now@ on-line  październik  2004

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

w tym wydaniu:

 
Mariusz D. Dastych:
 
J. R. Nyquist:
 
Richard Pipes:
 
Józef Darski:
 
Daniel Pipes:
 
Andrzej Kumor:
 
Daniel Pipes:
 
Jerzy Marek Nowakowski:
 
Marian Kałuski:
 
Jacek Zieliński:
 
Klara Górska:
 
soccer:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Karolina Przesmycka:
 
Daniel Alain Korona:
 
Witold Filipowicz:
 
 
Łukasz Mikuła:
 
Adrian R. Jaszewski:
 
Richard Pipes:
 

 

Jacek Zieliński

KLASA Z KASĄ, CZY "KASA" Z "KLASĄ"?

Powyższy tytuł jest nieco dziwaczny - może się wydawać, że chodzi o pseudonimy groźnych gangsterów, jakich nam się ostatnio w Polsce namnożyło ponad miarę. Nie, tym razem rzecz będzie o wielkiej polityce i o wielkich pieniądzach, ale na skutek specyficznego slangu z półświatka, stosowanego przemiennie w środowiskach polityków i wielkiej finansjery, zostało tu przyjęte pewne ulubione przez nich słownictwo. Tylko dla lepszego zrozumienia wywodu, oczywiście.

Klasa jest pojęciem socjologicznym i ekonomicznym. W języku marksistów oznacza grupę ludzi, mających taki sam stosunek do środków własności. W ich uproszczonym pojęciu (może nawet nie tyle uproszczonym, co zwulgaryzowanym) w świecie toczy się nieustanna walka między klasami posiadającymi (burżuazją) a klasą robotniczą, która nie posiada nic. Przez dziesiątki lat byliśmy epatowani szczególną rolą "klasy robotniczej", która w tzw. Polsce Ludowej sprawowała rządy (za pośrednictwem swych przedstawicieli, ma się rozumieć, takich jak: Bierut, Berman, Radkiewicz, Gomułka, Kliszko, Gierek, Jaroszewicz, Jaruzelski, Rakowski...). W rzeczywistości klasą rządzącą byli osobnicy, nie mający na ogół z robotnikami nic wspólnego.

Nieoczekiwana zmiana ról

Na skutek nadużywania tych pojęć (takich, jak "klasa" itp.), zostały one mocno zdeprecjonowane. Ale po 1989 roku, być może na skutek olbrzymiej nadreprezentacji byłych członków PZPR (i formalnie bezpartyjnych sługusów partii komunistycznej), pojęcie "klasa" zyskało nowe znaczenie. Tym mianem bowiem warstwa w Polsce rządząca "ochrzciła się" i narzuciła nam nazwę: "klasa polityczna". Nie wszystkim dane było awansować do niej - początkowo to miano miało przysługiwać tylko nielicznym, którzy samozwańczo uznali się za "autorytety moralne". Rzecz dotyczyła głównie środowiska, którego pomiotem była swego czasu "Unia Demokratyczna", przemianowana z czasem (po kompromitacji tej formacji) na "Unię Wolności". Co więcej, unici (czy też uwole, jak celnie nazwała ich opinia publiczna) chcieli odróżnić się od pozostałych ugrupowań politycznych (których w warunkach względnej wolności politycznej nie brakowało) i usilnie poszukiwali nowej nazwy. Z miernym skutkiem zresztą, albowiem lansowane na siłę określenie "partia ludzi mądrych" doszczętnie ich ośmieszyło. Ale pojęcie "klasy politycznej" - choć w szerszym niż uwole znaczeniu - przetrwało do dziś i ma się dobrze.
Trudno nie kojarzyć przynależności do "klasy politycznej" z dostępem do publicznych, czyli naszych wspólnych pieniędzy. "Klasa polityczna" nie ma zresztą żadnych skrupułów w korzystaniu z zasobów państwowych, robi to jawnie i bezczelnie, a określenie "skok na kasę" zrobiło kolosalną karierę. Dziś każde przedsięwzięcie "polityczne", polegające na "rekonstrukcji" personalnej instytucji państwowych i samorządowych, utworzeniu nowego urzędu, czy na zmianach w składach rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem skarbu państwa, oznacza ni mniej, ni więcej tylko "skok na kasę". Bo w istocie nie o dobro ogółu tu chodzi, o poprawę efektywności gospodarowania czy zarządzania w rzekomo "reformowanych" czy też restrukturyzowanych instytucjach, ale o zgarnięcie jak największej puli (społecznych) pieniędzy w jak najkrótszym czasie.

Każdy chce do koryta

Dlatego nie dziwi już fakt, że zmiany na stanowiskach ministerialnych i równorzędnych oraz w tłustych (jak się je w tych kręgach nazywa) spółkach następują z taką częstotliwością, że można dostać oczopląsów, czytając w gazetach informacje na temat roszad kadrowych. A informacje, dotyczące "odpraw" i ich wysokości, przeciętnego czytelnika powalają z nóg. Dziesiątki tysięcy złotych, setki tysięcy złotych, miliony złotych "odprawy", zagwarantowane w niejawnych kontraktach, są po prostu ukrytym kanałem transferu pieniędzy państwowych do kieszeni prywatnych. I niech nas nie mamią usłużni propagandziści wiedzą, że na zachodzie jest podobnie, tzn. też są wysokie kontrakty. Przede wszystkim, że tam budowano pozycję koncernów i wielkich spółek kilkadziesiąt lat, a na ogół jest to kapitał prywatny lub akcyjny. Nikt o zdrowych zmysłach państwa do tego wprost nie miesza, choć jest przenikanie się tych dwóch sfer.
U nas zaś - to spółki skarbu państwa, częściowo tylko "sprywatyzowane", przy czym cudzysłów do tego słowa nie jest tylko formalnym ozdobnikiem, oznacza bowiem szybką (bardzo szybką) ścieżkę przejścia części akcji do rąk prywatnych byłych dyrektorów, sekretarzy partii itp. osobników. W krótkim czasie powstały fortuny, które wyrastały w okresie doskonale kontrolowanego niby "zamętu". Wiadomo, że w okresie zaledwie kilku lat nie można było dojść do milionów, a następnie miliardów dolarów w sposób całkowicie legalny. Dziś największe znane fortuny, to imperia warte po kilka (a może już więcej) miliardów dolarów. Co ciekawe - tzw. zausznik premiera Tadeusza Mazowieckiego, a następnie dziwnym (?) trafem szef doradców ekonomicznych premiera Jerzego Buzka, czyli magister (zwany doktorem) Marian (zwany Waldemarem) Kuczyński w programie publicystycznym w TV PULS powiedział wprost, że takie "osiągnięcia" nie budzą jego zdziwienia.
Czyli - ile miliardów państwowych przecież dolarów musiałoby trafić w ręce prywatne (za pośrednictwem "niewidzialnej ręki rynku", czyli - jak to określił premier Jan Olszewski - "niewidzialnej ręki aferzysty"), aby dokonać przełomu w głośnym myśleniu magistra vel doktora Mariana vel Waldemara Kuczyńskiego? Może dopiero moskiewska skala bogactwa zmusiłaby go do myślenia? Przypomnijmy - dzisiejsza Moskwa liczy nie mniej miliarderów (liczonych w USD, a nie rublach), niż Nowy Jork. A są i inne podobieństwa obu tych grup, jak np. "nacjonalnost").

Dlaczego nie kochamy polityków

Politycy w dzisiejszej Polsce to jedna z najbardziej znienawidzonych grup społecznych, szczególnie ci, którzy politykę traktują jako swój "zawód", a partyjne i parlamentarne posady są dla nich miejscem "pracy". Nie ma się czemu dziwić. Sondaże, przeprowadzane nawet wśród samych zainteresowanych wykazały, że np. dokonanie kupna ustawy nie byłoby rzeczą nadmiernie trudną! Coraz mniej skrywane związki ze światem (a właściwie: półświatkiem) mafijnym i gangsterskim, ze światem lewego "biznesu" (choćby relacje osławionego posła SLD Jerzego Jaskierni z "grupą automatową" czy polityków z pierwszych stron gazet z mafią "paliwową").
Nie tak dawno wyszedł na jaw fakt, jak to prezydent Kwaśniewski zajrzał jakoby na chwilę do gabinetu premiera Millera i po krótkim czasie wszedł tam najbogatszy obywatel RP, usilnie zainteresowany korzystnym dla siebie składem zarządu PKN ORLEN SA... Bardziej zorientowani obserwatorzy twierdzą jednak, że to Kwaśniewski był wezwany "na dywanik" i musiał na niego nieco poczekać.
Przeciętnym obywatelom wydaje się, że wypływ gotówki z państwowej kasy polega na tym samym, co kiedyś. Kiedyś taki koleś brał po prostu tyle, ile zdołał udźwignąć i miał tylko jeden problem: nie dać się złapać. Dziś można inaczej - od czego są bowiem zabezpieczenia prawne? Można przecież tak skonstruować kontrakt, który gwarantuje zainteresowanemu odpowiednio wysoką (bardzo wysoką) gażę, a w przypadku wcześniejszego zwolnienia, czy odwołania ze stanowiska - ogromną odprawę. Przećwiczyliśmy to ostatnio na przykładzie PKN ORLEN, spółki z dużym udziałem skarbu państwa. Odwołany prezes Zbigniew Wróbel zainkasował ni mniej, ni więcej, tylko 6,2 mln złotych odszkodowań i odpraw. Ile przeciętnych rodzin musiałoby pracować całe życie, aby uzyskać taką kwotę? Zakładając, że byłyby to osoby z tzw. średnią pensją netto, czyli około 1,5 tys. zł, pracujące po 30 lat (i cały czas uzyskujące taką płacę!), to potrzeba na to pracy aż 12 dorosłych osób, czyli... sześć dobrze usytuowanych w naszych warunkach rodzin (lub, przy odpowiednio niższej pensji, 10-12 rodzin).
Na miejsce Wróbla decydenci dali niejakiego Jacka Walczykowskiego (och, ta grzywka, och, ta buźka! - inteligencja i szyk widoczne od razu). Ten pobył na stanowisku prezesa zaledwie trzy tygodnie, więc i odprawę dostał mniejszą: "zaledwie" 700 tys. zł. To 30-letnia praca nauczyciela, zarabiającego średnio 1,5 tys. zł. Ale pielęgniarka z pensją 700 zł musiałaby poświęcić aż dwa życia, bo to byłoby ponad 72 lata pracy.
Dziwaczne związki "klasy" z "kasą" przestały nas dziwić. Prasa i inne media codziennie zalewają nas informacjami, które powoli przyzwyczaiły nas do tego stanu rzeczy. Skoro wszystko jest legalne i mamy państwo prawa, to przecież nic nie możemy zrobić. W ten sposób politycy i biznesmeni (lub na odwrót - jak kto woli) rządzą nami i dyktują nam warunki, korzystne wyłącznie dla nich.

** ** **

Powoduje to kompletną demoralizację (skoro "oni" mogą, to dlaczego my nie możemy?) i rozkład państwa. To, co było budowane mozolnym wysiłkiem kilkudziesięciu pokoleń, jest niszczone na naszych oczach. Można ten proceder powstrzymać, nawet w warunkach demokracji. Trzeba jednak patrzeć na ręce "klasie" i "kasie", demaskować ich wzajemne związki i szemrane interesy, a przede wszystkim - konsekwentnie rozliczać każdą ukradzioną czy zmarnowaną przez nich złotówkę. A jeśli ma być "państwo prawa", to prawo nie może stać na straży lewych interesów lewych polityków i lewych biznesmenów. To oni przede wszystkim powinni być poza wszelkim podejrzeniem.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl