| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Barry
Rubin:
Garry
K. Busch:
Daniel Pipes:
Józef
Darski:
Jan
Kowalski:
Jerzy
Przystawa:
Paweł
Sztąberek:
Joker:
Cezary Rozwadowski:
Andrzej Kumor:
Adrian R. Jaszewski:
Kazimierz Murasiewicz:
Zbyszek Koreywo:
S.
Chamilton:
Witold Filipowicz:
Hotnews:
|
Mariusz Dawid Dastych DWA WYBORY Sezon wyborczy tej jesieni zaczął się na dobre. Białoruski fuehrer Łukaszenka dał się łaskawie wybrać na prezydenta, prawie dożywotniego. Potem wybory na Ukrainie – protegowany Kremla Janukowycz contra otruty rycyną prozachodni liberał Juszczenko. Na razie nie rozstrzygnięte, druga tura 21 listopada. I wreszcie, te najważniejsze – wybory prezydenta USA, czyli lidera całego świata, a przynajmniej Zachodu. Tu, wbrew czarnowidztwu mediów, prezydent G.W. Bush został wybrany na drugą kadencję łatwo i czysto: ponad 3.5 miliona głosów obywateli więcej niż senator John Kerry, przewaga głosów elektorskich. A równocześnie republikanie umocnili pozycje w Kongresie USA, w obu izbach. Ameryka, aczkolwiek mocno podzielona, cieszy się. Europa – zgrzyta zębami (może poza Polską), a reszta świata czeka cierpliwie, co z tego wyniknie. Bo tak naprawdę, rzeczywisty wybór jest prosty: dobrze, czy źle. Te dwa kryteria można stosować do każdych wyborów, nawet do polskich, które są odwlekane, odwlekane już podobno do jesieni 2005 roku (aby postkomuna mogła jeszcze trochę porządzić i jeszcze trochę sobie przywłaszczyć z państwowego majątku). A propos naszej lewicy, chyba uczy się u fuehrera Łukaszenki jak przedłużać rządy, bo coś za łatwo im to idzie. Zostawmy jednak sprawy domowe i wyjrzyjmy na szeroki świat. Skansen białoruski możemy sobie odpuścić i lepiej tam nie jeździć własnym transportem, bo na cle konfiskują samochody i wszelkie dobra, które zbiry prezydenta mogą potem z zyskiem odsprzedać. Ukraina powinna nas jednak interesować, gdyż dzieją się tam ciekawe rzeczy (i wcale nie chodzi to, czy pan Kulczyk z panem Ałganowem dobudują linię przesyłową, czy nie!). Po pierwsze, Ukraińcy, choć w Polsce niezbyt lubiani z powodu UPA i pogromów, mają wreszcie swoje państwo, co wcześniej się nigdy im się nie udawało. I nie pomogło, że pan marszałek Piłsudski przyaresztował w Belwederze atamana Petlurę, bo i tak Sowieci położyli łapę na Ukrainie, a potem w 1939 roku na Polsce. Tymczasem jednak historia okazała się dla Ukrainy łaskawa w 1991, tak jak dla Rzeczypospolitej w roku 1918. I oto powstało nowe państwo, które stara się manewrować między post-sowieckim Wschodem a unijnym już Zachodem. Kiedy słucham czasem pana prezydenta Kwaśniewskiego jak głosi, że Polska powinna być dla Ukrainy przewodnikiem do Europy , to mnie pusty śmiech ogarnia. Ukraińców jest 50 milionów na Ukrainie i jeszcze parę dobrych milionów na świecie (chyba więcej niż Polaków) i bez polskiego przewodnictwa dadzą sobie nieźle radę. Mają bardzo silne lobby w Kanadzie i USA, które działa dużo lepiej niż lobby polonijne (choćby z tego powodu, że Ukraińcy nie stosują się do polskiego piekła i pomagają sobie nawzajem, miast się zwalczać i dzielić!). Mają też swoje wpływy w Moskwie i potrafią się z Rosjanami dobrze targować. Dlatego wszelkie lamenty, że po ukraińskich wyborach albo Europa albo azjatycka dzicz na nic się nie zdadzą. Ukraina, jak totem słowiański, dwugłowy, ma dwa oblicza – jedno zwrócone na wschód, a drugie na zachód. Jedno jest pewne, że ktokolwiek wygra te wybory (ostatecznie 21 listopada), ten będzie musiał nadal uwzględniać obie opcje: wschodnią i zachodnią. Bo położenie Ukrainy i jej historyczne związki pozostaną te same. Silna i niezależna Ukraina to dobry sąsiad dla Polski. I, pamiętając o krzywdach, powinniśmy spojrzeć we wspólną przyszłość. Amerykańskie wybory też można sprowadzić do pytania: Jaki wybór? Dobry, czy zły? Kiedy przed 2 listopada czytałem europejską i amerykańską prasę, doznałem wrażenia jakby nie chodziło o wybór prezydenta wielkiego kraju, ale o jakąś apokalipsę. Jeden z moich amerykańskich znajomych nazwał nawet prezydenta „Adolfem Bushem” i już na wyrost opłakiwał klęskę amerykańskiej demokracji. Prasa europejska (znów poza Polską) była pełna peanów na rzecz senatora Kerry’ego, który miałby zostać zbawcą Ameryki od dyktatury „neo-konów” (nowych konserwatystów) i załagodzić stosunki z Europą, tak haniebnie zranioną w wojnie irackiej (która podeptała świetne interesy Niemiec i Francji z Saddamem Husajnem, jak również nadzieje Rosji na odzyskanie pieniędzy władowanych temu dyktatorowi na prowadzenie wojen z Iranem, Kuwejtem i koalicją amerykańską, a ostatnio – z nową koalicją, pod wodzą USA). Apokalipsy nie było. Wybory w USA przeszły gładko, choć były też momenty napięć (np. kto weźmie głosy elektorskie z Ohio). Przy okazji fałszywe lub niedokładne okazały się wszelkie sondaże opinii publicznej, które nie wzięły pod uwagę zmiany nastrojów w Ameryce. Ameryka, nie ta „przybrzeżna” (Nowy Jork i Kalifornia), lecz ta w „interiorze” skłania się na prawo. Ludzie widzą w prezydencie Bushu „swego chłopa”, który ich obroni przed terrorystami i obniży podatki. Ludzie poszli głosować i oto prezydent, który pognał terrorystów i wygrał dwie wojny (iracką jeszcze nie do końca) okazał się wiarygodny, choć przegrał trzy pojedynki telewizyjne z elokwentnym i inteligentnym przeciwnikiem – Johnem Kerrym. To chyba pozytywny objaw, bo okazuje się, że debaty telewizyjne (okropnie zmanipulowane!) nie przesądzają o wynikach wyborów. A co my będziemy z tego mieli, my Polacy? Ano, nic. Nic jeśli sami nie potrafimy zadbać o nasze interesy w Ameryce, u prezydenta Busha, ale i w Kongresie i biznesie. Bo jeśli nawet kandydat Kerry więcej nam obiecał przed wyborami niż prezydent Bush – to nic z tego nie wynika. Kiedyś, nie tak znów dawno, jechał Pierwszy Sekretarz do Moskwy i załatwiał mięso czy ropę i gaz. Jeśli nadal wierzymy, że prezydent Kwaśniewski, albo były prezydent Wałęsa pojedzie do Białego Domu i „załatwi” zniesienie wiz dla Polaków, to nic z tego. Póki 90% naszych obywateli będzie starać się o wizę do USA by tam pracować na czarno lub biało, Amerykanie dla nas wiz nie zniosą. Ale – stopniowo – można ich przekonać, że wcale połowa Polski nie chce przesiedlić się do Stanów. I wówczas może sprawę da się załatwić. A w Iraku nasze wojsko pozostanie jeszcze długo, bo jak się dało słowo – to trzeba słowa dotrzymać. Psu na budę NATO, jeśli nie zadbamy o własną armię. A wojsko, które nie wąchało prochu też nie na wiele się przyda. A więc dwa wybory: dobrze czy źle? Myślę, że dobrze dla USA i dla Ukrainy. Źle dla Białorusi. A dla Polski raczej dobrze niż źle. Czas pokaże, jak będzie naprawdę. | |||