| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
J. R. Nyquist:
Richard Pipes:
Daniel Pipes:
Andrzej Kumor:
Daniel Pipes:
Jerzy Marek Nowakowski:
Marian Kałuski:
Jacek Zieliński:
soccer:
Zbyszek Koreywo:
Karolina Przesmycka:
Daniel Alain Korona:
Witold Filipowicz:
|
Richard Pipes „Żyłem – wspomnienia niezależnego” UCIECZKA Z OKUPOWANEJ WARSZAWY Dokładnie nie wiem, dlaczego ojciec nie zgadzał się na perspektywę przetrwania pod niemiecką okupacją, czym zadowalała się większość Żydów. Prawdopodobnie powodowała nim duma: ojciec był człowiekiem pełnym godności, nie tolerował nawet myśli, że może być potraktowany jak parias. Nie podzielał żadnych, dominujących wówczas złudzeń i prawidłowo oceniał to, co nastąpi. W liście, który napisał miesiąc później, zanim zaczęły się otwarte prześladowania, ostrzegał: „Polscy Żydzi będą narażeni na los gorszy niż niemieccy”. Gdzieś w pierwszej połowie października zaczęliśmy odbywać narady rodzinne w kuchni, którą mieliśmy tylko dla siebie od czasu, gdy nasza gosposia, Andzia, znikła po wybuchu wojny. Powstała możliwość opuszczenia Polski i wyjazdu na Zachód na sfałszowanych dokumentach, jako rzekomi obywatele jednego z krajów Ameryki Łacińskiej. Ojciec dowiedział się, że jego znajomy, którego nazwę „Pan X”, honorowy konsul tego kraju, był w posiadaniu jedynego czystego blankietu paszportowego, choć nie miał pieczęci konsularnej, którą zabrał ze sobą konsul generalny, kiedy opuszczał Warszawę wraz z korpusem dyplomatycznym. „Pan X” oferował paszport do naszej dyspozycji. Powstał jednak problem, który musieliśmy rozwiązać: czy stać nas na oderwanie się od korzeni i wyjazd w nieznane? Choć nigdy nie byliśmy bogaci, w naszym domu nie dyskutowało się o pieniądzach (w średnio zamożnych żydowskich rodzinach nigdy nie mówiło się o pieniądzach), a ja nie zdawałem sobie sprawy z tego, że pieniądze były niezbędne, aby przeżyć. Kiedy ojciec głośno rozważał „pro” i „kontra” takiego przedsięwzięcia, ja widziałem tylko „pro”. Chciałem zapisać się na uniwersytet i wiedząc, że nie mogłem nawet myśleć o tym w Polsce okupowanej przez Niemców, nalegałem na wyjazd. Co do pieniędzy, mogliśmy sobie poradzić: przecież ojciec posiadał konto bankowe w Sztokholmie, które mogło nas wybawić z kłopotów.Zdaniem matki decyzja o wyjeździe została powzięta po tym, jak Niemcy wywiesili ogłoszenia, zapowiadające, że kartki na chleb zostaną wydane tylko tym mieszkańcom, którzy się u nich zarejestrują. Ojciec wyciągnął z tego wniosek, że był to sposób, by dowiedzieć się, kto jest Żydem. Moje argumenty i moja (niczym nie uzasadniona) pewność siebie niewątpliwie pomogły skłonić ojca do działania: wspominając o tym, nadal jestem zdumiony niesłychaną śmiałością jego decyzji. Matka znalazła żydowskiego grawera, który w niecałą godzinę podrobił brakującą pieczęć konsularną. Następnie ojciec podjął rozmowy z niemiecką Komendanturą Wojskową na temat zezwolenia na wyjazd. Gestapo przybyło do Warszawy15 października, ale ojciec negocjował tylko z wojskiem. Opowiedział mi, że kiedy prowadził rozmowy na temat naszego wyjazdu w niemieckim sztabie, spotkał tam przypadkiem prezydenta Starzyńskiego, który, podejrzewając ojca o to, że jest niemieckim agentem lub kolaborantem, spojrzał na niego z niechęcią, ale ojciec nie miał możliwości wytłumaczenia się. Kiedy trwały starania o wyjazd, ja odwiedzałem przyjaciół. Szczęśliwie wszyscy przeżyli oblężenie. Wchodząc na podwórko kamienicy, w której mieszkał kolega szkolny, znany z namiętnej miłości do muzyki, usłyszałem dźwięki Eroiki Beethovena. Matka innego kolegi była tak wystraszona, że odmówiła mi otwarcia drzwi. Mój najlepszy przyjaciel, Olek Dyzenhaus, miał się jak najlepiej. Kiedy wędrowaliśmy Marszałkowską, zauważyliśmy kolejkę po chleb: zajęliśmy w niej miejsce, rozmawiając i śmiejąc się. Mężczyzna stojący za nami, potrząsając głową, mruknął: „Ach, młodzież, młodzież!”. Myśleliśmy, że to dziwactwo, ale teraz rozumiem jego reakcję. W końcu dokumenty były gotowe, wraz z wizą tranzytową do Włoch. Mieliśmy wyjechać o 5.49 rano, w piątek, 27 października, pierwszym pociągiem, który od zajęcia miasta przez Niemców miał odjechać z Warszawy. Był to pociąg wojskowy, wiozący niemieckich żołnierzy na urlop do domu. Mieliśmy nim dojechać do Breslau (dzisiejszego Wrocławia). Ojciec umówił się z Polakiem niemieckiego pochodzenia, tacy byli znani jako folksdojcze, aby wprowadził się do naszego mieszkania, by, jak zakładano, opiekować się nim do naszego powrotu. Człowiek ten podpisał dokładny inwentarz naszych rzeczy znajdujących się w mieszkaniu. Ja tymczasem zebrałem kilka swoich skarbów, głównie książek o muzyce i historii sztuki oraz fotografie. Z resztą mojej skromnej biblioteki pożegnałem się. Były w niej głównie książki o filozofii i historii sztuki, a najcenniejsza wśród nich była wielotomowa encyklopedia Meyera Konversationslexicon, opublikowana pod koniec XIX wieku. Z niej nauczyłem się prawie wszystkiego, co wiedziałem o historii sztuki. Rosyjski cenzor zamazał w niej czarnym tuszem wszystkie miejsca, które wydawały mu się obraźliwe; okładki były starannie oderwane, aby posłużyć, jak poinformował mnie wuj, do palenia w piecu podczas mroźnych zim I wojny światowej. I teraz przez całą noc trząsłem się z zimna, nie mogąc się opanować. Było jeszcze ciemno, kiedy udałem się na dworzec kolejowy po dwóch bagażowych: podróżowaliśmy pierwszą klasą z masą bagażu, udając wysoko postawionych cudzoziemców. Dworzec roił się od umundurowanych Niemców. Dla bezpieczeństwa ojciec przekonał „Konsula X”, by towarzyszył nam do Breslau, skąd mieliśmy jechać dalej przez Monachium Polska, Włochy, do Rzymu. Jeden z braci mojej matki, Max, który przyszedł na stację, by nas pożegnać, trzymał Coco, którą musieliśmy zostawić. Suczka skamlała i szarpała smycz. Kiedy pociąg zaczął ruszać, Coco urwała się i skoczyła na stopnie wagonu, prosto w moje objęcia. Zatrzymałem ją.W przedziale wsunęła się pod siedzenie i ukrywała się tam aż do końca podróży, jakby wiedziała, że nie powinna być w tym pociągu i nie chcąc sprawić nam kłopotu. Pozostała z nami aż do swej śmierci, przez dziesięć następnych lat. W naszym przedziale siedział niemiecki lekarz w mundurze, sierżant i korpulentna kobieta ze swastyką przypiętą do sukni. Doktor zaczął rozmowę ze mną. Kiedy dowiedział się, że pochodzę z Ameryki Łacińskiej, powiedział, że hiszpańskie pomarańcze są lepsze od amerykańskich (a może odwrotnie?), że Radio City Rockettes to świetny zespół i że syn poprosił go, żeby mu przywiózł polskiego ogrodnika. Mówiąc to, chichotał, że nie pozwoli, by ogrodnik wchodzil do domu, bo Polacy „śmierdzą”. Sierżant wyjął z plecaka połeć słoniny, odciął kawałek i żuł, nie odzywając się. Matka, która siedziała obok mnie, kopała mnie delikatnie od czasu do czasu, abym nie powiedział czegoś, co mogłoby sprowadzić na nas kłopoty. Kiedy próbowała pójść do ubikacji, niemiecki żołnierz stojący na korytarzu, zapewne uświadomiony rasowo, zagrodził jej drogę, mówiąc, że i tak ma szczęście, że jedzie tym pociągiem. Jako że Polska została podbita przez Niemcy, nie było już granicy między dwoma państwami i dojechaliśmy do Breslau bez przeszkód. Aby oddalić jakiekolwiek podejrzenia, ojciec wybrał na nocleg jeden z najlepszych hoteli w mieście, Vier Jahreszeiten, nieopodal dworca. Po rozpakowaniu się i umyciu wyszedłem do miasta i kupiłem parę książek: schludność i dobrobyt tego miasta zaskoczyły mnie. Wieczorem odwiedziliśmy elegancką restaurację hotelową na drugim piętrze, wypełnioną oficerami w mundurach i dobrze ubranymi paniami. Zamówiliśmy pieczoną kaczkę. Kelner uprzejmie zapytał, czy mamy kartki na mięso. Nie mieliśmy: poradził nam, jak je dostać następnego dnia. Odwiedziłem ten hotel sześćdziesiąt lat później, kiedy nosił nazwę Polonia. Teraz był to hotel trzeciej kategorii. Ale sala restauracyjna na drugim piętrze nadal istniala, choć znacznie mniejsza niż ta, którą zachowałem w pamięci. W Breslau spędziliśmy drugą noc, zanim w niedzielę, 29 października, odjechaliśmy do Monachium. Ojciec nie miał niemieckich pieniędzy, by kupić bilet do Monachium i dalej do Rzymu. Krążył więc po dworcu, wypatrując oficera o uczciwej twarzy. Była to kolejna ryzykowna operacja. Wreszcie zdecydował się na kogoś i zapytał, nie wiem pod jakim pretekstem, czy nie byłby tak uprzejmy i nie wymienił mu polskich złotych na marki niemieckie, do czego żołnierze powracający z Polski mieli prawo. Oficer zgodził się. Podróżowaliśmy do Monachium przez Drezno i przybyliśmy tam po południu. Musieliśmy czekać kilka godzin na nocny pociąg do Rzymu. Zdecydowałem, że wykorzystam wolny czas na odwiedziny w sławnym monachijskim Muzeum, Starej Pinakotece. Zignorowałem opory rodziców, przyrzekając, że będę unikał kłopotów. Z dworca poszedłem pieszo na Karolinenplatz, gdzie wówczas znajdowało się mauzoleum nazistowskich zbirów, którzy padli w jakiejś bójce za Fuehrera: żołnierze pełnili tam wartę, a cały plac był przystrojony flagami ze swastyką. Do Pinakoteki było stąd nie więcej jak kilometr i wkrótce znalazłem się przed bocznym, wschodnim wejściem. Wysoko na schodach stał umundurowany nazista. „Czy to jest wejście do Pinakoteki?” spytałem. „Pinakoteka jest zamknięta. Nie wiesz, że jest wojna?”. Wróciłem na dworzec. Później matka powiedziała mi, że dyskretnie szła za mną, na wszelki wypadek. Powtórzyłem tę trasę ponownie w 1951 roku i czułem ogromną satysfakcję, że nazisty już tam nie było, za to byłem ja. Wieczorem dotarliśmy do Innsbrucka, który od Anschlussu stanowił granicę Rzeszy z Włochami. Funkcjonariusz Gestapo wszedł do naszego przedziału, w którym byliśmy teraz sami, by zabrać nasze paszporty: mieliśmy jeden paszport na nas troje. Wkrótce gestapowiec pojawił się znowu, oświadczając, że niestety nie możemy kontynuować podróży do Włoch, ponieważ nie mamy zezwolenia Gestapo na opuszczenie Niemiec. „ Co zatem mamy zrobić?” zapytał ojciec. „ Powinniście się udać do Berlina, gdzie wasza ambasada załatwi wam odpowiednie dokumenty”. Z tymi słowy zasalutował i oddał paszport. Wynieśliśmy nasze bagaże z pociągu i ułożyliśmy na peronie. Ojciec gdzieś znikł. Matka i ja staliśmy bezradnie, a wokół nas młodzi Niemcy i Austriacy z nartami na ramieniu rozmawiali wesoło. Nagle ojciec wrócił. Kazał nam wnieść bagaże z powrotem do pociągu. Zrobiliśmy to w wielkim pośpiechu, gdyż pociąg właśnie ruszał. Zaledwie zdołaliśmy rozmieścić bagaże w przedziale, który wcześniej opuściliśmy, kiedy funkcjonariusz Gestapo znów się pojawił. „Prosiłem, żebyście opuścili pociąg” powiedział groźnie. Nie był jednak nikim ważnym i jego słowa nas nie przestraszyły. Ojciec, który władał niemieckim jak urodzony Niemiec (młodość spędził w Wiedniu), starał się, jak mógł, tak kaleczyć niemiecka gramatykę i wymowę, by dobrze odegrać rolę Latynosa mówiącego po hiszpańsku.(W rzeczywistości żadne z nas nie znało ani słowa po hiszpańsku). Wyjaśnił, że odwiedził naczelnika stacji w Innsbrucku i powiedział mu o tym, że musimy jak najszybciej wrócić do rodzinnego kraju. Naczelnik stacji, prawdopodobnie niezbyt służbisty Austriak, który nie miał prawa decydować w tej sprawie, wysłuchał go i odpowiedział coś w rodzaju von mir aus, co w wolnym przekładzie znaczy „A jedźcie sobie!”, lub, być może bardziej kolokwialnie, das ist mir Schnuppe, „co mnie to obchodzi”. Gestapowiec znów zażądał paszportu i wyszedł. Tymczasem pociąg wolno zmierzał w kierunku granicy włoskiej w Brennero, odległej o jakieś 40 kilometrów. Za oknem widać było ogromny masyw Alp. To był najbardziej krytyczny moment w naszym całym życiu, bo gdyby kazano nam wysiąść w Brennero i zmuszono do podróży do Berlina, z całą pewnością zginęlibyśmy, gdyż „nasza” ambasada od razu wykryłaby, że paszport, którym się posługiwaliśmy, był nieważny i prawdopodobnie wydano by nas Niemcom. Nie pamiętam, jak długo musieliśmy czekać na decyzję. Prawdopodobnie kilka minut, lecz czas wlókł się okropnie. Zanim dojechaliśmy do granicy, gestapowiec wrócił. Powiedział: „Możecie jechać dalej pod jednym warunkiem”. „Jakim?” spytał ojciec. „Że nie wrócicie do Niemiec. „Aber NEIN!”, „Ależ NIE!” odpowiedział mu ojciec, prawie krzycząc, jakby sama perspektywa postawienia kiedykolwiek stopy w Niemczech napawała go przerażeniem. Niemiec oddał nam paszport i wycofał się. Matka wybuchła płaczem; ojciec poczęstował mnie papierosem, pierwszym w życiu. Wczesnym rankiem dotarliśmy do Bolzano, gdzie, podczas krótkiego postoju, kupiliśmy sobie świeże kanapki. Słońce świeciło jasno. Przed południem, 30 października, przybyliśmy do Rzymu. Byliśmy uratowani. Tłumaczył David M. Dastych Książka Richarda Pipesa pt. „Żyłem – wspomnienia niezależnego”, ukaże się nakładem Wydawnictwa Magnum w październiku 2004 roku. Copyright: Magnum 2004 | |||