| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Józef Szaniawski:
o. Dariusz W. Andrzejewski:
Daniel Pipes:
Donald Devine:
Daniel Pipes:
Ewa Krajska:
Krzysztof Nagrodzki:
Marian Kałuski:
Jarosław Supłacz:
Stanisław Bulza:
Robert Karczemny:
Jadwiga Staniszkis:
Andrzej Kumor:
Józef Darski:
Kazimierz Murasiewicz:
Józef Darski:
Alberto Carosa:
Phyllis Schlafly:
Jerzy Przystawa:
Andrzej Kumor:
Iwo C. Pogonowski:
Stanisław Bulza:
Jerzy
Przystawa:
Marcin Pater:
Ryszard Jakubowski:
J. R. Nyquist:
Marcin Mierzejski:
Jacek Bartyzel:
J. R. Nyquist:
Adam Wielomski:
Frank S. Meyer:
Stanisław Bulza:
Zbyszek Koreywo:
Klaudiusz Wesołek:
Solidarność IENESP:
Ryszard Hodowany:
|
Kazimierz Murasiewicz TECZKOKRACJA Można domniemywać bez obaw o popełnienie błędu, że w Polsce zbliżają się wybory. Nie trzeba powoływać się na tzw. wszelkie znaki na niebie i ziemi. Wystarczy zaobserwować pewne ruchy na scenie politycznej i w kulisach tejże. Lewactwo odgrzewa swój sen o liberalizacji aborcji. Jednak równoważąc sen ze stanem faktycznym należałoby zauważyć, że mamy 3 mln bezrobotnych i 5 mln rodaków żyjących poniżej granicy ubóstwa /wg danych oficjalnych/, których bardziej interesują inne aspekty życia doczesnego – ich i ich i rodzin. Popis p. Środy w Stockholmie, gdzie reprezentując jako minister rząd RP wykorzystała swoje służbowe stanowisko /nota bene całkowicie zbędne/ do ataku na Kościół katolicki jako źródło przemocy wobec kobiet, wpisuje się w kampanię lewicy. Nie jest nowością trend do poszukiwań przemocy i wszelkiego zła w rodzinach. Pewne novum stanowi obwinianie o przemoc wobec kobiet Kościoła. Kuriozalna jest też obrona urojeń minister feministki. Otóż “elity” rządzące uznały, że nie jest wykroczeniem p. minister mijanie się z prawdą, małym wykroczeniem jest wygłaszanie bredni podczas oficjalnej wizyty jako reprezentantki rządu, bo te brednie to nie stanowisko rządowe, ale… naukowe. O tym, jaka to dziedzina nauki do aż tak nieprawdziwych wniosków doszła – rządowi i feministyczne obrońce milczą. Żenującej krytyki udzielił natomiast dyżurny autorytet moralny mass-mediów, biskup i rektor Pieronek. Rozgraniczył on sytuację kobiet i stanowisko wobec nich Kościoła między wiekami średnimi, a obecnie. Widocznie kursy historii odbyte przez bpa profesora wycisnęły na nim piętno koniecznego krytykowania Średniowiecza bez oglądania się naprawdę historyczną. Jak widać siły wątpliwego postępu chętnie korzystają ze wsparcia liberalnych hierarchów. Przykładem nieodległym w czasie może być moralnie wstrętne stanowisko abpa Gocłowskiego wobec prałata Jankowskiego, zapewne w nadziei na wyciszenie afery wydawnictwa Stella Maris. Odpowiedzią nurtu patriotycznego jest lustracja. Liczby pokrzywdzonych w III RP przez “przemiany ustrojowe” te same jak wyżej, oczekiwania poprawy losu też. A przecież wybory powinny nieść jakąś nadzieję na poprawę sytuacji aktualnej i przyszłej. Tymczasem zamiast troski o bliźnich mamy burzę teczkową. Niejaki red. Wildstein zapragnął ujawnić współpracowników bezpieki III RP, ale wyszło tak jak wyszło. Lista obszerna. Lecz zawiera nazwiska współpracowników, tych co nimi mieli dopiero zostać, jak również osoby przez takowych poszkodowane. Prezentacja takiego cocktailu ma za zadanie doprowadzić do chaosu. Wszak lista funkcjonuje już jako lista agentów, a nie jakiś tam spis archiwalny. W dodatku w różnych jej mutacjach te same objaśnienia – raz dotyczą zakresu współpracy /etat, TW/ a raz stopnia utajnienia informacji o danej osobie. Przy okazji upublicznienia zasobów archiwalnych IPN jako listy agentów załatwiane są różne geszefty. Np. w “Polityce” red. Żakowski przeprowadzając wywiad z prezesem IPN p. Kieresem podsuwa nazwisko prof. Giertycha jako reprezentanta opcji prorosyjskiej. Udzielający wywiadu prof. Kieres, choć stara się w toku rozmowy przywdziać aureolę jako ten co broni niesłusznie oczernianych, w tym przypadku uciekł się był do przemilczenia kwestii. Cóż pozostaje czytelnikowi? Domniemywać – skoro artykuł jest o agentach, a prof. Giertych jest prorosyjski i do tego szef IPN temu nie przeczy, to znaczy, że wspomiany profesor był agentem! A tu LPR chce lustracji. Wniosek dla przeciętnego obywatela /wyborcy!/ pozostaje jeden – chcą lustracji, ale to tylko taka gra, a moje marne życie pozostanie poza orbitą zainteresowań polityków. Żaden wyborca o pustym brzuchu nie będzie szukać informacyj o tym, że prof. Giertych udostępnia swoją teczkę, że zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy premierze Jaruzelskim za aprobatą prymasa. Raz iż tę aprobatę prasa przemilcza, a dwa, iż zubożały w III RP wyborca inne ma problemy niż rozgrywki na “górze”. Oczywiście – uporządkowanie moralne i prawne życia w Polsce jest konieczne. Jednakże nie pod potrzeby wyborcze i przy fałszerstwach medialnych. Tzw. “gruba kreska” mająca gwarantować nietykalność wybranym przy “okrągłym stole” staje się coraz bardziej cienka. Jednak magdalenkowe konszachty skutecznie doprowadziły do podważenia wiarygodności koncepcji lustracyjnych. Wpierw przez ową kreskę i w wyniku jej zastosowania możliwość manipulacji. Wszak sam red. Wildstein uznaje iż niektórzy są “z zasady” poza podejrzeniami, a kreujący się na świętego prof. Kieres we wspomnianym wywiadzie sugeruje iż niektórych spraw i osób nie należy ruszać. Jakże to współbrzmi z wcześniejszą michnikową troską o ochronę “autorytetów moralnych”. Jak może istnieć zdrowe państwo opierające się na tak dalece posuniętym relatywizmie moralnym, w którym autorytety budowane są na ukrywaniu ich przeszłości. Lustracja powinna zostać przeprowadzona 15 lat temu, im później tym trudniej zachować jej rzetelność. Część akt została zniszczona już w III RP, część wyniesiona przez “nieznanych sprawców”, część zafałszowana jedną lub drugą stronę, część ma pozostać nadal utajniona /a co z agentami WSI?/. Do tego obowiązują, chociaż może tylko na papierze przepisy ustawy o ochronie danych osobowych. Jeżeli obywatele mają ufać swojemu państwu, to z faktu konieczności przeprowadzenia lustracji wynika, że powinno się jej dokonywać w zgodzie z prawem i przez organy do tego uprawnione. Jak to zrobić uczciwie stanowi zadanie dla prawników, a nie wątpliwych autorytetów i dywersantów. Dopóki system prawny bazować będzie nie na pracy jego organów, a na śledztwach prowadzonych przez dziennikarzy /choćby w najlepszej wierze/ dotąd państwo nie odzyska zaufania swoich obywateli. Fałszywa dbałość o klarowny obraz polityków, dziennikarzy, prawników, etc. ale dopiero przed wyborami nakazuje ostrożność co do intencji. “Komuś” widocznie zależy na destabilizacji Polski. Nie chodzi tu o redakcję “Rzeczpospolitej”, która pozbyła się dekonspiratora /czy może manipulatora/, bo każda redakcja musi się liczyć z konsekwencjami działań dywersyjnych swoich pracowników, lecz o tych co za red. Wildsteinem faktycznie stoją i jakie faktyczne są ich cele. Protesty w obronie wspomnianego redaktora mogą wynikać bądź to z naiwności, bądź to z woli wsparcia dla chaosu. Wybory, bez względu na wolę SLD zbliżają się. W tej perspektywie rodzi się pytanie o zagospodarowanie tzw. “milczącej większości”, a przecież ani batalia o ułatwienia aborcyjne, ani wojna na teczki aktywności społecznej nie pobudzą. USTAWIANIE WYŚCIGU Bez względu na wolę tzw. elit politycznych rok bieżący w Polsce obfitować będzie w atrakcje wyborcze. O ile termin wyborów parlamentarnych być może nie jest jeszcze ustalony za sprawą mocnego przytwierdzenia do foteli posłów i senatorów z SLD, o tyle wyborów prezydenckich nie da się przełożyć na inny ustawowy termin. Gdyby nawet taka możliwość istniała, to i tak aktualnie panujący prezydent nie byłby tym zainteresowany z obawy przed impeachmentem. Aktualnym jego zmartwieniem co do sukcesji jest brak mocnego kandydata ze strony lewicowej kamaryli. Być może liczy jeszcze na “Ordynacką”, być może min. Dubaniowski mają znaleźć remedium na lewicową niemoc w obu wyborczych rozgrywkach. O ile zmartwieniem wszelkiej maści lewaków jest brak w ich gronie pewniaka, o tyle na prawicy występuje klęska urodzaju kandydatów, co w efekcie obniża szansę każdego z nich. W ostateczności istnieje alternatywa podziału ról w przypadku zawarcia Po-PiSowej koalicji na zasadzie – “wasz prezydent, nasz premier”, ale łaska koalicjantów na pstrym koniu jeździ, chyba nie tylko w przysłowiu. Aliści różne ośrodki opiniotwórcze o rodowodzie “intelektualistycznym” i moralnych “autorytetów”, przy wsparciu mass-mediów i przy pomocy ustawianych sondaży, już teraz intensywnie wykazują się dbałością o przyszłych wyborców. Do wyścigu prezydenckiego zgłaszani są w sondażach kandydaci o niepolitycznych konotacjach. A to pani prezydentowa jako osoba wrażliwa na ludzkie nieszczęścia, a to dziennikarz który nie wie sam – czy chce być politykiem czy dziennikarzem, a to profesor medycyny w parlamencie obyty, ale w działaniach politycznych stale ponoszący porażki dzięki czemu z tą dziedziną blisko nie kojarzony. Co chwile ktoś z tego grona wychodzi na prowadzenie, ale bez gwarancji zajęcia pool position. Wedle obecnie kreowanej mody kandydat na najwyższe polityczne stanowisko w państwie musi być… apolityczny, to znaczy o trudnych do ujawnienia zależnościach. Ponieważ nikt z dotychczasowych apolitycznych, choć posiadających wyraźne poglądy polityczne kandydatów, nie jest zdecydowanym faworytem, przeto czekają nas jeszcze kolejne egzotyczne propozycje. Do czasu aż elektorat zostanie na tyle skutecznie skołowany, że zaistnieje szansa przepchnięcia kogoś, kto zagwarantuje iż po wyborach będzie - i śmiesznie, i straszno. Obecnie podejmowane są jedynie próby możliwości samo ośmieszenia się Polaków. Dlatego póki co mamy do czynienia raczej z pony racing /wyścigiem kucyków/ niż z prawdziwymi wyścigami rasowych koni na hipodromie. Biuletyn Informacyjny SN Okręg Dolnośląski | |||