| ||||
|
w tym wydaniu:
Małgorzata Rutkowska:
Andrzej Gwiazda:
forUm:
J.R. Nyquist:
Sam Cohen:
John Horvath:
Daniel Pipes:
Andrzej Gwiazda:
Paweł Zanin:
Artur Adamski:
Cezary Rozwadowski:
Kazimierz Murasiewicz:
Marian Kałuski:
Jerzy Przystawa:
Stella Tarkowska:
Adam Wielomski:
Witold Filipowicz:
Józef Darski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Zbyszek Koreywo:
Russell Kirk:
dokumenty:
|
Artur Adamski PARTIA SAMOZWAŃCÓW Kiedy sondaże wyborczych preferencji Polaków potwierdziły setny raz, że Unia Wolności skazana jest na dogorywanie przez kolejną kadencję z dala od parlamentu – Władysław Frasyniuk zdecydował się ratować swą formację poprzez urzeczywistnienie największego marzenia postkomunistycznej lewicy. Od początku lat dziewięćdziesiątych tzw. Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej nie ukrywała, że największym szczęściem byłaby dla niej integracja z Unią Demokratyczną. Później ciągoty te emanowały z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, niezmiennie skupiającego na Unii Wolności spojrzenia przepełnione pożądaniem. Sympatia ta często była zresztą odwzajemniana. Sławny wywiad z Czesławem Kiszczakiem zamieszczony przed laty w „Gazecie Wyborczej” ukazywał pierwszego zomowca Polski Ludowej jako sympatycznego i zatroskanego o los ojczyzny „człowieka honoru”. W refleksjach z tej rozmowy udeccy dziennikarze składali wyznania w rodzaju „lubię pana generała” – co zresztą od dawna miało swój wyraz we wspólnych biesiadach z alkoholem. Przeszłość postkomunistów jest tak ohydnie i bez wyjątków jednoznaczna, że na budowie wizerunku, który nie budziłby odrazy, połamaliby sobie zęby wszyscy PiaR – owscy mistrzowie świata. Dla formacji wywodzącej się z PZPR – u nie wystarczą bowiem żadne zmiany nazw, programów, totalne roszady ani tysiące zastrzyków świeżej krwi. Wiedzieli o tym świetnie postkomunistyczni zalotnicy mrugający do udeckich oblubieńców, w związku z którymi dostrzegali jedyną szansę zmiany swojego jaskrawego i oczywistego wizerunku. I których przekonywali bez końca, że przecież większość z nich serce ma zdecydowanie po lewej stronie. Symptomy moralnego odrodzenia naszej ojczyzny spowodowały, że poparcie dla ludzi dawnego PZPR- u runęło do poziomów krawędzi wyborczego progu. Poniżej tych notowań Frasyniuk z przyjaciółmi , z narastającym niepokojem obserwował prognozy nie poprawiające się od lat i zapowiadające ich polityczny niebyt. Wraz ze zbliżającym się coraz bardziej terminem wyborów – stojąca przed Unią Wolności alternatywa rysowała się coraz jaskrawiej – albo zwiążą się z grupą starej nomenklatury, albo – raczej nieodwołalnie zaczną stanowić zamknięty rozdział historii. Z retoryki liderów UW nieustannie płyną słowa o tym, że związek dawnych sekretarzy PZPR – u z byłymi lewicowymi opozycjonistami zawierany jest dla dobra kraju. Jak ich znam – gotów jestem przyjąć, że w tę swoją brednię szczerze wierzą. Z potoków patriotycznej frazeologii wyłamał się tylko chyba Andrzej Potocki, który bezceremonialnie stwierdził, że „istnieje obszar elektoratu, który nie znajduje swoich przedstawicieli i nasza inicjatywa jest adresowana właśnie do nich”. Czyli ktoś przynajmniej powiedział uczciwie – nie chodzi o program, pomysł na Polskę, wspólne idee czy poglądy. Potocki potraktował sprawę jak fachowy marketingowiec – jest jakiś elektorat, na którym można „pojechać” – więc robimy partię „pod niego”. Najbardziej obezwładniającą cechą ludzi tzw. udecji jest kosmicznych rozmiarów egocentryzm. Ś. p. Jacek Kuroń w niewielkiej książeczce pt. „PRL dla początkujących”, opowiadającej przecież nie o jego własnej biografii, lecz półwieczu dziejów Polski – zamieścił około trzydziestu wizerunków własnej twarzy oraz dwakroć tyle fotografii z ludźmi swojego najściślejszego otoczenia. Naprawdę trudno wyobrazić sobie towarzystwo osób bardziej przekonanych o swoich zasługach, najszlachetniejszych przymiotach, podobne zastępy zapatrzonych w siebie ucieleśnionych cnót przekonanych o swoim geniuszu i nieomylności. Tak, jak wcześniej „Trybuna Ludu” wykreowała garstkę PPR – owców jako olbrzyma wojennej konspiracji – tak „Gazeta Wyborcza” bezceremonialnie i przy każdej okazji już szesnasty rok głosi, że to środowisko obecnej Unii Wolności stanowiło główny filar antykomunistycznej opozycji i ma największe zasługi w odzyskaniu niepodległości. Zdaje się, że nawet dość spore grono takiej wizji przeszłości daje wiarę. Zupełnie tak, jak by nie było „Solidarności Walczącej”, Wolnych Związków Zawodowych, Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, KPN – u, LDKP „Niepodległość” itd. Zupełnie, jakby korzenie wielu działaczy Unii Wolności jeszcze w latach sześćdziesiątych nie trwały głęboko w PZPR-ze, który nie tylko z niepodległością nie miał nic wspólnego, lecz wręcz przeciwnie – czynił wszystko, byśmy nigdy jej nie doczekali. Zasługi KOR- u są oczywiście nie do zakwestionowania i stanowią ważny wątek zmagań z reżimem. Nie był to jednak nurt najważniejszy ani tym bardziej jedyny. Nie KOR też w czasach PRL – u ponosił największe ofiary. Za represje, jakim był poddawany, należy mu się cześć i chwała. Trudno je jednak zestawiać z losem organizacji niepodległościowych, których członkowie we wcześniejszych latach spotykali się z prawdziwą eksterminacją. Liderzy Unii Wolności konsekwentnie kreują jednak swój obraz jako najbardziej zasłużonych w walce z komunizmem. Czasem można odnieść wrażenie, że Adam Michnik nie potrafi zbudować dłuższej wypowiedzi, która nie zawierałaby nawiązania do jego licznych zasług i osobistej martyrologii. Spadek notowań UW w sporej części wynika zapewne z narastającego rozziewu miedzy rzeczywistością a wizerunkiem Unii głoszonym przez „Gazetę Wyborczą” – stanowiącą de facto udecką tubę propagandową. Gdybyż ta partia mieniąca się formacją inteligencji, ludzi mądrych i rozważnych rzeczywiście miała jakieś związki z walorami, które tak ochoczo sobie przypisuje! Jej ludzie mieli jednak wyjątkowo duży wpływ na kształt naszej rzeczywistości. Wszystko więc widać „czarno na białym”. To przede wszystkim jej prekursorzy toczyli w 1988 i 1989 roku okryte tajemnicą rozmowy z reżimem, których treści społeczeństwo do dziś może się tylko domyślać. W wyborach kontraktowych w 1989 roku naród skreślił niemal wszystkich ludzi reżimu – wypełniających listę krajową. Oznaczało to, że „Solidarność” zamiast 35% może stanowić nawet połowę sejmu! Naszą radość przerwało wtedy oświadczenie Bronisława Geremka – pozwalające na wprowadzenie odpowiedniej liczby komunistów w drugiej turze wyborów – wbrew nadziejom roztaczanym przez ludzi „Solidarności”. Na przekór powszechnego pragnienia wykreślenia całej listy krajowej i stworzenia już w 1989 roku niekomunistycznej większości parlamentarnej. Ileż goryczy kosztowało nas w tych dniach uświadomienie sobie, że nie wydobywamy się z okowów niewoli, lecz zatapiamy w mętną wodę brudnych układów. Rząd Mazowieckiego potrzebował długich miesięcy na zlikwidowanie urzędu cenzury. Dopiero późną wiosną roku 1990 tajne służby napisały końcowy raport z ciągle prowadzonych działań przeciw „Solidarności Walczącej”. Za czyje pieniądze i w jakim celu SB za rządów Mazowieckiego działała aż tak długo? Mieliśmy „solidarnościowego” wiceministra spraw wewnętrznych a płonęły archiwa tajnej policji politycznej. Jej funkcjonariusze skutecznie zapewniali sobie wysokie emerytury. Jak się okazywało – np. sowite wynagrodzenie emerytalne jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych otrzymywała np. Helena Wolińska -osoba winna zamordowania jednego z największych naszych bohaterów lat wojny – Emila Fieldorfa. Państwo polskie wypłacało emerytury tej zbiegłej z kraju zbrodniarce, mimo iż zmieniła obywatelstwo i od 1968 roku mieszkała w Londynie. Vaclaw Havel pierwszego dnia urzędowania zmniejszył uposażenia emerytalne całej partyjnej nomenklatury – do najniższych w kraju. W Polsce dawną nomenklaturę wyposażono w przywileje – również tak banalne, jak prawo do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską (wyszło to na jaw we Wrocławiu, gdy były wojewoda niedyskretnie przyszedł po bilet uprawniający do darmowej jazdy wszystkimi tramwajami i autobusami przez kolejny rok ). Ta hojność wobec komunistycznej nomenklatury miała miejsce dokładnie wtedy, gdy społeczeństwo poddawano szokowej terapii ekonomicznej. Za rządów Jana Krzysztofa Bieleckiego w szkołach zlikwidowano wszystkie zajęcia pozalekcyjne. Z braku pieniędzy wszystkim uczniom Polski zabrano cztery godziny lekcyjne – ograniczając nauczanie historii i geografii o połowę! Nikt z „inteligenckiej” partii troszczącej się o stan oświaty nawet się nie zająknął wtedy o sięgnięciu po „emerytalne kominy” komunistów i zainteresowanie majątkami wyrosłymi w czasach, gdy byli oni właścicielami Polski Ludowej Zasada, że „naród pije szampana ustami swoich przedstawicieli” znalazła swój wyraz np. wtedy, gdy Adam Michnik z zainteresowaniem zapoznawał się z archiwami SB, przy czym pozostawał nieprzejednanym wrogiem udostępniania ich społeczeństwu. „Genialni, wyjątkowi i jedyni” mentorzy z dzisiejszej Unii Wolności w latach swych rządów zasłużyli się m.in. tym, że nie doszło do reprywatyzacji a wszystko, co nazywano powszechną prywatyzacją – okazało się skandalem i kpiną. Zasługą rządów UW jest przyrost biurokracji, nieczytelne pomysły podatkowe i hamowanie wzrostu gospodarczego wprowadzaniem koncesji – co skutkuje korupcją i bezrobociem. Jeśli dla kogoś środowisko Unii Wolności pomimo tego nadal wydaje się dobrze zasłużone dla Polski i „inteligenckie” – niech przypomni sobie jego roztropność w przełomowych momentach ostatniego dziesięciolecia. Przed powstaniem Platformy Obywatelskiej chyba każde dziecko wiedziało o liniach podziału wewnątrz UW. A jednak ostatni „przedplatformowy” kongres zrobił wszystko, by ludzie Tuska i Schetyny w władzach partii byli reprezentowani jak najsłabiej. Tylko ślepy mógł wtedy nie wiedzieć, że w efekcie Unia „pęknie”. W ostatnich wyborach prezydenckich Unia Wolności w ogóle nie próbowała uczestniczyć. Przewodniczący Frasyniuk pytany wtedy, na kogo będzie głosował – wykazywał się mentalnością chłopka – roztropka głoszącego mądrości w rodzaju „jeszcze nie podjąłem decyzji – może na Wałęsę a może na Kwaśniewskiego”. Dziś ten sam, znany z bokserskich wyczynów lider „inteligenckiej” partii – nie waha się publicznie strofować adwersarzy propozycjami „dania po mordzie” lub wezwaniami w rodzaju „zamknij się”. Chyba rzeczywiście z towarzyszami z PZPR – u będzie mu dobrze. Pomimo jakże chwalebnej, konspiracyjnej, solidarnościowej, więziennej przeszłości z lat osiemdziesiątych – trudno oprzeć się wrażeniu, że po prostu – swój ciągnie do swego. Partia Demokratyczna powstaje więc nie tylko jako fuzja będącą ostatnia szansą dogorywających frakcji, ale także jako związek podobnych sobie ludzi. http://www.rubikkon.pl | |||