now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 

 

Romuald Bury

SOCJALZŁODZIEJE, CZYLI NORMALNI INACZEJ

PRZY WŁADZY

Najgłośniejsza afera, związana z niejasnymi interesami i jeszcze bardziej niejasnymi powiązaniami i kontaktami najbogatszego biznesmena w Polsce, Jana Kulczyka - właśnie się na naszych oczach odsłania. Czego w niej nie ma - spółka ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa, czyli PKN Orlen, traktowana jest jak postaw czerwonego sukna, rozszarpywana przez polityków i biznesmenów z określonego kręgu ideowego. Do tego tło całej sprawy, z osławionym Władymirem Ałganowem (bardzo dobrym znajomym z bardzo dobrych czasów dla Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera, a także wielu innych osób, jak choćby Józefa Oleksego), wieloletnim rezydentem sowieckiego-rosyjskiego wywiadu w Polsce.

Wiosną 1989 r. odbył się w Polsce (wówczas jeszcze "Ludowej") "okrągły stół", który zapoczątkował ogromne zmiany. Nie ma dziś dzięki temu cenzury prewencyjnej, Służbę Bezpieczeństwa mocno zweryfikowano i zmieniono jej nazwę a partia komunistyczna kilkakrotnie się przeobraziła, zacierając za sobą ślady - w tym te najgorsze, bo krwawe. Od tego czasu minęło ponad piętnaście długich lat. Wyrasta pokolenie, które nie pamięta, co było przedtem. Co więcej, nawet ci, którzy wówczas żyli, coraz mniej pamiętają, a niektórym nadal łezka się w oku kręci na wspomnienie Peerelu. Ludzie przyzwyczajają się do tego, że jest "tak jak jest" i inaczej nie będzie. A to niedobrze.

W 1989 r. do władzy doszedł - w potocznym rozumieniu - "obóz Lecha Wałęsy", który był silnym i wyraźnym symbolem odchodzenia od komunizmu. Robotnik, przywódca sierpniowego strajku w 1980 r., szef Niezależnego, Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność". Spełniało się marzenie milionów Polaków, że będzie inaczej, tym bardziej, że Wałęsa zapowiadał puszczenie złodziei "w skarpetkach".

Normalność do góry nogami

Rozczarowanie przyszło bardzo szybko. Zamiast ogólnych choćby rozliczeń, dostaliśmy "grubą kreskę", czyli całkowitą bezkarność dla komunistycznych zbrodniarzy. "Gazeta Wyborcza", czyli organ całej opozycji, szybko stała się organem dawnych partyjnych dysydentów i ich dzieci. Kto nie był w PZPR ni razu, nie mógł zabrać głosu od razu... W tej sytuacji uprzywilejowany okazał się np. Jacek Kuroń, który w partii był nawet dwa razy. Adam Michnik, przez lata kreowany w reżimowych mediach jako "element antysocjalistyczny", natychmiast po zwycięstwie udał się na "dużą wódkę" do Jerzego Urbana i bardzo szybko zaprzyjaźnił się (za pomocą osławionego bruderszaftu!) z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Generał Czesław Kiszczak, człowiek, który prawie całe zawodowe życie spędził w zbrodniczej Informacji Wojskowej (formacji, która w 1957 r. zmieniła nazwę na Wojskową Służbę Wewnętrzną, ale nie zmieniła swej istoty), został przez niego okrzyknięty "człowiekiem honoru".

Normalni ludzie zaczęli tracić orientację. Z Kodeksu Karnego zniknęły pojęcia, które różnicowały kradzież skarpetek i złodziejską "prywatyzację" huty, fabryki czy stoczni. Nie ma już wielkich przestępstw gospodarczych, są natomiast niejasności prawne, wątpliwości, niezgodności. Procesy, jeśli nawet są, to toczą się latami, powoli ale nieuchronnie zmierzając w stronę przedawnienia. Czołowi politycy (pożal się Boże - a jednak są tak nazywani) w publicznych debatach stwierdzają, że nie widzą nic zdrożnego w tym, iż ten czy ów osobnik, nie mając na początku prawie nic, nagle doszedł do setek milionów czy miliardów dolarów. Po drodze coś tam się przylepiało do odpowiednich urzędników, pośredników, w tym i do polityków, którzy całkiem przychylnie patrzyli na pewne procesy "prywatyzacyjne", stwarzając w drodze "szybkiej ścieżki" odpowiednie warunki prawne lub też - świadomie tworząc odpowiednie luki prawne. Liczyła się tylko skuteczność.

Kto, kiedy, ile

W takiej atmosferze zaczęły pękać wszelkie normy moralne. Na naszych oczach ludzie, uchodzący za statecznych i poważnych, coraz śmielej wyciągali łapy po dobro wspólne, albowiem od tej pory dobrze było coś mieć i ostentacyjnie się tym afiszować. Co ciekawe, najlepiej ten proceder wychodził (i wychodzi nadal) tym, którzy przez całe lata pilnowali czystości ideologicznej, twierdząc, że własność prywatna jest zła i moralnie niższa, niż dobro wspólne. W imię tej fałszywej ideologii przez prawie półwiecze trwała grabież własności prywatnej - czy to wprost (konfiskata majątków, gotówki, dóbr kultury, domów i budowli), czy to pośrednio (drogą podatków, domiarów i opłat).

Dziś trudno mówić, kto nami rządzi, unikając nazwania rzeczy po imieniu. Dawne podziały ideologiczne i polityczne stały się nieco mniej ważne, skoro kleptokraci działają razem, w porozumieniu a nawet ścisłej symbiozie, niezależnie od ideowej proweniencji. Faktem jest jednak, że najlepiej wychodzi to socjaldemokratom, czyli przefarbowanym na kolor "liberalny" komunistom.

W cieniu afer wielkich, ogromnych, w których straty skarbu państwa liczone są w setkach, czy dziesiątkach milionów dolarów, umykają nam afery i aferki codzienne, przyziemne: milion czy dwa, a nawet "tylko" setki czy "zaledwie" dziesiątki tysięcy. Traktujemy je raczej jako ciekawostki dnia - ekscytując się wysokością kwoty (mniej - czy więcej?) oraz kto tym razem wziął: poseł, senator, "baron" SLD, czy mąż (żona) kogoś tam jeszcze.

Afery w komisjach

Ludzie ci nie mają skrupułów, nie mają też poczucia wstydu. Nawet złapani na gorącym uczynku, potrafią kluczyć, mataczyć, kłamać i zapominać z dnia na dzień, co robili wczoraj, gdzie byli i z kim rozmawiali. Dwie kolejne sejmowe Komisje Śledcze, powołane do wyjaśnienia głośnych afer odsłoniły nam kulisy sprawowania władzy i przerażające mechanizmy, rządzące rządzącymi. Pierwsza z nich - Komisja ds. afery Lwa Rywina, ujawniła styk prywatnych mediów i polityki. Jak można tworzyć państwowe prawo w interesie wąskiej grupy czy prywatnej spółki. Nie tego wprawdzie chcieli właściciele Agory S.A. (wydającej m.in. "Gazetę Wyborczą") wpuszczając w kanał Lwa Rywina, nagrywając jego rozmowy i oddając go katu, ale to stało się początkowo efektem ubocznym a wkrótce głównym całej afery. Oto wydawca prywatny ma dostęp do premiera rządu o każdej porze dnia i nocy, może wpływać na kształt prawa (i ma stworzone takie możliwości). Wszystko odbywa się rzekomo w interesie nadawców prywatnych - co byłoby jeszcze zrozumiałe - ale rzecz się szybko wyjaśnia, albowiem inni nic o tym nie wiedzieli...

Najgłośniejsza afera, związana z niejasnymi interesami i jeszcze bardziej niejasnymi powiązaniami i kontaktami najbogatszego biznesmena w Polsce, Jana Kulczyka - właśnie się na naszych oczach odsłania. Czego w niej nie ma - spółka ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa, czyli PKN Orlen, traktowana jest jak postaw czerwonego sukna, rozszarpywana przez polityków i biznesmenów z określonego kręgu ideowego. Do tego tło całej sprawy, z osławionym Władymirem Ałganowem (bardzo dobrym znajomym z bardzo dobrych czasów dla Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera, a także wielu innych osób, jak choćby Józefa Oleksego), wieloletnim rezydentem sowieckiego-rosyjskiego wywiadu w Polsce.

Modna skleroza

Ale to nie wyjątki, choć są smakowite dla dziennikarzy i gawiedzi. Nasze obecne życie polityczne toczy się wokół pogłosek, plotek i twardych faktów: kto co i ile wziął, i dlaczego nic mu nie można zrobić. Kiedyś komuna kradła systematycznie, ale powoli. Mieli przecież odległą perspektywę upadku tego ustroju, większość wierzyła nawet, że komunizm zapanował "na wsiegda". Nie było więc potrzeby dokonywania kradzieży pośpiesznie i jak największej, bo jutro wydawało się pewne. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Kradną, ile się da i kiedy się da, bo jutro może już być za późno. Jedni złapani na gorącym uczynku wrzeszczą wniebogłosy, że to jakaś pomyłka, zemsta polityczna, nieporozumienie, inni zaś - milczą przezornie, czekając, co przyniesie jutro, chłodno analizują ujawnione dowody, liczą, że reszta nie wyjdzie na jaw.

Z takimi postawami mamy do czynienia w tak zwanej "klasie politycznej". To, co najważniejsze, jest jeszcze bardziej porażające: ich partyjni towarzysze (i towarzyszki) uważają, że dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, to właściwie nie ma sprawy. A od sprawy (ujawnionej afery) do wyroku - droga bardzo daleka, czasami jest to całkiem ślepy zaułek. W większości przypadków sprawa żyje tak długo, jak gazeta, która to opisze. Na szczęście czasami jest to tygodnik.

Ludzie, którzy przed kamerami urządzali publiczne widowisko, usiłując nas wystrychnąć na dudka, zaprzeczając w żywe oczy twardym faktom, pełnią nadal wysokie funkcje, występują w mediach, podejmują istotne decyzje, komentują i oceniają rzeczywistość, w tym postawy innych osób. Jakie mają do tego prawo?

Kilka przykładów: Lech Nikolski, wymieniany (nie bez powodu) jako członek "grupy trzymającej władzę" (jej istnienie uznał ostatnio sąd), będąc szefem doradców premiera Millera zgrywał się publicznie, że on tak naprawdę nic nie wie o żadnej istotnej sprawie, nie tylko o aferze medialnej. Miny, jakie przy tym robił, mogły niezbicie świadczyć, że jest "normalny inaczej", ale to była odpowiednia, przemyślana mimikra.

Aleksandra Jakubowska, która go na tym stanowisku zastąpiła (członkini tej samej grupy) szła i idzie w zaparte do końca. A ten jest (miejmy nadzieję) coraz bliższy, gdy na jaw wyszła sprawa finansowania całego układu wojewódzkiego SLD w Opolu. Była na tyle bezczelna i arogancka, że wypowiedziała publicznie wojnę prokuraturze, po zatrzymaniu i aresztowaniu jej męża.

Leszek Miller (ten sam, który obiecał wyborcom gruszki na wierzbie), zawsze butny, pewny siebie i sypiący płaskimi dowcipami jak na imieninach u cioci Kloci, tym razem nie zdzierżył. Nagle stracił pamięć, refleks i poczucie humoru. Czyżby już powiało chłodem celi, w której przebywa jego łódzki kompan Andrzej Pęczak? Bo przecież położył się w szpitalu nie bez powodu i nie po to, aby podleczyć tego Niemca Altzheimera, przez któŽego którego wszystkim zapomina...

** ** **

Nie łudźmy się - nie nastąpi odrodzenie polityczne, w dodatku wyłącznie przez kartkę wyborczą, jeśli nie dojdzie do odrodzenia moralnego. Dziś uczciwość, prawdomówność czy bezinteresowność to nie są cechy wysoko cenione. Stanowią raczej przedmiot drwin a knajackie ksywki, jakimi obdarzono niektórych polityków, mówią same za siebie (jak choćby w przypadku Pęczaka z SLD, zwanego "Full Wypas"). Dlatego też należy powrócić do prostej prawdy, że nad polityką musi być moralność. Nie będzie to łatwe, bo w grę wchodzi jedynie moralność chrześcijańska, a ta jest ostro zwalczana w ramach Unii Europejskiej, w której od kilku miesięcy jesteśmy. Ale bez powrotu do prawd oczywistych i prostych norm, takich jak: "nie kradnij", nie mamy co liczyć na przełom. A tego przecież chcemy.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl