| |||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Zdzisława Mazur:
Józef
Darski:
manipulacja
Andrzej Kumor:
inżynierowie
Mirosław Owczarz:
gejlandia
scc:
Jerzy Przystawa:
stokłosa
Romuald Bury:
Antoni Rybczyński:
inni
Marcin Małek:
wodzowie
|
Marcin Ma łek„wodzowie drużyn ludzkości” (Studia literackie) 08.05.2004 Warszawa § 1. Tragedia – nawóz , z którego wyrasta kwiat społeczeństwa. Ponętnym, choć nie lekkim do strawienia owocem historiograficznej sztuki jest jak najwierniejsze odrysowanie całej galerii typów dawnego społeczeństwa niesionego galeonem żywych idei i myśli przez ocean dziejów. Bowiem ujmujący wpływ ducha czasu – innym słowem – wypadkowa mrowia czynników władających przeszłością podporządkowała sobie jutro, wypełniła płuca dnia, który jeszcze nie podniósł się ze świtania. Jako pierwsi jutrznię dostrzegali ci, którzy nosili w sobie więcej od innych czucia, byli umysłowo i intelektualnie ruchliwsi, energiczniejsi w formowaniu myśli i wprowadzaniu ich w czyn. Można tych ludzi nazwać śmiało „żywiołem narodu”, ułożonym w korowód rozlicznych śmiałków, marzycieli, wajdelotów, wieszczów, proroków, obłąkanych patriotów, szaleńców z wizją, która nie przystaje ani do przeszłości ani do współczesności. Tacy jak oni zawsze odciskają się w naszej wyobraźni piętnem czasu, który miał być ale się spóźnił i nie nastał, a my wciąż na niego czekamy. Ów czarowny korowód od wielu już stuleci malują wyobraźnią pisarze i poeci, zaś ich ciekawość zaprzątają nie tyle portrety głównych aktorów wydarzeń ale wyrosłe z ich ducha postaci idealne. A skoro tak, to należałoby dać odpowiedź na cisnące się do głowy pytanie: jak w literackiej samoocenie wyglądał trzon społeczeństwa - „wodzowie drużyn ludzkości na drodze nieskończonego pochodu umysłów”? Nasza rzeczywistość, świat, w którym wiedli życie nasi dziadowie, ojcowie, a teraz i my, od zawsze karmiły się tragedią – jak gdyby bez jej nastręczającej się wiecznie obecności egzystencja człowieczego rodu była niepełna. Tragedie jako zjawiska nieprzewidywalne i nieuniknione, towarzyszą wszystkim bez mała pokoleniom ludzkości – niby nawóz, z którego wyrasta kwiat społeczeństwa. Rzeczpospolita w ostatnich dniach swojej agonii stała się takim żyznym polem nawożonym tragedią rzesz zwykłych ludzi, gdzie kwieciły się historie tyleż zwyczajne co doniosłe w swojej wymowie. Naroiło się podówczas wielu takich, których dzieje wpisały się w ów malowniczy korowód prześlizgujący się przez białe karty papieru od chwil trwogi aż po dni chwały. Nowe pokolenia wychowawców ożywiały w tym smutnym czasie nadzieję. Nim jednak stanęli – jak pisał A. G. Bem – u rudla państwowego okrętu musieli się zetrzeć w krwawej walce z przedstawicielami starego nierządu. Zerwali nieco laurów ale ulegli porażce, przeżyli jednak ojczyznę, wielu z nich zaś, żywot swój wiodło nędznie, trapieni rozpaczą i wyrzutami sumienia umierali w samotności albo ogarniał ich obłęd - szaleństwo obrosłe w legendę, z czasem przemienione w ludową klechdę i w końcu utożsamiane z jednym tylko nazwiskiem – Rejtan, z jedną tylko dolegliwością – „wariactwem”, z jednym tylko uczuciem – gorejącą od nienawiści i żalu miłością ojczyzny. § 2. obłęd poezji i poezja obłędu. „[...] „Patriota wariat”, jak go nazwał romantyczny poeta, Seweryn Goszczyński, odznacza się głownie tym, ze wybuch instynktu narodowego w momencie zagrożenia bytu ojczyzny przez przemoc i zło przebiega w nim w sposób gwałtowny i ostateczny. Zagarnia wszystko, ingerując nie tylko w mentalność, zachowania społeczne, ideologię, ale porywając dokładnie całą osobowość, zmiatając wszystkie motywacje, odruchy i postępowania. Stąd też taki patriotyzm, bywa, graniczy z przesadą, z przekroczeniem, z szaleństwem, z obłędem, może być traktowany jako rodzaj egzaltowanego wariactwa, pchającego ku zagładzie, ku śmierci. Ostatecznym wcieleniem patriotycznego zatracenia staje się właśnie „patriota wariat”, szaleniec tak „metaforyczny”, jak „realny”. Jego osobowość ulega przemianie we wszystkich swych warstwach, a szaleństwo uważane za przenośne i pisane w cudzysłowie staje się nieraz rzeczywistym. W tym sensie jego postać zaliczamy do „mistycznych i „mitotwórczych”, gdyż tkwi ona w ciemnej strefie polskiego patriotyzmu, graniczącej z sacrum, obłędem i śmiercią. [...] Rozbiory Polski zapisały się i tym, że pojawili się pierwsi szaleńcy z miłości do ojczyzny, pierwsi samobójcy na jej mogile. M. K. Ogiński opowiada, że przybył właśnie do Warszawy, gdy błyskawicznie rozeszła się wieść o klęsce pod Maciejowicami, o ranach Kościuszki i wzięciu go do niewoli: „Mogę zapewnić, że w całym ciągu mojego życia nie widziałem obrazu bardziej wzruszającego i scen bardziej rozdzierających, jak te, które przedstawiała publiczność stolicy podczas kilku dni następnych. [...] Trudno uwierzyć, lecz mogę poświadczyć, co sam widziałem, a co mnóstwo świadków mogą stwierdzić wraz zemną, że kilka matek poroniło, dowiadując się o tej wiadomości, kilku chorych uległo pożerającej febrze, kilku popadło w napady szaleństwa, które ich już nie opuściły, a spotykano na ulicach mężczyzn i kobiety, którzy załamywali ręce, uderzali głową o mur, powtarzając z wyrazem rozpaczy: nie ma Kościuszki, Ojczyzna zgubiona!” Wobec emocjonalnej siły objawów skrajnego patriotycznego uniesienia, pamiętnikarza uderzyło niemal nieprawdopodobieństwo tych zachowań, dlatego też z takim naciskiem powołuje się na wiarygodność świadectwa własnego i pozostałych przy tym obecnych. Relacja ta jest zresztą wśród innych wyjątkowa w szkicowaniu obrazu miasta, które oszalało po stracie ojczyzny, ale nie ma powodów, by jej nie wierzyć. Poglądy zbliżone, oparte na wspomnieniu faktów, nie były zresztą w tej epoce odosobnione. „Wszyscy ci pisarze – mówił Mickiewicz, komentując w wykładzie paryskim z 12 kwietnia 1842 roku epizody biografii literatów doby Oświecenia – pomarli w żałobie i rozpaczy: to orszak pogrzebowy odprowadzający ojczyznę do grobu”. Wśród nich najbardziej przejmujący obraz przedstawiał Kniaźnin, który „na wieść o klęsce maciejowickiej dostał pomieszania zmysłów. Wlókł jeszcze długo smutny żywot, przeżył dziesięć lat w stanie zupełnego obłąkania”. Inni – Naruszewicz, Trembecki, Zabłocki – pogrążyli się w apatii i bezwładzie; zadaniem Mickiewicza dlatego tak się stało, ze „nie mieli już siły odmienić swej natury, ale czuli głęboko, że nie wypełnili swego powołania”. Niezależnie od motywacji, jakie tym objawom przypisywał Mickiewicz, u niego i nie tylko u niego zarysowuje się przeświadczenie, że jest związek między historią i chorobą, że stan ojczyzny wpływa bezpośrednio na stan zdrowia obywateli, że upadek niepodległości może spowodować upadek tzw. zdrowych zmysłów. [...] „Rejtan – pisał Mickiewicz (w artykule z „Pielgrzyma Polskiego” z maja 1833 roku pod znamiennym tytułem „O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”.) – po raz ostatni przemówił starym językiem, zaklinając na rany boskie, aby takiej zbrodni nie popełniać. Ludzie rozsądni okrzyknęli Rejtana głupcem i szalonym; naród nazwał go wielkim; potomność sąd narodu zatwierdziła”. Poeta był pewien, że zna dobrze wyroki narodu. [...] W I Księdze „Pana Tadeusza” powróciwszy ze szkoły do rodzinnego domu bohater tytułowy dostrzega na ścianach soplicowskiego dworu „też same portrety”, co zawsze, a wśród nich obok Kościuszki – konterfekt Rejtana: «Dalej w polskiej szacie Siedzi Rejtan po wolności stracie, W ręku trzyma nóż, ostrzem zwrócony do łona, A przed nim leży Fedon i żywot Katona.». Autentycznego takiego portretu nie znamy. W ujęciu Mickiewicza zaś przedstawia on chwilę przed samobójstwem, które Rejtan w rzeczywistości popełnił. [...] „Patriotyczny szał”, „szaleńcza protestacja” Rejtana objawiły się dramatycznie zarówno w jego gestach, jak i słowach. Legł na progu, by przeszkodzić posłom w opuszczeniu Izby Poselskiej (w niektórych wersjach podaje się, że padł krzyżem w samych drzwiach), rozdarł koszulę na piersiach, a słowa jakie wówczas wykrzykiwał, dotarły do nas, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, w wielu wersjach: „Depczcie tę krew, którą ja za was gotów wylać, depczcie te piersi, które się zastawiają za cześć i swobody wasze”; „Zabijcie mnie, zadepczcie, lecz nie zabijajcie ojczyzny!”; „Na Boga, na rany Chrystusa, zaklinam was, bracia, nie plamcie imienia polskiego!”; „Zadepczcie mnie, kaliczcie mnie, kiedy ojczyznę gnębicie!”; „Dziś spowiadałem się i przyjmowałem Chrystusa, który was krwią swoją odkupił, jeżeli tę deptać zechcecie, depczcie po mnie!”. Wszystkie te zaklęcia tchną niesamowitą ekspresją grozy, ale ostatnia ma w sobie siłę przerażającego zakazu, którego przekroczenie będzie się równało świętokradztwu. [...] Tak się zachowując i wypowiadając nieznany dotąd poseł z Nowogródka otwierał nowy polski korowód: patriotycznych „szaleńców” i szaleńców. Postąpić jak Rejtan, to postąpić jak „fanatyk, szaleniec, który według litery swojej Instrukcji jest zobowiązany dbać o całość i najmniejszą cząstkę Rzeczpospolitej” (Zawieyski). [...] Samobójcza śmierć Rejtana, jak zresztą inne obrosłe legendą budzące szczególną grozę fakty z jego biografii, ma kilka wersji i kilka wykładni. Wedle relacji Niemcewicza przytoczonej w publikacji materiałowej E. Raczyńskiego: „Dzień w którym trzy dwory podały noty pierwszego Polski podziału, był dniem ostatnim dla niego: nie mógł znieść Rejtan tak srogiego ciosu, okropne pomieszanie zmysłów ogarnęło tę duszę, tak dotąd jaśniejącą dzielnie. Na wieść tak smutna przybyli do Litwy bracia jego [...] nie poznał ich Rejtan i rzucił się na nich wściekły, aż go w okowy ująć musiano [...]. Potem nie poznawał nikogo, nie cierpiał żadnego odzienia nie przyjmował pokarmu jak oknem [...], a gdy raz przez nieostrożność służącego podano mu szklankę z napojem, porwał ją, stłukł i ostrzem szkła żywot sobie rozerżnął. Tak skończył godny wielkich Rzymian, godny czasów Katona, nieśmiertelny nasz ziomek.” Samobójstwo to – zauważmy, w najmniejszym stopniu nie potępione, umieszczone w tradycji katońskiej – zostało bezpośrednio powiązane z upadkiem niepodległości Polski.” Cóż zatem stało się przyczyną upadku Rzeczpospolitej i szaleństwa jej dzieci? Pióro Kniaźnina wydało następujący wyrok: „Któż obywatel? – Ten co swemi trudy, Wspiera los braci, choć przeciwność bije, Któremu wdzięczni rzekną bez obłudy: Niech żyje wiecznie, bo dla nas on żyje!” Jakież mają dzisiaj znaczenie te strofy, tych niepozornych słów kilka, zdałoby się ułożonych w płochy truizm – ktoś mógłby zapytać -, śmiejąc się w duchu, że zna banalną odpowiedź, - pyta zaś, tak tylko -, z przekory. A jednak, te słowa mają swoją wymowę, bowiem poeta opiewa zmurszałą obecnie ideę poświęcenia. Ideę której bali się już ludzie minionej doby, taką o jakiej myślimy z niesmakiem patrząc w oczy sąsiada, zaglądając w życie tych, których co dnia mijamy. Któż obywatel? Czy ów, komu interes „partii” zasnuwa oczy, gdy waży w sumieniu własne ja? A może ten, który płacze nad krajem rzewnymi łzami, widząc jak nędza i duchowe ubóstwo blaskiem rubinu mienią się w koronie podłości? „Żądzom podłości popuszczono liców – Stęka kraj nędzny, upadają miasta; Widać chwast lichy, co z żalem dziedziców Na gruzach wielkiej Budowy porasta...” Pisząc te słowa Kniaźnin nie mógł przypuszczać jakie wysławia proroctwo, nie spodziewał się chyba, że to o czym pisze w niedalekiej przyszłości odbierze mu rozum. I odebrało, zresztą nie tylko jemu. Cały naród wyzuty jakby z myśli szlachetnej, oczy otępiałymi oglądał bezsilność kochanków władzy: króla, ministrów, garstki wojska. Gdzież więc podział się wzór godny naśladowania? Czyn rozpełzł się czarnymi robaczkami liter po kartach nie zapisanych jeszcze historii. Gdzież „Wodzowie drużyn ludzkości”? Okrzyknięto ich szaleńcami! I tylko słowa wieszczów, jak bliska sercu muzyka wypełniały czarę goryczy odrobiną słodu. Rzeczywistość i jej służka historia uśmierciły prawdziwych „przewodników sumień”. Tylko legenda i wyrosła z niej literatura mogły wrócić im życie – uczynić nieśmiertelnymi. Wszakże nieśmiertelność należało sowicie opłacić. Zapłaciliśmy za nią wszyscy, na wieki utknęli w więzieniu naszych myśli, wciąż przeżywamy ich życie i warzymy we własnym poczuciu dziejowej sprawiedliwości. Sami sobie jesteśmy przewodnikami po świecie sumień naszych i tych, których zamknęliśmy w kazamatach ogólnonarodowych wyobrażeń o „chwili uwięzłej w tragizmie dziejów”. § 3. Sybilla i Pierwszy z Mesjaszów. Profesor Norman Davies pisał: „Przez więcej niż 150 lat, od abdykacji Stanisława Augusta 25 listopada 1795 roku po dzień wycofania się wojsk niemieckich z Warszawy 17 stycznia 1945 roku, Polska pozostawała niemal wyłącznie nazwą. [...] Praktycznie rzecz biorąc, słowo to rzadko znaczyło coś więcej niż obszar określony przez czynniki kulturowe, językowe czy administracyjne, położony na terytorium trzech państw. [...] Na przestrzeni tych pięciu czy sześciu pokoleń, kiedy Polska nie istniała w sensie fizycznym, można było abstrakcyjnie wspominać jej przeszłość lub snuć marzenia o jej przyszłości, natomiast w teraźniejszości można było jedynie ją sobie wyobrażać. Nie tylko rozerwano ją na trzy części: zmieniono ją w ulotny obłok, wyparowała, rozpłynęła się w powietrzu, rozbita na miliony niewidocznych gołych okiem cząsteczek. Istniało tyle „Polsk”, ilu było ludzi, którzy chcieli je dojrzeć, tylu „królów Polski”, ilu zechciało panować w królestwach własnej wyobraźni. Jej z gruntu duchowy charakter podkreślali wszyscy najwrażliwsi zagraniczni obserwatorzy dziewiętnastego wieku – od Helmuta Von Moltke, który w czasie pobytu na jej ziemiach w latach 1828-31 od razu je sobie upodobał, po J.H. Suterlanda Edwards korespondenta gazety „The Times”, przebywającego tu w latach 1861-63, oraz Duńczyka Georga Brandesa, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych notował swoje wrażenia z Polski. Jej atrybuty najlepiej potrafi opisać poezja, metafora i przypowieść. Była wyzwaniem na które odpowiedzieli wszyscy poeci, romantycy i patrioci [...]” Znalazł się wśród nich prawdziwy umysł proroczy, który w ciemnym tunelu ogólnonarodowej smuty rozniecił ogarek nadziei, lampion godności osieroconego narodu. Można by rzec – stał się pierwszym z grona „Mesjaszów”, prowadzących ociemniałą dziatwę, ku światłu nowej idei. A po nim, wstąpili w tą zagrabioną ziemię kolejni. Wszak, mimo wszystko, gdyby nie objawił się nam ów prorok Woronicz, nie stałoby ni Słowackiego, ni Mickiewicza i ni jednej kropli pokrzepiającej otuchy, jaką strumieniami wylewały ich pióra. Tak oto, wkrótce po triumfie tragedii i pierwszym rozbiorze idea pobitych okrzepła w świeżo rozlanej krwi. Coraz częściej też spozierano w stronę Zachodu. Młodzież, odchowana już w nowych warunkach i nowym czasie, co rychlej jęła się do odgruzowywania zapadłej ideałów świątyni. Dwa, dotąd uwięzłe w jednym supełku, pojęcia – „ojczyzny” i „wiary”– odcięto od siebie w przekonaniu, że ratunkiem ojczyzny nie mogą być dłużej pokorne do „Bogarodzicy” modły, lecz mądra rada przekuta w dzielny czyn. Jednakowoż nadeszłe dni, nieszczęściem pełne i we wszelkie zawody bogate, wydzierając ostatnią piędź ziemi z pod nóg odmienionej młodzieży, w sposób naturalny, jakby na nowo, odwróciły ich myśli ku niebu i przyszłości. Wszelako podobna zmiana nie mogła być i nie była następstwem jednej tylko chwili. Około 1800 r., zainspirowany wyjątkowym biegiem wydarzeń, ze swej natury, niejako od chwili powstania, ustawiony w opozycji do prądów z zagranicy płynących, rodzi się nowy świat czucia i fantazji. Najpiękniejszymi owocami tego nowego świata okazują się być „Sybilla” i „Hymn” Woronicza. Jeśli mowa o artystycznej konstrukcji to pierwszy z wymienionych utworów zdaje się wykazywać znaczne pokrewieństwo z „Zofijówką” Trembeckiego i po części, podobnie jak ona jest kopią „Ogrodów” Delilla. Fasadę utworu wsparto na panegiryzmie, co także autora do Trembeckiego przybliża. Duch jednak tchnięty w „Sybillę”, jest równie świeży, jak poranna rosa opadła na łąkę, i nic nie ma wspólnego z umoralniającym pseudo-klasycznym stylem wieszczenia wszelkich cudowności. Woronicz duma nad mogiłą, jaką Izabela Czartoryska ufundowała dla uczczenia, godnym grobowcem, „zgasłej przeszłości” ojczyzny. Rysuje optymistyczne obrazy ubiegłych epok i światłem rozumu rozwiewa ciężkie, ciemne chmury, nagromadzone nad przeszłością narodu. Osią narracji jest tu głębokie odczucie niedoli; matecznikiem pamięci, do którego wieszcz często powraca – wspomnienie sejmu czteroletniego; celem otucha, albo też uchylenie kurtyny, skrywającej przed sierotami zagadkę dnia następnego. Finał zaś wieńczy zagadkowa aczkolwiek pogodna myśl, niejasna wizja jaśniejącej przyszłości – jutra odzianego w nową szatę: „Nie zagrzebie waszego rodu ta mogiła: Troja na to upadła, aby Rzym zrodziła [...]” Wszak mimo wszystko nikła to dla Polaków pociecha... „Hymn o dobrodziejstwach Opatrzności”, przecie późniejszy wobec „Sybilli”, dowód maestrii Woronicza, czytelniej niż ona, ukazuje „wieczyste narodu z niebem przymierze”. Jeśliby przyrównać go do pokrewnych rzędów twórczości tego rodzaju (np. do psalmów Kochanowskiego) widzialnym staje się, iż cechuje go o wiele głębsza inspiracja podparta „źródłowym” a może i teistycznym w swojej naturze, uczuciem religijnym. Swoiste następstwa wypadków politycznych, łańcuch gwałtownych przewrotów i połączonych z nimi wstrząśnień, jakich doznał naród w ciągu czterdziestu lat (1791-1831), powoduje szybki rozwój sprzysiężeń mesjanizmu i utrwala mistyczną wiarę w wyjątkowe posłannictwo polskiego narodu. Jak kapryśne nuty dziejów wpływały na stan ducha wieszczów świadczą, wspomniana już „Sybilla” i „Hymn” Woronicza. Inwokację adresowaną do „wyroczni hesperyjskich krajów” wypełnia po sam brzeg duszny nastrój epoki trzeciego rozbioru: „Pozwól mi twe siedlisko nowe uczcić pieniem, I pamięć zgaszonego narodu z imieniem Unieść w szanownych zwłokach w twój tajny przybytek – Urągowisko obcych, nasz łez zabytek!” „Hymn” usnuty w 1805 roku – po napisaniu „Sybilli”, ale na kilkanaście lat przed jej ostateczną ogładą i ogłoszeniem w druku – możemy traktować jako „święty” promień nadziei, przedzierający się przez mrok ogólnonarodowej smuty: („kości spróchniałe, powstańcie z mogiły”!), chociaż trudno powiedzieć, która z gwiazd olśniewa poetę – na pewno nie Napoleon. Ostatnie natomiast strofy „Sybilli”, uwieńczone wieszczbą, strojącą przyszłość w nową szatę, o bajecznym „zrodzeniu Rzymu” przez Troję, są mgnieniem krótkotrwałego marzenia obudzonego w pierwszych latach królestwa kongresowego. Nie do przecenienia w tej sprawie – gdy mowa o cudownym powiciu Rzymu przez Troję – są losy emigracji i jej „skrzydlatych dzieci” legionów. Coraz silniejsza tęsknota za „żywą ojczyzną” budząca się z gorączkowych nastrojów społeczeństwa widzie „drużynników” w dziedzinę ducha i mitu, utrwalając w powszechnym mniemaniu narodu „starotestamentową” wizję zbawienia. Historia ostatnich lat osiemnastego stulecia a razem z nią idealizm filozofów niemieckich i narodziny romantycznego konceptu, oraz wynikłego z powyższych osobliwości „inne” widzenia świata, odsłaniają przed skrzywdzonym narodem nowy horyzont zdarzeń, w którym ziszcza się od dawna wysławiana idea patriotów-mesjaszy. § 4. Eschatologia ideowa – patriotyzm widm i upiorów. „Patriotyzm” w polskim wydaniu ma pewną specyficzną cechę, która odróżnia go od pozostałych pokrewnych pojęć, jakie funkcjonują w obrębie innych środowisk narodowych. A więc jako zbiór wyznawanych przez Polaków wartości jest nietypowy i niepowtarzalny – jedyny w swoim rodzaju. Według definicji zawartej w „Słowniku Encyklopedycznym – Edukacja Obywatelska”: „patriotyzm to szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste, poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją. Jest postawą wyrażającą się w wypełnianiu podstawowych konstytucyjnych obowiązków obywatelskich, takich jak służba wojskowa i obrona ojczyzny, wierność dla kraju, troska o wspólne dobro i dbałość o stan środowiska naturalnego, przestrzeganie prawa, gotowość do ponoszenia wszelkich ciężarów i świadczeń, w tym też płacenia podatków. Patriotyzm łączy się z szacunkiem dla innych narodów. Rozróżnia się patriotyzm lokalny – miłość do stron rodzinnych, do miejsca urodzenia i wychowania, miejsca zamieszkania, oraz patriotyzm regionalny – przywiązanie do krainy, dzielnicy kraju. Wynaturzeniem patriotyzmu jest szowinizm.” Wszystkie wyróżnione cechy jak najbardziej składają się na ogólny charakter polskiego patriotyzmu, ale i na charakter każdego innego. Jest więc powyższa definicja pojęciem generalnym, takim, które pasuje do wszelkich narodowych odmian tego zjawiska. Tyle, że w polskim pojmowaniu słowa „patriotyzm” istnieje jeszcze ciemna strona umiłowania ojczyzny. Strona, która ściśle wiąże się z definiowaniem a więc i rozumieniem pojęć „wróg”, „wrogość” i „zemsta”. Ta fenomenalna w swojej zjawiskowości „symbioza” w pewnym sensie jest podstawą – czynnikiem stanowiącym o istocie - naszego narodowego patriotyzmu. Bowiem w polskiej tradycji narodowej – „wróg” istnieje poza wyznaczoną granicą człowieczeństwa. Jakże lekko przyszło nam wykluczenie „obcych” poza nawias, w którym zamknęliśmy tysiąclecie naznaczone nieustającym pasmem walk o zachowanie narodowej odrębności – utrzymanie tożsamości. W każdej fazie istnienia państwowości, jak również i w czasach, kiedy „państwowość” istniała jedynie w sferze czysto mentalnej posługiwaliśmy się określeniami: „oni”, „obcy”, „najeźdźca”, „ciemiężyciel” „wróg”, „nieprzyjaciel”... Odmawialiśmy „im” ludzkich cech - przywiedliśmy do życia zło-osobowe pojęcie przeciwnika, jasno określiliśmy różnicę, jaka z nas czyni ludzi, z „wrogów” zaś „potwory”. W naszym pojmowaniu „wróg” (zaborca) stał się wcieleniem przedwiecznego zła: „Tam car jak dzika bestyja”, widzimy w nim szelmę: „Nim car mię tym oszpecił mundurem szelmowskim”, objawia się nam jako nieludzka istota pożywiająca się śmiercią i cierpieniem: „Car rośnie, żyje i - gnije żołnierzem”. Takimi „wrogów” widział Mickiewicz, takimi ich czuł i za takich obwiniał Boga! Wieszcz bardziej od współcześników duchem epoki przejęty, po brzegi jestestwa nalany samowiedzą talentu, utrwalał w narodzie wiarę w niezłomną potęgę poezji afektowanej miłością ojczyzny. W potrzebie zaś ducha, wynikającej ze społecznych nadziei znalazły swe ujście słowa jego ręką kreślone, a poczucie niezwykłej siły talentu, sprawiło nagle, że pieśniarz urósł we własnym mniemaniu do zdolności Prometeusza i Mesjasza narodowego. Mickiewicz korzystał niezawodnie z takich wzorów, jak księgi Hioba, „Faust” Goethego, „Manfred” i „Kain” Byrona, a wstępując w ślady całego szeregu poprzedników, dokonał genialnym piórem niepokojącej ludzkość zagadki bytu. Myśl więc zasadnicza zawiera się w odwiecznym wtórze jęków ducha człowieczego - nie tendencja, barwa i granice widnokręgu marzeń stanowią o oryginalności dorobku wieszcza – wszystko mieści się w odczuwanej boleści, w echach żałobnej pieśni po tej, którą złożyliśmy do mogiły, pieśni, której wtórują zgrzyty mickiewiczowskiego pióra. Intonując tą pieśń, wieszcz przywraca do życia to, co umarło, uwalnia z mogiły sumień straszliwego upiora nienawiści. Oto jest zmartwychpowstanie, które oznacza śmierć tego wszystkiego, co było w nas ludzkie - by walczyć z oprawcą, trzeba być takim jak on. Trzeba wyzbyć się tego, co w człowieku święte i nauczyć się upiorności. Należy Bogu odebrać kawałek boskości – przywłaszczyć sobie cząstkę „divinitas” i stać się nowym Bogiem dla siebie samego i całej reszty. Zupełnie jak Konrad z III części „Dziadów”. „ W centrum narodowego arcydzieła, w tejże III części „Dziadów” Mickiewicza tkwi – pod względem potęgi patriotycznej dzikości, nienawiści i mściwości nie dający się z niczym w literaturze polskiej porównać – „wampiryczny” śpiew Konrada:”„Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, – Krew poczuła – spod ziemi wygląda – I jak upiór powstaje krwi głodna: I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda. Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga, Z Bogiem i choćby mimo Boga! I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem, Naprzód braci rodaków gryźć muszę, Komu tylko zapuszczę kły w duszę, Ten jak ja musi zostać upiorem Tak! Zemsta, zemsta, etc. etc. Potem pójdziem, krew wroga wypijem, Ciało jego rozrabiam toporem: Ręce, nogi gwoździami przybijem, By nie powstał i nie był upiorem. Z duszą jego do piekła iść musim, Wszyscy razem na duszy usiędziem, Póki z niej nieśmiertelność wydusim, Póki ona czuć będzie, gryźć będziem. Tak! Zemsta, zemsta, etc. etc.” Według profesor Janion na wszelkie sposoby „usiłowano zatuszować siłę tego utworu, zresztą i sam Mickiewicz próbował ją zdecydowanie osłabić, wkładając natychmiast w usta postaci dramatu jednoznaczną ocenę moralną. Ksiądz Lwowicz wykrzykuje „to jest pieśń pogańska”, a kapral mu wtóruje: „to jest pieśń szatańska”. Przecież jednak poeta nie tylko ją napisał, ale i wydrukował. Więc chciał by w dramacie istniała. Dlaczego? [...] W III części „Dziadów” potępił Mickiewicz estetyczny fałsz „polskiego, narodowego” idyllizmu – wobec strasznych, męczeńskich dziejów prawdziwej Polski. Literat IV utrzymuje, że „nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi”, (powiada my „Sławianie, my lubim sielanki”). „Tak twierdzi w „Salonie Warszawskim” po opowieści Adolfa o Cichowskim. Ale przecież wcześniej, w więzieniu opowieść Sobolewskiego o innym narodowej sprawy męczenniku wywołała mściwą, „wampiryczną” pieśń Konrada – „scenę okropną, gwałtowną”, a jednak także z polskiego ducha wywiedzioną.” Gdy tylko dość uważnie wsłuchamy się w ten przerażający śpiew i jednocześnie rozróżnimy w nim takie utożsamienia: „Ja-Pieśń”, „Ja-Wampir”, „Ja-Konrad” nagle pojmiemy z kim przyszło nam obcować – oto ręka poety swata nas z długowiecznym upiorem, piewcą, który przyjmuje na siebie brzemię nieśmiertelności. „Bo pieśń nim dojrzy, człowiek nieraz skona A niźli skona pieśń, naród pierwej wstanie” Owo brzemię długowieczności, czy też szeroko rozumianej nieśmiertelności – do czego także odwoływał się Norwid – sprawia, że życie narodu, jego męczeństwo i tęsknoty, radości i nadzieje, a także litość, nienawiść, podejrzliwość, wyniosłość, nieprzejednanie, pycha etc. nie giną w otchłani czasu, lecz zostają wcielone przez tenże naród z którego się biorą w odwieczną liturgię narodowej ofiary. „[...] Pojrzeć ku górze – pod ołtarz narodów, Gdzie z całej armii został strażnik schodów, Z korony blaski odleciały święte, Berła nie widać chorągwie zwinięte, I usunięta kraina spod stopy. - A czy się wdarł kto na ducha okopy? A czy ich gwałcić kto śmiał nieostrożnie, Gdy wiarą czujni i milczą wielmożnie Jeśli przeto ta ojczyzna Twoja Jest historyczna... (a nie jest, jak Troja!) Niech jak Rzym będzie i Mszy-dziejów słucha, Tak, jak on, perląc różaniec łańcucha, Milcząc jak milczą, trwając jak tam trwają, Pokąd się harfy nie ponastrajają... Lub – jeśli, wzory przenosząc realne, Ojczyzna jest to bagno lakustralne – A ludów prawem są koście Mamuta, To niech ją depczą i zgnije zepsuta!” Norwid stawia tu swoiste ultimatum: albo ojczyzna uzna swój związek ze sprawowaną na ołtarzu narodów (Rzym) „Mszą-dziejów”, albo wykrwawi się i umrze – „zgnije zepsuta”. Bowiem Rzym to miejsce, to idea, duch, który wkracza w ludzką historię, gdzie dzieje wszystkich ludów i narodów plotą się w jedno pod kopułą eschatologicznego Syjonu, gdzie triumfuje „wieczne dziś” i gdzie w nieśmiertelności zamiera „pontifex dziejów”. W tym sensie mickiewiczowska wizja narodu, który wtenczas tylko wzrasta i o tyle tylko ma prawo do życia, o ile wysługuje się całemu rodzajowi ludzkiemu popieraniem lub bronieniem jakiejś wielkiej myśli lub wielkiego uczucia, udziela się także i Norwidowi. Ale Mickiewicza od Norwida odróżnia swoista upiorność twórczości. Zresztą pojawiały i wciąż pojawiają się osądy jakoby Mickiewicz w istocie był osobnikiem „demonicznym” . Profesor Maria Janion tak o tym pisała: „W młodości widziany jako „zabójca poetów”, później przedstawiany był zazwyczaj w postaci człowieka niesamowitego, siejącego postrach i grozę, budzącego przerażenie swą gwałtownością i nieraz skrajnymi poglądami oraz sposobem ich wyrażania. I dalej: „Romantycy – fanatyczni wielbiciele „świata książek” – wypracowali bardzo szczególny styl lektury, również własnych dzieł. Można go nazwać „hipnotycznym”, można „wampirycznym”. Chcieli, by ich utwory nabierały życia, by żywiły się krwią i ciałem czytelnika, zaszczepiały patriotyczny szał i zarażały nim. By „wampiryzowały”. Chciał tego Mickiewicz, ale i sam padł ofiarą własnej poezji.” „[...] O! Polsko! Póki ty duszę anielską Będziesz więziła w czerepie rubasznym, Póty kat będzie rąbał twe cielsko, Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym, Póty mieć będziesz hyjenę na sobie I grób – i oczy otworzone w grobie! [...]” Podobnie jak Mickiewicz także i Słowacki nie umiał obronić się przed siłą tego rodzaju poetyckich uniesień – na co dowód w cytowanym powyżej fragmencie „Grobu Agamemnona”. Zresztą w Polsce poeci zawsze poddawali się nakazowi literackiej potrzeby; świadectwa podobnej „służby” zalegają dziś na bibliotecznych i księgarnianych półkach – żal tylko, że tak nieczęsto sięga po nie jakaś głodna poetyckiego doznania ręka. Dowodem na takie poddaństwo niech będzie rzadko już przywoływany wiersz Kornela Ujejskiego. „Wciąż się szamocą szukając sposobów Jakby was zmężnić – wszystkie drogi mylne! A więc z pochodnią wstąpić chcę do grobów Na jaw wygrzebię czyny podmogilne Dawnych olbrzymów przed wami postawię I z nimi wskrzeszę cały świat zmarły Może choć w ten czas przy waszej niesławie Z wstydem przyznacie, że jesteście – karły Może choć w ten czas, stojąc na pręgierzu Przed sądem świata, przed własnym sumieniem, Przyznacie sami, że rdzę na puklerzu Można zmyć tylko własnej krwi strumieniem” Poeta – tak jak Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Ujejski nie może ograniczać się do stwarzania dzieł sztuki jedynie z własnej potrzeby ducha - obowiązany jest również śledzić ich wpływ, poznać (na co uwagę zwracał Julian Klaczko) „magnetyzm ich ducha i wskazać elektryczną kolumnę, przez którą sięgają i uderzają w serce narodu”. W tym znaczeniu romantyczna fasmantagoria upiorności, a wraz z nią jej twórcy objawiają się jako „wampir” i jego „tło”, wciąż żadni pożywki toczą krew i stale wampiryzują coraz to nowe rzesze „rodaków”, - zupełnie jak Konrad i jego wampiryczne śpiewane tło. Pieśń Konrada jak żaden inny utwór literacki wpisała się w kanon narodowego pisarstwa jako literacki pra-objaw polskiej romantycznej maniery, balladowa stylizacja cierpienia i zemsty. „Nikt ani w murach więzienia ani poza nim nie nadał takiej krwawej symboliki literackim motywom zjaw balladowych. Niesamowita potworność mickiewiczowskiego pomysłu jest – co na pierwszy rzut oka może zdać się rzeczą niewidzialną – znakiem piętnowania myśli o zemście jako piekielnej. Pieśń Konrada – czarownika, proroka, szamana, wampira – tchnie obcością pierwotną, wampiryczną. Nie da się jej ani oswoić, ani złagodzić, ani podrobić: to nie jest ogólnie uprawiana przez romantyków literacka stylizacja na folklor. Pieśń poraża dzikością i obcością. Ujawnia straszny, szalony zew zemsty, słychać go w niej, jak wycie wampirów i wilkołaków. Czuje się, iż wieszcz stanął tu wobec jakiejś ostateczności i zmierzył się z nią poza dziedziną chrześcijańskiej moralności” – jak gdyby przyszło mu walczyć w obszarach odwiecznego chaosu, gdzie dobro i zło przelewają się przez siebie jak dwie fale wzburzonego oceanu, by po chwili ucichnąć w zawieszonej grozie, a zaraz potem nastroszyć swe wzburzone gniewem grzywy i rozbić się jedna o drugą. I chyba już do samego końca przetrwało w nim to odczucie, chociaż obłaskawione późniejszym doświadczaniem wiary – doświadczenie wampira. I co jest w tym kontekście najważniejsze, owo doświadczenie po dziś dzień nie opuściło także Polaków. § 5. Teistyczny mesjanizm i ateistyczny winkelriedyzm. Polski patriotyzm to „patriotyzm nienawiści”, spleciony w jedno z pałającą żądzą zemsty. Czyż nie odgrodziliśmy „nas” od „tamtych” jednym, jedynym skutecznym cięciem ślepego ostrza umiłowania ojczyzny? Czyż w efekcie nie przywołaliśmy do istnienia rozgraniczenia, w którego sztywnych ramach osiadła mistyczna wręcz wiara w pewien szczególny rodzaj posłannictwa polskiego narodu? „Polska Winkelriedem narodów” pisał w „Kordianie” Juliusz Słowacki. „[...] Nie - myśli wielkiéj trzeba z ziemi, lub z błękitu. Spojrzałem ze skały szczytu, Duch rycerza powstał z lodów... Winkelried dzidy wrogów zebrał i w pierś włożył, Ludy! Winkelried ożył! Polska Winkelriedem narodów! Poświęci się, choć padnie jak dawniéj! jak nieraz! Nieście mię, chmury! nieście, wiatry! nieście, ptacy! [...]” Drugi z narodowych wieszczów wysuwa tu pewnego rodzaju propozycje, która ze względu na swą naturę przeczy mickiewiczowskiej idei mesjanizmu. Bowiem koncepcja, która opiera się o pogląd – niezłomną wiarę - w to, że Polska ma skupić na sobie zainteresowanie zaborcy, ma być aktywna, zaangażować wroga, w tym samym zaś czasie inne narody zwycięża zaborcę, kłuci się z pojęciowym rozumieniem polskiego mesjanizmu. Jako, że mesjanizm polski miał charakter spekulatywno-metafizyczny i antynaturalistyczny. Nie ogólna idea, jak u Hegla, lecz jednostkowa dusza ludzka była dla niego osnową rzeczywistości. Na celu miał nie tylko poznanie prawdy, ale przeprowadzenie reformy życia i wybawienie ludzkości. Czynnikiem wybawienia, „mesjaszem”, miała być sama filozofia, która odsłoni prawdę, jak sądził Wroński, albo też naród polski, który poprowadzi ludzkość do prawdy, jak uważał Mickiewicz. „[...] Polacy począwszy od XVI wieku przeczuwali niewyraźnie tę konieczność (objawienia się mesjasza narodów), później wyrażali ją poeci jako życzenie; nabierając większej jasności i, że tak powiem, dotykalności, jest teraz formułowana przez filozofów. Ta idea mesjanizmu wiedzie do jednego człowieka; mesjanizm polski przyznaje swemu narodowi posłannictwo, które ma reprezentować jeden człowiek. [...] Polska poetycka i literacka, która może uchodzić za organ Polski politycznej, oczekuje zwrotu dziejowego, przyszłości, nowego stanu rzeczy. Oczekiwanie to zgodne jest z oczekiwaniem wszystkich ludów europejskich. Zasadnicza różnica, jaka zachodzi miedzy Polską a wszystkimi filozofami Zachodu, polega – jak to niedawno powiedzieliśmy – na tym, że filozofia europejska mniema, iż postęp wiedzy, ustanowienie jakiejś nowej doktryny, upowszechnienie pewnych poglądów sprowadzi nowy i szczęśliwy stan rzeczy, Polska natomiast wierzy, że taki skutek wywołać może tylko zjawienie się jednego człowieka, jednej osoby. [...] Najwięcej o przyszłej epoce wieszczyli niezaprzeczalnie Garczyński, z którego już przeczytaliśmy urywki, oraz znakomity poeta polski Brodziński, ten sam co w swej ostatniej mowie wyrzekł pamiętne, tylekrotnie przez nas powtarzane słowa o Koperniku. Po Brodzińskim zostało nam jeszcze pisemko wydane pośmiertnie, całe natchnione, całe prorocze, które zasługuje na uwagę spółrodaków. W pisemku tym powiada on między innymi: «Niech Pan tego, kogo upatrzy: który wszystko co zbawienne jest, skutecznie wypowie i tam zaprowadzi, gdzie myśli w czyny się wcielą». Nieco dalej odzywa się do Polaków: «Byłeś ludu mój,... zapomnianym jak ród Dawida, z którego przecież wyjść miało Zbawienie... Szanuj każdy w sobie godność Ojczyzny, jakoby Marii, do której Słowo Borze stało się». A potem do Polski: «Nie dała ci jeszcze wola Najwyższa takiego pośrednika, co by całe rozumienie twoje splótł w jedność i na tablicy naznaczone od Boga powołanie twoje ku widzeniu i wykonaniu twemu wystawił». Na koniec zwraca uwagę rodaków na niektóre daty i powiada: «Dni miesiąca Listopada pełne są tajemnic świętych. W nim obchodził lud Starego Zakonu wyjście Noego z arki, wyjście Mojżesza z niewoli egipskiej, wyjście Jonasza z brzucha wieloryba, wyjście Józefa z więzienia. W nim zaczyna się obchód przyjścia Chrystusa na świat, w nim czczony jest Andrzej święty, którego Pan najpierw na ucznia swego wybrał – (a podług naszych podań najpierwszy apostoł Słowiańszczyzny)... – W wilię wreszcie św. Andrzeja podniósł na nowo lud polski krzyż Chrystusowy... Przyjście Mojżesza, tak jako przyjście Chrystusa, poprzedzone męczeństwem dziatek: azaż Car męczeństwem dzieci polskich nie zbliżył przepowiedzi zmian wielkich? Czuwajcie wszystkie matki, wszyscy mistrze i kaznodzieje! Wszelka żywa duszo polska, pragnij i czuwaj: bo nie wiesz miejsca ani czasu, w którym powołana być możesz. Czuwaj każdy, czyś prostak, czy mędrzec, czyś mąż wielkiego serca, czy słaba niewiasta. Słuchaj, gdzie trawa rośnie; czuwaj na każdy wiatru powiew...!»” Kazimierz Brodzińskim - pozostający w przymierzu z ludem ojczystej sprawy śpiewak, ten sam, który poezję polską na nowe wprowadził tory, u zmierzchu swojego żywota występuje w charakterze arcykapłana, wieszcza i proroka. „Mowa o narodowości Polaków”, jest czymś w rodzaju nierymowanej ody, ewangelicznego psalmu lub „cierniowo-laurowego” wianka nazutego niespodzianie na głowę Polonii, która u Boga wiecznie doprasza się własnej restytucji. A wszystko dzieje się podobnie jak u Hegla. Brodziński rzecze – „Naród jest wrodzoną ideą, którą członkowie jego, w jedno spojeni, urzeczywistnić się mają. [...] Losy doznane stanowią jego charakter. Bóg chciał mieć narody, jak ludzi indywidualnemi, przez co na całą ludzkość wpływają i potrzebną tworzą harmonię. Jak cnoty domowe są podstawą narodowych, tak te są zasadą miłości całego społeczeństwa (rodu ludzkiego). Cała różnica między narodem a człowiekiem jest, że człowiek może zginąć dla narodu, ale naród dla ludzkości nie może wtenczas, gdy ma swoje sumienie, gdy się czuje narodem.” Poeta jest głęboko przekonany o nieśmiertelności narodowej duszy. Wierząc zaś w jej trwałość wieczystą, powiada, że gdyby nawet „pierwszym w świecie przykładem” Polska losowi męczeństwa uległa, to krzyż nad mogiłą „ucznia Chrystusowego” wzniesiony, „byłby celem wędrówek ludów”. Czemuż to? Bo „naród polski jest przez natchnienie filozofem, Kopernikiem w świecie moralnym”. Oto sprawione siłą mowy Brodzińskiego zrodziło się w obywatelach odczucie, „że każdy naród być powinien cząstką całości i krążyć koło niej, jak planety około swego ogniska”. Trudna to wszak do rozsadzenia prawda. Bo skoro wszystek organizm ludzkiego rodzaju rozkłada się na organiczne cząstki, to gdzież szukać tejże „całość” - słońca naokół, którego krąży wykreowany z niezliczonych zbiorowych indywidualności wielki etnologiczny kosmos? Czy zaś owym centrum nie będzie jedna tylko – wolą stwórcy skazana na majestatyczny spoczynek - jednostka?... Daleko bardziej przemawiającym do ludzi, choć jeszcze na pół sfinksowym stylem odznacza się dalszy ciąg wykładu. „Ideą jego (narodu polskiego) było: pół słońcem religii rozwinąć drzewo wolności i braterstwa; umiarkować prawa tronu i ludu na szali, u samego nieba zaczepionej; rozwijać się według pory, jaką czas przynosi, aby się stać osobą, ukształconą do spółdziałania całej ludzkości”. Brodziński udowadnia tu – mniejsza o skuteczność -, że naród polski z racji swojej pozycji, jako wybraniec boży, jest jedynym i nieomylnym ogłosicielem zasad społecznych, „których bogate źródło i wzory – pierwotne chrześcijaństwo podało”. Zatem jedynie nieprzerwane istnienie i pomyślny rozwój tej „ukształconej do współdziałania całej ludzkości osoby” może zagwarantować szczęśliwą dolę całej ludzkości. Bowiem, zdaniem autora, już od świtów historii opatrzność powołała Polskę do wyjątkowej misji. Musimy stać się „mesjaszem narodów”, zmuszeni jesteśmy zaszczepić w świadomości sąsiadów, obraz na poły świętej, uskrzydlonej ideą Polski – ojczyzny sumień, proroka, mesjasza, przewodnika po zbiorowej narodów jaźni. Mesjanizm polski w przeciwieństwie do idealizmu niemieckiego był teistyczny i personalistyczny, był też irracjonalistyczny, gdyż stawiał wolę i czyn ponad myśl, ale zabrakło w nim odniesień do historycznej i politycznej refleksji. Słowacki zaś dostosowuje swoja ideologie do tych polityczno-historycznych warunków – brakuje w niej zaś odniesienia do wiary i do Boga. Winkelriedyzm rodzi się na szczycie góry Monte Blanc. Walcząc pod tym hasłem Kordian ponosi klęskę. Zatem zaproponowana przez Słowackiego koncepcja nie wytrzymuje konfrontacji, gnie się pod naporem eschatologicznego ciężaru mesjanizmu, ponieważ istotą myśli Słowackiego jest czyn nielicznych. Konrad i Kordian to dwaj zasadniczo różni od siebie bohaterowie, mimo iż łączy ich jeden cel - walka o wolność ojczyzny, to do owego upragnionego celu, każdego z nich wiedzie inna zupełnie droga. Jednako ani pierwsza, ani druga ścieżka ni mogą zaprowadzić ich do szczęśliwego zakończenia obu historii, które już od pierwszych strof noszą piętno niepowodzenia - zwiastują tragedię jednostki i narodu. To zbliża ich do siebie. Na tym wszak kończą się podobieństwa między bohaterami. Konrad z III części „Dziadów” to człowiek wybitny, duchem rosły ponad miarę, świadomy nadludzkich możliwości, jakich pokłady zalegają w jego myśli i czynie. Czuje się zdolny samotnie wybawić Polskę spod jarzma zaborów. Jednak do osiągnięcia tego celu potrzebuje boskiej mocy sprawowania rządu nad duszami Polaków. Samozwańczo więc przedstawia się jako sumienie rodaków i rzuca wyzwanie Bogu. Żąda, by Stwórca użyczył mu swej mocy, bowiem żywi nadzieję – w sercu nosi przeświadczenie – o tym, że zaprowadzi nowy, lepszy porządek na świecie. Tą myśl, owo bluźniercze przekonanie wznosi najwyżej jak się da, postrzega siebie jako godnego partnera do rozmowy z Bogiem. Tymczasem ów Bóg, z którym Konrad chce przystąpić do „targów”, milczy. Wysiłki mickiewiczowskiego bohatera są przez Opatrzność ignorowane. Konrad-poeta wzywa „Pana co dzierży nieboskłony” na pojedynek sumień, a Bóg nie staje do walki, nie raził gromem zuchwalca, ignoruje Konrada – nie czyniąc żadnego gestu. Tym samym oddala go od „horyzontu zdarzeń”. Nawet konradowe klątwy i zaklęcia w żaden sposób nie poruszają majestatu Stwórcy. Bowiem przed bożym obliczem ów jest tak marny, tak nikły – niby puch krążący we wszechświecie -, iż nie zasługuje nawet na drobną chwilę uwagi Przedwiecznego. Ten nieszczęsny, pełen pychy i dumy monolog Konrada stanowi źródło, jest przyczyną tragedii, w której sidła coraz głębiej i głębiej lgnie bohater. Stawiając sobie za cel wyzwolenie ojczyzny, jako środek obiera boską władzę nad porządkiem rzeczy, uważa się za godnego otrzymania części „divinitas”, nie dopuszcza do siebie myśli, że zostanie przez Boga potraktowany z pogardą. Bóg zaś gardzi ludzką pychą a wynagradza pokorę. I właśnie na taką pokorę zabrakło miejsca w konradowym sercu nalanym pychą i poczuciem dziejowej misji. Konrad był gotów posunąć się nawet do bluźnierstwa, byle by tylko nie okazywać skruchy, która w jego rozumieniu jawiła się jako oznaka niewypowiedzianej słabości. „[...] Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie; Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie: Co ja zechcę, niech wnet zgadną, Spełnią ,tym się uszczęśliwią, A jeżeli się sprzeciwią, Niechaj cierpią i przepadną. Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa, Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; - Mówią, że Ty tak władasz! Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył; Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz, Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył, I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo, Zanuciłbym pieśń szczęśliwą! Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową, Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić, Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo Nie mogłoby jej wnet zwalić. Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę Ścisnął, natężył i razem wyświecił, Może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił - Bo jestem nieśmiertelny! i w stworzenia kole Są inni nieśmiertelni; - wyższych nie spotkałem. - Najwyższy na niebiosach! - Ciebie tu szukałem, Ja najwyższy z czujących na ziemnym padole. [...] [...] Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz, Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz. [...] [...] Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał, Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. - Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością, Ty jesteś tylko mądrością. [...] [...] Jeszcze raz Ciebie wyzywam, Jeszcze po przyjacielsku duszę Ci odkrywam. Milczysz, - wszakżeś z Szatanem walczył osobiście? Wyzywam Cię uroczyście. Nie gardź mną, ja nie jeden, choć sam tu wzniesiony. [...] [...] Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan: On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca. [...] [...] Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony? Ciałem połknąłem jej duszę, Ja i ojczyzna to jedno. Nazywam się Milijon - bo za milijony Kocham i cierpię katusze. [...] [...]Czuję całego cierpienia narodu, Jak matka czuje w łonie bole swego płodu. Cierpię, szaleję - a Ty mądrze i wesoło Zawsze rządzisz, Zawsze sądzisz, I mówią, że Ty nie błądzisz! [...] [...] Milczysz! - Jam Ci do głębi serce me otworzył Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha, Część tego, co na ziemi osiągnęła pycha, Z tą jedną cząstką ileż ja bym szczęścia stworzył! Milczysz! - nie dasz dla serca, dajże dla rozumu. - Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu, Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły, Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły - Jeślim nie zgadł, odpowiedz - milczysz! ja nie kłamię. Milczysz i ufasz, że masz silne ramię – [...] [...] Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze; Jeśli jej w gruzy nie zburzę, To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem; Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia: Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia: Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale... Głos diabła Carem! [...]” W takim ujęciu konradowa walka o wolność ojczyzny i szczęście rodaków była przegraną zanim na dobre się rozpoczęła. U progu dzieła, bohater ponosi dotkliwą porażkę, gubi go własna pycha i brak krytycyzmu w ocenie sytuacji. Nikt, nawet romantyczny wieszcz, nie może się równać z Bogiem. Opatrzność jest niedostępna dla ludzkiego rozumu, choćby najbardziej przenikliwego. Zresztą Konrad w wielkiej improwizacji rozumu nie nadużywa. Miota się, bluźni, nie dopuszcza do siebie świadomości, iż gniew jego pozostanie bez odzewu. Taka wyzywająca postawa musiała zostać ukarana, karą zaś okazało się milczenie. Był to najdotkliwsza wyrok, jaki mógł zwalić się na konradową głowę. Gdyby Bóg go unicestwił, oznaczałoby to, iż nawiązał z nim kontakt, tymczasem żadnego dialogu nie było i być nie mogło. Buta bohatera zamknęła usta Stwórcy. Zupełnie inaczej do walki o wolność ojczyzny zabrał się Kordian. W przeciwieństwie do Konrada, był człowiekiem psychicznie słabym, podczas gdy Konrad odznaczał się siłą charakteru, która pozwalała mu rzucać wyzwania Bogu, Kordian był tak słaby, iż jako kilkunastoletni chłopiec próbował popełnić samobójstwo. Po bolesnych doświadczeniach wczesnej młodości długo nie mógł znaleźć swego miejsca na świecie, rozpaczliwie ścigał ideę, która mogłaby nadać jego życiu sens. Wreszcie, na szczycie Mont Blanc, odnajduje promień nadziei, który odtąd wypełnia jego istnienie. Doznaje olśnienia - widzi Polskę jako „Winkelrieda narodów” – i podejmuje zobowiązanie - pragnie swą wizję wprowadzić w życie. Po powrocie do kraju próbuje zorganizować spisek, którego celem będzie zamordowanie cara przybyłego do Warszawy po koronę króla Polski. Tym samym Polska miałaby stać się „Winkelriedem narodów” - gdyż taki zamach sprowadziłby na ojczyznę gniew imperium rosyjskiego, tyle, że byłaby to już hydra pozbawiona głowy. Ten niemalże samobójczy czyn miał umożliwić innym podbitym narodom europy dźwignięcie się spod jarzma niewoli i zbudowanie nowego, opartego na prawie do wolności i samostanowienia o sobie porządku. Hasło winkelriedyzmu, rzucone przez Słowackiego miało być swego rodzaju konkurencją dla mickiewiczowskiego mrocznego mesjanizmu. Obie jednak myśli cieszyły się wątpliwym powodzeniem - mesjanizm był niejasny, nakazywał bierne oczekiwanie na cud, winkelriedyzm zaś prowadziłby do samozagłady - trudno oczekiwać aby jakikolwiek naród był zdolny do takich poświęceń. Dlatego intencja Kordiana spotkała się z tak silną krytyką zgromadzonych w kościelnej krypcie spiskowców. Prezes wyraźnie rysował niebezpieczne konsekwencje carobójstwa. Taka zbrodnia ściągnęłaby na Polskę i Polaków morze represji, a korzyści z niej dla kraju i Europy byłyby wątpliwe. Wszak unicestwienie imperatora nie złamie potęgi Rosji, imperium zemści się na narodzie, który mordercę wydał na świat, a zemsta unurza się we krwi. Słuszna i roztropna krytyka nie dociera jednak do zapalonego umysłu młodzieńca, gotów jest wprowadzić swój zamysł w życie, uczynić z Polski „Winkelrieda narodów”, nawet przy sprzeciwie samych Polaków. I choć wszyscy spiskowcy, wiedzeni rozumem Prezesa, opuszczają go, ów mimo woli ogółu decyduje się samotnie uwolnić świat od tyrana. W noc po koronacji, pełniąc wartę w carskim pałacu, zamierza zabić cara, który sięgnął po świętą koronę Piastów i Jagiellonów. Lecz w drodze do komnaty, w której śpi nieświadomy niebezpieczeństwa car, umysł Kordiana oplatają wytwory jego nadpobudliwej wyobraźni - Strach i Imaginacja. Zasnuwając mu oczy zasłoną straszliwych majaków. Zdawałoby się niezłomna wola, nakazująca odebrać życie imperatorowi z każdym następnym krokiem słabnie. Umysł i serce zaprząta bez reszty walka ze swawolną wyobraźnią, którą powoli opanowuje słabość zamachowca. Wreszcie przegrywa tę walkę z sobą samym - pada zemdlony u drzwi carskiej komnaty. Źródłem tragedii w której utonął duch Kordiana okazuje się być słabość, bezsilność jednostki w obliczu konfrontacji z żywą historią. Zapalczywy młodzieniec postawił sobie zadanie, którego nie był w stanie wykonać - zniszczył go własny strach. Konrad i Kordian żywili tak silne uczucia w stosunku do ojczyzny, że pochłonął ich żywy obłęd – pierwszy tak się w nim zatracił, że nie cofnął się nawet przed bluźnierstwem, drugiego zabił strach, wszak jednak nie taki zwykły – starach, w którym burzył się gorączkowy afekt – miłość pałająca nienawiścią.
§ 6. „I będzie w końcu, co w początku było”. Czytając „Dziady”, śledząc dzieje Kordiana trudno się oprzeć rozpaczy, jaka niby wąż obślizgły wije się w gąszczu liter ułożonych w słowa, wlewa się w człowieka jak w puste naczynie, a gdy już raz go wypełni – zostaje na zawsze. Ilekroć usłyszę: „Polska”, zrazu stają mi przed oczami obrazy utkane piórem wieszczów, widzę i czuję, co widzieli i odczuwali oni. Jakby za sprawą niepojętych czarów, usnutych w melodyjnym brzmieniu wierszy i poematów, duch mój wzrasta, skrzydeł dostaje i nimi niesiony, prowadzi mnie w tamte dni, czasy, przeżycia, obyczaje, gdzie jeden los w jedno, z jedną sprawą spleciony – Polsko! „Wytrwaj, a staniesz potężna i cała!” Słowa te wypowiedział w „Proroctwie kapłana polskiego” Wincenty Pol – wieszcz, wieszczów spadkobierca – prorok, proroków następca, usynowiony wojownik od obcych narodów - w Polskę duchem wrośnięty. Jeden zwłaszcza z jego utworów zasługują tu na naszą szczególną uwagę, mowa będzie o „Proroctwie kapłana polskiego” – znać w nim mickiewiczowską nutę, już w pierwszych strofach napotykamy zadziwiającą zgodność tematu i poniekąd formy.
Mickiewicz, a za nim Pol ukazują czytelnikowi ojczyznę nie jako żywy, „fizyczny” organizm, lecz jako ducha, marę, wspomnienie tego, co niegdyś było. Lecz mówią także, że wciąż być może, że choć ciało w mogiłę złożono, duch wytrwał i wytrwa, bo jest, mieszka w narodzie, w nim się skrzy i nie wygasa, bo są sumień przewodnicy , są prorocy - ojczystej sprawy śpiewacy.
U obu poetów jest więc mowa o wieszczach, choć Pol wywyższa ich u siebie do proroków. Jednakowoż idea pozostaje tą samą – ożywić ducha, zanieść nadzieję, ukazać przyszłość usnutą w przeszłości. I zdaje się – w tej myśli jest klucz do przesłania, jakie bierzemy w spadku od – jak to nazwałem u początki mojego pisania – korowodu rozlicznych śmiałków, marzycieli, wajdelotów etc. Cóż bowiem znaczy ukazać przyszłość usnutą w przeszłości? Nie mniej i nie więcej, tylko dać obraz ciągłości dziejów, gdzie „drzewiej” przeistacza się w „zajutrz”. Bo też to „zajutrz” jest owocem owego „drzewiej” i bez niego nie mogłoby nam się objawić, a gdyby zaś nie istniało to nasze „zajutrz”, podówczas „drzewiej” byłoby tylko przygodną dekoracją do ludzkiego słownika, utraciłoby swój pierwotny sens. Tak więc jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć i o tym wszak mówią wieszczowie, choć każdy z nich ma swój własny, wypracowany styl opowiadania. Mickiewicz powraca myślą do „kraju lat dziecinnych” – odwołuje się do „drzewiej”, powiada, że kraj ów pozostanie takim, jakim był zawsze tzn. pozostanie nie „zmieniony wypadków strumieniem”, bo uwięziony w myśli młodzieńczej, chroniony wspomnieniem młodości. Ale także ofiaruje, a raczej podpowiada nam pewną myśl, pisze bowiem: „I zazdrościła młodzież wieszczów sławie, która tam dotąd brzmi i w lasach i w polu” a więc nie przemija, jest ciągła. Właśnie tu, w wierszu, „wczoraj” powiło „jutro” – właśnie tu zrodziła się przyszłość. Inaczej do sprawy zabiera się Wincenty Pol, ten przepowiada nadchodzącą kolej wypadków: „Albowiem powiadam Tobie, że się twe rany zgoją”. Odwołuje się zatem do „zajutrz”, „drzewiej” zostawia krok za sobą, choć nie porzuca, wszak wieszczy: „I będzie w końcu, co w początku było”. Tu pojawia się nić ciągłości, spoiwo między początkiem i końcem, tu rysuje się skompletowany obraz dziejów. Na koniec historia zatoczy koło i wróci do swego zarania. Ale aby tak było musi biec nieprzerwanie i biegnie w słowie Pola, wciąż rwie się do przodu, bo usnuta jest w czasie przyszłym. Jeśli więc chodzi o przyszłość, to jest ona dla nas poznawalna, bowiem jej obraz zawiera się we wspomnieniu przeszłości. Jest jednak w wierszu Pola także coś niepokojącego, coś, co przywodzi na myśl szaleństwo Kordiana – zupełnie jakby poeta zapragnął w jednym utworze zmieścić, ból, żal, nienawiść, nadzieję, jaką kierowali się wszyscy „ojczystej sprawy śpiewacy”. „[...] I krew się twoja Sakramentem stanie Ludom ginącym z niewoli i głodu! I wzniosą one po ziemi błaganie: Przez święte rany polskiego narodu Wybaw nas, Panie! Amen! [...]” Czyżby więc Polska, podobnie jak u Słowackiego, takoż i u Pola miała być „Winkerliedem narodów”? Wydaje się, że jednak nie. Zamysł poety jest tu zupełnie inny, a mieści się - jak wcześniej wykazałem -, w pojęciu „przyszłości usnutej w przeszłości”. Bowiem istotnie, Wincenty Pol gromadzi, łączy, spaja w jedno, ogniwo po ogniwie, mozolnie wykuwany łańcuch narodowej wieszczby i sam na koniec staje się jakby jego ostatnim oczkiem zamykającym ów niezwykły korowód „wodzów drużyn ludzkości”. Z wersów „Proroctwa kapłana polskiego” wyzierają: Rejtan i Kniaźnin – obaj zawieszeni w pajęczynie szaleństwa, Woronicz dumający nad ojczyzny mogiłą, Trembecki – silniejszy od mody, nie poddający się ni jakim obyczajom, demoniczny Mickiewicz, lękliwy Słowacki, ewangelista Brodziński. Wszyscy oni asystują poecie, są jakby obecni w każdym słowie, przecinku, kropce w każdym rymie wysławiającym proroctwo. Dają się unieść mowie, która wlewa się w przyszłość, zanosząc w nią zuniformizowaną ideę, ujednoliconą, obdartą z politycznych podtekstów, uszlachetnioną w swej szlachetności, spolszczoną w swojej polskości, obmytą z krwi pokoleń – czystą i jasną, jak obraz czasów, które niebawem nadejdą. Trudno w tak krótkim szkicu wyrazić istotę myśli uwitej przez pokolenia, jeszcze trudniej dać jednoznaczną odpowiedź na zadane u początku pytanie: jak w literackiej samoocenie wyglądał trzon społeczeństwa? Właściwie, jeśli chodzi o poezję, to jej charakter najlepiej oddaje inna poezja. Bowiem ludzka wrażliwość, a w niej wszelkie ideowe i religijne czucie, owo przeżywanie wszystkich, ujętych razem, cudowności i potworności tego świata najpełniej i bezwarunkowo poddaje się osądowi abstrakcyjnej, wierszowanej myśli. A skoro tak – uczyńmy więc zadość podobnej prawidłowości i w rymowanym słowie dajmy wyraz wrażeniu, jakie nam w spadku oddali wieszczowie: I Dnie się ongi budziły, u progu, których Jutrznią zarania świty wstawały, Mesjaszów gromady ponurych, „Drużyny wodzów ludzkości” słowem wskrzeszały. I przybywali tłumem widm szaroburych, Iskrząc ogniem świętego Elma, ich roju nawały, Proroków pieśń skrzydłem nadziei niosąc do góry, W ludek sierot zmartwiony, swoim nieżyciem - żywot wlewały. Sącząc się w burty „narodu rozkołatanej nawy”, Opatrzności w ofierze myśl lotną składali. Dawno okrzepłej krwi grudy zmieniwszy w potoki lawy, Z przeszłości przyszłość usnuli, dzieje ludów ważąc na szali. I dała się ponieść słowu dziatwa odwykła od sprawy, Ruszyli w pole pierwej ojce, za nimi synowce i tak umierali, Tak życiem swem malowali zaranie losów poprawy, Jak wieszcze wolą i kałamarzem - czyn hartowali... II A gdy już zbiegną stulecia, ofiar ściekając strumieniem, Kiedy już raz krzyk się wypali i bez słów wzniosłych, Obejdziem się jeno prostym sumieniem, Staną się ewangelią te słowa co z ksiąg wyrosły. I będą gorączką podróży, niedoścignionym marzeniem, Bo wszystko zrodziło się w słowie - wszak świat słowa podniosły! I nie zazdrośćmy już wieszczów sławie, okupionej natchnieniem, Wszak z niego urosły skrzydlate dzieci wolności – jutrzenki posły! Bibliografia: 1) A. G. Bem “Studia i szkice literackie” , Wyd. Nakładem Księgarni Naukowej, Warszawa 1904 2) M. Janion „Wobec zła”, wyd. Verba, Chotomów 1989. 3) J.H. Suterland Edwards, “The Polish Captiviti: an account of the present position of the Poles, London 1907" (za Norman Davies „Borze Igrzysko – Historia Polski” tom II, wyd…) 4) E. Teodorowicz-Hellman, wykład „O trzech szwedzkich przekładach Pana Tadeusza”. wygłoszony 20 maja 200 r.. na zaproszenie Szkoły Języka i Kultury Polskiej i katowickiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego.) 5) N. Davies „Borze Igrzysko – Historia Polski” tom II, wyd. Znak, Kraków 1992 6) S. TREMBECKI, „PISMA WSZYSTKIE”, T. 1-2, OPRAC. J. KOTT, WARSZAWA 1953 7) “Słownika Encyklopedycznego Edukacja Obywatelska” Wydawnictwa Europa. Autorzy: Roman Smolski, Marek Smolski, Elżbieta Helena Stadtmüller. Wyd. EUROPA 1999. 8) S. Kołczakowski „Mickiewicz jako człowiek. Glosy, w: Portrety i zarysy literackie”, opr. S. Pigoń, Warszawa 1968 9) S. Kawny, „Mickiewicz – zabójcą poetów” w „Mickiewicz w oczach swoich współczesnych. Studia i szkice”, Kraków 1967 10) J. Klaczko „Wieszcze i wieszczby”, w: „Zapomnienie pisma polskiego” (1850-1866). Zebrał i objaśnił F. Hoesick, Kraków 1912 11) W. Weintraub, „Poeta i prorok. Rzecz o profetyzmie Mickiewicza”, Warszawa 1982 12) J. Słowacki, „Dzieła wszystkie”, „Kordian. Część pierwsza trylogii. Spisek koronacyjny”. Pod red. J. Kleinera, t II, Wrocław 1952 13) A. Mickiewicz „Dzieła, Literatura Słowiańska, kurs drugi, wykład XXXIII” Spółdzielnia wydawnicza Czytelnik, 1955 14) „Poezye Adama Mickiewicza”, „Dziady” część III, scena druga: „Improwizacja”, Tom czwarty, Nakładem Autora, Paryż 1832. 15) M. Mann, „Wincenty Pol. Studium biograficzno-krytyczne.” T.I - II, Kraków 1904 - 1906. 16) M. Janion, „Wincenty Pol” ( bibliografia M. Grabowska ) [ w: ] „Obraz Literatury Polskiej XIX i XX wieku.” S. III, T. I, Kraków 1975. 17) S. Majchrowski, „Wincenty Pol. Szkic biograficzny”, Lublin 1982. 18) W. Pol , „Pieśni Janusza”. T.1-3. (1831-1833,1833-1835,1835-1846). Lwów 1863. | ||||