| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Zdzisława Mazur:
Józef
Darski:
manipulacja
Andrzej Kumor:
inżynierowie
Mirosław Owczarz:
gejlandia
scc:
Jerzy Przystawa:
stokłosa
Romuald Bury:
Antoni Rybczyński:
inni
Marcin Małek:
wodzowie
|
Zdzis ława MazurALE MAMY WYBÓR: BELKA, BELKA, BELKA Duży, prawie
czterdziestomilionowy kraj w sercu Europy, czyli Polska, nie ma normalnego
rządu. Dzieje się to w sytuacji, gdy jesteśmy tuż po akcesji do Unii
Europejskiej. Zapadają obecnie bardzo ważne decyzje na forum
międzynarodowym, które będą miały bardzo istotny wpływ na naszą
przyszłość. Toczy się zakulisowa gra o eurokonstytucję, konieczna jest
szybka, pragmatyczna decyzja - co dalej z naszą obecnością w Iraku, sprawy
wewnętrzne czekają na szybkie rozstrzygnięcia (służba zdrowia, finanse
publiczne) a my nie wiemy, kto tak naprawdę i na jakiej podstawie kieruje
naszym państwem. Jest to stan nienaturalny i winny temu jest przede
wszystkim Aleksander Kwaśniewski. W ustroju politycznym Polski rola prezydenta nie jest wielka. Faktyczną władzę sprawuje bowiem każdorazowo premier, który wprawdzie musi niektóre decyzje uzgadniać z prezydentem, ale to on na co dzień kieruje państwem i jego organami. To, co zrobił jednak Leszek Miller po zaledwie dwóch latach rządów - doprowadzenie do głębokiego kryzysu państwa, we wszystkich jego dziedzinach - stało się dla Kwaśniewskiego w pewnym sensie dobrodziejstwem. Ten polityk wie bowiem, że na arenie krajowej większej roli po zakończeniu swej drugiej (i ostatniej) kadencji prezydenckiej już nie odegra. Być może stoi przed nim otworem dalsza kariera międzynarodowa. Może to będzie NATO, może UE, być może Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Chce zatem usilnie zaznaczyć swą pozycję w Polsce i dopóki Miller był silny, nie miał na to szans. Teraz zaś, najwyraźniej może się odegrać. Stąd zapewne pomysł Kwaśniewskiego, aby rolę formowania rządu powierzyć człowiekowi, który jest od niego zależny a jednocześnie nie ulegnie zanadto podszeptom poszczególnych frakcji zanikającego, rozpadającego się SLD. Marek Belka był wymarzonym kandydatem. Człowiek prezydenta, z doświadczeniem rządowym (onegdaj minister finansów, u Millera też minister finansów i wicepremier), ale nieźle "kopnięty" przez swego rządowego szefa. Pytany przez dziennikarzy, dlaczego odchodzi z rządu Millera odparł, że "nie będzie się kopał z koniem". Dziś o kulisach tej sprawy wiemy więcej - Belka może mieć kłopoty lustracyjne, złożył bowiem oświadczenie, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem tajnych służb PRL. Ale wróble ćwierkają co innego... Trzy razy Belka? Kwaśniewski forsuje usilnie kandydaturę Belki na
premiera rządu i robi to za wszelką cenę. Choć było wiadomo, że wymaganej
większości nie uzyska, prezydent powierzył mu misję tworzenia rządu, który
został zaprzysiężony. Zgodnie z przewidywaniami, rząd Belki upadł i teraz
tylko sztuczki konstytucyjne mają rozstrzygnąć, że jednak premierem w
końcu będzie - w trzecim podejściu nie jest bowiem wymagana większość
konstytucyjna, tylko zwykła. A w tym przypadku, wobec groźby rozwiązania
sejmu i przedterminowych wyborów, strach wielu obecnych posłów będzie tak
wielki, że poprą prezydenckiego kandydata. Polska może więc mieć premiera
i rząd, jakiego tak naprawdę nie chce i który nie będzie się cieszyć
zaufaniem społecznym od samego początku. Ale będzie to rząd Aleksandra
Kwaśniewskiego - to on w ten sposób uzyskuje pełnię władzy wykonawczej w
kraju. Jeśli to się uda i Marek Belka zostanie jednak premierem, to mimo wszystko będzie to rząd bardzo słaby, mający kapryśne zaplecze sejmowe (w dodatku kruszące się, albowiem mogą nastąpić dalsze odejścia posłów z klubów SLD i Unii Pracy). Nie bardzo wiadomo, jak wyklaruje się sytuacja w SLD, czy nastąpią dalsze przejścia posłów do konkurencyjnego ugrupowania Marka Borowskiego (SUPL) i czy Unia Pracy całkiem nie zaniknie. To jest całkiem realne, bowiem już w ostatnich wyborach (2001) ta partia nie miała żadnych szans na samodzielny byt parlamentarny. Teraz może być tylko gorzej, bo SLD, czyli jej przemożny do niedawna protektor, sam znalazł się w takiej samej sytuacji i grozi mu marginalizacja i zanik. Wszystko naszym kosztem Na co więc mogą liczyć Polacy? Aleksander Kwaśniewski ma szansę zrealizować swój cel - mieć "swojego" premiera i swój rząd. SLD i UP mają szansę przetrwać jeszcze w parlamencie przez następny rok, licząc na cud, który spowoduje odwrócenie tendencji jakiś nagły przypływ poparcia wyborców dla tych ugrupowań. Jest to jednak całkiem irracjonalne, albowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie jeszcze gorzej. My jednak nie mamy na co liczyć. Słaby rząd nie ma odpowiedniej rangi także na arenie międzynarodowej. W takiej sytuacji słabość objawia się także nadmierną ustępliwością i szukaniem taniego poklasku - za wygórowaną cenę - w strukturach międzynarodowych, czyli w tym przypadku, na forum Unii Europejskiej. Taki rząd szybko ustąpi w sprawie eurokonstytucji i da sobie narzucić praktycznie wszystko. Wszystko więc wskazuje na to, że rządzić będą nami
ludzie, nie mający do tego praktycznie żadnego mandatu. Ich siła sprowadza
się tylko do zawiłości formułek konstytucyjnych, inercji rozproszkowanej
opozycji i brakiem koordynacji działań społecznych, które powinny nastąpić
- i to na wielką skalę. Jeśli nie będą zrealizowane przedakcesyjne
zapowiedzi, że na Polskę spadnie "deszcz euro", bezrobocie będzie szybko i
widocznie zredukowane i wyraźnie poprawi się los większości obywateli, to
mamy gotową atmosferę wybuchu społecznego. Na to też nałoży się inflacja,
której początki już mamy. I co wtedy? Rzad się wyżywi w każdej sytuacji. Prezydent także. Aleksander Kwaśniewski za swe dotychczasowe "zasługi" dostanie coś znaczącego w polityce światowej. Jego ambicje będą więc zaspokojone. Marek Belka też już wie, jak to jest - miał przecież wysoką pozycję w aparacie okupacyjnym Iraku, zasmakował więc władzy na najwyższym poziomie. Dla niego też się coś znajdzie. Nie zginą z głodu ministrowie tego rządu i politycy, dający mu jakie takie zaplecze. Reszta zaś musi sobie jakoś radzić sama. Możliwe są dwa scenariusze - albo życie potoczy się utartymi koleinami, czyli nic się takiego nie stanie, albo też, zniecierpliwione społeczeństwo weźmie wreszcie sprawy w swoje ręce i powie "nie". Na to właśnie czekamy. | |||