now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 
Samo życie

Mariusz Dawid Dastych

Rok tsunami

U progu 2005 roku, w Święto Bożego Narodzenia 26 grudnia 2004 roku, równo rok po tragicznym trzęsieniu ziemi w irańskim mieście Bam, ruchy tektoniczne pod dnem Oceanu Indyjskiego spowodowały potężne fale, które spustoszyły wybrzeża 13 krajów Azji i Afryki. Zginęło ponad 150 000 ludzi 34 narodowości (liczba ta nie jest ostateczna), w tym – Polacy. Tsunami (to japońska nazwa tych ogromnych fal) dokonały dzieła zniszczenia, podobnego do skutków wybuchu wielu bomb atomowych. Ku zdumieniu świadków tych tragicznych wydarzeń, w naturalnej katastrofie rzadko ginęły zwierzęta, jakby ostrzeżone przez „szósty zmysł” lub uratowane przez Boga ze współczesnego potopu jak w biblijnym raju – rezerwacie przyrody Yala na Sri Lance.

W dniu, kiedy wydarzyła się ta „biblijna” katastrofa, zatelefonował do mnie przyjaciel z Waszyngtonu z informacją, że nasz wspólny znajomy z Anglii prawdopodobnie stracił w Tajlandii syna, zaginionego na wyspie Phuket. Napisałem zaraz e-mail do Anglii, aby upewnić się, czy to prawda i udzielić kilku praktycznych rad, jak odszukać zaginionego. Trzydzieści lat wcześniej, w Wietnamie brałem udział w poszukiwaniu zaginionych na polu bitwy. Jedna z wypraw skończyła się wówczas szczęśliwie dla Polaków (członków komisji rozjemczej), którzy zdołali opuścić helikopter pod ogniem i ocalić życie. Śmigłowiec, który ich wyprzedzał, został trafiony rakietą strieła i wybuchł w powietrzu. Wszyscy na pokładzie zginęli, a szczątki ich zwęglonych i poszarpanych ciał zbieraliśmy potem w dżungli do czarnych, żałobnych worków. Miałem lecieć tym helikopterem. Na moim miejscu poleciał indonezyjski oficer – po śmierć, której ja uniknąłem.

Pod koniec 2004 roku tamte sceny stanęły mi ponownie przed oczyma. Wyobrażałem sobie przebieg katastrofy w Tajlandii, na wyspie Sri Lanka, czy na Sumatrze w Indonezji. Internet pomagał uświadomić sobie jak się to stało i co się wydarzyło. Zdjęcia z cudownych, tropikalnych wysp i wybrzeży stałego lądu, z krajów, w których kiedyś byłem, nie oddają ogromu zniszczeń i okropności, na które składa się nie tylko widok, ale i przejmujący zapach, raczej smród nie do wytrzymania, który towarzyszy nieszczęściu. Pamiętam ten zapach z pól bitewnych w Wietnamie, gdzie wzywano nas na inspekcje na miejscu. Ale obecne wydarzenia przerastają wszystko, czego kiedykolwiek zaznałem. Potwierdzili to polscy korespondenci, którzy wcześniej spędzili wiele dni na wojnach w Czeczenii, Afganistanie czy w Iraku.

Osobista tragedia mego brytyjskiego przyjaciela, sławnego pisarza Gordona Thomasa, wkrótce przerodziła się w ogromną radość. Jego syn - Alexander odnalazł się żywy na Phuket. Ale radość z uratowania życia zmącił mu ból i żal z powodu utraty przyjaciół: fala uderzyła w hotel, kiedy Alexander sprawdzał pokój na piętrze. Gdy wrócił do recepcji, przyjaciele, z którymi przybył na wyspę (małżeństwo z małym dzieckiem) zniknęli na zawsze, porwani przez cofającą się falę. Szukał ich potem długo, bez skutku. Ekipa ratunkowa odnalazła go, w stanie wyczerpania, na jednym z punktów medycznych. Trafił do szpitala...

W świecie, który ostatnio żył wspomnieniami z terrorystycznego zamachu w Nowym Jorku 11 września 2001 roku, a potem z wojen w Afganistanie i Iraku i niezliczonych nowych zamachów, dokonywanych przez fanatycznych samobójców arabskich, pod koniec ubiegłego roku nagle odwrócił oczy w kierunku o wiele potężniejszych zniszczeń i pokłosia śmierci, spowodowanych przez Matkę Naturę. Niektórzy – i to wcale nie dewoci – dostrzegli w tym „palec Boży”, ostrzeżenie dla ludzkiego świata, który grzeszy przeciwko Bogu, naturze i współbraciom. Cóż warta cała nasza ludzka wiedza i duma z osiągnięć cywilizacji, kiedy w mgnieniu oka, bez ostrzeżenia siły natury atakują nasz świat w tropikalnym „raju”, gdzie wypoczywamy, licząc na idealny spokój, ciepłe morze, słońce i inne przyjemności?

Dziś wiemy, że były wcześniejsze ostrzeżenia, które po prostu zignorowano. „Studia nad koralowymi atolami wykazały istnienie śladów gigantycznych trzęsień ziemi w tym regionie, zdarzających się co 230 lat. Ostatnia taka seria rozpoczęła się w roku 1797 i skończyła w roku 1861” – pisze brytyjski „Times” (2 stycznia 2005r.). W 2003 roku australijski ekspert ostrzegał na konferencji międzynarodowej poświęconej tsunami, że grozi nam nowy potop i trzeba zbudować system wczesnego ostrzegania w regionie Oceanu Indyjskiego. Zaledwie trzy tygodnie temu, Amerykanin, Dr. Kerry Sieh, wygłosił odczyt na konferencji naukowej w San Francisco, przewidując, że kolejne wielkie trzęsienie ziemi u wybrzeży Sumatry może nastąpić w ciągu najbliższych lat, a podniesienie dna oceanu o 6 stóp spowoduje potężne fale tsunami, które zniszczą środowisko na wyspach. Dr. Sieh nie poprzestał na wygłoszeniu referatu. Udał się sam na Sumatrę, gdzie rozdawał tubylcom plakaty, z ostrzeżeniem i opisem możliwych zniszczeń, które spowodują ogromne fale. „Nasze wyspy toną!” – głosił napis na plakacie. Uparty naukowiec wygłaszał też pogadanki dla urzędników administracji w Indonezji, ale ci zbywali go, twierdząc, że przesadza.

Podobne ostrzeżenia wyszły od innych naukowców. Charles McCreery z ośrodka badań sejsmicznych w Honolulu na Hawajach stwierdził wstrząsy w regionie Sumatry, ale nie mógł nikogo ostrzec, ponieważ jego ośrodek nie posiadał żadnych kontaktów w tym regionie. W Australii automatyczny alert komputerowy został wysłany na 33 minuty przed podmorskim trzęsieniem ziemi u wybrzeży Sumatry, ale odebrały go tylko australijskie ambasady. Siedem lat temu wybitny metereolog tajlandzki - Samith Dhamasaroj ostrzegł rząd swego kraju, że tsunami może zniszczyć ośrodki wypoczynkowe na południe od miasteczka Phuket. Postulował zainstalowanie syren alarmowych na hotelach i innych budynkach wyspy, blisko plaż. Rząd zignorował ostrzeżenie, a pan Dhamasaroj został przeniesiony służbowo w inne miejsce.

Fale tsunami, o ogromnej długości i rozchodzące się z szybkością odrzutowca (ok. 800 km/h) mogą przebyć drogę nawet 10 000 kilometrów, nie tracąc swej siły. Tak było w 1960 roku, kiedy po trzęsieniu ziemi niedaleko wybrzeży Chile tsunami zaatakowały, po 22 godzinach, Japonię – powodując śmierć około 150 ludzi. Na otwartym morzu takie fale nie wyrządzają nikomu szkody, choć można je zauważyć ze statku. Na wysepce Simeulue, nieopodal Sumatry, nikt nie zginął. W pamięci 70 tysięcy mieszkańców wyspy zachowały się przekazy o wielkim trzęsieniu ziemi z 1907 roku, kiedy tsunami spowodowały śmierć wielu tysięcy ludzi. Na Simeulue nikt nie czekał na nadejście fali...

Naukowcy twierdzą, że czeka nas 10 – 20 lat nadzwyczajnej aktywności sejsmicznej, której początkiem mogło być podwodne trzęsienie ziemi z epicentrum na Oceanie Indyjskim koło Sumatry. Jeśli doświadczenie tej tragedii wkrótce nie pójdzie w niepamięć, wspomnienie o setkach tysięcy ofiar pod koniec 2004 roku pozwoli – być może – uniknąć m i l i o n ó w ofiar w przyszłości. Fatalistyczne spychanie winy na „palec Boży” i mamrotanie o bliskim „końcu świata” w roku 2012 (podobno 21 grudnia!) nie pomoże nam w racjonalnej obronie, która może zmniejszyć następstwa kolejnej katastrofy. Pomóc może nauka i technika, jeśli zostaną na nią skierowane odpowiednie środki, a głupi urzędnicy różnych rządów przestaną decydować o ich wydaniu. Mimo to, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Bóg śle ludzkości kolejne ostrzeżenia, które mają zapisać się głęboko w naszej zbiorowej świadomości. Szczurzy wyścig świata ku bogactwu i wygodzie, deptanie praw natury i ludzi, prowokowanie wojen i szerzenie terroryzmu (w imię Boga!) nie mogą pozostać bez kary.

Ludzie! Obudźcie się - zanim nastąpi Apokalipsa. Na razie mamy „Rok Tsunami”. To źle, ale także dobrze.

David.dastych@neostrada.pl

Styczeń 2005 roku

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl