| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Cezary Rozwadowski:
Andrzej Kumor:
Romuald Bury:
Jerzy Przystawa:
Maria Siwiec:
Jacek Zieliński:
Mirosław Owczarz:
Klaudiusz Wesołek:
J. R. Nyquist:
S.
Chamilton:
|
Romuald Bury Nagroda dla towarzysza Są ludzie skromni i cisi, którzy życie przeżyją godnie i zasłużenie, krzywdy nie czyniąc nikomu. Ale są też ludzie, którzy robią wokół siebie wiele hałasu, dokonują wyborów życiowych w taki sposób, że smród po nich ciągnie się bardzo długo i przeklinają ich nie tylko współcześni, ale i następne pokolenia. Towarzysz Mieczysław F. Rakowski należał do tych drugich. Całe dorosłe życie był związany organizacyjnie i ideowo z komunizmem. Pełnił funkcje ostatniego "Pierwszego Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej." Był też ostatnim premierem rządu PRL. Za to niepodległa III RP honoruje go teraz szczególnie: towarzysz Rakowski otrzymał od obecnego premiera 1500 zł specjalnego dodatku do emerytury! Jest to kwota, która jest mniej więcej równa obecnej średniej płacy netto. Średniej, czyli nie wszyscy tyle otrzymują na rękę - co ma powiedzieć pielęgniarka, która po 20 latach pracy ma zaledwie 800 zł; co ma powiedzieć wykształcony, wyspecjalizowany lekarz, który aby mieć trochę więcej, bierze dyżury, nadgodziny, łapie różne fuchy... Dziś płaca rzędu 3 zł za godzinę (czasami nawet mniej) - to całkiem "interesująca" oferta dla kogoś, kto od miesięcy czy od lat przebywa na przymusowym bezrobociu. Bezrobocie jest zjawiskiem trwałym w III RP i od wielu lat utrzymuje się na gigantycznie wysokim poziomie prawie 20 procent. Faktycznie jest to znacznie więcej, tylko przyjęte metody liczenia obniżają dane statystyczne. Najbardziej tragiczne jest zaś to, że to nieszczęście dotyka przede wszystkim ludzi młodych, najbardziej dynamicznych i twórczych. W przedziale wiekowym 18-25 lat bezrobocie jest dwa razy większe (!) niż średnia krajowa. Gdzie są winni tego stanu rzeczy? Tu nic nie można zwalić na "obiektywne trudności.". Tu nie można mówić o bezlitosnych prawach rynku, bo to konkretni ludzie, z konkretnych ugrupowań politycznych kreują politykę gospodarczą i wytyczają jej kierunki (a także generują ich skutki) na lata, a nawet na dziesięciolecia. Dyktatura ciemniaków i ich przywileje Polską od 1944 roku bezwzględnie władała partia komunistyczna, działająca pod różnymi nazwami - czy to PPR, czy to PZPR. Nie była to partia suwerenna i demokratyczna, powstała bowiem jako agentura moskiewskiej centrali i tam mieli siedzibę jej faktyczni mocodawcy. Nie była to partia, która działała w polskim interesie, choćby najbardziej ogólnie sformułowanym. Była to bowiem partia, która powstała na podeptanych grobach ofiar katyńskich, na zwłokach zesłańców syberyjskich, na wdeptanych w nieznane miejsca ciałach "wrogów ludu." Partia komunistyczna nigdy nie miała społecznego poparcia, dlatego w Polsce istniał kult jednostki, "centralizm demokratyczny" i dyktatura ciemniaków. Dziś ich następcom wyjątkowo łatwo przychodzą na język propagandowe slogany o tolerancji, demokracji i prawach człowieka. To, czego przez kilka dziesiątków lat siłą wybijano z głów niepokornych obywateli, ma dziś być dobrodziejstwem dla naszych katów i złodziei. Bo oni nie tylko skąpali Polskę we krwi, wydali ją na łup drugiego, nie mniej bestialskiego okupanta. Oni tę Polskę notorycznie i dokładnie ograbiali. Przede wszystkim, płacąc swoim moskiewskim mocodawcom za ochronę i poparcie, a ponadto - im też musiało co nieco przypaść, bo przecież nie mogli żyć na tak niskim, prymitywnym poziomie, jak reszta społeczeństwa. Były więc określone, pozaprawne i niemoralne przywileje dla wybranych towarzyszy. Było wielkie żarcie i wielkie, przestronne mieszkania. Kto widział lokale w Alei Róż, w Alei Przyjaciół, na ul. Chopina, Litewskiej, Belwederskiej w Warszawie - ten wie. Ich odpowiedniki (przy zachowaniu określonych proporcji, wynikających z hierarchii danego towarzysza czy towarzyszki w nomenklaturze partyjnej) istniały we wszystkich większych miastach w Polsce. Dla nich były specjalne stołówki i specjalne wczasy. Specjalne wyjazdy za granicę i specjalne kursy walut. Specjalne leczenie i specjalne towarzyszki "do towarzystwa". Tak, tak, ascetyczna w zewnętrznej propagandzie warstwa przywódcza ochoczo i szeroko korzystała z wszelkich uroków życia i wszelkich uciech. Towarzyszki do uciech, dziś zwane popularnie prostytutkami, wtedy nazywane były po partyjniacku "towarówkami." Aby nie znikały z pola widzenia i aby nie kręciły nosem (i czym innym) na stawki za określone usługi, trzymane były na... etatach w poszczególnych resortach. Dopiero skandale w połowie lat 50-tych i zewnętrzne zmiany wizerunku partii doprowadziły do "urynkowienia" tego zawodu. Przedtem był to przydział, tak jak każdy inny, jak kupony materiału, buty i różne usługi. Członek na czoło wysunięty Towarzysz Mieczysław F. Rakowski, jako "młody i zdolny" członek PZPR, od początku lat 50-tych piął się ochoczo w partyjnej karierze w górę, wiedząc, kiedy i z kim trzymać, kogo popierać, a kogo i od kiedy popychać w dół. Partia doceniając jego zaangażowanie, zrobiła go I sekretarzem w Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych (była to taka kuźnia "proletariackich" a faktycznie stalinowskich kadr pseudonaukowych). Później już było tylko stale w górę, ale to nie genius loci mu w tym pomagał, tylko serwilizm i skrajna dyspozycyjność. Partia dała towarzyszowi Rakowskiemu wszystko - sławę, zaszczyty, dostęp do rzadkich dóbr materialnych. A działo się to wtedy, gdy dziesiątki tysięcy żołnierzy i oficerów AK gniło w więzieniach, gdy przedwojenna inteligencja była obywatelami drugiej i trzeciej kategorii, gdy ich dzieci nie miały wstępu na uczelnie. Partia produkowała "nową inteligencję", taką z nazwy i własnej nominacji, bo z intelektem niewiele to miało wspólnego. Później zaś, gdy towarzysz Rakowski dojrzał i okrzepł, gdy umocnił się w mrocznych meandrach marksistowskiej dialektyki, gdy opanował już tajniki totalitarnej propagandy, partia rzuciła go na odpowiedzialny odcinek - na front "walki klasowej", dając mu w pacht tygodnik dla pseudointeligencji, czyli "Politykę". Należy pamiętać, że organ ten miał w podtytule wielce zobowiązujący slogan: "proletariusze wszystkich krajów, łączcie się". Dalej szło gładko: zastępca członka (a fu, jak to brzmi), członek Komitetu Centralnego (może lepiej: "cały członek"?), minister, wreszcie członek Biura Politycznego, premier i wreszcie wspomniany wyżej "Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczone Partii Robotniczej". Na szczęście towarzysz Rakowski był ostatnim członkiem PZPR na tym stanowisku. Dla mniej wymagających należy się jeszcze przypomnienie: towarzysz Rakowski był aktywnym organizatorem stanu wojennego 1981 i wraz z resztą ówczesnej "grupy trzymającej władzę" ponosi (nie, to nie tak: powinien ponieść) pełną odpowiedzialność za ten haniebny okres naszej historii i poniesione wówczas ofiary. Gruba kreska zamiast grubej pały Nic takiego się nie stało, bo marionetka tejże grupy, niejaki Mazowiecki Tadeusz został premierem w 1989 roku (tuż po szumnie zapowiadanych i oczekiwanych z nadzieją "zmianach") i natychmiast ogłosił dla swych niedawnych przełożonych "grubą kreskę." Uratowało to takich towarzyszy, jak Rakowski przed postawieniem ich przed niekomunistycznym sądem, konfiskatą majątku, zgromadzonego w okresie PRL (czy można się było wówczas czegokolwiek dorobić?) i poniesieniem pełnej, karnej odpowiedzialności za "miniony okres". Obecnie na nic takiego już nie możemy liczyć. Towarzysz (hm, teraz przed nazwiskiem częściej używa swego imienia Mieczysław F., zamiast partyjnej tytulatury) Rakowski ma własny program telewizyjny, stały dostęp nie tylko do "Trybuny Ludu" (która uciekając do przodu, przezornie opuściła drugi człon nazwy), ale też np. do "Rzeczpospolitej,", gdzie może wypisywać peany na cześć PRL i swych świetlanych rzekomo rządów, które niestety, pamięta coraz mniej ludzi. Przyznanie mu - komunistycznemu aparatczykowi - specjalnego dodatku do emerytury, jest bolesnym policzkiem, wymierzonym w twarz ofiarom komunistycznego reżimu, w tym ofiarom stanu wojennego. Szokuje sam fakt tego przyznania, jak też wysokość kwoty - aż 1500 zł miesięcznie. Może by tak wrócić do sprawy "moskiewskiej pożyczki", do kulisów likwidacji Stoczni Gdańskiej, do pośpiesznej nomenklaturowej "prywatyzacji", czyli uwłaszczenia nomenklatury, która rozgrabiła w stosunkowo bardzo krótkim czasie znaczną część majątku narodowego. Premierem był wówczas właśnie towarzysz Rakowski. On i tak ma sowitą emeryturę w kwocie, jakiej przeciętny obywatel III RP, ciężko pracujący w PRL, nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić. A przecież jego "praca" w PRL to ciągła służba w PZPR - zawsze tam, gdzie go partia rzuciła (lub postawiła). W normalnych warunkach nigdy by żadnej emerytury nie dostał, bo na nią nie zasłużył. W tej sprawie rząd towarzysza Marka Belki - figuranta, którego Aleksander Kwaśniewski z dobrze mu znanych powodów uczynił premierem - pokazał, do czego doprowadził brak dekomunizacji i brak prawnych rozliczeń wobec sprawców naszych licznych nieszczęść. Niedługo ten rząd ma poddać się parlamentarnej weryfikacji. Została nam tylko nadzieja, że sprawa towarzysza Rakowskiego będzie tą kroplą, która przeważy szalę. Powinno dojść do społecznych protestów, ale... ** ** ** No właśnie - cisza wokół taka, jak makiem zasiał. W prasie nie ma prawie żadnych informacji na ten temat. Dociekliwa zazwyczaj "Gazeta Wyborcza" milczy, jak zaklęta. Przecież kruk krukowi oka nie wykole, prawda? A bardziej dosadne ludowe porzekadło mówi, że ktoś tam komuś tam łba nie urwie. Takie mamy bowiem elity - tylko, czy naprawdę nie stać nas na więcej? www.polskiejutro.com | |||