| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
George
W. Bush:
J. R. Nyquist:
Grzegorz Gościński:
Mariusz D. Dastych:
Marian Kałuski:
Wojciech Fałkowski:
Jacek
Bartlewicz:
Olgierd Żmudzki:
Sebastian Szade:
Cezary Rozwadowski:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Jerzy Przystawa:
Paweł Sztąberek:
Michał Szczepański:
Marcin Mierzejski:
Janusz Kawalec:
Adam Wielomski:
Marian Kałuski:
Taki Theodoracopulos:
Ryszard Jakubowski:
Marcin Małek:
Stanisław Bulza:
|
Paweł Sztąberek Czy znów czekają nas rządy tchórzy? W sferze polityki można wyróżnić różne postawy i formy politycznej aktywności. Mamy więc m.in. socjalistów, liberałów, konserwatystów. Często jedni łączą się z drugimi po to, by łatwiej móc osiągnąć jakieś cele. Im sojusze bardziej egzotyczne, np. socjalistów z konserwatystami czy liberałami, tym większe prawdopodobieństwo, że w działalności politycznej chodzi bardziej nie o dobro wspólne i wierność zasadom, lecz o załatwienie jakichś partykularnych interesów poszczególnych grup polityków (choć oczywiście można sobie takie sojusze wyobrazić w pewnych specyficznych sytuacjach, związanych np. ze sferą polityki zagranicznej czy obronności, jednak już trudno w sprawach gospodarczych). Do klasycznego podziału sceny politycznej na "lewicę" i "prawicę" należałoby dodać jeszcze podział na "tchórzy" i na "odważnych". Ponieważ bieżący rok zapowiada się jako rok wyborczy, ten podział wydaje się może nawet ważniejszy niż ów podział klasyczny. Piszę o tym dlatego, ponieważ już dziś wiadomo mniej więcej, kto wybory parlamentarne wygra i kto organizował będzie po tych wyborach nowy rząd. Po dzisiejszych zapowiedziach polityków ocenić można, czy władzę w Polsce obejmą już wkrótce "tchórze" czy "odważni". Są tacy, którzy wiele obiecują sobie po PiS-ie i są tacy, którzy wiążą nadzieje na poprawę sytuacji w kraju z PO. Patrząc na te ugrupowania z pozycji ekonomicznego liberała trzeba z żalem stwierdzić, że powodów do radości jest niestety niewiele. Pan Lech Kaczyński, jeden z liderów PiS-u ogłosił właśnie, że jest socjalistą ("skrzydło socjalne w PiS"), i że wbrew postawom wielu młodszych działaczy swojego ugrupowania, nie dopuści do tego, by wprowadzić w życie "radykalne pomysły liberałów". Niejako potwierdzeniem tych słów ma być sojusz wyborczy ze związkiem zawodowym "Solidarność", o którym PiS mówi coraz głośniej. Do sojuszu tego zapewne więc dojdzie, a to oznaczać będzie, że partia, która mogłaby odegrać po wyborczym rozdaniu znaczącą rolę i zrobić coś dobrego dla Polski, już na starcie stanie się zakładnikiem związku zawodowego, który z natury rzeczy o dobro wspólne raczej się troszczył nie będzie. Stawia to w trudnej sytuacji PO, która, by rządzić, będzie potrzebowała koalicjanta. Platforma, deklarująca się jako liberalna w sferze gospodarczej, ma więc problem: jak pogodzić swoje liberalne deklaracje z socjalistycznymi zapędami potencjalnego koalicjanta, PiS-u? Przyszłość więc już niedługo pokaże, czy możliwy jest egzotyczny sojusz "liberałów" z "socjalistami"... Ale kto wie, czy wszystkie te spory za jakiś czas będą jeszcze w ogóle miały jakiekolwiek znaczenie. Ewentualne przyjęcie konstytucji Unii Europejskiej sprawi bowiem, że ciężar politycznych sporów oraz podejmowania ważnych dla ludzi decyzji przeniesie się zupełnie w inne miejsce, a kłótnie naszych rodzimych polityków będą tylko czymś w rodzaju nic nie znaczącej sprzeczki chłopców w piaskownicy. W kwestii konstytucji PO zajmuje bardzo dziwną postawę. Jan Rokita, lider Platformy, oznajmił właśnie (Radio ZET, 16 stycznia 2005), że on ogłosi swoje stanowisko, tzn. czy jest za czy przeciw konstytucji, dopiero w 2006 roku. Wtedy też, jego zdaniem, powinno się odbyć referendum w tej sprawie. Rezerwa Rokity wynika z tego, że nie chce on, by Polska była tym krajem, który jako jedyny miałby odrzucić konstytucję. Jeśli ktoś przed nami odrzuci traktat, on będzie "na nie", a jeśli wszyscy konstytucję przyjmą - on będzie "na tak". Jest to żenujące wyznanie, zwłaszcza, że pochodzi z ust potencjalnego kandydata na przyszłego premiera. Pisząc wcześniej o tym, że niewiele jest powodów do radości, mimo że zanosi się na zmianę rządów w Polsce, miałem na myśli obawy związane z faktem, że prawdopodobnie grozi nam kilka lat rządów kolejnych tchórzy. Wojna i pokój Wielokrotnie spotkałem się z opinią, według której Unia Europejska powstała po to, by nigdy już na starym kontynencie nie dochodziło do wyniszczających wojen. Świeża pamięć o skutkach II wojny światowej, istotnie, mogła być argumentem za tym, aby stworzyć coś, co zaradzi ewentualnym przyszłym konfliktom. Cóż jest zresztą złego w tym, że narody zbliżają się do siebie, że ze sobą współpracują, zaciskają więzy... Nie ma chyba większych pacyfistów od obrońców wolności gospodaczej. Wiadomo bowiem, że rynek przynosi najlepsze efekty tam, gdzie panuje pokój. Wojna powoduje nie tylko zakłócenia na rynku, ale - w wyniku właśnie tych zakłóceń - prowadzi do szeregu ludzkich nieszczęść i tragedii, do zubożenia, do głodu... Dlaczego, w takim razie, wielu wolnorynkowców nie jest jakoś w stanie zachwycić się Unią Europejską, która powstaje przecież m.in. po to, by już nigdy nie było na naszym kontynencie wojen? Odpowiedź na to pytanie nie wydaje się szczególnie trudna... Bo co wspólnego z pokojem ma dyrektywa o rozmiarach bananów? Co wspólnego z pokojem ma zastąpienie w rzeźniach drewnianych pieńków pieńkami plastykowymi, albo wydanie dekretu stanowiącego, co jest owocem, a co warzywem? Czy pokój w Europie zależy od tego, ile szczebli będzie miała drabina, oraz od tego, czy w sklepach będą ściany z ostrymi narożnikami, czy też z gładkimi? A może odpowiedni kształt zderzaków samochodowych to jest właśnie to, co powstrzyma jeden europejski naród przed zaatakowaniem innego europejskiego narodu? I czy znaczenie ma tu również bardzo szczegółowa instrukcja przygotowywania w szkołach mleka w proszku, łącznie ze wskazaniem, kto i gdzie powinien to robić? Czy o losach Europy ma decydować także ilość hut i kopalń, ilość kutrów rybackich pływających po morzach i oceanach, ilość wina, jaką można wyprodukować, a jakiej nie...? Pytań takich można by jeszcze mnożyć. Ale już te wystarczą, by dojść do wniosku, że dzisiejsi budowniczowie Unii Europejskiej, współcześni "pacyfiści", uznali, że sposób na zachowanie pokoju polega na stopniowym, ale konsekwentnym ograniczaniu ludzkiej wolności, w tym przede wszystkim wolności gospodarczej. Zasadnicze pytanie jest więc następujące: Czy lepiej jest żyć w stanie ciągłej niepewności, będąc jednocześnie wolnym, czy też może lepiej jest mieć pewność, że nie wybuchnie wojna i radować się tym faktem z perspektywy człowieka żyjącego w klatce? Najprostsze pytanie... Obrodziło nam w ostatnich latch różnego rodzaju doradcami i analitykami. Mamy więc speców od rodziny, od resocjalizacji, od społeczeństwa, od pisania wniosków o przyznanie jałmużny z Unii Europejskiej, przeróżnych terapeutów itp. Wśród tej grupy wyjątkowe miejsce zajmują doradcy i analitycy ekonomiczni, poosadzani w przeróżnych bankach, agencjach rządowych, biurach maklerskich, czy w mediach. Ich rola - zapewne nienajgorzej opłacana - polega między innymi na tłumaczeniu zjawisk dziejących się w gospodarce, na radzeniu, jakie czynić inwestycje, by najlepiej na nich wyjść, oraz - generalnie - na wszelkiego rodzaju prognozach ekonomicznych. Niestety, ale mam jakieś dziwne przeczucie, że taki doradca czy ekonomiczny analityk, niczym - tak naprawdę - nie różni się od zwykłej wróżki, która przez wielu z nas traktowana jest przecież niczym szarlatan, bazujący na ludzkiej naiwności. A utwierdza mnie w takim przeświadczeniu spostrzeżenie , jakie niedawno poczyniłem (mało zresztą oryginalne), a które tłumaczy, że nie ma chyba nic bardziej skomplikowanego, niż odpowiedź na najprostsze pytanie. Otóż niedawno w TVN 24 wystąpił analityk ekonomiczny, który próbował tłumaczyć, dlaczego złotówka jest obecnie mocna, a inne waluty, w stosunku do niej, słabną. Analityk ów bardzo pięknie i gładko gawędził o "coraz lepszych fundamentach naszej gospodarki", o "niezwykłym wzroście gospodarczym, jaki nastąpił po wejściu do Unii", o "pewności inwestorów, co do wiarygodności Polski", czy też o "ich wierze w trwałość tych gospodarczych fundamentów". "Inwestorzy zagraniczni kupują złotówkę, ponieważ uwierzyli w siłę naszej gospodarki" - tak mniej więcej brzmiała ostateczna teza naszego analityka. I wszystko może byłoby pięknie, gdyby dziennikarz nie zadał w pewnym momencie pytania, "od telewidzów" - jak zaznaczył, które brzmiało: "Co właściwie ma w tej sytuacji robić przeciętny Kowalski, który ma odłożone dolary i nie wie już, czy powinien się ich jak najszybciej pozbyć, czy powinien je trzymać, w nadziei, że amerykańska waluta w końcu się odbije od dna". Po tym pytaniu analityk poczuł się zakłopotany i, poza jakimś bliżej nieokreślonym bełkotem, niczego konkretnego nie powiedział. Zgoda, może rzeczywiście nie wiedział, może nie był przygotowany na to pytanie i nie opracował właściwej odpowiedzi, może wiedział, a nie chciał powiedzieć, a może też istotnie nie ma mądrego, który potrafiłby na tak postawione pytanie dać sensowną i wiarygodną odpowiedź... Wszystko to być może... Niemniej prawda jest taka, że dla zwykłych szarych ludzi są to kwestie ważne, jeśli nie najważniejsze, drobne małe sprawy życia codziennego, swoista mikroekonomia. To na tym poziomie, na poziome tego typu decyzji zwykły człowiek na co dzień styka się z ekonomią. Czy wobec tego, niemożność odpowiedzi na najprostsze pytania stawia w ogóle pod znakiem zapytania sens i wiarygodność wielkich makroekonomicznych, ale i nie tylko, analiz? Tego nie wiem, choć dotąd dopóki będą chętni, by za nie płacić, nic mi do tego. Niemniej odczucie przeciętnego Kowalskiego, który słucha wspomnianego wyżej analityka i widzi, jak nie potrafi, bądź nie chce on odpowiedzieć na to najważniejsze dla niego pytanie, może być takie, że oto znów jacyś "wielcy krętacze" obławiają się jego kosztem, podczas gdy jemu pozostaje tylko liczyć straty i modlić się o to, by były one jak najmniejsze. http://www.kapitalizm.republika.pl | |||