| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
J. R. Nyquist:
Richard Pipes:
Daniel Pipes:
Andrzej Kumor:
Daniel Pipes:
Jerzy Marek Nowakowski:
Marian Kałuski:
Jacek Zieliński:
soccer:
Zbyszek Koreywo:
Karolina Przesmycka:
Daniel Alain Korona:
Witold Filipowicz:
|
Karolina Przesmycka Stagnacja społeczeństwa obywatelskiego Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego nieodparcie kojarzy się z demokracją. W zdrowym systemie oba zjawiska powinny występować równolegle, wzajemnie warunkując swoje funkcjonowanie. W obliczu takich spostrzeżeń Polska jawi się jako prawdziwy fenomen. Społeczeństwo obywatelskie to, w wymiarze organizacyjnym, zintegrowana sieć różnorodnych struktur społecznych. Ale sformułowanie to posiada również inny desygnat. Odnosi się do zbiorowości osób świadomych możliwości wpływania na to, co dzieje się w ich kraju. Dobrze skonstruowane społeczeństwo obywatelskie nie jest przejawem ochlokracji, a najdoskonalszą formą demokracji. Historia polskiego civil society ma bardzo specyficzne oblicze. Droga, którą ta idea próbuje na trwałe zadomowić się w naszej społecznej świadomości jest niezwykle kręta. Zalążki społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju pojawiły się w latach osiemdziesiątych za sprawą wielkiego ruchu społecznego, jakim była Solidarność. Ta w pełni obywatelska inicjatywa potrafiła w krótkim czasie zintegrować cały naród, przekształcając się z sieci niezależnych związków zawodowych w szerokie spektrum organizacji i indywidualnych podmiotów połączonych wspólną ideą – zniesieniem układu „my kontra oni”. Wydawało się, że, spośród krajów socjalistycznych, to Polska wyznaczy drogę transformacji systemowej, tak jak Solidarność stała się wzorcem dla litewskiego Sajudisu i innych ruchów opozycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednak o tym, co miało miejsce później, pisać nie trzeba. Zawiniły elity, ale pękło też coś i w społeczeństwie. A może wcale nie pękło. Może wzięła górę mentalna scheda po poprzedniej epoce. Z instytucjonalnego punktu widzenia wszystko zapowiadało się nadzwyczaj pomyślnie. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpił rozkwit wszelkiej maści organizacji i stowarzyszeń. Jednak rzeczywistą aktywność wykazywały tylko nieliczne, podczas gdy w innych krajach postkomunistycznych powstawało mniej struktur obywatelskich, ale przy większej ich dynamice i skali działania. W końcu proces kształtowania się niezależnych organizacji społecznych w Polsce dosięgła stagnacja. Przyczyny są co najmniej dwie. Po pierwsze wciąż nadmierna biurokracja, przejawiająca się w skomplikowanych procedurach prawnych związanych z rejestracją stowarzyszeń (szczególnie fundacji), po drugie – ślady poprzedniej epoki, ciągle obecne w świadomości społecznej. Do tych ostatnich należy zaliczyć przede wszystkim przeświadczenie o opiekuńczej roli państwa. Przekłada się to na ogólną tendencję do bierności, brak wiary w możliwość zdziałania czegokolwiek samodzielnie i wreszcie brak zaufania do prywatnych inicjatyw obywatelskich, np. organizacji charytatywnych. W porównaniu z krajami zachodnimi organizacje non-profit nadal cieszą się małą popularnością. Etatystyczne przyzwyczajenia są w Polsce zbyt silne. Na tym tle w miarę dobrze wypada jeszcze idea wolontariatu, wokół której skupia się coraz więcej młodych ludzi. I w tym tkwi duża nadzieja, inwestycja w młodzież może zaprocentować. Jednak do zrobienia jest dużo, wiedza młodych ludzi na temat społeczeństwa obywatelskiego ogranicza się najczęściej do znajomości jego podręcznikowej definicji. Prócz wspomnianych organizacji wolontariackich, młodzież nie wykazuje większego zainteresowania członkostwem w strukturach trzeciego sektora. Udział we wszelkiego rodzaju samorządach czy klubach szkolnych, których zadaniem jest właśnie przygotowanie uczniów do funkcjonowania w społeczeństwie, dyktowany jest często względami czysto pragmatycznymi. Bardziej wegetując, niż faktycznie działając, nie przekazują one młodym ludziom żadnej wiedzy praktycznej. Przypomina to jedynie smutną powtórkę z PRL, gdzie wszystko odbywało się wyłącznie na pokaz. Placówki naukowe powinny oferować dostęp do szkoleń w zakresie pisania projektów i różnego rodzaju praktyk. Zajęcia z wiedzy o społeczeństwie powinny mieć charakter przede wszystkim praktyczny, a prowadzący winni wpajać młodym ludziom, że w przyszłości państwo nie będzie w stanie zaspokoić wszystkich ich potrzeb. To miałoby szansę przyczynić się również do choćby minimalnego wzrostu zainteresowania polityką, bowiem w chwili obecnej młodzież tylko powiela nastawienie „my kontra oni”. Aby zbliżyć „nas” do „nich” potrzebne są również zmiany polityczne w naszym kraju. Zacząć można od koncepcji JOW, lub zwiększenia roli referendów lokalnych, bowiem to od społeczności lokalnych powinna zacząć się budowa społeczeństwa obywatelskiego. Powiedzenie mówi, że Krakowa od razu nie zbudowano. Nad ideą obywatelstwa i samorządności w Polsce też trzeba trochę popracować. Jednak w porównaniu z naszymi historycznymi „towarzyszami niedoli”, którzy także musieli przechodzić transformację systemową, straciliśmy już zbyt dużo czasu. Więc nie marnujmy go dłużej. | |||