now@ on-line  luty  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
George W. Bush:
 
Daniel Pipes:
 
Donald Devine:
 
J. R. Nyquist:
 
Daniel Pipes:
 
Ronald Reagan:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Grzegorz Gościński:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Marian Kałuski:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Roman Dmowski:
 
Wojciech Fałkowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
Jacek Bartlewicz:
 
Olgierd Żmudzki:
 
Sebastian Szade:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Jerzy Przystawa:
 
Paweł Sztąberek:
 
Michał Szczepański:
 
Jarosław Supłacz:

Solidarność IENESP:

 
Marcin Mierzejski:
 
Janusz Kawalec:
 
Adam Wielomski:
 
Marian Kałuski:
 
Taki Theodoracopulos:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
 
 
 

tatrzańscy zbójnicy

Marcin Małek:
 
Stanisław Bulza:
 

 

Jerzy Przystawa

Co ma ordynacja do gospodarki?

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej,

92 FM, 18 stycznia 2005, godz. 9.00 i 21.30)

Kilka dni temu (10 stycznia 2005) w dzienniku „Rzeczpospolita” pojawił się artykuł zatytułowany „Droga wyjścia ze stanu niemocy”, którego autorami są dwaj znani ekonomiści, Andrzej Bratkowski, były wiceprezes NBP, i prof. Jacek Rostowski, wykładający ekonomię na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie.

Artykuł ten tym różni się od wielu innych publikacji na modny temat „naprawy Rzeczypospolitej”, że w sposób niezawoalowany i niedwuznaczny, wiąże perspektywy sanacji ekonomicznej kraju z koniecznością przeprowadzenia zasadniczych reform ustrojowych, w tym, w pierwszym rzędzie, postuluje zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu, która gwarantowałaby wyłonienie silnej większości parlamentarnej, a za taką Autorzy uważają jednomandatowe okręgi wyborcze. (Wprawdzie zaraz piszą „lub powrót do systemu d’Hondta”, ale jest to chyba jedynie ucieczka od zbyt jawnej jednoznaczności, gdyż system d’Hondta był już w Polsce wiele razy przetestowany, zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i samorządowych, i wiadomo, że nie prowadzi on do pożądanego efektu i nie wyłania „silnej większości parlamentarnej”.)

Wiedzę na temat znaczenia i funkcjonowania JOW Ruch na rzecz JOW upowszechnia od lat, ale wciąż i wciąż wypowiadają się publicznie ignoranci, którym się wydaje, że jeśli posłów wybiorą ludzie w okręgach jednomandatowych, i nie będzie to jedynie głosowanie na kandydatów uprzednio wybranych przez partyjnych bonzów, to powstanie parlament„od Sasa do Lasa”, rozdrobniony, frakcyjny i niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Dobrze, że czasem zabierają też głos ludzie wykształceni i posiadający wiedzę o otaczającym nas świecie, wiedzę bynajmniej nie tajemną, ale która jest wszystkim dostępna. A mianowicie, że tam, gdzie wybory odbywają się w okręgach jednomandatowych, tam mamy do czynienia z silnymi większościami parlamentarnymi, ze stabilnymi rządami, z trwałą i spójną strukturą partyjną. Tam zaś, gdzie jak w Polsce, wybory odbywają się według list partyjnych, w tak zwanym systemie proporcjonalnym, obojętnie w jakiej mutacji, tam wszędzie mamy parlamenty rozbite, niezdolne do wyłonienia stabilnej parlamentarnej większości, rządy słabe i sezonowe.

Jest rzeczą prawie oczywistą, że silne, stabilne rządy, mają znaczenie zasadnicze, przede wszystkim dla gospodarki. Ta prawda nie dla każdego jest zrozumiała, tym bardziej, że w Polsce politycy wydają się interesować wszystkim, ale nie poszukiwaniem jakichś sensownych rozwiązań ekonomicznych. Nawet jeśli rozmawiają o sprawach tak istotnych jak kwestia ORLEN-u czy prywatyzacja PZU, to, słuchając przesłuchań komisji śledczych, łatwo zauważyć, że zupełnie inne sprawy, niż bogactwo i dobrobyt narodowy, są największą troską tak przesłuchujących, jak i przesłuchiwanych.

Ekonomista brytyjski, James Sproule, w artykule opublikowanym w „The Wall Street Journal Europe”, wyjaśnia, że jednym z nieuniknionych skutków tzw. ordynacji proporcjonalnej jest wysoki deficyt budżetowy państwa, które nie jest w stanie przeciwstawić się naciskom ze strony partyjnych koterii. Nie jest rzeczą przypadku, że kraje, w których stosunek zadłużenia państwa w stosunku do Produktu Krajowego Brutto jest najniższy, to kraje z JOW, a więc USA, Wielka Brytania czy Francja. W Polsce, według danych oficjalnych, dług publiczny przekracza połowę PKB i stale rośnie. Rosną także koszty obsługi długu. Nie ma wątpliwości, że jednym z zasadniczych elementów tego procesu jest fatalny system wyborczy. Dr Wisła Surażska, badając budżety gmin, w których zmieniono ordynację wyborczą i wprowadzono, w miejsce JOW wybory na listy partyjne, zauważyła natychmiastowy wzrost deficytu budżetowego. Trudno, żeby było inaczej: każda partyjna struktura, aby mogła istnieć i funkcjonować, musi znaleźć na to pieniądze, a ponieważ wszystkie partie krajowe, jak i lokalne, nie cieszą się sympatią obywateli, więc ze składek partyjnych w żaden sposób utrzymać się nie są w stanie. Jak się wydaje, liczba członków wszystkich partii politycznych w Polsce nie przekracza 200 tysięcy. Wg oficjalnych danych, w kampanii wyborczej roku 1997, zarówno AWS, jak i SLD wydały na wprowadzenie jednego posła do Sejmu ok. 1 milion złotych. Możemy więc przyjąć, że tyle mniej więcej to kosztuje. Posłów jest 460, senatorów 100, załóżmy, że koszty ogólne wynoszą 500 milionów złotych. Jeśli tę kwotę podzielimy przez liczbę (zawyżoną) 200 tysięcy członków partii, wyjdzie nam, że jedna tylko kampania wyborcza to obciążenie każdego „partyjnego”, obojętnie czy on „czerwony” czy „zielony” kwotą ok. 2,5 tysiąca złotych. Proszę mi pokazać takich ofiarnych członków, którejkolwiek partii, gotowych wydać takie pieniądze na samą tylko kampanię wyborczą? A gdzie są ogólne koszty funkcjonowania partii, gdzie czynsze, gdzie samochody, gdzie telefony, gdzie podróże krajowe i zagraniczne? Itd., itp. Nic więc dziwnego, że działalność wszystkich partii politycznych, w tym systemie, jest nieustannym skokiem na kasę publiczną i nieustannym tej kasy dojeniem. Jest bezpośrednim żerowaniem na gospodarce i na procesach prywatyzacyjnych itp. Nie ma zatem niczego zaskakującego w wielkich aferach korupcyjnych, w aferze FOZZ, Orlenu, PZU itd., itp., to nie tylko fakt, że przestępcy zwietrzyli łup w postaci bezbronnego państwa polskiego, to partie polityczne, aby móc w tych warunkach egzystować, sięgają po najróżniejszych „spryciarzy”, po różne Kuny, Żagle i Pineiry, Tkaczyki i Weinfeldy, po Baraniny i Dębskich, ponieważ koniecznie potrzebni im są ludzie „sprytni do pieniędzy”. I tak kręci się korupcyjna karuzela, wymuszająca na przedsiębiorcach najróżniejsze haracze i daniny. Zapewnienia Jana Rokity, Romana Giertycha, Jarosława Kaczyńskiego, że jeśli wygrają wybory, wówczas państwo polskie stanie się uczciwym, a scena polityczna przejrzystą, możemy od razu włożyć między bajki, ponieważ LOGIKA tego systemu jest inna. Może mieliby szanse, takie jak w Szwecji, gdyby wprowadzili obcinanie rąk za kradzież, ale i to nie wiadomo, czy po takim zabiegu Polska bardziej przypominałaby Szwecję czy Irak.

Eksperci, jak Andrzej Bratkowski i Jacek Rostowski, piszą memoriały i opracowania, publikują książki, tak jak prof. Witold Kieżun, który właśnie wydał duży tom pod tytułem „Dobre Państwo”. Politycy tych opracowań, rzecz jasna, nie czytają, ani im to w głowie, nie mają zresztą czasu. Eksperci są im potrzebni głównie do dekoracji, bo jasne jest, że wodzowie i bez ekspertów wszystko wiedzą najlepiej. Wymowna jest tu historia prof. Witolda Kieżuna, światowej sławy eksperta od teorii zarządzania, który za rządów prof. Jerzego Buzka powrócił z zagranicy do Polski. Zamiast zachować się jak „prawdziwy polski ekspert”, a więc taki, który pisze ekspertyzy zgodne z życzeniami partyjnych bossów, bezlitośnie skrytykował awuesowską reformę administracji. Stał się za to przedmiotem brutalnego ataku, z trybuny sejmowej, ze strony ówczesnego wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Płoskonki, a w kilka dni po tym, 7 stycznia 2001, na ulicy Polnej w Warszawie, ok. godziny 18.30, został porwany wraz z samochodem, przez smutnych panów, którzy włożyli mu spluwę pod żebra. Profesor podejrzewał, że „panom” chodzi o jego nowoczesny samochód (pegeaut 607), ale wkrótce zorientował się, że nie w tym rzecz. Porywacze wywieźli go w Lasy Karczewskie, jakieś 35 km poza Warszawą i tam, po skontaktowaniu się z jakąś centralą, wypuścili w lesie. Może liczyli, że starszy pan dostanie ze strachu zawału, albo jakiś inny figiel mieli w zanadrzu. Ale Kieżun, bohater Powstania Warszawskiego, kawaler Virtuti Militari i Krzyża Walecznych, który przeżył nawet sowieckie łagry, i z tej opresji wyszedł cało. Jakież było jego zdziwienie, kiedy wróciwszy do domu, znalazł pod domem swój samochód, elegancko, bez uszczerbku, odstawiony przez „nieznanych sprawców”.

Próżne jest pisanie ekspertyz i memoriałów do polityków, jakich produkuje system list partyjnych, oni ani nie czytają, ani nie słuchają. Jedynymi lekturami, jakie uwielbiają są tajne „teczki” i donosy. Do tego nie są potrzebne żadne uniwersytety. Lech Wałęsa, w wywiadzie telewizyjnym 16 lat temu, był łaskaw powiedzieć: „Gdybym się w szkole lepiej uczył, to dzisiaj byłbym inżynierem i byłbym po drugiej stronie”. Siergiej Bażanow, w książce „Byłem sekretarzem Stalina”, opowiada, jak ten wielki mąż stanu nie interesował się w najmniejszym stopniu jakimikolwiek problemami gospodarczymi, a całe dnie spędzał podsłuchując rozmowy telefoniczne jego konkurentów, Kamieniewów, Zinowiewowów i innych. Dzisiaj możliwości technicznie są nieporównanie większe, więc wielu naszym politykom wydaje się, że nie trzeba nawet umieć tyle co Stalin, żeby się dorwać do władzy.

Tylko JOW wyłonią polityków, którzy zechcą słuchać tego, co mówią do nich wyborcy i czytać co piszą eksperci. Politycy wyłaniani metodą list partyjnych rozmawiają z ludźmi tylko przez ekran telewizora. Donaldowi Tuskowi, który nas zapewnił, że osobiście ułoży listy kandydatów do Sejmu, nie są potrzebne rozmowy z ludźmi, czytanie ekspertyz i memoriałów: wystarczy poczytać donosy. Jeśli naprawdę chcemy to zmienić, musimy utworzyć wspólny front o JOW w najbliższych wyborach do Sejmu.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl