now@ on-line  styczeń  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Daniel Pipes:
 
J. R. Nyquist:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Wiktor Poliszczuk :
 
Jan Przybył:
 
Jan Jasielski:
 
Wiktor Poliszczuk:
 
Daniel Pipes:
 
Piotr Rachtan:
 
Józef Darski:
 
Były Agent:
 
Józef Darski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marian Kałuski:
 
Jerzy Przystawa
 
Krzysztof Czabański:
 
Romuald Bury:
 
Mirosław Owczarz:
 
Marian Kałuski:
 
Andrzej Dobrowolski:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Ryszard Jakubowski:
 
 
 
John the Hippie:
 
Solidarność IENESP:
 
ks. Witold Józef Kowalów:
 

 

Były Agent

jak zostałem zwerbowany

Ja akurat nie byłem do niczego zmuszany. Pewnego dnia (było to na około rok przed słynnym sierpniem, kiedy powstała "Solidaność" w czasie moich studiów) zostałem wezwany pismem do stawienia się na Komendzie Milicji (chyba w charakterze świadka w jakiejś sprawie) do pok. nr ... .

No i tam dowiedziałem się, że chodzi o co innego, o współpracę. Nie pamiętam czy mnie czymś poważnym (na starcie) szantażowali, ale sugerowali łatwiejsze studia, szybsze dostanie paszportu przy wyjeździe, ułatwienia w zdaniu trudnych egzaminów czy obronie pracy magisterskiej (trochę mnie to zdziwiło, bo akurat tu pomocy żadnej nie potrzebowałem, ani nie przewidywałem - byłem jednym z najlepszych studentów na roku). Dziwię się, że Kwaśniewski w takich ówczesnych warunkach nie zrobił magistra - samo nieomal powinno mu się zrobić. Zaskoczyli mnie przede wszystkim mnóstwem szczegółowych informacji jakie mają na mój temat. Chcieli mi się pochwalić i zaszokować jednocześnie jak wszystko kontrolują i jaką mają wszechwładzę i możliwości. Pomyślałem sobie, że część informacji mają z różnych dokumentów, które każdy składa w różnych instytucjach w różnych sprawach, ale część była na tyle szczegółowa i znana tylko pewnemu gronu iż stwierdziłem, że mają już innych współpracowników na moich studiach. Chyba prosili abym się zastanowił. Nie pamiętam już, ale chyba na drugim spotkaniu zdecydowałem się na współpracę. Ale wynikało to w moim przypadku tylko i wyłącznie chęcią wykapowania od środka instytucji bo inaczej prawie niemożliwe, kto w gronie moich kolegów i koleżanek jest tajnym współpracownikiem i donosi na innych. Chciałem zabawić się w "Konrada Walenroda", ot taka młodzieńcza fantazja. Dla młodszych, bo chyba nie ma w spisie lektur obowiązkowych: "Konrad Walenrod" - utwór A. Mickiewicza o Litwinie czy też Żmudzinie, który wkręcił się w szeregi Zakonu Krzyżackiego i w wyniku wielu zasług dochrapał się (chyba) najwyższego stanowiska Mistrza Zakonu, a jego celem było tylko wyprowadzenie na manowce i doprowadzenie do klęski całego Zakonu. Oczywiście na całej drodze awansu musiał składać różne przysięgi na lojalność i (na Boga) różnym przełożonym Zakonu. No i przez cały utwór wałkuje się problem rozterek moralnych, na ile ważna jest przysięga wypowiedziana wobec przysięgi wewnętrznie postanowionej wobec swego narodu, wobec więzi krwi.

Wiedziałem, że jeżeli chodzi o zindoktrynowanie mnie to nic mi nie grozi, tu nie mieli żadnych szans, ponieważ historię znałem bardzo dobrze i to tę nieoficjalną. Oboje moi rodzice siedzieli w obozach na Syberii (ojciec nawet 10 lat, był też wywieziony na roboty do Rzeszy Niemieckiej skąd kilka razy uciekał zanim mu się udało) tak, że historię znałem naprawdę z rzetelnych źródeł i rozumienie tych spraw miałem wystarczająco ugruntowane. Tak nawiasem, mój ojciec cały czas marzył, aby Amerykanie na nas napadli i wyzwolili spod okupacji rosyjskiej. Lub wzięli w niewolę jak uważają niektórzy plecący brednie na temat Iraku. W owym czasie w Polsce też by powstał ruch narodowo-wyzwoleńczy przeciw amerykanom, bo społeczeństwo było już wystarczająco zindoktrynowane, szczególnie dzieci i młodzież, no i nie wszyscy rodzice byli tak doświadczeni jak moi. Jak zmarł wujek Stalin to w szkołach prawie wszystkie dzieci płakały. Trudno się dziwić, bo codziennie uczyły się jakiegoś wierszyka lub śpiewały piosenki o naszym ukochanym i najmądrzejszym wujku Stalinie, a nie daj Boże od czasu do czasu dostały z tej okazji cukierki.

Wracając do tematu: Dostałem pseudonim, numery kontaktowe i jakieś procedury - agent jak się patrzy.

Już z pierwszego spotkania zrobiłem, aby nie zapomnieć, notatkę w domu wszystkiego co mówili, aby analizować szczegółowo, które informacje mogły być znane jakim moim znajomym i na zasadzie wiązania faktów i informacji z następnych spotkań wydedukowania kto jest tajnym współpracownikiem.

Problem był tylko w tym, że mimo iż starałem się na różne sposoby wyciągnąć jakieś interesujące mnie informacje z mojego rozmówcy SB-ka, wypowiedziane nawet mimowolnie, które dały by mi coś dodatkowego, to informacje te były za skąpe.

Jak się spotykałem z agentem to nie kryłem się ze swoimi poglądami, stwierdziłem, że może ja go poindoktrynuję i często zbaczałem z tematu, aby skomentować jakąś część zakazanej historii, albo zasad normalnej ekonomii.

Nawet podpisywałem notatki (koniecznie chciał abym to robił - brał mnie na litość, że musi się wykazać w pracy). No i pisałem, najczęściej rzeczy, których by się dowiedział jak by stanął na rogu przy uczelni. Albo np. kto był na katechezie dla studentów u księdza (na to akurat każdy mógł chodzić), albo o czym mówiono (pisałem, że o męce Jezusa i inne takie tematy). Właściwie nie podałem żadnej groźnej dla moich kolegów informacji (właściwie to jestem ciekawy co tam wtedy popisałem, coś może niepotrzebnie napisałem - pewnie wystąpię o odtajnienie dla mnie teczki z ciekawości). Dla mnie to już wtedy była w pewnym sensie dziecinada ze strony SB - nie czułem specjalnie z tego powodu jakiegoś zagrożenia, lekceważyłem to, może z tego powodu, że jak doszło by do jakiejś sytuacji, że chcieliby więcej, wiem, że mimo jakichkolwiek następstw powiedziałbym NIE (tak mi się wydaje). Oczywiście te informacje mogłyby być groźne, ale raczej w Rosji. W Polsce sytuacja była jednak inna. W Rosji na Syberię trafiła nawet 80-letnia babcia, która dostała zawiadomienie o śmierci syna pod Monte Cassino w języku angielskim, francuskim i niemieckim. A ponieważ nie umiała czytać dobrze nawet po polsku to poszła do kołchozu, aby jej przetłumaczyli. No i jak jej przetłumaczyli to znalazła się na Syberii, bo wychowała syna na wroga ZSRR.

Nawet wziąłem parę razy kasę i podpisałem pokwitowanie (też brał mnie na litość, że ma fundusz i musi go wydać, że informacja, która jest nieopłacona jest mniej wiarygodna, a on musi się wykazać). To mu przynosiłem na następne spotkanie Serduszko z wpłatą na wziętą kwotę na Centrum Zdrowia Dziecka, żeby załączył to do akt, mówił że mnie rozumie, ale nie brał - nawet przez długi czas trzymałem je na pamiątkę działalności agenturalnej (gdzieś się zapodziały podczas przeprowadzek). Najśmieszniejsze było to, że na kilka dni przed zawiązaniem się koła opozycyjnego na uczelni, na pytanie jakie są nastroje na Politechnice Gdańskiej, napisałem, że nic szczególnego. Wszyscy uczą się do jakiegoś kolokwium i tam takie ... .Byłem chyba kiepskim informatorem, bo spotkania były coraz rzadsze, aż zanikły. (Ciekawi mnie jaką ocenę wystawili mi jako agentowi - chyba kiepską)

Mnie nie udało się ustalić, który z kolegów był informatorem. Pewnie było ich wielu. Mogę się tylko domyślać i to dopiero po paru latach, kiedy dowiedziałem się, że ten i tamten zatrudnili się w Milicji.

Jak by na to nie patrzeć jestem umoczony w działalność agenturalną. Pisałem donosy, brałem kasę, mam pewnie swoją teczkę. No i gdybym chciał się udzielać politycznie musiałbym się ujawnić, w przeciwnym wypadku mógłbym być zlustrowany. Ujawnianie się wobec wszystkich jest fatalne, ale gdybym chciał być na stanowiskach politycznych czy rządowych na pewno ujawniłbym to swojemu przełożonemu w formie pisemnej z pokwitowaniem, że przyjął to do wiadomości. Bo rzeczywiście jedynym sposobem odcięcia się od możliwości jakiegokolwiek szantażu ze strony różnego tałatajstwa jest jakakolwiek forma ujawnienia, szczególnie wobec osób z którymi się współpracuje.

No i tą młodzieńczą głupotą zamknąłem sobie drogę do politycznej kariery - a mogłem być prezydentem, chociaż nie muszę.

To wszystko przez to, że nie słuchałem się ojca, który mówił aby za żadne skarby nic komuchom nie podpisywać, niczego, w jakiejkolwiek sprawie, bo to jest ostatni chłam ludzki nie wiedzący co to honor, wartość danego słowa, dla nich nie ma żadnych norm i dlatego nie można im dać żadnego pretekstu do władzy nad sobą bo mogą to wykorzystać w swoich niecnych czynach.

No i co mi po tym, że moje myślenie niewiele odbiega od poglądów mojego ojca.

Formalnie jestem byłym agentem i większość nie wdając się w szczegóły potraktowałaby mnie jak kogoś, kto gnębił opozycję, naród polski i był ostoją komunizmu.

No cóż, nie kandyduję na stanowiska polityczne (chociaż poglądów swoich nie ukrywam, bo uważam że moim obywatelskim i patriotycznym obowiązkiem jest wybijanie różnym osobom różnych głupot, których wiele się pojawia w telewizji i w innych środkach przekazu) i staram się żyć i budować uczciwie Polskę na tyle na ile potrafię.

http://info.onet.pl/1,15,11,8850282,26451936,1390166,0,forum.html

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl