| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
George
W. Bush:
J. R. Nyquist:
Grzegorz Gościński:
Mariusz D. Dastych:
Marian Kałuski:
Wojciech Fałkowski:
Jacek
Bartlewicz:
Olgierd Żmudzki:
Sebastian Szade:
Cezary Rozwadowski:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Jerzy Przystawa:
Paweł Sztąberek:
Michał Szczepański:
Marcin Mierzejski:
Janusz Kawalec:
Adam Wielomski:
Marian Kałuski:
Taki Theodoracopulos:
Ryszard Jakubowski:
Marcin Małek:
Stanisław Bulza:
|
Andrzej Kumor Europejczycy tracą Europę Na naszych oczach konstruowana jest nowa Europa, "nowoczesna", czyli unikająca jak ognia odniesień do chrześcijańskich korzeni; zdolna wchłonąć bez czkawki Turcję, Maroko, a może niebawem Izrael. Europa taka ma być oparta na zasadach wielokulturowości i supertolerancji wobec każdej inności; na oświeceniowych ideałach nowego kulturkampfu, tym razem pozbawionych wszelkich odniesień do wartości kształtujących europejską kulturę od setek lat. Europa bez europejskich wartości, jak zamek z piasku. Cywilizacja europejska nie miała lekko. Było kilka momentów w historii, kiedy jej istnienie zależało od jednej bitwy czy królewskiej koligacji. Dziś Europa jest stara i zmęczona własną historią. Pozbawiona demograficznej dynamiki, stetryczała, szuka w desperacji formuły eliksiru młodości - a to w postaci realizowanej obecnie idei jednego superpaństwa złożonego z etnicznych regionów, a to pod postacią wpuszczenia pozaeuropejskiej świeżej krwi. Laboratorium europejskiej walki o przetrwanie jest ostatnio Holandia, gdzie silna kultura islamskich przybyszów siłą rzeczy spycha supertolerancyjnych Holendrów w okopy, w jakich nie byli od pokoleń. Na razie jedna strona "morduje" co bardziej liberalnych obrazoburców (którym jeszcze dziesięć lat temu do głowy by nie przyszło, że za skrajne opinie można iść do piachu), druga zaś, na razie bardzo delikatnie, pali meczety i wywraca islamskie nagrobki. Jedna strona wyposażona jest w silną zideologizowaną religię, druga ma pusto pod nogami; obrazowo powiedzieć można, że druga strona siedzi okrakiem na okładkach Biblii, którą wcześniej celowo podarła. Wynik takiego starcia nietrudno przewidzieć. Konstruktorzy nowej Europy liczą na asymilacyjną siłę kontynentu. Podobnie, jak we wszystkich ponadnarodowych utopiach "imigracyjnych", twierdzą oni, że w drugim czy trzecim pokoleniu nowi przybysze zrzucą płaszcz kultury ojców i całkowicie się "zeuropeizują", co w dzisiejszych czasach oznacza przesiąknięcie mieszanką konsumpcyjnego "-izmu", podlaną liberalnym sosem humanistycznego "wyzwolenia" i obyczajowego rozpasania. Na ulicach Paryża czy Amsterdamu widać, że kalkulacja ta jest błędna. Islam w zetknięciu z wymagającym reanimacji cielskiem Europy okazuje się propozycją atrakcyjną również dla drugiego czy trzeciego pokolenia przybyszów. No i tu pojawia się trudność, bo truchło Europy wypróżnionej z wartości i chrześcijaństwa nie jest w stanie przeciwstawić się witalnym siłom mocnej kultury i religii płynącej na falach wielopokoleniowych rozbudowanych, wielodzietnych rodzin. A tymczasem po stronie islamskiej na myśl o możliwości zdobycia Europy, metodą "na konia trojańskiego" - ładnie od środeczka, wykorzystując słabość do tolerancji i powołując się na język europejskiego "poszanowania praw obywatelskich", zaczynają po twarzach błąkać się starodawne uśmieszki. Co może Europę obronić? Kościół, popierając ideę zjednoczenia, liczył, że będzie to - jak w czasach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego - chrześcijański rdzeń wartości, tymczasem, architektom nowego tworu częściej chodzą po głowach cyrkle i kielnie niż krzyż. Oni chętniej kruszą post-oświeceniowymi kilofami instytucje małżeństwa, niż odbudowują ewangelizacyjne bastiony; prędzej celowo niszczą więzy narodowe, niż nawracają do cywilizacyjnych źródeł kontynentu. Jednym słowem, mamy do czynienia z próbą zbudowania w Europie "państwa nowego typu" (jest taka broszurka Lenina), bez oglądania się na tradycję i wartości. A to pozbawione korzeni państwo nie jest już w stanie postawić obronnych szańców. *** Szczerze powiem, "twarz mi blednie, psują mi się zęby przednie", gdy raz po raz w gazetach czytam, że bp Życiński, to, albo bp Życiński tamto. Życiński w telewizji, Życiński w "Wyb-Gazecie"; Media w Polsce traktują wspomnianego hierarchę niemal, jak rzecznika Kościoła i cytują na każdym kroku. Biskup ów jest zaś zadziwiająco zbieżny w poglądach z komentatorami "Gazety Wyborczej"... Oj zadziwia on, i zadziwia (pozostawmy tę myśl na poziomie eufemizmu). Przy okazji krytyki postępowania takiego czy innego księcia Kościoła, łatwo usłyszeć buńczuczne głosy, że przecież Kościół to nie jest hierarchia, że "Kościół to my", Kościół to lud Boży. Oczywiście, jest to prawda, niebezpieczeństwo pojawia się jednak wtedy, gdy z prawdy tej wyciąga się wniosek, iż Kościół powinien w związku z tym zostać poddany demokratyzacji - to znaczy, że wierni powinni mieć większy wpływ tak na nauczanie Kościoła, jak i jego "ruchy kadrowe". Stąd zaś jest już prosta droga do domagania się poddawania pod głosowanie takich rzeczy, jak kapłaństwo kobiet, udzielanie ślubów homoseksualistom czy celibat księży. Drogę tę przeszły Kościoły protestanckie. Niestety z opłakanym skutkiem dla siebie. Tak się składa, że demokracja w Kościele otwiera drzwi do jakże powszechnej w dzisiejszym świecie manipulacji medialnej i społecznego zatrucia. Hierarchniczność Kościoła Katolickiego umożliwiła tej instytucji przejście przez wiele okresów burzy i naporu. Tak, nie podoba mi się to, co robi bp Życiński, nie podoba mi się wyśmiewanie polskiej tradycji narodowo-katolickiej w wykonaniu człowieka w biskupiej sukience. Ale nie jest to jeszcze powód, aby stwierdzać, że potrzebny jest jakiś "nowy Kościół", nie jest to powód, by rozbijać instytucję. Bo przecież o to chodzi jej zagorzałym wrogom. Czasem więc trzeba się pohamować. Czy hierarchia Kościoła polskiego jest głęboko podzielona? Być może to tylko wrażenie. Dobrze by się jednak stało, aby w miarę szybko wyłoniła się w Episkopacie silna osobowość zdolna mądrze kierować bez podszeptów "Gazety Wyborczej" czy "Tygodnika Powszechnego". Polska potrzebuje mocnego Kościoła, który będzie sumieniem rządzących i drogowskazem moralnym wierzących, który przypominał będzie bezustannie o powinności ludzi dziś żyjących wobec wielkiej narodowej spuścizny.
| |||