now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 

 

John the Hippie

Kloaka, czyli show business po polsku.

Nie od dziś wiadomo, że są pewne dziedziny życia, w których bycie człowiekiem uczciwym, nieskazitelnym, gwarantuje w najlepszym przypadku ostracyzm towarzyski, w każdym innym – poważne kłopoty. I nie chodzi tu wcale o margines społeczny, mafie i bandy – gdzie uczciwość jest programowo cechą ze wszech miar naganną. Chodzi o świat kultury, świat artystów i gwiazd – krótko mówiąc – o świat szołbiznesu.

Jest drugi dzień Świat Wielkanocnych A.D. 1996. W bufecie przy studio nr 5 w niesławnej instytucji przy ul. J.P. Woronicza 17 spotkały się cztery osoby. Telewizję reprezentował prezes Włodzimierz S., agencję artystyczną Word Art. – jej szefowa, Dorota M. W rozmowie uczestniczy także znany muzyk i piosenkarz Michał Ł., oraz nieznany piszącemu te słowa mężczyzna. Rozmowa dotyczy licencji, jaką ewentualnie wykupi Telewizja Polska na prawo do transmisji koncertu Krisa Kristofferssona. Strony szybko uzgadniają warunki: Telewizja zapłaci za transmisję 800 milionów złotych (tj. 80 000 PLN), z czego 1/3 wróci jako bonus za załatwienie sprawy, drogą półoficjalną, czyli jako darowizna na rzecz kierowanej przez pana Włodzimierza S. „Fundacji Promocji Artystycznej przy TVP S.A.”. Jeżeli nie wróci – nie będzie transmisji, i Word Art. musi zwrócić całą otrzymaną kwotę. Uściski dłoni przypieczętowują tę nielegalną transakcję.

To tylko jedna z bardzo wielu podobnych rozmów, jakie każdego dnia toczyły się i z pewnością toczą nadal na Woronicza, a z pewnością także w prywatnych stacjach telewizyjnych.

O tym, jak można załatwić sobie współpracę z TVP mówi się tylko po cichu – siła telewizji jest ogromna i wszyscy bez wyjątku twórcy są nią przerażeni. Bo gdy TVP skaże kogoś na banicję, zostanie on banitą do śmierci – żadna stacja radiowa, żadna agencja artystyczna, żaden - nawet najpośledniejszy wydawca czy organizator imprezy nie zechce z takim banitą współpracować. Z obawy, że podzieli jego los.

Kilka lat temu, w 1997 roku, panowie Tomasz P., brat prowadzącego „Koło Fortuny” Wojciecha, oraz Ryszard J., autor kilku popularnonaukowych publikacji na różne tematy, złożyli w gmachu na Woronicza scenariusz programu autorskiego „Sukces za miedzą”, prezentującego dorobek polskich gmin. Miał być to program rozrywkowy, z elementami talk show i festiwalu twórczości regionalnej. Panowie autorzy zapomnieli jednak o załącznikach, wiec usłyszeli propozycję nie do odrzucenia: „Albo znajdziecie sponsora na czas antenowy, albo nici ze współpracy”. Program został odrzucony „z braku czasu antenowego” po czym... kilka lat później ukazała się w regionalnej Trójce jego wierna replika, ale już ze zmienionym tytułem i z innymi nazwiskami autorów. Tajemnicą poliszynela jest, że wielu nierozważnych twórców w ten sposób straciło owoce swojej pracy. Na polu bitwy zostali tylko ci najdomyślniejsi, którzy w porę zrozumieli, co naprawdę oznaczają słowa „sponsoring czasu antenowego”.

Wspomniana wcześniej Agencja Word Art. ma w swoim dossier jeszcze inną brudną kartę. Przygotowując koncert Kristofferssona wydzierżawiła od Naczelnej Organizacji Technicznej pomieszczenie na biuro festiwalowe. Warunki były bardzo korzystne dla obu stron – rewanżem miała być reklama N.O.T. na plakatach i podczas koncertu. W transakcji pośredniczył pracownik N.O.T., zatrudniony także przez Word Art. w charakterze dyrektora festiwalu, nazwijmy go umownie – Janek Kowalski. Biuro funkcjonowało przez kilka miesięcy, po czym Agencja Word Art. zlikwidowała je, zrywając jednocześnie kontakty z N.O.T. i nie regulując swoich zobowiązań, takich jak część rachunków telefonicznych czy nawet – kosztów odbitek xero. Oczywiście reklam NOT na plakatach i koncertach także nie było. Zobowiązania Word Art wobec NOT z uwagi na dobre stosunki (czytaj – obawę u utratę pracy) uregulował za tę agencję z własnych pieniędzy „Janek Kowalski”. Nikt mu tych pieniędzy nigdy nie zwrócił. Jak się okazało – za cztery miesiące pracy dla tej agencji nie otrzymał on ani grosza. W sumie stracił na tym „interesie” kilkanaście tysięcy złotych. Nieregulowanie zobowiązań i niepłacenie za wykonaną pracę jest w polskim show biznesie zjawiskiem normalnym, a pokrzywdzeni zazwyczaj milczą, bo kto zatrudni „nadmiernie gadatliwych”?

Odrębnym zagadnieniem jest sponsoring imprez artystycznych. Do kanonów absurdów przeszła już wypowiedź przedstawicielki pewnego wielkiego koncernu japońskiego na propozycję sponsoringu imprezy z muzyką z nieco wyższej półki: „My nie sponsorujemy koncertów, bo to się nie opłaci. Na koncertach nic się nie dzieje. Wolimy sponsorować mecze. Pan rozumie – na meczu małolaty się biją. Przyjeżdża telewizja i filmują to. Potem stacje telewizyjne pokazują w głównym wydaniu dziennika. A w tle nasza reklama. Pan wie, ile na tym oszczędzamy?” Cytat nie jest dosłowny – został skrócony o nieistotne fragmenty. Inny przedstawiciel sponsora – polskiej bardzo dużej firmy, postawił sprawę jasno: „A co ja z tego będę miał? Dam wam 10 000, wy mi dacie z tego bonus 400 złotych. Myślicie, że opłaca mi się ryzykować utratę posady dla takich groszy?” Zwyczajowo zwraca się osobie podpisującej w imieniu sponsora decyzję o sponsoringu od 4 do 10% otrzymanej kwoty, oczywiście – bez żadnych pokwitowań. Pewien ksiądz, dyrektor stacji radiowej, proponował zwrot nawet do 50%. Jak sam stwierdził, przepisy mu na to pozwalają, bo kościół nie musi rozliczać się z żadnych darowizn.

Opisane przykłady stanowią wierzchołek wierzchołka góry lodowej. Każdego dnia w show businessie dochodzi do różnych nadużyć, krętactw, szwindli i oszustw. Każdego dnia strumienie pieniędzy przepływają nieoficjalnie z jednych kieszeni do innych. Każdego dnia ci, którzy z racji wrodzonej uczciwości czy nawet – ze strachu przed karą, nie chcą brać w tym udziału, trafiają na margines, z którego nie ma odwrotu. Bo sceny i pieniądze – wielkie pieniądze naiwnych słuchaczy i widzów, nie są przeznaczone dla uczciwych. Dla nich są co najwyżej ochłapy z pańskiego stołu. Sławę zyska i karierę zrobi nie ten, kto ma talent, ale ten, kto wie, że trzeba smarować. I wcale nie musi szukać tych, którym trzeba smarować. Sami zgłoszą się do niego i, pewni bezkarności, nie będą niczego owijali w bawełnę.

Na zakończenie warto przytoczyć stary, ale jakże aktualny dowcip o drodze do sławy muzyków w różnych krajach.

Co musi znać i co musi mieć dobry muzyk?

Musi znać nuty, zasady harmonii, posiąść umiejętność artykulacji, no i musi mieć nie tylko talent, ale i słuch.

No dobrze, to na zachodzie. A u nas?

A u nas muzyk musi znać, kogo trzeba i mieć co mu dać, żeby stać się gwiazdą.

No a np. słuch? Musi mieć?

Zwariowałeś? A po co? Na migi mu pokażą ile ma dać.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl