| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
George
W. Bush:
J. R. Nyquist:
Grzegorz Gościński:
Mariusz D. Dastych:
Marian Kałuski:
Wojciech Fałkowski:
Jacek
Bartlewicz:
Olgierd Żmudzki:
Sebastian Szade:
Cezary Rozwadowski:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Jerzy Przystawa:
Paweł Sztąberek:
Michał Szczepański:
Marcin Mierzejski:
Janusz Kawalec:
Adam Wielomski:
Marian Kałuski:
Taki Theodoracopulos:
Ryszard Jakubowski:
Marcin Małek:
Stanisław Bulza:
|
Ryszard Jakubowski PSTRY KOŃ SATYRYKÓW Ludowa mądrość mówi, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. We współczesnej Polsce przysłowie to powinno mieć zdecydowanie bardziej adekwatną postać: „Łaska satyryków na pstrym koniu jeździ”. Czym innym można wytłumaczyć przedziwny nadmiar dowcipów o elektrykach i zupełny brak dowcipów o ślusarzach? Obie kategorie fachowców mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obie są mniej więcej jednakowo przydatne w przemyśle. Obie nie wymagają średniego wykształcenia. Obie – zupełnie nie sprawdzają się w rządzeniu Polską. Niedawno do kolekcji nieprzydatnych w administrowaniu krajem doszła kolejna kategoria, tym razem oparta o kryterium wykształcenia – profesorowie. Kilkanaście lat temu naród, ratując kraj przed kompromitacją i utratą godności, wybrał swoim prezydentem pewnego elektryka z Wybrzeża. Jego przeciwnikiem był Mister Nobody of Nowhere, nawiedzony biznesmen wzbogaconym nie wiadomo na czym, a chytrze przemycony przez podejrzanej konduity służby do grona kandydatów na prezydenta. Elektryk nadawał się na głowę państwa mniej więcej tak samo, jak nosorożec do głównej roli w balecie „Jezioro łabędzie”, ale – z dwojga złego był zdecydowanie złem mniejszym. Tuż po jego zaprzysiężeniu pojawiły się setki, a może nawet tysiące dowcipów, ośmieszających i deprecjonujących zarówno jego oraz jego małżonkę, jak i wszystkich elektryków – od tych niedouczonych do dysponujących tytułami naukowymi. Dzięki tej zmasowanej kampanii, prowadzonej przez szyderców i prześmiewców różnej maści i barwy bycie elektrykiem stało się w tamtych czasach czymś poniżającym, poniżej godności normalnego człowieka. Efekt był łatwy do przewidzenia. Prezydent – elektryk został zepchnięty w swoim ojczystym kraju na margines historii. Inni elektrycy za okres poniżeń i drwin zostali sowicie wynagrodzeni – dano im prawo do gwarancji zatrudnienia, co automatycznie legalizuje bumelkę i wszystkie patologie towarzyszące pracy bez obaw o jej utratę. Kto wyrzuci leniwego lub nieudolnego pracownika wiedząc, że musi mu w nagrodę za złą pracę dać nagrodę w kwocie kilkudziesięciu tysięcy euro lub więcej. Zostawmy jednak absurdy klecone przez kolejna rządy, które rządami są tylko z nazwy. „To jest rząd? Pan mi mówi, że to jest rząd? To nie jest rząd!!! To jest nie-rząd !!!” – tymi słowami kończył się pewien popularny w czasach komuny dowcip. Nihil novi sub sole. Elektryk z Wybrzeża odszedł w przepisowym czasie z Pałacu Prezydenckiego, a wraz z nim odeszły w niepamięć dowcipy i drwiny z elektryków. Kilka lat później ten sam naród, już nie w obawie przed kimkolwiek, a z niezrozumiałych dla logicznie myślącego człowieka powodów uczynił premierem „swojego” rządu pewnego ślusarza z Żyrardowa. Ten na stanowisko premiera pasował jak, nie przymierzając, pięść do nosa. Elementarne poczucie logiki wskazywało, iż nagle pojawią się setki, jeżeli nie tysiące dowcipów, ośmieszających i szkalujących wszystkich ślusarzy świata, a także ich przydatność do czegokolwiek, zwłaszcza do rządzenia państwem. Jednak satyrycy, kpiarze i prześmiewcy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki utracili całą wenę twórczą – ślusarze nie zostali wykpieni i ośmieszeni! Cóż mogło spowodować taką przedziwną metamorfozę polskich błaznów i trefnisiów, że zapomnieli przysłowiowego języka w gębie? Nie zmuszany przez nikogo naród lat temu 10 mianował swoim prezydentem pewnego wirtualnego magistra. „Magistra”, który w ramach swojej kampanii wyborczej przysięgał na grób Lenina i inne świętości iż studia ukończył i który zapewniał, iż pokaże swój dyplom „kiedy przyjdzie na to pora”. Pora jakoś nie chciała przyjść (może nie było jej po drodze?) i dyplomu pana „magistra” nikt nie ujrzał. Za to wszyscy ujrzeli tegoż pana mocno chwiejącego się i bełkoczącego niezrozumiałe słowa nad grobami polskich oficerów, zamordowanych przez moskiewskich „przyjaciół” w Katyniu. Wydawałoby się, że kłamstwa w czasie kampanii wyborczej, reprezentowanie Polski w stanie nieważkości w czasie najważniejszej w powojennej historii uroczystości ku czci ofiar przyjaźni polsko-radzieckiej i parę innych wpadek „głowy” państwa to znakomity żer dla prześmiewców, satyryków i zwykłych opowiadaczy kawałów. Nic z tego. Przedziwnym zrządzeniem losu pan „magister” nie stał się przedmiotem żadnych kpin i drwin, choć zasłużył na nie bardziej niż jego poprzednik – elektryk. Niedawno na scenie politycznej pojawił się pewien profesor. I choć powoływanie rządu udało mu się jak, nie przymierzając, kulawemu jazda figurowa na łyżwach, to nie pojawił się o tym ani jeden, nawet marny dowcip. Rządzenie też mu chyba nie leży, bo efektów jak nie było, tak nie ma. Może tylko – staniały lokomotywy... na skupie złomu. I wybudowano jedną budkę dla biletera przy istniejącej w stadium projektów autostradzie. A kawałów nadal brak. Żyrardowski ślusarz już odszedł w niesławie i przed terminem na „zasłużoną” emeryturę. „"Magister" też niedługo zajmie należne mu miejsce w historii. Może za kilka lat ktoś mu postawi pomnik, albo jego imieniem nazwie ulicę. Historia lubi się powtarzać – tak stało się z pewnym belgijsko-francusko-polskim górnikiem, też odchodzącym blisko ćwierć wieku temu razem ze swoją świtą w atmosferze skandalu. Być może na miejsce ślusarza, albo – daj Boże, „magistra”, przy aplauzie otumanionej większej części społeczeństwa trafi pewien rolnik wysoko wyspecjalizowany w niespłacaniu kredytów, bajerowaniu sędziów i siłowym dochodzeniu swoich racji. Umieram z ciekawości, czy wówczas pojawią się nowe dowcipy na temat rolników, czy też satyrycy kupią sobie pampersy, by „nadmiar odwagi” z nogawek im na bruk nie wylatywał? Czy znajdzie się choć jeden, ratujący zawodowy honor prześmiewców, który jak widać gdzieś się w ostatnich dwóch latach zapodział? Łaska satyryków, jak widać, na pstrym koniu jeździ. Jednych ośmieszy, innych – ominie, jeszcze innych – wypchnie na piedestał. A ja w żaden sposób nie mogę w pstrokaciźnie tego konia doszukać się innych kolorów, poza – czerwonym.
| |||