now@ on-line  marzec  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Józef Szaniawski:
 
o. Dariusz W. Andrzejewski:
 
Eugene Krajewski:

J. R. Nyquist:

 
Daniel Pipes:
 
Donald Devine:
 
Daniel Pipes:
 
Ewa Krajska:
 
Krzysztof Nagrodzki:
 
Marian Kałuski:
 
Jarosław Supłacz:
 
Stanisław Bulza:
 
Robert Karczemny:
 
Jadwiga Staniszkis:
 
Andrzej Kumor:
 
Józef Darski:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Józef Darski:
 
soccer:
 
Marian Kałuski:
 
Stefan Pągowski:
 
Alberto Carosa:
 
Phyllis Schlafly:
 
Jerzy Przystawa:
 
Andrzej Kumor:
 
Iwo C. Pogonowski:
 
Stanisław Bulza:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marcin Pater:
 
Ryszard Jakubowski:
 
J. R. Nyquist:
 
Marcin Mierzejski:
 
Jacek Bartyzel:
 
J. R. Nyquist:
 
Adam Wielomski:
 
Frank S. Meyer:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Klaudiusz Wesołek:

Solidarność IENESP:

 
Ryszard Hodowany:
 

 

SOCCER

BUMERANG  LUSTRACYJNY


Jak bumerang wraca temat lustracji. I to  rozmnożony w sposób niemal cudowny. Jedno słowo: zlustrować wywołuje  prawie ćwierćmilionową listę: kandydatów na donosicieli oraz tzw. świadomych współpracowników MSW z czasów PRL. A gdzie etatowi pracownicy resortu?


Tak imponujący plon teczek to  tylko efekt pracy peerelowskiego MSW. Jedna teczka to  jak trybik znaleziony na ulicy. Ale gdzie ta cała maszyneria? Gdzie oficerowie MSW, którzy proponowali, nakłaniali  do współpracy i chwalili się  osiągnięciami przed  swoimi szefami? Gdzie  szefowie, którzy obmyślali zadania i wymagali od  podwładnych ich wykonania? Teczki  to nie przyczyna, ale  skutek realizacji zadań postawionych przed peerelowskim MSW.  Metody nakłaniania, sugerowania, pozyskiwania ludzi i  informacji są stare jak świat i  służą również jako inspiracja  scenarzystom i   innym twórcom  skomercjalizowanej kultury. Np.  możemy fascynować się bohaterami  serialu telewizyjnego  "Tajne  akcje  CIA",  gdzie odwaga, spryt, mądrość i najnowsze osiągnięcia techniki służą interesom USA. I jak wymyślił to  scenarzysta: etatowi agenci CIA stosują ogólne kanony ludzkiego postępowania - budzą zaufanie i aprobatę widza.


Polska to nie USA  a  peerelowskie MSW  to nie CIA. A jednak współczesne zarządzanie państwem nie może obyć się bez tej instytucji, które ma swoją legitymizację w postaci ustaw i rozporządzeń. Jakie jest ono dzisiaj, te nasze siedlisko bezpieczeństwa?


Ćwierćmilionowa lista wyniesiona przez Bronisława Wildsteina  jest probierzem problemu, z jakim  zmaga się IPN, który posiada niekompletne archiwum. Oznacza to, że nie każdy agent peerelowski będzie zidentyfikowany a praca identyfikacyjna tak wielkiej zbiorowości może być liczona na wiele lat. A my  w tym czasie musimy prowadzić politykę  zagraniczną, rozmawiać z przedstawicielami zagranicznych koncernów, uchwalać podatki i je płacić, stać na straży prawa.


Czy tak naprawdę rzeczywiście ważne jest abyśmy zaczynali rozpoznawanie tej prawdy o  tajniakach  od  poszczególnych trybików? Może  jest to metoda. Ale czy nie lepiej byłoby pracę lustracyjną  podjąć  też i  innym torem: tematycznym. Skora pojawiała   się   w PRL  pewna inicjatywa obywatelska, nowa organizacja  to jak rozumiem  MSW  z  urzędu rozpoczynał inwigilację tejże. I to jest  chyba właściwe metodologicznie rozpoczęcie badania - od  rozporządzenia, decyzji, rozkazu, od  szefa do podwładnego i dopiero na końcu donosicieli- świadomych i nieświadomych  rozmówców.


Takie wyjawienie może dostarczyć rzetelnego materiału prokuratorskiego a  w przypadku  uczestników tych wydarzeń już nieżyjących - materiału historycznego. Takie tematy to np.  emigracja polityczna i reemigracja, rodziny katyńskie, rodziny osób związanych  z  podziemiem 1939-1956, środowiska naukowe, poszczególne ogniwa związkowe SOLIDARNOŚCI, partie  polityczne na emigracji  etc. I  wtedy jest jasne kto jest ofiarą działań i celem  peerelowskiego MSW a  kto pomysłodawcą i prowodyrem  zastawiającym matnię by  skanalizować działalność obywatelską. I nie ma ścisłej przegrody zapobiegającej przenikaniu resortu do organizacji społecznych.

 Jak na razie kompleksowe rozpoznanie tematycznego zagadnienia dotyczy  tylko epizodów powojennej walki podziemia z nową ludową władzą. Oficerowie bezpieki tamtych lat  już nie żyją albo są w  wieku zaawansowanej starości. Lata osiemdziesiąte jeszcze się  bronią klauzulami tajności, bo oficerowie tamtych lat jeszcze nie przeszli na emeryturę.


Do przykładów kompletnych nieporozumień  należy formułowanie  odrębnych oskarżeń wobec np. Trościanki . Pisałem o tym w   artykule pt  W obronie Alma Terace 8. Na  liście  Wildsteina  Trościanko nie występuje!!.·Wysunięte oskarżenie w artykule może jest  poprawne z punktu widzenia wąsko pojętej prokuratorskiej sztuki (rozgrywanej jednak poza salą sądową) ale nie ma nic wspólnego z ówczesnym kontekstem politycznym.


Media koncentrują się  na poszczególnych osobach, które z racji osiągniętego statusu zawodowego, aspiracji społecznych, pochodzenia  lub zaangażowania były sprawdzane przez peerelowski MSW (bez zgody i wiedzy), po wstępnej selekcji zapraszane na poufne rozmowy, sprytnie przepytywane, ewentualnie sugerowano im współpracę. Ale jakoś milczy się wokół oficerów MSW, którzy tę robotę wykonywali. Emocje kieruje się na tego czy innego agenta (jako postaci  negatywnej lub słabej) lub co gorsza na  kandydata na agenta. To nie jest normalne.


Jeśli   oficer  MSW miał kilku, kilkunastu  czy kilkadziesiąt współpracowników w ciągu swojej wieloletniej pracy w resorcie i była to praca kwalifikowana jako przestępcza to powinien występować jako oskarżony w każdym procesie przeciwko każdemu jego współpracownikowi. Ale ten postulat możemy uznać jako utopię.


Bronisław Wildstein głosi filozofię dostępności do prawdy, występuje przeciwko ekskluzywności posiadania wiedzy. I jest to światopogląd dziennikarski, który uzasadnia dociekliwość dziennikarzy. Może dzięki temu IPN otrzyma lepszą ustawę lustracyjną dzięki, której jego praca będzie sprawniejsza. Ale może być odwrotnie. W każdym razie  istnieje potrzeba rozliczenia tej historii, nie można przekreślać jedną ręką IPN jako instytucji,  która posiadła pewne doświadczenie. Należy je spożytkować.


Kij w mrowisko został wsadzony i skala wydarzeń jak się okazuje przekracza wyobraźnię obecnego redaktora naczelnego Rzeczpospolitej, który zwolnił  Wildsteina z pracy. Jestem niezmiernie ciekawy komentarza poszczególnych redaktorów np. NOWEJ MYŚLI POLSKIEJ. Jednocześnie obalona została wiarygodność słynnej listy Macierewicza. Wystarczy porównać obie listy.


Zadziwiające, że pewna osoba, która kiedyś, która przyznała mi się  ze
współpracowała  z  SB  (cytuję "skurwysyny mnie wciągnęli") nie występuje na liscie  Wildsteina. Prezes IPN  zapowiada jednak uzupełnienie jej  do 1,5 mln osób. Mimo to będę nadal uważał, że nie jest to przeszkoda w  poznaniu prawdy.


Może dzięki  upublicznieniu tego indeksu nazwisk zwiększy się zainteresowanie poszczególnych obywateli i IPN zostanie zalany wnioskami osób pokrzywdzonych (nie każdy musi to robić) i tym samym zmusi np. Sejm do zwiększenia budżetu IPN. Pół roku temu byłem w IPN i pracownik IPN jakoś mi nie mógł od ręki sprawdzić czy ja albo mój ojciec są osobami pokrzywdzonymi w rozumieniu ustawy o IPN. Ale teraz moja wiedza dzięki Bronisławowi Wildsteinowi  wzrosła. Sprawdziłem czy jestem na liście.


Jeśli to imię i  nazwisko  to ja - to jestem z tego dumny, że są tam dwa
zera, bo to oznacza, że moje zaangażowanie w antykomunistyczną
działalność zostało zauważone. I  bezpieka  zgodnie z procedurą podjęła trud ewentualnego kaperowania. Trud daremny   (jednak osoba, którą mogę podejrzewać o próbę kaperowania  nie jest na liście Wildsteina!). Z drugiej  strony, jeśli  podejrzenia  są  słuszne to    miałem pecha, że znalazłem się   w otoczeniu, gdzie  działał  werbownik. Ma rację prof. Staniszkis, że  jeszcze w połowie lat 80-tych werbowano ludzi do pracy na rzecz resortu, który – dodajmy - górował doświadczeniem organizacyjnym nad ogółem społeczeństwa postsolidarnościowego i rościł pretensję do monopolu na ocenę poprawności politycznej. Z pewnością ich pajęczyna była odczuwalna na przełomie lat 80/90 - tych.


Lista Wildsteina zamieszczona w Internecie poprzedzona jest znamiennym komentarzem: -  UWAGA! Jeśli zaczniesz uważać kogoś za kapusia tylko dlatego że jest na poniższej liście to jesteś głupi/głupia. Są tu rozmaite nazwiska, tajnych współpracowników, zawodowych ubeków, kandydatów na współpracowników oraz osób pokrzywdzonych. Gazeta Wyborcza rozreklamowała ją jako "ubecką listę". No w zasadzie... w większości składa się ze złych ludzi, ale pamiętaj - nawet najbardziej rzadkie nazwisko może nosić kilka osób.


Nareszcie koniec spekulacji i wątpliwości "jestem czy nie jestem na
liscie?". Zobaczcie sami. Przekonajcie się. - koniec.


I jest jeszcze jeden wątek: jak bańka mydlana pęka   materialistyczna
wykładnia dziejów. Z  archiwów MSW wynika jak wiele zależy od umiejętnego  oddziaływania i wpływania zakonspirowanych lub jawnych  grup na inne ośrodki decyzyjne (to wynika  z   wypowiedzi  prezesa  IPN). Nie  zawsze jednak  udaje się wpływać na decyzje innych. A takich grup może być oczywiście wiele, niekoniecznie  wszystkie   tajne. I to jest po prostu rywalizacja pomiędzy poszczególnymi grupami skupionymi wokół jednostek przywódczych. I to byłby optymistyczny akcent na zakończenie.

* * *


Każdy czytał TRYLOGIĘ Sienkiewicza. Jest tam trzech bohaterów, których ręce splamiły się krwią braci Polaków: Kmicic, Bohun i Tuhaj-Bejowicz. Czy pamiętacie jak została im wymierzona sprawiedliwość?


Wkrótce jak  przez terytorium Polski przewalił się front w roku 1944/45,NKWD przystąpiło do realizacji długofalowego programu podporządkowującego  społeczeństwo polskie  władzy Kremla. W tym celu m.in. wybrało  chłopców 11-13 letnich i skierowało ich do polskich szkół. Mieli zasymilować się z otoczeniem, poznać zwyczaje. Z pewnością "rosyjscy wujkowie" utrzymywali z nimi odpowiednią więź tak  aby ukierunkować ich zainteresowania, ukształtować  światopogląd.

W 1956 roku kiedy ograniczono swobodę działania oficjalnej delegatury sowieckiej, oni  już weszli  w  życie dorosłe, wielu z nich  pewnie zaczynało prestiżowe studia, działali w organizacjach młodzieżowych. Mogli być przydatni dla Moskwy wszędzie, nawet jako szeregowi pracownicy polskiej administracji państwowej. Na rozkaz Moskwy, rosyjski wujek  przypominał ich komsomolskie dzieciństwo i mógł żądać raportów np. o nastrojach  w polskim społeczeństwie, stopniu realizacji rozporządzeń władz PRL - władz ustanowionych z woli Kremla i podporządkowanych Moskwie. Czy ten eksperyment sowieckiego wywiadu zagranicznego  się udał? Nie wiem.
Czy Putin oddałby taką listę Polakom? Ten sam Putin, który w Oświęcimiu przypomniał, że to Armia Czerwona wyzwoliła  obóz śmierci. W  tym samym czasie inne oddziały aresztowały AKowców i wywoziły ich na wschód  do innych obozów. Putin  miał świetną okazję aby odciąć się  od przeszłości praktyk sowieckich.

Bronisław Wildstein w programie redaktora Tomasza Lisa  CO Z TĄ POLSKĄ przyznał, że jest przeciwny ujawnianiu prawdziwych agentów:


Chciałbym jeszcze wytłumaczyć w jednym zdaniu, dlaczego nie powinno się publikować listy agentów. Ja jestem przeciwko publikowaniu listy agentów, dlatego, że agent agentowi nie równy. Byli ludzie, którzy prawie nic złego nie zrobili, byli tylko złamani i były też najgorsze kanalie. Nie można ich ze sobą tak samo zestawiać.
http://tomaszlis.wp.pl/archiwum.html?T[page]=19&wid=6624472
W ten sposób  Wildstein doprowadził  ad  absurdum  sprawę publikacji  jakiejkolwiek listy w Internecie, bo to samo można powiedzieć o członkach każdej  zbiorowości.

I to jest  rozwiązanie zaledwie połowy zagadki - nazwijmy ją zagadką Wildsteina a brzmi ona: kogo dotyczy lustracja lub dekomunizacja i jak ją przeprowadzić?

Na polonijnym forum  GONIEC ukazał się świetny artykuł  "Ubecka mniejszość narodowa" Jadwigi Szcześkiewicz .

Tygodnik Solidarność piórem Waldemara  Żyszkiewicza  uważa, że posunięcie Wildsteina może przerwie błogą sjestę, bo problem peerelowskiej agentury stanął w centrum zainteresowania opinii publicznej. Szkoda tylko, że ewentualne ujawnianie rzeczywistych agentów ma się odbywać kosztem ludzi, którzy walczyli z komuną.

Rozumiem ból tych, którzy znaleźli swoje nazwisko na tej liście i czują się w obowiązku dowodzić swojej uczciwości. Jest to oczywiście sytuacja absurdalna i bardzo smutna - mówi  prof. Andrzej Friszke, członek kolegium Instytutu Pamięci Narodowej w Wywiadzie  dla Tygodnika Solidarność.

W Tygodniku Solidarność znajdziemy też przypomnienie, że  Adam Michnik w 1990 roku dostał nieograniczony i niekontrolowany dostęp do najściślej strzeżonej wiedzy w sposób przestępczy jak pisze Krzysztof Wyszkowski. Była to  mistyfikacja zorganizowana przez Kozłowskiego, przy pomocy Samsonowicza.·Nie przeszkadza to jednak  aby pojawiły się insynuacje wobec  prof. Macieja Giertycha  i jego ojca w Tygodniku Powszechnym  lub ustami właśnie prof. Kozłowskiego.

  
Zamieszanie wokół listy Wildsteina powoduje koncentrowanie się uwagi wobec osób pokrzywdzonych a nie wobec ludzi, którzy próbowali ich kaperować. Niektóre epizody są wręcz humorystyczne jak np. opowieść Piotra Fronczewskiego. Jan Pietrzak jest zadowolony, bo otrzymał  materiał z IPN, pozwalający na napisanie książki o sobie, o  swoich przygodach.   Daniel Olbrychski nie kryje oburzenia i zastanawia się nad motywami działania Wildsteina. Violetta Villas oskarża  SB o  zorganizowanie włamania do jej willi i kradzież cennych przedmiotów jako karę za brak współpracy. Niewątpliwie osoby ze  świata artystycznego znane ogółowi uwiarygodniają IPN jako instytucję, której można zawierzyć swoje osobiste zawirowania z peerelowskim MSW i otrzymać do wglądu swoje akta. Prokurator Dudek uważa, że prawo do wglądu swojej teczki powinien mieć każdy,  nawet były pracownik MSW. Czy uzyskane dokumenty  będą wystarczające do wytoczenia cywilnych procesów przeciwko SBekom i UBekom ?

Jest też wielu funkcjonariuszy SB, którzy popełnili przestępstwa przedawniające się w 2010 roku. Ich ściganie mogłoby nastąpić na wniosek osób pokrzywdzonych, a one często wolą milczeć i mieć święty spokój- mówi prokurator Witkowski.

Zbigniew Romaszewski ma rację  konkludując,  że jeśli wyciągnięte z akt MSW informacje skonfrontujemy z innymi dokumentami i z wyjaśnieniami żyjących jeszcze uczestników zdarzeń, to bardziej zbliżymy się do prawdy historycznej (patrz:  http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_

050207/publicystyka/publicystyka_a_1.html )

Poseł Zygmunt Wrzodak Z LPR uważa, że należy skorzystać już z obecnych możliwości prawnych i  osoby które znalazły się na liście  Wildsteina mają obowiązek  zgłosić się do IPN i potwierdzić stan inwigilowania przez SB.

 Z pewnością starsi pamiętają lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, kiedy ni   z gruszki i pietruszki wzywano do specjalnego pokoju, spisywano  ankietę, nawet  zdejmowano odciski palców. A premia była dla ubeka. Jest tajemnicą poliszynela, że oficerowie  bezpieki otrzymywali gratyfikacje finansowe za  zwerbowanie TW. Dlatego są przypadki bezceremonialnego przypisania "sukcesu”. Ale to wymagało rzetelnego przejrzenia materiału "teczkowego". Czy  potrzebny jest dokument z IPN o statucie osoby pokrzywdzonej, taka jakby przepustka do przyszłości albo wręcz dowód na niewinność? W naszym kręgu kultury prawa  należy udowadniać winę a nie niewinność. I czy na tym ma polegać lustracja? Może to być jej początek a nie jej koniec jak tego by chcieli najbardziej winni.

IPN jest jednak już gotowy do ujawnienia materiałów z teczek SB ludziom inwigilowanym przez peerelowski resort. Osoby pokrzywdzone, inwigilowane zapoznają się z krecią robotą resortu. Może incydent z listą Wildsteina jest tylko taką cezurą tak potrzebną historykom lubującym się  w  znajdowaniu przełomowych wydarzeń aby uwiecznić to na kartach nowych podręczników historii. Lustrowanie choć powoli trwa, to wzbiera się na sile, niezależnie od działania Wildsteina (który dostarczył materiału dla dziennikarzy a  nie dla społeczeństwa) i anonimowego sprawcy, który ją zamieścił w Internecie i burzy głosów z nią  związanych.

Na stronie  internetowej IPN  znajdziemy  wykaz publikacji książkowych oraz pliki do pobrania. Niezwykle cenny jest wykaz aktów prawnych regulujących działanie resortu np. instruujący jak pozyskiwać TW. Generalnie obowiązywał zakaz pozyskiwania TW  wśród członków partii. Można było zakładać teczkę TW  bez  wiedzy  i  zgody osoby indagowanej. Czyli jeśli Twoja rodzina kontestowała PRL i odżegnywała się  od członkostwa w partii i  aktywnie wyrażała dezaprobatę wobec  ustroju to jest wysoce prawdopodobne,  że  jest teczka kogoś  z Twojej rodziny. Ostatni  ujawniony  akt prawny z  XII 1989 roku dopuszczał możliwość zniszczenia  teczki  TW na  wniosek agenta przy rozwiązywaniu umowy o współpracy. Na kanwie badań aparatu represji rozgłasza się tezę  o nie prześladowaniu  środowisk opozycyjnych, które były słabe.    Trudno w to uwierzyć. Samo to stwierdzenie jest sprzeczne. Żeby stwierdzić, że środowisko jest słabe należało właśnie inwigilować. Słabość opozycji  mogła być następstwem  silnych represji z okresu lat  stalinowskich i  dość udanej akcji prewencyjnej prowadzonej w okresie  gomułkowskim i gierkowskim. Przecież za czasów peerelowskiego MSW nawet mysz by  się nieprześlizgnęła. To i owo się opozycji udawało ale jakim kosztem! Źle że badaniom aparatu represji towarzyszy nuta rywalizacji o palmę najbardziej zasłużonych i represjonowanych.

W środę  wieczorem 02 lutego w  TVP2 nadano reportaż o pewnym działaczu lubelskiego ogniwa  Solidarności . Przy kamerze oglądał teczki SB na swój temat udostępnione przez IPN. Przypominał  już z dawnej przeszłości  epizody, które utrwaliła bezpieka (zakładanie podsłuchu, dostarczanie powielacza) . Odnalazł  zapisy  kaperowania "Tomka"  . Wiedział o tym fakcie bo  "Tomek" zawsze mówił o  wezwaniach do  siedziby  bezpieki i tego dnia kiedy podpisał  lojalkę opowiedział niezwłocznie  swojemu szefowi SOLIDARNOSCI co się  wydarzyło .  "To  Twoja decyzja, o której się inni wcześniej czy później dowiedzą". Tomek nie stawiał się na kolejne umówione spotkania  z  prowadzącym go oficerem  aż  w końcu za piątym razem poszedł  by odmówić współpracy.   I to się zachowało w  archiwum bezpieki. Ale  był w  organizacji  ktoś inny: "Zygmunt", który takich skrupułów nie miał i  na całego kontaktował się  z  MSW. IPN odtajnił jego personalia na żądanie poszkodowanego. Zresztą domyślił się wcześniej kto to był. Na spotkaniu ogniwa  SOLIDARNOSCI,  niemal kombatanckim, ujawniono prawdę. Kamera przy tym była. Kapuś nie.

Rzeczpospolita 4 lutego br. opublikowała list  prof.Chrzanowskiego, który jak pamiętamy został pomówiony o współpracę z peerelowskim resortem MSW na wskutek publikacji  listy  Antoniego Macierewicza. Oto list profesora Chrzanowskiego

Do Redaktora Naczelnego "Gazety Wyborczej"

W pańskiej "Gazecie" z 29 grudnia 2004 r. opublikowane zostały fragmenty wywiadu gen. Gromosława Czempińskiego udzielonego Radiu Zet pod ogólnym tytułem "Czy SB fałszowała teczki". Jako przykład fałszowania gen. Czempiński, nie wiem na jakiej podstawie, podaje teczki rzekomo dotyczące mojej osoby.

Pragnę stwierdzić, że w procesie lustracyjnym prowadzonym na mój wniosek jako osoby pomówionej żadna ze stron nie podnosiła zarzutu, że teczki są sfałszowane. Wyrok oczyszczający mnie z pomówienia opiera się wyłącznie na ocenie treści materiałów SB mnie dotyczących. Większość notatek funkcjonariuszy SB dotyczy informacji na mój temat uzyskanych od 11, jak ustalił sąd lustracyjny, agentów, nastawionych m.in. na obserwację mojej osoby. Co do informacji "uzyskanych" ode mnie, sam funkcjonariusz SB w swej notatce stwierdził, że "nie zawierają danych kompromitujących interesujące nas osoby". W materiałach SB rzeczywiście znajduje się potwierdzenie założenia w moim mieszkaniu podsłuchu domowego ("słuchano jednak ściany"), jednak brak jakichkolwiek materiałów z tego źródła. Zapewne dlatego, że - jak podałem już w książce "Pół wieku polityki. Rozmowa" (Warszawa 1997) - w razie potrzeby uprzedzałem swych gości, że anonimowo ostrzeżono mnie o podsłuchu domowym (w istocie uprzedził mnie mimo ryzyka prezes Powszechnej Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej p. Edward Lipski). Na przykład z nocującymi u mnie działaczami RMP Aleksandrem Hallem, Markiem Jurkiem i in. często, by swobodnie porozmawiać, wychodziliśmy na spacery po ulicy.

W notatkach funkcjonariusza SB nie brak błędnego przedstawiania faktów, przypuszczeń wysuwanych z patrzenia na nie przez pryzmat założonej koncepcji itp., nie oznacza to jednak świadomego przeinaczania czy zmyślania faktów, tj. ich fałszowania. Dlatego w pełni zgadzam się z konkluzją wypowiedzi p. Grzegorza Majchrzaka, historyka IPN, zamieszczonej obok fragmentów wywiadu gen. Czempińskiego, że: "Bez tych dokumentów trudno będzie napisać prawdziwą historię PRL. Trzeba jednak podchodzić do nich spokojnie i z dystansem".

Prosiłbym o opublikowanie tego listu, wymaga tego bowiem bezstronne szukanie odpowiedzi na tytułowe pytanie: "Czy SB fałszowała teczki".

Wiesław Chrzanowski


Do wiadomości: pan prof. dr hab. Leon Kieres, prezes IPN. "Gazeta Wyborcza" odmówiła opublikowania tego listu.

Źródło:
http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_

050204/publicystyka/publicystyka_a_14.html

soccer

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl