now@ on-line  luty  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
George W. Bush:
 
Daniel Pipes:
 
Donald Devine:
 
J. R. Nyquist:
 
Daniel Pipes:
 
Ronald Reagan:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Grzegorz Gościński:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Marian Kałuski:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Roman Dmowski:
 
Wojciech Fałkowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
Jacek Bartlewicz:
 
Olgierd Żmudzki:
 
Sebastian Szade:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Sławomir Olejniczak:
 
Andrzej Kumor:
 
Jerzy Przystawa:
 
Paweł Sztąberek:
 
Michał Szczepański:
 
Jarosław Supłacz:

Solidarność IENESP:

 
Marcin Mierzejski:
 
Janusz Kawalec:
 
Adam Wielomski:
 
Marian Kałuski:
 
Taki Theodoracopulos:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
 
 
 

tatrzańscy zbójnicy

Marcin Małek:
 
Stanisław Bulza:
 

 

Ryszard Jakubowski

Zły sen II

Opowiadanie to oparte jest na faktach. Wszelkie podobieństwo występujących postaci do żyjących osób jest zamierzonym dziełem przypadku.

Obudziłem się zlany zimnym potem z uczuciem, że zaspałem. Spojrzałem na zegarek. Mimo wczesnego przedpołudnia wskazywał pierwszą. Przyłożyłem go do ucha – stał. Trudno. Włączyłem radio. Jakiś monotonny głos powtarzał w kółko, że rząd robi wszystko dla mojego dobra. Chyba zacięła się płyta, bo fragment o dobrodziejstwie rządowym był powtarzany średnio co piętnaście minut. Radio nie nadawało jednak nic więcej, dlatego z wściekłością nacisnąłem wyłącznik. Podniosłem słuchawkę telefonu i wybrałem numer zegarynki. Miast znajomego głosu usłyszałem: „Rozmowa jest dla twojego dobra kontrolowana. Połączenie nie może być bez zgody rządu zrealizowane”. Miałem tego dosyć. Zerwałem się z łóżka i szybko umyłem twarz zimną wodą – ciepłą wyłączyli tydzień temu z powodu konieczności wykonania planu awarii.

Ubrałem się w elegancki garnitur – miałem ważne spotkanie. Szybko wyszedłem na korytarz. Zamknąłem drzwi i pobiegłem do windy. Cały czas zastanawiałem się, która może być godzina. Zjechałem na dół i wyszedłem przed blok. Na pięknym do wczoraj trawniku stał metalowy kosz, pełen żarzących się węgli, wokół którego mimo upału stały jakieś umundurowane postacie. Podszedłem do nich i nieśmiało spytałem:

Przepraszam, nie wiecie panowie, która godzina?

Jeden ze stojących odwrócił się do mnie z wściekłością na twarzy. Przez zaciśnięte zęby syknął:

Nie udzielamy żadnych informacji. Tajemnica państwowa! Z pytaniami może obywatel iść do naszego rzecznika prasowego. Przyjmuje raz na rok.

Uprzejmie podziękowałem i udałem się na miasto w poszukiwaniu jakiegoś informatora. Pierwszy przechodzień, zagadnięty o godzinę popatrzył na mnie nieufnie:

A po co to panu? Teraz lepiej nic nie wiedzieć – zakończył rozmowę i szybko odszedł.

Drugi napotkany był bardziej wylewny:

Postaw pan flaszkie, to powiem. Mamy teraz, rozumiesz pan, kapitalizm i za darmo nic nie ma!

Nie miałem ochoty nic nikomu stawiać. Poszedłem dalej ścigany wyzwiskami:

Abstynent, psia jego mać... esperal se zaszył, czy co? Że też tacy bezkarnie chodzą po świecie!

Doszedłem na przystanek tramwajowy. Stało na nim kilkadziesiąt osób. Nieśmiało spytałem o godzinę. Ktoś z tłumu powiedział:

Nie mówcie mu. Wygląda na dziennikarza, a tacy najpierw pytają o godzinę a potem piszą różne głupoty, powołując się na opinię społeczeństwa.

Ktoś inny dyskretnie podsunął mi tandetny zegarek przed oczy. Zobaczyłem, że jest dopiero wpół do dziesiątej. Miałem więc prawie pół godziny do umówionego spotkania. Mogłem zaoszczędzić i jechać publiczną komunikacją, zamiast tracić pieniądze na taksówkę. Nadjechał tramwaj. Tłum rzucił się do wejścia. Ktoś odepchnął mnie brutalnie. Inny warknął:

Jak się ma forse na garnitury i krawaty, to się ma i na taryfy. Rozumiemy się?

Zrozumiałem, że tym tramwajem na pewno nie pojadę. Rad nie rad poszedłem pieszo.

Do kawiarni, w której byłem umówiony z kimś ważnym, dotarłem kilka minut przed czasem. Zadowolony z siebie wszedłem do środka. Drogę zagrodziła mi starsza kobieta w brudnym granatowym fartuchu z przypiętą ręcznie wymalowaną tabliczką „Szatniasz”.

Szatnia obowiązkowa! Co, nie umie pan czytać? Tacy to ubierają się jak inteligenci, a nawet czytać nie nauczyli się! No! – spojrzała groźnie.

Nie miałem na sobie nic, poza białą koszulą, krawatem, garniturem i butami. Co więc miałem oddać do szatni? Szatniarka jednak nie czekała i niemal siłą zdarła ze mnie marynarkę.

Płatne pięć złotych. Z góry! – podsunęła mi przed nos zniszczoną rękę.

Nie miałem drobnych. Położyłem banknot dziesięciozłotowy. Kobieta szybko ścisnęła go w dłoni i schowała do kieszeni fartucha, nie wydając reszty. Nieśmiało upomniałem się o swoje pięć złotych. Szatniarka popatrzyła na mnie z pogardą:

Jakie pięć złotych! Da taki piątkę, a potem chce ją z powrotem. Dzisiejsza inteligencja...

Przecież dałem dziesięć złotych... – nieśmiało zaoponowałem. Kobieta ryknęła:

Masz pan świadków?

Zrezygnowany i roznegliżowany udałem się do stolika. Mój rozmówca, również pozbawiony przez krewką szatniarkę marynarki, już na mnie oczekiwał. Siadłem koło niego i zaczęliśmy rozmowę. Po godzinie podeszła do nas znudzona kelnerka w wieku nieokreślonym, o twarzy z wyzywająco-nieestetycznym makijażem i uprzejmie zapytała:

Co podać?

Zamówiliśmy dwie kawy. Kelnerka prychnęła jak kotka:

Chciało się panom godzinę czekać na dwie kawy? Tu się zamawia. Tu nie machdonald.

Poprosiliśmy o dwa kieliszki koniaku. Kelnerka jednak zdawała się nie mieć ochoty na to, aby nas obsłużyć. Na całą salę warknęła:

Alkoholu w porządnych lokalach bez zakąski nie podaje się. Mamy śledzia po japońsku. Podać?

Cóż było robić. Wstaliśmy z zamiarem wyjścia. Kelnerka była potwornie obrażona.

Przychodzą tu tacy, siedzą godzinę, nic nie zamawiają a potem nie płacą i wychodzą. Ogłaszam protest polityczny i okupację lokalu. Od teraz nikt nie ma prawa tu wejść ani wyjść.

Wyciągnęła spod brudnego fartucha wymięty kawał jakiejś tkaniny – chyba stary obrus, z wymalowanym szminką napisem: „Strajk okupacyjny i głodufka rotacyjna do skótku”. Powiesiła go nad wejściem do kawiarni i przewróconym stolikiem zablokowała drzwi.

– Teraz jest demokracja – a to znaczy nasza racja... – zaczęła fałszować na melodię znanego przeboju. Dołączyła do niej szatniarka i jakieś dwie mocno puszyste panie – chyba kucharki – które wytoczyły się z zaplecza. Panie szybko rozpoczęły głodówkę, widać było że wcześniej przygotowaną. Na głodówkowym stole znalazły się duże kawały jakiegoś pieczonego mięsa, sałatki, wyjęte z oszklonej lado-lodówki śledziki i galaretki z nóżek. Wszystko wskazywało, że głodówka potrwa kilka dni – zapasów starczy. Ktoś z gości podsunął paniom myśl, zbawienną dla nas, jak się później okazało: „Może by tak nie na sucho...” Kobiety nie dały się prosić. Szybko ściągnęły z półek butelki z alkoholem i zaczęły na dobre głodować. Już po półgodzinie widać było skutki intensywnego głodowania – protestujące tak mocno osłabły, że poukładały się pod stolikami i dalej, w milczeniu protestowały.

Po cichu rozebraliśmy barykadę, tarasującą drzwi, zabraliśmy ubrania z szatni i dyskretnie opuściliśmy gościnny lokal. Na ulicy powitał nas wysoki, szczupły mężczyzna z twarzą, wykrzywioną grymasem, świadczącym o wielkim cierpieniu. Z dumą wypinał pierś ze zwisającej na niej biało-czerwonym krawatem, zupełnie nie pasującym do brudno niebieskiego garnituru i podobnej kolorytem koszuli. Otaczali go rośli, ostrzyżeni na łyso mężczyźni, przed którymi nawet Schwarzeneger drżałby ze strachu. Osobnik ten wyciągnął jakiś kawałek papieru i krzyczał, że jest władzą i ma immunitet, a to oznacza, że popiera głodujący personel. Żeby dodać powagi słowom kazał swojej świcie dać nam wycisk. Cudem umknęliśmy z życiem pod razami bezmózgowców asystujących posiadaczowi immunitetu. Z boku kilkunastu umundurowanych policjantów obojętnie przyglądało się wydarzeniu.

Aby kontynuować rozmowę i ochłonąć po tej „wizycie w centrum wydarzeń historycznych” w kawiarni z głodującym personelem, udaliśmy się do nieodległej restauracji. W wejściu powitał nas rosły szatniarz:

To elegancki lokal. W krawatach nie wpuszczamy! Trzeba mieć muszkę! – warknął na powitanie. – Mogę wypożyczyć – szepnął konfidencjonalnie. – Po pięć dych od sztuki. Skorzystaliśmy.

Już po piętnastu minutach podszedł do naszego stolika kelner i przy nie mytej od tygodni popielniczce postawił tabliczkę RESERWÉE.

Ten stolik jest zarezerwowany. Inne też – uprzedził pytanie. Panowie mogą usiąść tylko tam – wskazał niewielki stolik tuż przy wejściu do toalety.

Nie było wyboru. Usiedliśmy i poprosiliśmy o kartę. Kelner przyniósł ją po półgodzinie i ze znudzonym wyrazem twarzy oczekiwał obok nas na zamówienie. Poprosiliśmy o jakieś przekąski i dwie kawy. Kelner, nie przerywając dłubania widelcem pod paznokciami oświadczył:

Zakąsek bez alkoholu nie podajemy. Przychodzą tu różni tacy, zjedzą całą zagryzkę nic nie pijąc. Potem jak przyjdzie porządny klient i chce pół litra, to jak mu podam bez zakąski, co? Aha, wyglądacie na inteligentnych, a tacy tu dają napiwki. Z góry... – zakończył tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Myślałem że śnię, albo gram główną rolę w jakiejś sztuce opowiadającej o surrealistycznej krainie absurdu. Kelner nagle z rozmachem uderzył mnie w twarz. Wtedy z przerażeniem uświadomiłem sobie, że to nie był zły sen!

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl