| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
J. R. Nyquist:
Richard Pipes:
Daniel Pipes:
Andrzej Kumor:
Daniel Pipes:
Jerzy Marek Nowakowski:
Marian Kałuski:
Jacek Zieliński:
soccer:
Zbyszek Koreywo:
Karolina Przesmycka:
Daniel Alain Korona:
Witold Filipowicz:
|
Klara Górska Czy Leszek Miller jest mężczyzną prawdziwym? Widoczne na zdjęciach zafrasowane miny Millera i jego otoczenia są jak najbardziej uzasadnione. Josef Paul Goebbels, który był ministrem propagandy III Rzeszy, pouczał swych nazistowskich wyznawców następująco: nasza partia [...] walczy przeciwko wszelkim reakcyjnym prądom, przeciwko kościelnym, arystokratycznym i kapitalistycznym przywilejom i wszystkim obcym wpływom... Czy Leszek Miller do 1989 roku, jako sekretarz KC PZPR i członek Biura Politycznego oficjalnie głosił coś innego? A później, czyż doprawdy nigdy nie zatęsknił za czasami, w których było (jemu) tak dobrze? Dlatego niech uważa i nie rzuca Goebbelsem w innych, bo to jemu chyba do niego najbliżej. Obóz rządzący, po niespełna trzech latach od wygranych w 2001 roku wyborach, sypie się i zanika. Z potężnej partii, jaką był Sojusz Lewicy Demokratycznej, który potrafił wchłonąć prawie wszystko, co się ruszało po lewej stronie, został tylko twardy rdzeń, składający się z tych, którzy już nie bardzo mają gdzie odejść. Triumfujący jesienią 2001 roku Leszek Miller, który pyszałkowato obwieścił, że jeżeli zechce, "to gruszki na wierzbie wyrosną", stoi teraz przed perspektywą Trybunału Stanu. "Prawdziwy mężczyzna" - jak sam się onegdaj określił - nie wytrzymuje już napięcia i nerwy mu puszczają. Popuszcza zresztą coraz częściej, ale to, co zrobił ostatnio, wydobyło na jaw jego chamstwo i komunistyczną butę. To tacy ludzie jak on rządzili nami bezkarnie w latach 1944-1989. I, jak widać, trwają nadal na stanowiskach, choć wszystko wokół się zmienia. Początek rządów SLD był naprawdę trudny - po obietnicach przedwyborczych i wyborczych gawiedź myślała, że od razu będzie lepiej. Ale z próżnego to i Miller nalać nie potrafił. Przez ponad rok cała propaganda postkomunistów była zatem nastawiona na krytykę poprzedników, czyli AWS, i na obarczaniu ich (nie istniejącej już praktycznie formacji) wszelkimi winami. Nie zatrzymały tego procederu nawet raporty Najwyższej Izby Kontroli, która ujawniła, że tzw. raport otwarcia rządu Millera został przygotowany na częściowo sfałszowanych danych. Ale na krytyce długo jechać nie było można, więc Miller użył bardzo efektownego zwrotu, obiecując, że na koniec jego rządów (czyli w roku 2005) będzie już naprawdę całkiem dobrze. Miller jako mężczyzna Wyraził to językiem sobie właściwym: "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy". Co prawda od premiera dużego europejskiego kraju o tysiącletniej tradycji wymagać powinno się nieco więcej, ale język godny bywalca agencji towarzyskich przypadł gawiedzi do gustu. Spodobało się to i przyjęło, przede wszystkim w otoczeniu autora tych słów, który utwierdzał się w ten sposób, że sprawy idą w dobrym kierunku. Sielanka długo jednak nie trwała. Czy widział ktoś uczciwe i nastawione na dobro ogółu rządy komunistów? Przecież gdyby tak było, to komunizm podbiłby całkowicie pokojowo cały świat i byłby ustrojem wiecznej szczęśliwości! Obietnice wyborcze, a później już rządowe, stały się pustym rytuałem (na tym zresztą polega skuteczna propaganda). Kto dziś pamięta, co obiecywał minister Jerzy Hausner jesienią 2001 roku, latem 2002, jesienią 2002, na początku 2003, pod koniec 