| ||||
|
w tym wydaniu:
Daniel Pipes:
Agostino Bono:
Daniel Pipes:
Jerzy Przystawa:
Antoni Lenkiewicz:
Daniel Pipes:
Jan
Engelgard:
Cezary Rozwadowski:
Kazimierz Murasiewicz:
Jerzy
Przystawa:
Marian Kałuski:
Jerzy
Przystawa
Paweł
Sztąberek:
Joker:
Alain Korona:
Andrzej Zaremba:
Tomasz Tokarz:
O. Dariusz W. Andrzejewski:
Karolina Przesmycka:
Tomasz J. Kaźmierski:
Beata Andrzejewska, Robert Popielewicz:
Andrzej Madej:
ks. Witold Józef Kowalów:
Władysława Krynicka:
|
Paweł Sztąberek Nie stać nas na socjalizm Nie ulega wątpliwości, że zakres wolności ekonomicznej oraz wysokość podatków to najważniejsze czynniki rozwoju gospodarczego danego kraju. Większe efekty w dziedzinie tworzenia dobrobytu osiągnęły te państwa, w których gospodarka w przeważającym stopniu znajdowała się w rękach prywatnych, a podatki były niskie. Spełnienie pierwszego warunku sprzyja wzrostowi odpowiedzialności ludzi za posiadane przez nich dobra materialne, drugi natomiast wyzwala w jednostkach większy zapał do pracy, inwestowania i oszczędzania, sprzyja nowatorstwu. Niedawne spory o przyszłość polskiego systemu podatkowego pokazały, że wśród naszych elit politycznych, tak naprawdę niewiele jest osób, które rozumiałyby te proste prawdy. Nagonka ze strony m.in. prominentnych działaczy AWS-u na wicepremiera Leszka Balcerowicza jest najlepszym dowodem na ciągłe istnienie spustoszeń, jakie komunizm pozostawił w umysłach wielu dzisiejszych "prawicowców". Argumenty klasowe Zgłoszona przez ministra finansów propozycja
uproszczenia systemu podatkowego i zastąpienia progresywnego podatku
dochodowego podatkiem liniowym, o stawce jednakowej dla wszystkich, nie
doczekała się merytorycznej dyskusji w kręgach jego oponentów. Inna
sprawa, że również sam pomysłodawca nie był profesjonalnie przygotowany na
odpieranie wszystkich zarzutów płynących ze strony swoich krytyków. Często
pojawiający się argument, używany m.in. przez ministra Jerzego
Kropiwnickiego, że podatku liniowego nie ma nigdzie poza Estonią, był w
gruncie rzeczy mało przekonujący. Nie spotkał się on jednak z
natychmiastową ripostą wicepremiera Balcerowicza tłumaczącą, jakie skutki
dla estońskiej gospodarki przyniósł obowiązujący tam system podatkowy.
Jeśli zaś prawdziwe są liczne doniesienia prasowe, Estonia należy do
najszybciej rozwijających się państw spośród byłych republik radzieckich.
Szkoda, że minister finansów, lansując podatek liniowy, nie oparł się na
tym przykładzie. Socjalizm kosztuje Publiczne radio wyemitowało niedawno audycję
publicystyczną, w której znani przedstawiciele wiodących stronnictw
politycznych dyskutowali o podatkach. Niezwykła zgodność, jaką w tej
sprawie prezentowali politycy, skrajnie, wydawałoby się, odmiennych ideowo
ugrupowań, wprawiła mnie w osłupienie. Gdy jeden z liderów Ruchu
Patriotycznego "Ojczyzna" zauważył, że nie ma dowodów na to, iż obniżenie
podatków sprzyja rozwojowi gospodarki, dzielnie wtórował mu w tym
przedstawiciel SLD, oznajmiając wręcz, że jest wprost przeciwnie, że im
podatki wyższe, tym gospodarka bardziej kwitnie. Niestety, żaden z
przedstawicieli "prawicy" nie zaprotestował, gdy postkomunista podał
przykład Szwecji, jako najlepiej prosperującego państwa Europy. Najlepiej
prosperującego właśnie dzięki - jak się wyraził - wysokim podatkom. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że nie ma takiego kraju, który odważył odwołać się do tych prostych prawd. Przykład płynie z wyspy Kilkanaście lat temu zrozumieli to politycy, którzy doszli do władzy w Nowej Zelandii. W latach 50-tych ta niewielka wyspa należała do czołówki gospodarczej świata. Modne jednak wówczas na zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych programy "państwa opiekuńczego" oraz interwencjonizm państwa w gospodarkę wycisnęły swe piętno również na Nowej Zelandii. Przez kolejnych 20 lat dominacji ideii socjalistycznych i protekcjonistycznych, poważnie skurczyły się obszary ekonomicznej wolności. Podatek dochodowy wzrósł do 66 procent, rodzima produkcja stała się niezwykle kosztowna, a cła osiągnęły taki pułap, że niczego nie opłacało się importować. Mieszkańcy wyspy skazani byli na coraz droższe i gorsze jakościowo produkty. Kraj stanął na krawędzi kryzysu. Dopiero w 1984 roku do władzy doszli ludzie, którzy wiedzieli co trzeba zrobić, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj na prostą. Wstrzymano wszelkie dotacje rolnicze, drastycznie obniżono cła i - co bardzo ważne - radykalnie obcięto wszystkie podatki, tak, że górna granica obciążeń podatkowych spadła do 33 procent. Od razu też rozpoczęto prowadzoną na szeroką skalę akcję prywatyzacji deficytowych państwowych firm. Udane prywatyzacje, m.in. wielkiego molocha telekomunikacyjnego "Telecom NZ", doprowadziły do redukcji biurokracji. Nie tylko więc obniżono znacząco koszta funkcjonowania państwa, ale spowodowano, że sprywatyzowane firmy dziś same płacą podatki. A rolnictwo? Mimo że pozbawione dotacji, uchodzi za jedno z najbardziej konkurencyjnych na świecie. Nowa Zelandia, dzięki konsekwentnej polityce gospodarczej swojego rządu znów weszła do grona najlepiej rozwijających się państw świata. Lawrence W. Reed napisał kilka lat temu, że historia trwającej 12 lat transformacji Nowej Zelandii "powinna zostać wykrzyczana w niebogłosy". Trudno odmówić mu racji. Krótkowzroczna "prawica" Przykład Nowej Zelandii pokazuje, co bardziej opłaca
się czynić krajom, które, tak jak Polska, z powodu kilkudziesięciu lat
komunizmu, cierpią na ekonomicznie zapóźnienie. Strat wyprodukowanych
przez niemal pół wieku panowania gospodarki centralnie sterowanej nie
odrobi się stosując nadmierny fiskalizm i protekcjonizm. Szwecja dnia
dzisiejszego, wbrew temu co twierdzi przytoczony wcześniej polityk lewicy
i czemu zdają się przytakiwać co niektórzy przedstawiciele "prawicy", nie
jest dobrym krajem do naśladowania. W obecnej sytuacji o wiele więcej
można się nauczyć od Nowej Zelandii. http://www.kapitalizm.republika.pl/ | |||