now@ on-line  luty  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
George W. Bush:
 
Daniel Pipes:
 
Donald Devine:
 
J. R. Nyquist:
 
Daniel Pipes:
 
Ronald Reagan:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Grzegorz Gościński:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Marian Kałuski:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Roman Dmowski:
 
Wojciech Fałkowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
Jacek Bartlewicz:
 
Olgierd Żmudzki:
 
Sebastian Szade:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Jerzy Przystawa:
 
Paweł Sztąberek:
 
Michał Szczepański:
 
Jarosław Supłacz:

Solidarność IENESP:

 
Marcin Mierzejski:
 
Janusz Kawalec:
 
Adam Wielomski:
 
Marian Kałuski:
 
Taki Theodoracopulos:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
 
 
 

tatrzańscy zbójnicy

Marcin Małek:
 
Stanisław Bulza:
 

 

Sebastian Szade

CZERWONY TITANIC

W 2004 roku historia zatoczyła koło. Ofiarami jej trybów zostali tym razem Leszek Miller wraz z SLD, czy raczej- całym blokiem lewicowym. Jeszcze raz okazało się, że kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada. Wcześniej czy później.

A miało być tak pięknie...

Patrząc na Leszka Millera tłumaczącego się przed komisją śledczą, aż trudno uwierzyć, że do niedawna mówiono o nim per „kanclerz”, zaś o jego partii - że ma być siłą, która wyciągnie naszą ojczyznę z marazmu, w jaki popadła za "prawicowej dominacji". Sanacyjna moc SLD była tak znacząca, że w tej chwili celem numer jeden jest... uzdrowienie Polski z dobrodziejstw lewicowych rządów.

A miało być tak pięknie - aż chce się napisać. Pamiętam doskonale czasy „późnego Buzka”, z okresu kiedy jego gabinet był już mniejszościowy. Lider opozycyjnego SLD, przodownika wszelkich sondaży, publicznie nawoływał premiera do ustąpienia, odwołując się do jego godności i poczucia przyzwoitości, przedstawiając rządy AWS jako pasmo porażek i degradacji państwa. Millera przerażał rozmach afer na szczytach władzy, dziura budżetowa, tragiczny stan służby zdrowia, wzrost bezrobocia z 10% do 17%, zanik wzrostu gospodarczego etc. Żądał nowego rozdania kart, obiecując „nową jakość”. Widział w sobie remedium na wszelkie bolączki, zachwycając się wysokimi wynikami swego SLD w sondażach opinii publicznej, na równi z rekordowo niskim progiem poparcia politycznych rywali. Zapomniał, że historia to żywioł wielce złośliwy, który szczególnie uwielbia karać pychę i arogancję maluczkich tego świata.

Prosta prawidłowość - łatwiej będąc w opozycji krytykować innych, niż stojąc u sterów władzy, budować. Rządzenie rodzi wiele pokus, którym notable SLD nie potrafili odmówić. Krzysztof Janik na ostatnim kongresie partii mówił z nieukrywaną złością o tym, że słabe notowania partii są spowodowane działaniem w jej szeregach aferzystów, którzy zniweczyli wysiłek tysięcy uczciwych członków SLD. Zapomniał jednak o tym, że owi aferzyści to nie płotki z dołów partyjnych, lecz ludzie z elity, wysokich władz - posłowie, ministrowie, członkowie organów centralnych, kierownicy ważnych instytucji. Słowem, Ci którzy mieli okazje do defraudacji. Nie mające sposobności do aktywnego uczestnictwa w aferach, zastępy „szaraków”, rzeczywiście w większości pozostają poza podejrzeniami. Mają zapewne żal, że nie zdążyli, wzorem wyżej postawionych towarzyszy, dopchać się do koryta. Tylko czy to jest uczciwość, czy może po prostu brak „szczęścia”?

Afer ci u nas dostatek

Najczęściej używanymi słowami roku 2004 można śmiało ogłosić trójcę - afera, korupcja, łapówka. Rozmach skandali bywał iście bizantyjski. Nawet Aleksander Kwaśniewski (pseudonim „Prezio”), do niedawna lider wszelkich rankingów popularności i społecznego zaufania, utracił swą pozycję "potencjalnego męża stanu”, zaś jego małżonce, Jolancie (pseudonim „Księżniczka”) nie śni się już kontynuacja dzieła męża na stolcu prezydenckim. Ich rola w kilku „grubszych sprawach” jest co najmniej niejasna. Po ich dworze przechadza się po dziś dzień Marek Ungier, któremu prokuratura przez lata wstydziła się przedstawić zarzuty w sprawie Juventuru i nikt nie wie jaka była przyczyna owej nieśmiałości. A to dopiero preludium do wyliczanki wątpliwych bohaterów roku 2004.

Jest w niej miejsce dla Jerzego Jaskierni, wielkiego miłośnika drobnego hazardu, który forsował w parlamencie przepisy dotyczące „jednorękich bandytów”. Szczególnie rad z tych działań był jego dobry przyjaciel, Maciej Skórka, potentat rynku hazardowego, któremu zmiany prawa tej materii były bardzo na rękę.

Dalej wymienić można wielką piątkę - Aleksandrę Jakubowską, Leszka Millera, Lecha Nikolskiego, Włodzimierza Czarzastego oraz Roberta Kwiatkowskiego. Ich udział w propozycji korupcyjnej Lwa Rywina niejasny jest tylko i wyłącznie dla nich samych (cóż za skromność). Prokuratura jak i sama komisja, mają nieco inne zdanie w tej kwestii. Dodatkowo, były prezes TVP który upolitycznił telewizję do tego stopnia, że wywołało to zniesmaczenie nawet na lewicy (sic!), otrzymał nagrodę dla najlepszej publicznej stacji w Europie. Sęk w tym, że sam ją przedtem wymyślił i sam sobie przyznał. Nie jest to z pewnością wielka afera, szczyt głupoty i debilizmu - z całą pewnością.

Były premier jest także uczestnikiem prac kolejnej komisji, która mając wyjaśnić jak doszło do aresztowania prezesa Orlenu Modrzejewskiego, dogrzebała się do kulis prac służb specjalnych, spotkań Kulczyka z Ałganowem, wreszcie - działań zmierzających do sprzedania sektora paliwowego Rosjanom. Miller jak zdążył nas do tego przyzwyczaić - „nie wie, nie pamięta”.

Także słynna „lwica”, czyli Aleksandra Jakubowska przypomniała się szerokiej publiczności wraz z końcem roku. Zapowiadała swój powrót do wielkiej polityki i słowa, przyznać trzeba, dotrzymała: aresztowano jej męża, przesłuchano połowę rodziny w związku z aferą dotyczącą ubezpieczenia Elektrowni Opolskiej. Ją samą podejrzewa się także o czynny udział w tych przedsięwzięciach, co ma mieć związek z niejasnymi źródłami finansowymi jej ostatniej kampanii wyborczej. Jeśli więc mierzyć rangę polityka skalą afer w jakie jest zamieszany - rzeczywiście „lwica” powróciła na świecznik w dobrym stylu.

Andrzej Pęczak, dawny łódzki baron sojuszu, obecnie przebywa w areszcie, z którego stara się sprawować swój poselski mandat dla „dobra ogółu”. Historia doceni to poświęcenie. Poseł SLD oskarżony jest o to, że przyjął korzyść majątkową od znanego lobbysty Marka Dochnala (ten też już siedzi, chociaż jeszcze niedawno siedział, owszem, ale obok brytyjskiej królowej), zaś słynne sentencje z podsłuchanych rozmów, przeszły już do języka codziennego. Poseł „full wypas” troszkę odpocznie od swego mercedesa, tęskniąc za obiecanym mu miejscem parkingowym koło hotelu Sheraton...

Starachowice nie są już miasteczkiem, który kojarzy się jedynie z fabryką ciężarówek. Od tego roku to swoista egzemplifikacja często występującej w naturze symbiozy świata przestępczego z elitami politycznymi. Posłowie Jagiełło i Długosz z całych sił starali się dopomóc swoim kolegom i ostrzec ich przed planowaną akcją wymierzoną w symbiozę. Miłośnikiem układu był także minister Sobotka. Wszystkim przyjdzie niebawem stworzyć nowy model współpracy między ludźmi mafii i polityki, ale nie na wolności, lecz w więzieniu. Wypada życzyć powodzenia.

Wymieniać można dalej - no bo przecież jest laboratorium osocza, są rafinerie na południu kraju, siedzi nam już kilku lokalnych polityków (jeden prezydent miasta sprawuje swój urząd z aresztu!), niejasna jest sprawa małżonki Józefa Oleksego, mamy Belkę i jego podejrzaną uległość wobec roszczeń Eureko, jest Mariusz „na zdrowie” Łapiński, zaś spektrum oddziaływania spraw Rywina i Orlenu wykracza poza naznaczone przeze mnie osobistości. Na końcu mamy smutny symbolizm na jaki zdobył się były minister sprawiedliwości, Grzegorz Kurczuk, który straszył dziennikarza lokalnej gazety, apelując o cieplejszy wizerunek SLD na jej łamach. Ot, taka tam sprawiedliwość...

Przyspawani do stołków

Lewica zapomniała wyraźnie o tym, o czym mówiła kilka lat temu. Polityk to profesja oparta na zaufaniu społecznym, bez niej nie da się sprawować władzy. Polityk na którego pada cień podejrzeń powinien odejść. Pamiętam, a pamięć mam dobrą, jak pewien czas temu ze stanowiska ministra edukacji w rządzie Buzka odszedł Mirosław Handke. Jak sam się przyznał, to on ponosił winę za nierzetelne wyliczenia poczynione przez ministerstwo i jako odpowiedzialny za ów błąd - podał się do dymisji. Opozycyjne SLD, jak i część mediów pozwalała sobie na niewybredne żarty, uważając, że Handke z czynności naturalnej, oczywistej w danej sytuacji uczynił posąg troski o państwo, swoiste „polityczne harakiri”. Po latach od tamtej niepozornej sprawy przyznać trzeba, że owszem jest to symbol odpowiedzialności i przyzwoitości. Tyle tylko, że wyniesienie do owej rangi to zasługa tych wszystkich polityków lewicy, którzy sprawiali i sprawiają wrażenie „przyspawanych do stołków”.

Odejść nie miał zamiaru Leszek Miller, którego do trzymania się posady pchała myśl, że w podręcznikach historii to on będzie występował jako premier za którego kadencji Polska weszła do UE. Widać chciał dobrze skończyć jak na mężczyznę przystało.

Odejść nie mieli zamiaru - Jakubowska, Czarzasty, Kwiatkowski i inni bohaterowie roku 2004. Gdy piszę te słowa nadal niejasne jest czy marszałek Oleksy, świeżą sentencją Sądu Lustracyjnego oskarżony o kłamstwo lustracyjne, zrzeknie się swej funkcji w Sejmie. Skoro nawet on, najbardziej szanowany przez opozycję polityk SLD, wykazuje brak przyzwoitości i odpowiedzialności, czy mamy prawo wymagać tego od pozostałych?

A gospodarka?

Miniony rok ukazał przed nami prawdziwe oblicze SLD. Jakże dbającej o los biednych, bezrobotnych zastępów obywateli - dla ich dobra zapewne, walcząc z napływem tanich, używanych aut z zagranicy (nabywcami których raczej nie jest zamożna klasa średnia), zniechęcając do inwestycji zagraniczne przedsiębiorstwa (które oferują miejsca pracy zwykłym obywatelom), wycofując się z reform budżetowych (odkładając niezbędną operację na przyszłość, kiedy zaboli bardziej niż obecnie), czy z uporem maniaka wprowadzających kasy fiskalne gdzie się da, a także tam gdzie się nie da (wydatek rzędu kilku tysięcy złotych dla drobnych przedsiębiorców przecież wcale ich nie zaboli). Jakby tej „dobroczynności” było mało, pod publiczkę, ustanowić chciano 50% próg podatkowy dla najlepiej zarabiających, zapewne dla renowacji nadwątlonej fasady „walki o dobro ubogich obywateli”.

Nieporadność połączona z kompletnym ignoranctwem i zaślepieniem doktrynalnym - oto wytyczne decyzji ekonomicznych polskiej lewicy. Do dzisiaj większość SLD-owskich (i nie tylko!) notabli żywi przekonanie o tym, że obniżka podatków to element „prawicowej demagogii”, niebezpiecznej dla stanu państwa, ponieważ, jak się argumentuje z przekonaniem godnym głoszenia tez Lenina, spowoduje to „zmniejszone wpływy budżetowe i doprowadzi do załamania finansów publicznych” (zupełnie jakby teraz nie były wcale załamane). Zapomina się o tym, iż obniżki podatków zazwyczaj doprowadzają do wzrostu gospodarczego, przyciągają inwestorów, tworzą miejsca pracy a więc zmniejszają bezrobocie etc. - dlatego tak wiele państw uzdrawia swoją gospodarkę poprzez ten instrument (jest stosowany bo jest skuteczny - ot, taka dygresja). Tymczasem u nas proponuje się... likwidację obniżonych stawek podatku VAT w pakiecie ze zmianą podstawowej stawki z 22 do 19 %, szumnie nazywając cały projekt „obniżką”, choć tak naprawdę będzie to drastyczny wzrost obciążenia. I znowu ta troska o zwykłego obywatela - którego konsumpcję obciąża VAT.

Z tej perspektywy zadziwia fakt, że pochwalić się możemy wydatnym wzrostem gospodarczym, skoro lewica tak się starała go zastopować. Widać - niewidzialna ręka rynku jest naprawdę niewidzialna.

Może być już tylko lepiej

Może być już tylko lepiej, tylko czy będzie? Optymizm hamować musi casus Andrzeja Kuczery, lokalnego lidera PO z Rudy Śląskiej, który „przekupił” dziennikarza sumą 200 złotych. Potwierdza to tylko starą prawdę, że korupcja i afery nie mają przynależności partyjnej. Dobrze, że „czarnym owcom” stara się wytoczyć wojnę Donald Tusk, biorąc odpowiedzialność za kandydatów z list PO i centralizując ich nominowanie.

Dla prawicy pojawiła się szansa zdobycia silnej pozycji na dłuższy okres. Blok lewicowy, po raz pierwszy w dziejach III RP, jest podzielony i słaby, do tego zniszczony w oczach opinii publicznej. Obie kontynuatorki PZPR - tj. SLD i SdPL mogą w przyszłorocznych wyborach nie przekroczyć progu wyborczego i znaleźć się poza parlamentarną burtą. Jedyną rzeczą, która może je ponownie zrewitalizować to nieporadność prawicy, jej błędy i porażki. Mimo iż rok 2004 był dla lewicy pasmem nieszczęść i demaskacji jej prawdziwej natury, powinno to być nade wszystko przestrogą dla przyszłych władz. Czas w końcu wyciągnąć wniosku z cudzych błędów. Od prawicy bowiem tylko zależy czy historia znowu nie zatoczy swego złośliwego koła...

Artykuł opublikowany oryginalnie w serwisie www.rubikkon.pl

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl