now@ on-line  czerwiec  2004

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
 
 
Zdzisława Mazur:
 
Józef Darski: manipulacja
 
Andrzej Kumor: inżynierowie
 
Mirosław Owczarz: gejlandia
 
scc:
 
Jerzy Przystawa: stokłosa
 
Romuald Bury:
 
Antoni Rybczyński: inni
 
Marcin Małek: wodzowie

STATeria

 

Zdzisława Mazur

ALE MAMY WYBÓR: BELKA, BELKA, BELKA

Duży, prawie czterdziestomilionowy kraj w sercu Europy, czyli Polska, nie ma normalnego rządu. Dzieje się to w sytuacji, gdy jesteśmy tuż po akcesji do Unii Europejskiej. Zapadają obecnie bardzo ważne decyzje na forum międzynarodowym, które będą miały bardzo istotny wpływ na naszą przyszłość. Toczy się zakulisowa gra o eurokonstytucję, konieczna jest szybka, pragmatyczna decyzja - co dalej z naszą obecnością w Iraku, sprawy wewnętrzne czekają na szybkie rozstrzygnięcia (służba zdrowia, finanse publiczne) a my nie wiemy, kto tak naprawdę i na jakiej podstawie kieruje naszym państwem. Jest to stan nienaturalny i winny temu jest przede wszystkim Aleksander Kwaśniewski.

Obecny prezydent III RP stoi na czele państwa na podstawie konstytucji, którą sam w znacznej mierze przygotował. Była ona wynikiem dziwacznego kompromisu - między daleko idącymi wymaganiami międzynarodowymi (bo niewątpliwie szykowano ją w taki sposób, aby ułatwić integrację Polski z Unią Europejską) a uzasadnionymi obawami, że wybory prezydenckie w 1995 roku może wygrać Lech Wałęsa. Stąd obawy Kwaśniewskiego (który stał na czele Komisji Konstytucyjnej), aby rola prezydenta nie była zbyt duża. Wybory wygrał jednak on, a nie Wałęsa, który ze swym prostactwem i trybem bycia (dwór i świta w jego otoczeniu) stał się osobą nie do zniesienia na funkcji państwowej.

Rządowe gierki

W ustroju politycznym Polski rola prezydenta nie jest wielka. Faktyczną władzę sprawuje bowiem każdorazowo premier, który wprawdzie musi niektóre decyzje uzgadniać z prezydentem, ale to on na co dzień kieruje państwem i jego organami. To, co zrobił jednak Leszek Miller po zaledwie dwóch latach rządów - doprowadzenie do głębokiego kryzysu państwa, we wszystkich jego dziedzinach - stało się dla Kwaśniewskiego w pewnym sensie dobrodziejstwem. Ten polityk wie bowiem, że na arenie krajowej większej roli po zakończeniu swej drugiej (i ostatniej) kadencji prezydenckiej już nie odegra. Być może stoi przed nim otworem dalsza kariera międzynarodowa. Może to będzie NATO, może UE, być może Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Chce zatem usilnie zaznaczyć swą pozycję w Polsce i dopóki Miller był silny, nie miał na to szans. Teraz zaś, najwyraźniej może się odegrać.

Stąd zapewne pomysł Kwaśniewskiego, aby rolę formowania rządu powierzyć człowiekowi, który jest od niego zależny a jednocześnie nie ulegnie zanadto podszeptom poszczególnych frakcji zanikającego, rozpadającego się SLD. Marek Belka był wymarzonym kandydatem. Człowiek prezydenta, z doświadczeniem rządowym (onegdaj minister finansów, u Millera też minister finansów i wicepremier), ale nieźle "kopnięty" przez swego rządowego szefa. Pytany przez dziennikarzy, dlaczego odchodzi z rządu Millera odparł, że "nie będzie się kopał z koniem". Dziś o kulisach tej sprawy wiemy więcej - Belka może mieć kłopoty lustracyjne, złożył bowiem oświadczenie, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem tajnych służb PRL. Ale wróble ćwierkają co innego...

Trzy razy Belka?

Kwaśniewski forsuje usilnie kandydaturę Belki na premiera rządu i robi to za wszelką cenę. Choć było wiadomo, że wymaganej większości nie uzyska, prezydent powierzył mu misję tworzenia rządu, który został zaprzysiężony. Zgodnie z przewidywaniami, rząd Belki upadł i teraz tylko sztuczki konstytucyjne mają rozstrzygnąć, że jednak premierem w końcu będzie - w trzecim podejściu nie jest bowiem wymagana większość konstytucyjna, tylko zwykła. A w tym przypadku, wobec groźby rozwiązania sejmu i przedterminowych wyborów, strach wielu obecnych posłów będzie tak wielki, że poprą prezydenckiego kandydata. Polska może więc mieć premiera i rząd, jakiego tak naprawdę nie chce i który nie będzie się cieszyć zaufaniem społecznym od samego początku. Ale będzie to rząd Aleksandra Kwaśniewskiego - to on w ten sposób uzyskuje pełnię władzy wykonawczej w kraju.
Do władzy - choćby iluzorycznej - dobija się też Polskie Stronnictwo Ludowe. Zmiana lidera tego ugrupowania na Janusza Wojciechowskiego dała niewiele - to ugrupowanie oscyluje wciąż w sondażach przedwyborczych na granicy wymaganego progu, czyli magicznych pięciu procent. Stąd zabiegi PSL, aby mocniej zaistnieć i znaleźć się jednak w przyszłym sejmie. Wojciechowski uporczywie lansuje swoją kandydaturę na premiera, usiłując stworzyć wspólny front ugrupowań opozycyjnych przeciwko Belce, jak na razie - bezskutecznie. A teraz inicjatywa znajduje się po stronie tego ostatniego, który upublicznił swą ofertę dla PSL - za cenę poparcia dla swego rządu jest gotów zrobić Wojciechowskiego nawet wicepremierem.

Jeśli to się uda i Marek Belka zostanie jednak premierem, to mimo wszystko będzie to rząd bardzo słaby, mający kapryśne zaplecze sejmowe (w dodatku kruszące się, albowiem mogą nastąpić dalsze odejścia posłów z klubów SLD i Unii Pracy). Nie bardzo wiadomo, jak wyklaruje się sytuacja w SLD, czy nastąpią dalsze przejścia posłów do konkurencyjnego ugrupowania Marka Borowskiego (SUPL) i czy Unia Pracy całkiem nie zaniknie. To jest całkiem realne, bowiem już w ostatnich wyborach (2001) ta partia nie miała żadnych szans na samodzielny byt parlamentarny. Teraz może być tylko gorzej, bo SLD, czyli jej przemożny do niedawna protektor, sam znalazł się w takiej samej sytuacji i grozi mu marginalizacja i zanik.

Wszystko naszym kosztem

Na co więc mogą liczyć Polacy? Aleksander Kwaśniewski ma szansę zrealizować swój cel - mieć "swojego" premiera i swój rząd. SLD i UP mają szansę przetrwać jeszcze w parlamencie przez następny rok, licząc na cud, który spowoduje odwrócenie tendencji jakiś nagły przypływ poparcia wyborców dla tych ugrupowań. Jest to jednak całkiem irracjonalne, albowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie jeszcze gorzej. My jednak nie mamy na co liczyć. Słaby rząd nie ma odpowiedniej rangi także na arenie międzynarodowej. W takiej sytuacji słabość objawia się także nadmierną ustępliwością i szukaniem taniego poklasku - za wygórowaną cenę - w strukturach międzynarodowych, czyli w tym przypadku, na forum Unii Europejskiej. Taki rząd szybko ustąpi w sprawie eurokonstytucji i da sobie narzucić praktycznie wszystko.

Wszystko więc wskazuje na to, że rządzić będą nami ludzie, nie mający do tego praktycznie żadnego mandatu. Ich siła sprowadza się tylko do zawiłości formułek konstytucyjnych, inercji rozproszkowanej opozycji i brakiem koordynacji działań społecznych, które powinny nastąpić - i to na wielką skalę. Jeśli nie będą zrealizowane przedakcesyjne zapowiedzi, że na Polskę spadnie "deszcz euro", bezrobocie będzie szybko i widocznie zredukowane i wyraźnie poprawi się los większości obywateli, to mamy gotową atmosferę wybuchu społecznego. Na to też nałoży się inflacja, której początki już mamy. I co wtedy?

** ** **

Rzad się wyżywi w każdej sytuacji. Prezydent także. Aleksander Kwaśniewski za swe dotychczasowe "zasługi" dostanie coś znaczącego w polityce światowej. Jego ambicje będą więc zaspokojone. Marek Belka też już wie, jak to jest - miał przecież wysoką pozycję w aparacie okupacyjnym Iraku, zasmakował więc władzy na najwyższym poziomie. Dla niego też się coś znajdzie. Nie zginą z głodu ministrowie tego rządu i politycy, dający mu jakie takie zaplecze. Reszta zaś musi sobie jakoś radzić sama. Możliwe są dwa scenariusze - albo życie potoczy się utartymi koleinami, czyli nic się takiego nie stanie, albo też, zniecierpliwione społeczeństwo weźmie wreszcie sprawy w swoje ręce i powie "nie". Na to właśnie czekamy.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl