now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 

 

Ryszard Jakubowski

Zły sen

Wszelkie podobieństwo występujących postaci do żyjących osób jest zamierzonym dziełem przypadku.

Obudziłem się później, niż zwykle. Z niepokojem rozejrzałem się wokół. Nieznany pokój, nieznane meble, obcy widok za oknem... Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jestem w pokoju hotelowym, który wynająłem wczoraj wieczorem. Długo nie mogłem wstać. Nie musiałem się spieszyć – sprawę, dla której tu przybyłem, mogłem załatwić nawet późnym popołudniem. Włączyłem radio. Z głośnika popłynął jazgot, przypominający połączenie odgłosów pracującego tartaku z rykiem słoni podczas rui, pomieszanym z zawodzeniem hien i wilków. Po chwili jakiś ćwierćinteligentny prezenter o nader ubogim słownictwie z zachwytem opowiadał o dokonaniach muzyka, którego utwór (o zgrozo, tę kakofonię nazwał utworem!) właśnie słyszałem. Ze złością zmieniłem stację. Tu jakaś wokalistka o głosie, gorszym niż beczenie starej kozy, usiłowała wyśpiewać swój negatywny stosunek do całego świata. Poszukałem kolejnej stacji w nadziei na przyzwoitą muzykę o poranku, taką jaką nadają tysiące stacji w całym cywilizowanym świecie. Kolejna stacja nadawała transmisję z jakichś zawodów sportowych. Głos sprawozdawcy, posługującego się dziwnym dialektem więzienno-bazarowym tonął w rykach publiczności, skandującej najbardziej wulgarne słowa, jakie kiedykolwiek słyszałem. Wzburzony wyłączyłem radio, klnąc tych, co uczciwie płacą abonamenty w zamian za taką sieczkę. Humor jednak miałem już zepsuty na cały dzień.

Umyłem się, ubrałem i wyszedłem z hotelu. Miasto, w którym się zatrzymałem, było mi zupełnie nieznane. Poszedłem więc przed siebie bez określonego celu. Z dali dobiegały jakieś dziwne odgłosy, o których trudno było powiedzieć, że pochodzą od istot ludzkich. Z ciekawości udałem się w ich kierunku. Po chwili dotarłem do jakiegoś sporego parku. Właśnie w nim odbywało się coś, czego nie można z niczym porównać. Po alejkach i pięknych, zadbanych trawnikach wałęsał się tłum półprzytomnych dzieciaków, z których najstarszy nie miał chyba nawet 18 lat. Wszędzie wokół poniewierały się puszki po piwie i potłuczone butelki z resztkami etykiet najtańszego „wina”. Kilku znudzonych policjantów starało się nic nie widzieć. Nagle ktoś chwycił mnie za rękaw:

Może zioła, albo prochy? Mam dobrego skuna i amfę. – syknął mi wprost do ucha. Wyglądał, jakby został ucharakteryzowany do filmu o włóczęgach. W jego oddechu czuć było wszystko, poza powietrzem. Grzecznie odpowiedziałem, że nie rozumiem. To go rozwścieczyło.

No co, k... twoja mać, udajesz, że nie bierzesz? Wszyscy biorą! Rozumiesz, wszyscy!

Rozejrzałem się za policjantami. Obaj stali tuż obok i musieli widzieć, a nawet słyszeć wszystko, jednak nie zareagowali. Właśnie jeden pokazywał coś drugiemu na zupełnie bezchmurnym niebie.

Posiadacz wiedzy o tym, że wszyscy biorą, oddalił się, cały czas klnąc pod nosem. Jego miejsce zajął dzieciak, wyglądający najwyżej na 12 lat. Uśmiechnął się do mnie jak aniołek ze świętego obrazka i zaproponował:

Mam skuna, brałn siuger i ufo. Chcesz? Niedrogo policzę. A może wolisz klej?

Widząc moje zaskoczenie, wyjaśnił:

Nie bój się. Psy nic mi nie zrobią, bo jestem za młody. Najwyżej pójdę na parę godzin na dołek.

Nie zrozumiałem, co mają psy do jego wieku i procederu. Odmówiłem i poszedłem dalej, ku coraz głośniejszemu rykowi. Gdyby nie rytmicznie powtarzające się dudniące uderzenia, mógłbym przypuszczać, że zbliżam się do hamowni silników odrzutowych dużej mocy. Z jazgotu, jaki wdzierał się przemocą w moje uszy, trudno było wyróżnić cokolwiek. Tłum półprzytomnych dzieciaków gęstniał. Co chwilę ktoś usiłował namówić mnie na zakup czegoś, czego nazwy nie rozumiałem. Żaden ze sprzedawców nie miał chyba więcej, niż 16, może 17 lat. Podaż tych dziwnych produktów była ogromna, zdziwiło mnie więc, że nigdy nie widziałem ich oferty w żadnym z hipermarketów ani w ogóle w jakimś sklepie. Może to była jakaś nowa forma sprzedaży bezpośredniej, takiej jak AMWAY czy ORIFLAME? Tylko czemu uczestniczyły w niej dzieci?

Jazgot stawał się nie do zniesienia. Wkrótce poznałem jego przyczynę. Na skraju jakiegoś dużego placu między drzewami stała scena. Błyskały na niej setki kolorowych świateł, a wokół niej unosiły się kłęby szarego dymu. Czyżby paliła się instalacja elektryczna? Odruchowo sięgnąłem po telefon komórkowy aby wezwać straż pożarną. Przypomniałem sobie jednak, że zostawiłem go w hotelu. Rozejrzałem się za jakimś automatem telefonicznym. Żadnego jednak nie było w pobliżu. Zdziwiło mnie, że nikt nie wpada w panikę, jak to zwykle bywa przy pożarze. Może więc wszystko było pod kontrolą?

Po scenie biegali jacyś półnadzy faceci uzbrojeni w atrapy gitar – z uwagi na ich podejrzany wygląd nie przypuszczałem, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach mógł dać im do ręki prawdziwe instrumenty. Z ogromnych głośników wydobywał się nieartykułowany jazgot, przypominający zwielokrotnione odgłosy piły tarczowej na tle wzmocnionego elektroniczną aparaturą skowytu watahy wygłodzonych wilków połączonego z rykiem bydła, pędzonego na rzeź. Tłum pląsał, nie całkiem w rytmie basowych, dudniących odgłosów, które dobiegały, nie wiadomo skąd. Nagle potworny hałas umilkł. Dzieciaki wokół zawyły. Na scenie do mikrofonu podeszła jakaś młoda kobieta, wyglądająca na sprzątaczkę, która miała posprzątać po pseudogitarzystach. Myliłem się. Kobiecina chwyciła za mikrofon i ryknęła:

Już się najebaliście? Bo ja jeszcze nie. A w ogóle to mam wszystkich w dupie...

W dupie! – zawtórował tłum.

A wasze matki to Q! Nauczyciele też. Zajebać wszystkich!

Zajebać – ryczał zachwycony tłum.

Wiecie, kto jest waszym wrogiem – wulgarna kobieta nadal agitowała. – No co, wiecie, czy nie? Psy, ticzersy i klechy to są wasi wrogowie. Fak’em.

Zabić ich – wyła podniecona publiczność.

Kobieta na scenie nagle zachwiała się, ledwo otrzymała równowagę głównie dzięki stojakowi od mikrofonu i zwymiotowała na pierwsze rzędy słuchaczy. Tłum był zachwycony.

Po dłuższej chwili agitatorka odzyskała równowagę, ale nie mogła już wykrztusić ani słowa i mocno chwiejnym krokiem oddaliła się ze sceny, żegnana wyciem podnieconych wielbicieli. Jej miejsce zajął gruby, podtatusiały jegomość, ostrzyżony jakby wczoraj opuścił więzienie. Wyglądem zupełnie nie pasował ani do statystów z atrapami gitar, którzy kręcili się po scenie, ani do wyjącego i skandującego tłumu. Mimo to widać było, że jest ulubieńcem wszystkich. Chwycił oburącz mikrofon i wrzasnął:

Ro-ro-ro... Rokęro-ool!

Widać było że ma poważną wadę wymowy.

Rokęrol! – zawył tłum.

Ró-ró-ró – jąkał się jegomość. W końcu wykrztusił: – Róbta, co chceta!

Rozwrzeszczany tłum piał z zachwytu, słysząc ze sceny podstawowe przykazanie satanistów. Zastanawiałem się, dlaczego na scenę wpuszczono najpierw pijaną pseudoartystkę, a potem jakiegoś prymitywnego prostaka ze znikomą znajomością poprawnej polszczyzny, który na dodatek miał nie wyleczoną wadę wymowy i głosił satanistyczne hasła. Wrzaski tłumu nie pozwalały mi zebrać myśli. Jąkała próbował popisywać się swoistym krasomówstwem:

Wieeecie co robić! Przee-egonić klechów! Śmiee-erć de-de-de-wotkom. Nie–ech żyje wolny se-eks i ro-o-o-o-kęrol!

U–rek! U-rek! U-rek – skandowała publiczność.

Z przerażeniem pomyślałem o dziwnie pojmowanej w tym miasteczku praworządności. Najpierw zaczepili mnie jacyś obcesowi młodzieńcy, którzy chcieli sprzedać coś, czego nawet nazwy nie rozumiałem. Jeden o mało mnie pobił przy cichej aprobacie policji. Ze sceny padają słowa, których publiczne używanie powinno być karane. Występujący zachęcają do wykonania jakiejś czynności, nazywanej przez nich „zajebywaniem”, na swoich rodzicach, pieskach a nawet jakichś ticzersach (może chodziło o pampersy?) i klechach. Facet z poważnym upośledzeniem nie tylko wymowy namawia do anarchii! Aż dziwne że nikt temu wszystkiemu nawet nie próbował się przeciwstawić. Na dodatek ten potworny hałas! Gdyby taki panował na lotnisku nawet przy starcie kilku Concordów, jego dyrekcja z pewnością zapłaciłaby kilkusettysięczną grzywnę. Tu – nikomu nie przeszkadzał! Dlaczego żaden lekarz nie udzielał pomocy półprzytomnym dzieciakom, widać czymś poważnie zatrutym – może tlenkiem węgla z podscenicznego dymu? Przecież im groziła śmierć!

Szybko opuściłem tłum i wyszedłem z parku. Policjanci, których spotkałem wcześniej, spokojnie podziwiali na niebie nieistniejące obłoki. Tuż obok nich chodziły kilkunastoletnie dzieci, przekładające z ręki do ręki małe torebeczki z białym proszkiem albo jakimiś suszonymi ziołami. Część z nich przeliczała grube pliki pieniędzy.

*

Obudziłem się później, niż zwykle, zlany zimnym potem. Z niepokojem rozejrzałem się wokół. Nieznany pokój, nieznane meble, obcy widok za oknem... Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jestem w pokoju hotelowym, który wynająłem wczoraj wieczorem. A więc wszystko to, co widziałem, to był tylko zły sen! Odetchnąłem z ulgą.

W końcu wstałem, umyłem się, ubrałem i wyszedłem z hotelu. Miasto, w którym się zatrzymałem, było mi zupełnie nieznane. Poszedłem więc przed siebie bez określonego celu. Z dali dobiegały jakieś dziwne odgłosy, o których trudno było powiedzieć, że pochodzą od istot ludzkich. Nagle... z przerażeniem uświadomiłem sobie: TO NIE BYŁ SEN! To wszystko działo się naprawdę!

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl