now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 

 

Mirosław Owczarz

Przedbiegi

Szeroko rozumiana prawica pewnie zmierza do przejęcia władzy. Lewica będąca w stanie agonalnym powinna zacząć już szukać sobie innego zajęcia niż politykowanie. To wszystko, czego możemy być właściwie pewni. Rozważając możliwe scenariusze przyszłej koalicji rządowej czy nowego układu parlamentarnego skazani jesteśmy na wyciąganie wniosków zbliżonych do wróżenia z fusów. Różniące się między sobą sondaże tylko zaciemniają obraz. Ale spróbujmy.

O ile dla PiS-u nie powinno być problemem zawarcie koalicji z liberałami (pomimo personalnych zgrzytów), o tyle koniecznym do stworzenia rządu będzie potrzebne poparcie kogoś trzeciego. W grę wchodzi Liga Polskich Rodzin, Polskie Stronnictwo Ludowe albo...Unia Wolności (o ile te dwie ostatnie partie przekroczą próg wyborczy). Taki układ będzie jednak trudny do wynegocjowania, zwłaszcza, że LPR ani myśli wchodzić w rządowe alianse z PO. Możliwe jednak wydaje się porozumienie na gruncie parlamentarnym przy konkretnych projektach ustaw. Byłoby to korzystne dla procesu legislacyjnego w Sejmie, dla sprawności rządzenia i szybkości podejmowania decyzji już niekoniecznie.

Inne konfiguracje koalicyjne wydają się mniej realne, ale wcale nie niemożliwe. Rozważany mógłby być wariant wspólnego rządu LPR+PiS+PSL przy wsparciu parlamentarnym PO. I choć byłoby to możliwe arytmetycznie, to nie sposób wyobrazić sobie ludzi Rokity i Tuska poza ławami rządowymi, do których obecnie mocno się przymierzają.

W stronę chjenopiasta

Jedynym ugrupowaniem, które mogłoby przeszkodzić liberałom w marszu po władzę jest Liga Polska Rodzin. Permanentnie niedoszacowana w sondażach sprawia, że nie jest traktowana w arytmetycznych układankach jako realny koalicjant. Nie można jednak wykluczyć uzyskania przez LPR wyniku porównywalnego z Platformą, a przy sprzyjających okolicznościach (rozpad Samoobrony, atak lewicy na Kościół, fiasko funduszy unijnych, promowanie związków homoseksualnych) nawet większego. Wówczas funkcjonująca medialnie koalicja PO-PiS przestanie być tak oczywista. O ile PiS uzyskując trzeci wynik na prawicy, otrzyma status partii obrotowej, która byłaby w stanie zawrzeć spójną kompromisowo koalicję zarówno z PO jak i z LPR, to nie jest pewnym czy dwupartyjna koalicja będzie w stanie powołać stabilny rząd. Pozostanie wówczas sięgnąć po PSL, który widzi się w każdym rządzie, od lewicy po prawicę. Byłaby to najbardziej naturalna koalicja w jakiej mogłaby funkcjonować LPR, nawiązująca tradycją do dawnego chjenopiasta i bliskiej współpracy środowisk narodowych, ludowych i chadeckich.

Obrót w prawo, obrót w lewo

Niewątpliwie ciekawe rzeczy będą dziać się wśród partii balansujących na granicy progu wyborczego. Kolejna weryfikacja dla Unii Wolności i Polskiego Stronnictwa Ludowego, będzie dla nich przesądzająca. Nieprzekroczenie progu wyborczego oznaczać będzie koniec ich samodzielnego funkcjonowania.

W zależności od sytuacji na lewicy, partia Frasyniuka będzie albo szukała swego miejsca pod skrzydłami Kwaśniewskiego jako "nowoczesna centrolewica" albo zaciskając zęby, zacznie przychylniej zerkać w stronę PO. W przypadku uzyskania przez UW mandatów poselskich "partia rozsądku" będzie chciała wejść w jakiś układ koalicyjny wspierający liberałów. Choć wówczas szersza koalicja byłaby zupełnie niemożliwa, ze względu na awersję jaką UW wzbudza u partii patriotycznych. PSL natomiast, które obecnie przeflancowuje oblicze na centroprawicowe, szuka swego miejsca w tym właśnie szeregu. Stąd próby współpracy z Centrum Adam Smitha, stąd też rozważana przez jakiś czas koncepcja powołania ugrupowania PSL-Centrum, wspólnie ze środowiskiem prof. Zbigniewa Religi. Jednocześnie silna frakcja byłych ludowców w LPR i dobra współpraca z Ligą na poziomie samorządowym, wskazuje także na narodowo-katolicki kierunek poszukiwań ludowców. Nie można też wykluczyć zbliżenia tego stronnictwa z Samoobroną, zwłaszcza przy zauważalnym osłabieniu popularności Leppera, który paradoksalnie ma szansę stać się jedynym liczącym się reprezentantem lewicy w Sejmie. Taki scenariusz dla ludowców jest możliwy zarówno w sytuacji posiadania skromnej, ale niesłychanie ważnej, spełniającej rolę języczka u wagi, poselskiej reprezentacji jak i jej braku. Zdolności "adaptacyjne" PSL-u są równie znane i wszechstronne jak UW. Wystarczy przypomnieć sobie ostatnie próby poparcia przez PSL pomysłu postkomunistów o przywróceniu uprawnień kombatanckich dla "utrwalaczy władzy ludowej." Pamiętajmy, że "centroprawicowi" ludowcy jeszcze niedawno stali u boku Leszka Millera w rządzie.

Między Lepperem a Frasyniukiem

Zdecydowanie mniej klarowna sytuacja wytworzyła się na lewicy. Wbrew doświadczeniom III RP, to tu panuje największy rozgardiasz i chaos, a pomysłów zaradzenia temu na razie nie widać. Atmosfera na lewicy oczyściłaby się, gdyby Polacy ostateczne powiedzieli "nie" postkomunistom. Funkcję polskiej lewicy objęłaby wówczas klasycznie przecież lewicowa Samoobrona. Natomiast spory tłumek działaczy postkomunistycznych wraz z układem partyjno-biznesowym, wywodzącym się w linii prostej z PZPR i SB, miałby nie lada problem. Skłócone środowiska Millera i Kwaśniewskiego musiałyby z wielką niechęcią szukać pocieszenia w objęciach Leppera albo startować "od zera", wspólnie z partią Frasyniuka i Geremka. Ci pierwsi tworzyliby – co zresztą już obserwujemy – "intelektualne zaplecze" Leppera, drudzy wsparci medialnie Gazetą Wyborczą i politycznie przez Aleksandra Kwaśniewskiego, musieliby rozpocząć uciążliwy marsz pod sztandarami tzw. nowoczesnej europejskiej centrolewicy. Pomysł ten był już rozważany na linii Agora – Pałac Prezydencki, ale nie wydaje się by przed wyborami było w tym środowisku na tyle odwagi i determinacji, by go zacząć realizować.Przepychanki i kuksańce w ciasnym boksie między SLD a SdPL oraz UP, skutecznie neutralizują wprowadzenie nowego, mającego aspiracje do przewodzenia lewicy podmiotu. Tym bardziej, że ideologiczna lewica odgraża się wszystkim dookoła, co zaczyna zakrawać na groteskę. Partie typu Zieloni 2004, Unia Pracy czy Antyklerykalna Partia Postępu "Racja" mają również swoje ambicje i poważnie myślą o zjednoczeniu i samodzielnym starcie w wyborach jako Unia Lewicy (warto odnotować, że w skład tej koalicji wchodzi także Polska Partia Pracy Daniela Podrzyckiego i Mariusza Olszewskiego, uchodząca do niedawna za skrajnie prawicowa). Absolutnie nie wróży to zdobycia mandatów poselskich, ale będzie zapewne śmiercionośną dla lewicy utratą kolejnych punktów procentowych przez balansujące na krawędzi SLD i SdPL.

Kwaśniewski dla lewicy ratowania

Czy jednak realna jest "naturalna dekomunizacja" przy urnach, a o komunistach będziemy czytać już tylko w podręcznikach, jak zauważył Roman Giertych? Ostatnią deską ratunku dla postkomunistów wydaje się przywoływany już wcześniej prezydent Kwaśniewski. Szczera niechęć między Janikiem a Borowskim, wygórowane ambicje Jarugi-Nowackiej, bynajmniej nie wróżą zbudowania jednego, silnego organizacyjnie tworu, jakim był do niedawna SLD. Naturalnym w tej sytuacji wydawałoby się aktywne włączenie do gry Kwaśniewskiego, cieszącego się ciągle wysokim poparciem w społeczeństwie. Nie widać jednak tego. Ściślej, nie widać efektów zaangażowania Kwaśniewskiego, którego coraz celniej trafia komisja ds. Orlenu.

Kwaśniewski jest patronem lewicy, wręcz jej ikoną, nieskalany bieżącymi rozgrywkami, zdystansowany do partyjnych przepychanek. Dlatego bardzo łatwo może stać się teraz symbolem jej klęski. Jego naturalne zaplecze w postaci SLD skompromitowało się i już tylko może zaszkodzić Kwaśniewskiemu. Dlatego mocno dystansuje się od dawnych towarzyszy i jak ognia unika łatki SLD. Zdaje sobie sprawę, że gnijący Sojusz Lewicy Demokratycznej jest znacznie trudniejszy do reanimowania niż dawny trup PZPR, dla którego okazał się "Mojżeszem", podtrzymał go przy życiu, a następnie rewitalizował na lewicę postkomunistyczną. Kwaśniewski jednak wie, że dwa razy nie da się wejść do tej samej rzeki.

Kto ze mną ręka do góry

Przytłoczone ciężarem niezliczonych afer SLD, brak parasola ochronnego jaki w pierwszej połowie lat 90-tych roztoczył nad komunistami Adam Michnik i wreszcie nabyte w pałacu lenistwo Głowy Państwa, mogą tłumaczyć nerwowe dreptanie w miejscu prezydenta. Na dodatek dzięki komisji śledczej do sprawy Orlenu, zaczynają wychodzić na jaw dziwne zależności prezydenta i jego otoczenia ze światem biznesowo-mafijnym z aktywną rolą służb specjalnych w tle, co gorsza nie tylko polskich. Przedsmakiem była sprawa Rywina. Człowiek, który nie chciał "tańczyć ani śpiewać" przed komisją Rywina, dzisiaj za sprawą raportu przyjętego przez Sejm, najprawdopodobniej stanie przed Trybunałem Stanu. Tak oto człowiek z lewicowego spiżu zaczyna chwiać się w posadach, a ewentualny łoskot uderzenia o ziemię może mieć katastrofalne konsekwencje dla tych, którzy na Aleksandrze Kwaśniewskim budowali swoją (świetlaną, a jakże...) przyszłość. O ile skandal z fałszywym wykształceniem Aleksandra Kwaśniewskiego stał się anegdotą, pijackie wybryki prezydenta na grobach w Charkowie poczuciem zażenowania, a niewybredne małpowanie papieża na lotnisku w Kaliszu bezprecedensowym chamstwem, to zamieszanie prezydenta w największe afery ma osobny ciężar gatunkowy dla lewicy prezydenckiej. Rezolutni pałacowi rzecznicy czy doradcy nie będą już w stanie obrócić tego w żart czy wytłumaczyć zabawną historyjką. Tego kalibru skandalu nie da się zatuszować przez przeciążoną goleń...

Jedną z opcji wyjścia z sytuacji są zapewne ustawiczne próby "upchnięcia" gdzieś Kwaśniewskiego poza granicami kraju. Po jego "poważnej" kandydaturze na sekretarza NATO czy szefa MKOL ostatnio "mówi się" o stanowisku sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jednak jest mało prawdopodobne, by ktoś odpowiednio docenił zasługi Kwaśniewskiego poza Polską. Nie chcąc iść na prezydencką emeryturę będzie musiał przerwać nieróbstwo i aktywniej wejść w politykę sensu stricto partyjną.Z pewnością nie zabraknie chętnych chcących robić karierę u boku byłego prezydenta. Problemem jednak jest to, że nie wszyscy, których by chciał widzieć Kwaśniewski są zainteresowani jego ewentualną ofertą. Niedawny niemrawy apel jaki z siebie wydał o wspólną listę lewicową nie wywołał nawet najmniejszego zrozumienia. Środowiska skupione wokół Unii Pracy głośno oskarżają go o zdradę "lewicowych ideałów" przez układanie się z "czarnymi". SdPL nadal liczy na "efekt świeżości", chcąc powtórzyć manewr Platformy Obywatelskiej i Kwaśniewski może jej tylko w tym przeszkodzić. Unia Wolności sama nie wie jeszcze, czego chce, więc póki co przebąkuje o samodzielnym starcie w wyborach, oczarowana kilkoma mandatami eurodeputowanych, jakie udało jej się zdobyć. Pozostaje na dobrą sprawę tylko SLD, a to jest zbyt ryzykowna perspektywa. Nawet jego nazwisko, umiejętnie budowane w mediach podczas prezydentury nie zatuszuje w oczach wyborców wizerunku mafii politycznej spod znaku SLD, której jednym z ojców był przecież Kwaśniewski.

Dzień bez afery dniem straconym

Afery w środowisku SLD nie były i nie są "spontanicznym" zachowaniem poszczególnych ministrów, posłów czy radnych. Słusznie podnoszony zarzut "kapitalizmu politycznego" wobec ekipy AWS-UW okazuje się bladym i nieudolnym odbiciem dokonań SLD. Przywołanie afer FOZZ-u, Universalu, Starachowic, czy symbolicznej postaci Ireneusza Sekuły, który "popełniając samobójstwo" kilkakrotnie zdołał postrzelić się w serce, są tymi najbardziej spektakularnymi. Ale w gruncie rzeczy i tak to środowisko pozostaje nadzieją lewicy postkomunistycznej. Olbrzymie doświadczenie działaczy (również terenowych) zaprawionych w boju od kilkudziesięciu lat, moralne wsparcie lewicowych autorytetów w rodzaju Jaruzelskiego, Kiszczaka czy Urbana, olbrzymie możliwości finansowe, a przede wszystkim motywujący strach przed utratą zagrabionego majątku, wpływów w gospodarce i administracji pozostają głównym spoiwem SLD i różnej maści lewicy. I o to toczy się teraz walka. Nie żadne ideały, a o kapitał, i to wcale nie ten od Marksa.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl