze politycznej Władysława Frasyniuka, prawdomówności "Gazety Wyborczej" i klasie jej naczelnego redaktora Adama Michnika oraz uczciwości intelektualno-organizacyjnej Jerzego Hausnera. Jeśli dołożymy do tego prostolinijność Marka Belki - aktualnego premiera z SLD, który jest jednak w opozycji do swego ugrupowania (tak, w Polsce wszystko jest możliwe), to przyszłość PD-astów rysuje się... różowo. PD-aści: partia ludzi myślących inaczej Swego czasu Władysław Frasyniuk określił Unię Wolności jako "partię ludzi mądrych". Śmiechu było co niemiara, bo właśnie w tym samym czasie co sprytniejsi i mądrzejsi ("mądrzejsi inaczej") członkowie UW (czyli uwole) zmykali, gdzie pieprz rośnie. Pedaści idą w te same ślady: Jan Lityński orzekł, że "nowa" partia składa się z ludzi "inaczej myślących". Biorąc rzecz całą w kategoriach poprawności politycznej należy to tłumaczyć, że członkowie PD nie myślą wcale. Znamienne, że o "inaczej myślących" mówił też Mazowiecki. Czyżby to kompleks braku wykształcenia byłego premiera? Warto przypomnieć, że przygotowania trwały i trwały, zmieniały się koncepcje i propozycje, co zrobić z dotychczasową UW, jak ją przekształcić, aby opinia publiczna uwierzyła, że coś się w istocie zmieniło. W końcu góra urodziła mysz. Po pierwszych, mocno naciąganych wynikach sondaży okazało się, że pozycja UW-PD nie drgnęła, czyli całe przedsięwzięcie bierze w łeb. I słusznie, bo wyborcy nie dadzą się nabrać po raz kolejny na jawne oszustwo, że UW umarła a narodziła się nowa polityczna jakość. Bo jakże poważnie traktować Tadeusza Mazowieckiego, kreowanego jednym głosem przez "Gazetę Wyborczą" i "Tygodnik Powszechny" na "niekwestionowany" autorytet moralny, siłę, która ma wydźwignąć pedastów z dotychczasowego dna. Co więcej, "nowa jakość" daje dowód, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, kreując Mazowieckiego na poważnego kandydata w wyścigu do fotela prezydenckiego. W 1990 roku przegrał on sromotnie z nikomu nieznanym Stanisławem Tymińskim. Dziś może być tylko gorzej. Stałe powtarzanie przez działaczy UW - PD, że mają oni monopol na mądrość, skutecznie odstręcza od nich nawet niezorientowanych. Opinia publiczna dobrze pamięta, kto stał murem za "grubą kreską" i obroną stanu posiadania komunistów. I o tym, kto w nocy 4 czerwca 1992 roku zorganizował podstawy bagna, w którym dziś żyjemy - przez skuteczne zablokowanie dekomunizacji, lustracji i ośmieszenie "państwa prawa". Jawny sojusz z ex-PZPR-owcami o nieczystych życiorysach też nie przysporzy jej popularności. W dawnym bastionie UW, czyli w Krakowie, pamięć komunizacji nauki przez Jerzego Hausnera, młodego (w latach 80-tych) sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR jest ciągle żywa. Ojcowie założyciele PD - organizatorzy inaczej Przygotowania do powołania PD (czyli zmiany nazwy na PD) trwały na tyle długo, że "ojcowie założyciele" zapomnieli o rzeczach oczywistych, jak choćby o sądowym zastrzeżeniu nazwy czy rezerwacji adresów internetowych. To świadczy o znikomej sprawności organizatorów, mocno zajętych utwierdzaniem wiary we własnych szeregach w powodzenie całego przedsięwzięcia. Buńczuczne zapowiedzi, że pedastów już na początku będzie aż 13 tysięcy, należy włożyć między bajki. Ruch kadrowy widać było w obie strony. Chęć przystąpienia do PD (poza dotychczasowymi uwolami) wyraziły niektóre struktury SLD, smętnie oczekujące żałosnego końca swej formacji. Z drugiej strony, część kół UW "wybrała wolność" i uciekła do swych niedawnych towarzyszy niedoli, czyli będących dziś na topie członków PO. Wszystko zatem wskazuje na to, że inicjatywa prostego przefarbowania partii istniejącej i schyłkowej na "nową jakość" w celu odbicia się od dna jest zabiegiem nieskutecznym. Brak pomysłu na działanie wśród ludzi tej formacji jest przerażający. Oni przecież ponoszą współwinę za znaczną część minionego 15-lecia: za dzisiejsze trwałe bezrobocie, złodziejską prywatyzację, za pozbawienie obywateli społecznej energii i ich wycofanie się w sferę prywatności. Utrzymanie przy życiu, odpasienie i umożliwienie rabunku Polski przez SLD to głównie ich zasługa. Z czym więc mamy do czynienia: z prawdziwą przemianą "zwierząt politycznych", z których wielu pobierało nauki jeszcze w PZPR, czy też z kolejnym oszustwem, mającym przedłużyć życie nieudacznikom? Młodzież na happeningu podczas kongresu założycielskiego PD-astów pokazała, że dla nich to tylko kolejna zmiana barw UW, nic więcej. A to nic dobrego nie wróży "nowej" partii. UP jak Ucieczka do Przodu W tym samym czasie odczuliśmy przedśmiertne drgawki na lewicy. Oto kolejna postać z SLD-owskiego rządu Marka Belki, wicepremier Izabela Jaruga-Nowacka udaje, że nie ma nic wspólnego z formacją, która tonie i ciągnie na dno swych sojuszników. Unia Pracy - partia mikroskopijna i pozbawiona społecznego znaczenia - podzieliła się. Część przyjęła formułę: "przy SLD stoimy i stać chcemy" wychodząc z założenia, że na własną rękę może być jeszcze gorzej. Część zaś uważa odwrotnie, propagując "ucieczkę do przodu". Jeśli kompromitacja jest kompletna, należy zmienić nazwę, przemalować szyld i głośno krzyczeć, że "co złego to nie my". Ale to nie przedszkole, abyśmy chcieli się na to nabrać. Nowy twór, jaki powstał pod nazwą Unia Lewicy, to w istocie zlepek różnych lewackich grup i grupek, zajętych przede wszystkim sobą. Czym mniejsze ugrupowanie (a są wśród założycieli UL nawet środowiska kilkuosobowe), tym więcej krzyku i rozpychania się łokciami w walce o obsadę "stanowisk" w nadmiernie rozbudowanej władzy. UL w niczym bowiem nie przypomina pszczelego ula, gdzie wszystko jest uporządkowane, role podzielone i każdy członek społeczności wie, co ma robić i za co odpowiada. Z politycznego UL-a miodu nie będzie, mimo, że w ostatniej chwili zgubieni zostali przyjaciele kpt. SB Grzegorza Piotrowskiego, mordercy ks. Jerzego Popiełuszki. Dobrze wtajemniczeni mówią bowiem, że stało się tak wyłącznie w celu poprawienia własnego wizerunku. Tyle, że to już nikogo nie obchodzi - to ugrupowanie nie ma bowiem żadnych szans wejścia do parlamentu, a na marginesie życia politycznego długo istnieć się nie da. Ta sama choroba, przyjmowania barw ochronnych, już wcześniej dotknęła Sojusz Lewicy Demokratycznej. Próba "odcięcia się" od korzeni i założenia nowego ugrupowania skończyła się faktyczną porażką. W sondażach przedwyborczych SdPl oscyluje cały czas na granicy progu wyborczego. Trwa to wystarczająco długo aby uznać, że już nic w tej sprawie się radykalnie nie zmieni. Żenujące poPiSy kandydata Dla polskiej sceny politycznej byłoby dobrze, aby dotychczasowe ugrupowania - te, które mają wieloletnią historię - legły w gruzach. Wyborcy i tak widzą tylko kłótnie i spory, których części nawet nie rozumieją. Podziały nie są klarowne. Jak można krytykować III RP, jeśli brało się czynny udział w jej powołaniu? Tak robi np. PiS braci Kaczyńskich. Rozsierdza ich zatem konsekwentna krytyka "okrągłego stołu", negowanego przez Ligę Polskich Rodzin. O ile więc dla Jarosława Kaczyńskiego Marek Borowski jest "krętaczem", to Maciej Giertych jest... zdrajcą. Tu należy się PiS-owcom kilka słów przypomnienia; w Radzie Konsultacyjnej, w której zasiadał onegdaj Maciej Giertych, zasiadał np. Krzysztof Skubiszewski, swego czasu minister spraw zagranicznych III RP i nie był on przez Kaczyńskiego krytykowany. I skoro Maciej Giertych "zdradzał Polskę", to jak nazwać długoletnią działalność w PZPR Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka, wobec których lider PiS nigdy nie zdobył się na taką radykalną ocenę? A Tadeusz Mazowiecki z wasalnego PAX-u i "poseł na sejm PRL" w okresie dwóch pełnych kadencji w epoce gomułkowskiej na jakie określenie zasługuje? ** ** ** Jednym z fundamentów materialistycznej filozofii było założenie, że "ilość przechodzi w jakość". Stąd w PRL obowiązywał fasadowy monumentalizm i triumfalizm, wyrażany w liczbach. Stale trzeba było coś przekraczać, kogoś przeganiać i coś zwiększać. Ten styl rozumowania pokutuje do dziś. Politykom wydaje się, że im więcej członków własnego ugrupowania, im więcej obietnic, im więcej głosów, tym ich partia jest lepsza. Ale ilość coraz bardziej przechodzi w bylejakość. A to jest groźne zjawisko, deprecjonuje bowiem chęć politycznego działania i zmusza ludzi do ucieczki w prywatność. W ten sposób oddajemy państwo i jego prerogatywy w ręce ludzi niekompetentnych, nieuczciwych, którzy mają na uwadze swój interes prywatny. Należy zatem bardziej patrzeć na to, co politycy robią i nie sugerować się wyłącznie tym, co mówią. Potrzeba nam ludzi myślących o wspólnych sprawach, ale nie "inaczej myślących". | |||