2003, latem 2004? Praktycznie nikt. A obiecywał to samo, co teraz - że bezrobocie lada chwila spadnie i będzie się nam żyło dużo lepiej. A że wtedy nie wyszło? To trzeba obiecywać dalej. Już starożytni wiedzieli, że kłamstwo stale powtarzane uzyska status prawdy. Podobnie było zresztą w Związku Sowieckim, gdzie naczelny organ ogłupiania i okłamywania podbitych ludów nazywał się "Prawda". Tym samym torem rozumowania szła ideologia nazistowska, najbliższa komunistycznej, bo to były siostry, różniące się mniej istotnymi szczegółami. Totalna kompromitacja władzy Na jaw zaczęły wychodzić afery, kompromitujące układ rządzący. Związki polityków z mafią i mafiosami, gangsterzy na salonach władzy, politycy na przyjęciach u gangsterów, wspólne, prowadzone na wielką skalę "interesy", przekręty samorządowe, parlamentarne i biznesowe drażniły opinię publiczną, która nie była przyzwyczajona aż do takiej kondensacji korupcji, prywaty i przenikania się sfery rządzącej i kryminalnego podziemia. A przede wszystkim - co krok, to kłamstwo. Politycy kłamali w żywe oczy, w świetle jupiterów, do kamer i mikrofonów. W tym procederze całkowicie zatracili umiar. Afera samorządowa, w której zaczęło się (dziś byśmy powiedzieli: "prawie niewinnie") od lokalnych kontaktów samorządowców z SLD z miejscową mafią, a tu wyszło na jaw, że system ostrzeżeń działał przez parlamentarzystów tej formacji i najwyższych urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dziś przed sądem stoją: były wiceminister spraw wewnętrznych Zbigniew Sobótka i grono byłych posłów SLD. Afera "automatowa" (chodziło o automaty do gry, zwane "jednorękimi bandytami", którym z racji głębokiego zaangażowania się prominentów z SLD natychmiast nadano nazwę "leworękich bandytów"). Nie tylko zakłamany przed kamerami Jerzy Jaskiernia (wówczas szef Klubu Parlamentarnego SLD) miał z nią jaskrawe związki, choć wypierał się wszystkiego (nawet własnego asystenta, głęboko zaangażowanego w "lobbing"). Obecnie wiemy, że zainteresowani ta aferą obcokrajowcy bywali na salonach prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego… Afera Rywina, która - niezależnie od jej dalszego ciągu (jaki być powinien) - wykazała, jak głęboko przeżarte są struktury władzy związkami z podziemiem finansowym. Tam kłamali wszyscy: prezydent, który o wszystkim wiedział od początku, publicznie wypierał się przez kilka miesięcy, że o niczym nie wiedział. Premier Miller, którego rozpaczliwie usiłował ratować Adam Michnik, ręcząc swym słowem (a ile w tym przypadku wartym?), że ten o "grupie trzymającej władzę" nie wiedział, choć wchodziły do niej najbliższe mu osoby: wiceminister kultury Aleksandra Jakubowska, szef gabinetu politycznego Lech Nikolski, były prezes TVP Robert Kwiatkowski i były sekretarz KRRiT Włodzimierz Czarzasty. Z czasem okazało się, że o sprawie wiedziały setki a może nawet tysiące osób, w tym minister sprawiedliwości i prokurator generalny Grzegorz Kurczuk (SLD), który jednakże nic nie zrobił. Kłamstwa Goebbelsem podparte Premier Miller "zlecił" przeprowadzenie dziennikarskiego śledztwa Adamowi Michnikowi, ten zaś, po rzekomo kilku miesiącach dociekań nic nie ustalił. W dodatku odmówił składania zeznań w najbardziej intrygujących sprawach i to zarówno przed Specjalną Komisją Sejmową, jak i przed sądem. Przedtem zdążył jeszcze wstrzymać druk artykułu o tej aferze w "Polityce" (wolał mieć opublikowaną własną wersję we własnej gazecie, i tak też się stało). Michnik strategiczne narady odbywał z Jerzym Urbanem, czołowym, zakłamanym propagandzistą stanu wojennego, nazwanym przed wieloma laty przez Ryszarda Bendera "Goebbelsem stanu wojennego". Urban się za to obraził i podał "oszczercę" do sądu - procesy trwają do dziś. Gdy nie udało się - mimo różnych sztuczek i zabiegów - ukatrupić sprawy Rywina inaczej, doszło do niesłychanych manipulacji w Komisji a następnie w Sejmie, w wyniku których oficjalnym sprawozdaniem z prac Komisji miał być raport Anity Błochowiak, pisany jakby na zamówienie Millera. Tylko cud i zamieszanie w szeregach SLD (i ich doraźnych sojuszników) sprawił, że w glosowaniu na forum Sejmu przyjęty został raport Zbigniewa zbiory z PiS. To jednak gładko nie przeszło. Po miesiącach przetrzymywania go w komisjach sejmowych, które miały zadanie "badać", czy można go jakoś odrzucić, wreszcie sprawa została rozstrzygnięta: raport Zbiory został przyjęty jako ostateczny. Raport ten uznał, że istniała "grupa trzymająca władzę" w składzie wyżej wskazanym oraz iż Kwaśniewski, Miller i Kurczuk powinni stanąć przed Trybunałem Stanu za ukrywanie poważnego przestępstwa, jakim była korupcyjna propozycja Lwa Rywina. Tego było już za dużo na i tak skołatane nerwy Millera. Decyzję Sejmu nazwał bowiem publicznie "goebbelsowskim kłamstwem wprowadzonym goebbelsowską metodą". Posunął się nawet jeszcze dalej, sugerując drastyczne zakończenie sprawy: "Jeśli jest sprawiedliwość na tym świecie, to zwolennicy takich rozwiązań powinni skończyć tak jak Goebbels". Przypomnijmy: Josef Paul Goebbels w dniu 1 maja 1945 roku, tuż przed upadkiem III Rzeszy Niemieckiej popełnił wraz z żoną samobójstwo, mordując przedtem szóstkę swoich dzieci. Czy to właśnie powinna zrobić teraz większość sejmowa (231 posłów!), aby spełnić żądania zdenerwowanego Millera? Josef Paul Goebbels, który był ministrem propagandy III Rzeszy, pouczał swych nazistowskich wyznawców następująco: nasza partia [...] walczy przeciwko wszelkim reakcyjnym prądom, przeciwko kościelnym, arystokratycznym i kapitalistycznym przywilejom i wszystkim obcym wpływom... Czy Leszek Miller do 1989 roku, jako sekretarz KC PZPR i członek Biura Politycznego, oficjalnie głosił coś innego? A później, czyż doprawdy nigdy nie zatęsknił za czasami, w których było (jemu) tak dobrze? Dlatego niech uważa i nie rzuca Goebbelsem w innych, bo to jemu chyba do niego najbliżej. ** ** ** Kto mieczem wojuje… A jeśli ktoś wojuje kłamstwem i trwa to kilkadziesiąt lat, jak w przypadku formacji, z których wyłonił się SLD? Nagle ta partia i jej przywódcy przeistaczają się w demokratów, ale reguł demokratycznych zaakceptować nie chcą, przede wszystkim wtedy, gdy to godzi w ich szemrane interesy. Miller skończył tak, jak zaczął: ten nieudolny, napuszony erotoman-gawędziarz jeszcze w ostatniej chwili usiłował ratować swą reputację, błagając Andrzeja Leppera: "Andrzej - pomóż!" - co zarejestrowały na Sali sejmowej kamery telewizyjne. Lepper tym razem mu jednak nie pomógł i Miller jako mężczyzna zakończył sprawę całkowitą kompromitacją. Takie mamy życie parlamentarne, na jakie sami sobie zasłużyliśmy. Wybierając zgrane i znaczone karty z talii, wyciągamy blotki, myśląc, ze to prawdziwe asy. Ale życie to nie gra i długo oszukiwać go się nie da. Czas następnych rozstrzygnięć wyborczych zbliża się - zostało nam już zaledwie kilka miesięcy. Czy znowu wybierzemy "grupę trzymającą władzę" i jej rozhisteryzowanych przywódców? Czyż nie lepiej "oddać ich katu", czyli postawić przed sądami, aby czyniły swoją powinność? | |||