| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
George
W. Bush:
J. R. Nyquist:
Grzegorz Gościński:
Mariusz D. Dastych:
Marian Kałuski:
Wojciech Fałkowski:
Jacek
Bartlewicz:
Olgierd Żmudzki:
Sebastian Szade:
Cezary Rozwadowski:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Sławomir Olejniczak:
Andrzej Kumor:
Jerzy Przystawa:
Paweł Sztąberek:
Michał Szczepański:
Marcin Mierzejski:
Janusz Kawalec:
Adam Wielomski:
Marian Kałuski:
Taki Theodoracopulos:
Ryszard Jakubowski:
Marcin Małek:
Stanisław Bulza:
|
Ryszard Jakubowski MOJE TRZY GROSZE Od czasu odzyskanie niepodległości w 1989 roku tylko dwa razy SLD dorwał się do rządzenia. Tylko 2 razy, do tej pory łącznie przez 6 lat, politycy dawnej PZPR dwoili się i troili, jednak nie po to, aby poprawić sytuację w kraju. Ich naczelnym zadaniem było bowiem zdyskredytować wszystko to, co nie było zaakceptowane przez komunistyczną ideologie lub przez niedouczonych ekonomistów z legitymacją ZMS w portfelu. Toteż za każdym razem, kiedy pojawiał się premier – socjalista, dobrobyt niektórych Polaków gwałtownie rósł. Kryminaliści sami umierali ze strachu i nie trzeba ich było zamykać w więzieniach, a tych nawróconych można było nawet przyjąć w szeregi partii i powierzyć im odpowiedzialne stołki, np. w Starachowicach albo w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Bezrobocie malało w zastraszającym tempie – tylko jakimś cudem, wbrew dyrektywom, przybywało bezrobotnych... Stopa życiowa podnosiła się i podnosiłaby w nieskończoność, gdyby nie opozycja. Ta sobie znanymi sposobami nakłoniła pana Hausnera do stworzenia planu naprawy tego idyllicznego świata, budowanego z takim mozołem przez czerwonych działaczy. Mało tego. Wrodzy Sojuszowi Lewicy D. opozycjoniści sami zaczęli tworzyć alternatywne plany. Ciekawe po co, skoro karykaturalny sojusz robotniczo-chłopski w postaci popleczników Jagielińskiego, Millera i Pola tylko dzięki arytmetycznej większości nie dopuści do jakichkolwiek zmian na lepsze. Moda na tworzenie planów poprawy dramatycznej sytuacji R.P. nie ominęła i mnie. Nie jestem jednak ani profesorem ani docentem, ani nawet magistrem – ekonomem, wiec mój plan nie zawiera czterdziestu tysięcy paragrafów i podpunktów, zapisanych na tysiącach ryz papieru. Mój plan jest prosty – co wcale nie znaczy, że prostacki. Jest tak prosty, ze żaden ”profesjonalista” go nie pochwali. Mimo to jest i oto nadszedł czas, aby go zaprezentować. Plan ten składa się TYLKO z jednego punktu. Zlikwidować z mocy ustawy zasadniczej opiekuńczość państwa. Niech każdy obywatel decyduje sam za siebie i sam dysponuje zarobionymi przez siebie pieniędzmi . Koniec, kropka. Co oznacza ten plan? Oznacza jedno: że dorosłe społeczeństwo nie musi być prowadzone – jak niemowlak – za rękę przez tych, którym TYLKO się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy świata. Pozostaje tylko wyjaśnić, co oznacza likwidacja opiekuńczości państwa i w jakim zakresie ma ona się odbyć. Oto szczegóły. Zlikwidować Z.U.S. Państwo powinno tak skalkulować podatki od zarobków, aby już w nich była wliczona składka na podstawowe zabezpieczenie socjalne. Podstawowe – czyli na darmową opiekę lekarską tylko w nagłych przypadkach + opiekę lekarza rodzinnego. Inne świadczenia medyczne każdy mógłby sobie albo wykupić bezpośrednio w szpitalu, albo mógłby się po prostu ubezpieczyć na własną rękę. To samo dotyczy świadczeń rentowych i emerytalnych. Każdy ma prawo do minimum socjalnego, zaś gdy chce otrzymywać więcej – niech się sam ubezpieczy w dowolnej firmie ubezpieczeniowej. Zlikwidować darmowe szkolnictwo, które już od dawna jest fikcją. Uczeń, aby przebrnąć przez gimnazjum i liceum, żeby nie wiem jak był zdolny, musi płacić za korepetycje. Często płaci tym nauczycielom, którzy z kieszeni podatnika otrzymują honoraria za to, że powinni uczyć ale nie uczą. W każdym razie nie uczą tak, żeby przygotować do studiów. Jedynie najbiedniejsi mieliby prawo do bezpłatnej nauki, ale tylko w szkole podstawowej. Najzdolniejsi musieliby się postarać o sponsorów (dotacje z fundacji, albo stypendia fundowane). Po co rzesza niepiśmiennych maturzystów, którzy chodzili do szkoły tylko dlatego, że była za darmo i można było w niej spotkać kumpli od kieliszka albo od narkotyków. Zlikwidować dotacje do przemysłu. Gdy dany zakład produkuje wyroby, które nie są nawet psu na budę potrzebne, to niech zlikwiduje tę produkcję i zajmie się czymś pożytecznym. W przeciwnym wypadku jedna dotowana huta będzie produkowała bloki metalu, które po przeleżeniu na składowisku będą sprzedawane jako złom innej hucie, z którego ta wytworzy znów inne kawałki, stanowiące surowiec dla kolejnej huty. Gdy takie huty powstaną na trzech różnych krańcach Polski, na transporcie produkowanego przez nie złomu zarobią także koleje – które i tak trzeba będzie dotować, bo są rozliczane z tonokilometrów. Dla przypomnienia – tonokilometr to ładowność wagonu (składu, całego pociągu) w tonach, przemnożona przez liczbę przejechanych kilometrów. Opłaci się ciągać przez cały kraj tysiące pustych wagonów, bo każdy tonokilometr na razie jest albo w pełni opłacony przez nieświadomych podatników, albo w dużej części dotowany przez tychże. Ustalić podatek liniowy w wysokości, która pozwoli na realizację podstawowych zobowiązań państwa (zob. wyżej pkt. 1 i 2). Do podstawowych zadań państwa dodałbym także sądownictwo w pełnym zakresie – pod warunkiem rozliczanie sędziów z efektów pracy, aby głupia sprawa o pietruszkę nie była rozpatrywana na czterdziestu godzinnych posiedzeniach. Dodałbym policję federalną – bo lokalną powinni finansować mieszkańcy, oraz zawodową armię. W tej chwili zbieranina różnej maści nieudaczników, którym nie udało się oszukać komisji poborowych, albo złodziejaszków, którzy z chęcią idą do wojska idą po to, żeby kraść, nawet przy dużej dozie dobrej woli nie przypomina nawet najgorszej armii świata. I oto cały prosty plan. Nie widzę powodów, aby robić z niego elaborat na tysiące stron. Po drugiej wojnie światowej pewien amerykański oficer zapisał na kilku kartkach wyrwanych z zeszytu kilka paragrafów. Ten dokument przeszedł do historii, a zapisane w ciągu kilku godzin zasady pozwoliły stworzyć jedną z największych potęg gospodarczych świata i niemal w niezmienionej formie obowiązują do dziś. Mówię o konstytucji Japonii. I tak oto wyglądają moje trzy grosze w sprawie planów naprawy Rzeczypospolitej. Mam nadzieję, że żaden polityk nie weźmie tego poważnie – inaczej mogłoby nastąpić nieszczęście i politycy okazaliby się w Polsce zbędnym balastem. Więc cieszmy się z tego, że jeszcze długo będą rządzili u nas ci pseudofachowcy rodem z dokumentalnego serialu TVN „Usterka”. „Bo nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go” (A. Osiecka).
| |||