| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Zdzisława Mazur:
Józef
Darski:
manipulacja
Andrzej Kumor:
inżynierowie
Mirosław Owczarz:
gejlandia
scc:
Jerzy Przystawa:
stokłosa
Romuald Bury:
Antoni Rybczyński:
inni
Marcin Małek:
wodzowie
|
Mariusz D. Dastych JAK SZPIEGOWANO AMBASADĘ AMERYKAŃSKĄ W WARSZAWIE Służby specjalne PRL szpiegowały Ambasadę Amerykańską w Warszawie od lat 40. Ale w latach 80. otrzymały do tego celu nowe, potężne narzędzie – program komputerowy PROMIS. Zmiana ustroju w 1989 roku nie przeszkodziła służbom, wywodzącym się z PRL, w szpiegowaniu nowego sojusznika. Proceder ten trwał do roku 1996. Zimą 1985 roku brytyjski magnat prasowy Robert Maxwell - pracujący dla izraelskiego wywiadu - sprzedał generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu oprogramowanie komputerowe PROMIS, które miało posłużyć do śledzenia nielegalnej „Solidarności” i innych ugrupowań opozycyjnych. PROMIS mógł także dostarczać SB i WSW informacje o ludziach odwiedzających Ambasadę USA w Warszawie i o pieniądzach przekazywanych tą drogą. Wydając 20 milionów dolarów na zakup PROMIS, władze PRL nie wiedziały, że niewykrywalna elektroniczna „furtka” pozwalała Mossadowi na śledzenie poczynań śledzącego. Władze komunistyczne były niezwykle wyczulone na wszelkie (prawdziwe lub urojone) powiązania polskiej opozycji demokratycznej z Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA), szczególnie zaś z jej Stacją Warszawską (rezydenturą w Warszawie). Kiedy w listopadzie 1981 roku CIA udało się potajemnie wywieźć z Polski swego najważniejszego współpracownika – pułkownika Ryszarda Kuklińskiego (z całą najbliższą rodziną), wszystkie służby specjalne zostały postawione w stan nieustannego pogotowia. Zaczęło się masowe polowanie na domniemanych szpiegów, zarówno obywateli polskich jak i dyplomatów USA. Mimo wielu akcji kontrwywiadowczych, plon tej nagonki był raczej marny, lecz polowanie trwało co najmniej do końca 1989 roku. Próby oskarżenia o szpiegostwo działaczy opozycji skończyły się niepowodzeniem, choć przy okazji aresztowano i uwięziono niewinnych ludzi. Po zmianie ustroju w połowie 1989 roku, wielu funkcjonariuszy SB i WSW pozostało nadal na służbie. Niektórzy – zwłaszcza wojskowi z WSW, przemianowanego potem na WSI – przetrwali weryfikacje i czystki ostatnich 14 lat. Wobec dawnych komunistycznych służb specjalnych nigdy nie zastosowano „opcji zerowej”, co pozwoliło im na wiele nielegalnych działań. Istnieją dowody na to, że – oprócz izraelskiej – również odpowiednio spreparowana wersja sowiecka oprogramowania PROMIS trafiła do polskich służb pod koniec lat 80. i została użyta do szpiegowania Ambasady USA w Warszawie i jej korespondencji z Departamentem Stanu. Trwało to do roku 1996, kiedy po serii afer szpiegowskich w USA, oprogramowanie PROMIS zostało wycofane z komputerów Departamentu Stanu i ze 170 Ambasad i innych placówek USA na świecie. Zanim użyto PROMIS Służba Bezpieczeństwa (SB) i WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna) korzystały z innych metod inwigilacji Ambasady Amerykańskiej i personelu Stacji CIA w Warszawie. Podsłuchy telefoniczne i „pluskwy” umieszczane na terenie Ambasady, w rezydencjach jej pracowników i w ich samochodach, podsłuch sygnałów radiowych, mikrofony kierunkowe i tradycyjna agentura w Ambasadzie i Konsulatach pozwalały służbom na uzyskiwanie pewnej wiedzy o tym, co się tam dzieje. Wszelkie ruchy pracowników Ambasady, a szczególnie tych podejrzewanych o działanie dla CIA, były stale obserwowane przez dziesiątki funkcjonariuszy, śledzących ich dniem i nocą. Mimo tak ścisłej obserwacji, personel CIA w Polsce z obsługiwał swoich informatorów i agentów. Technika działania była dość prosta: bardzo dokładne rozpoznanie terenu i przygotowywanie wymiany, sygnały – takie jak znaki kredą na murach, parkanach, skrzynkach listowych, słupach, tzw. martwe skrzynki do wymiany korespondencji, szybka i dokładna wymiana informacji z agentami – prowadzona z samochodów (mimo „ogona”), kodowane rozmowy telefoniczne, wreszcie zwykła wymiana informacji na przyjęciach i koktailach, podczas oficjalnych wizyt w polskich instytucjach, redakcjach itp. Proste techniki były bardziej niezawodne niż nowoczesny sprzęt elektroniczny, który nieustannie psuł się. Mogę o tym sporo powiedzieć, gdyż przez wiele lat – pod nosem SB i innych służb – utrzymywałem kontakty z dyplomatami USA i innych państw NATO, a niektórzy funkcjonariusze służb komunistycznych byli także źródłem moich informacji. Nie pragnę grać bohatera ani też rywalizować z płk. Kuklińskim. Robiłem rzeczy zwykłe, biorąc udział w fascynującej grze wywiadów przynajmniej od 1975 roku, aż do momentu aresztowania mnie przez SB w marcu 1987 roku, a więc kilkanaście lat. Nasi przeciwnicy (SB, WSW) także mieli swoje sukcesy. Kilku dyplomatów pracujących dla CIA w Polsce zostało przyłapanych na gorącym uczynku podczas wymiany informacji czy kontaktów osobistych ze swymi „źródłami”. Zostali wydaleni z kraju jako „osoby niepożądane”, a potem z USA wyleciało kilku polskich „dyplomatów-szpiegów”. Inna była sytuacja „nielegalnych”. Tacy agenci czy dobrowolni współpracownicy CIA ryzykowali życiem, a w najlepszym razie długoletnim ciężkim więzieniem. Dziś, kiedy wiadomo o PROMIS, jestem pewien, że uzyskanie przez komunistyczne służby tego narzędzia pozwoliło im – po 1985 roku – skuteczniej śledzić kontakty i penetrować Ambasadę USA (i nie tylko tego kraju), jak również mieć wgląd w politykę rządu USA – poprzez śledzenie korespondencji z Departamentem Stanu. Lecz było to możliwe tylko od 1985 do (mniej więcej) 1996 roku. I tak o wiele za długo. Prowokacje i kontry Pierwsza połowa lat 80., jeszcze przed PROMIS, była bardzo ważna. Powstanie „Solidarności” zmieniło zupełnie układ polityczny w Polsce. Nasiliła się też walka wywiadów. Polska lat 80. to otwarte pole przede wszystkim dla penetracji przez wywiady sowieckie – KGB i GRU – oraz państw satelickich Sowietów (szczególnie wywiad NRD – Stasi). Te wywiady nie tylko zbierały informacje o polskiej opozycji, ale też przeciwstawiały się na terenie Polski działaniom CIA i innych wywiadów NATO. Niektórzy dyplomaci USA, którzy pracowali w Polsce na początku lat 80., wracali do Ambasady po 1985 roku na następną rotację. I to właśnie przeciwko nim zastosowano oprogramowanie PROMIS – izraelskie i sowieckie. Pamiętam kilka incydentów, które dały mi dowody, że komunistyczne służby specjalne były – już u progu lat 80. – nieźle poinformowane o działaniach i kontaktach personelu Ambasady USA w Warszawie. Śledzono na przykład ambasadora Williama E. Schaufele, juniora, który pełnił obowiązki w Polsce od marca 1978 roku do września 1980 i był inicjatorem kontaktów Ambasady z opozycją, potem z „Solidarnością”. W tym czasie utrzymywałem bliskie, robocze kontakty z kilkoma dyplomatami – m.in. z radcą Jamesem E. Bradshaw’em oraz pierwszym sekretarzem Johnem Scottem Williamsem. Przed opuszczeniem Polski, 8 września 1980 roku, ambasador przekazał mi przez kuriera dyplomatycznego zaproszenie Departamentu Stanu na obsługę dziennikarską wyborów prezydenckich. Kiedy rozpocząłem starania o miesięczny wyjazd służbowy do USA, Służba Bezpieczeństwa ostro zareagowała i odebrano mi służbowy paszport. Ponieważ nie mieli żadnych dowodów na moją rzekomą „szpiegowską” działalność, nie aresztowali mnie lecz posłużyli się paskudną prowokacją, skierowaną przeciwko Ambasadzie USA. Ówczesny wiceminister spraw zagranicznych – prof. Marian Dobrosielski (współpracownik SB) wysłał notę dyplomatyczną do ambasadora Schaufele „protestując” przeciwko „wymianie informacji wywiadowczych” w Ambasadzie USA, rzekomo dokonywanej tam przez dziennikarza – Mariusza Dastycha. Moje nazwisko zostało użyte przez SB (bez mojej wiedzy i zgody) jako argument w grze kontrwywiadowczej. Ale dowiedziałem się o tym od dyplomaty ze Stacji CIA i złożyłem protest do MSZ, a Ambasada również tam zaprotestowała. Gra SB spaliła na panewce, nikogo nie wydalono, a ja uniknąłem aresztowania. Po jakimś czasie wezwano mnie do MSW, gdzie kazano podpisać zobowiązanie, że nie będę utrzymywał żadnych kontaktów – także służbowych jako dziennikarz – z Ambasadą USA i z placówkami dyplomatycznymi innych państw NATO. Podpisałem taki papier 1 października 1980 roku i nie zaprzestałem kontaktów, zachowując jednak większą ostrożność – aby nie narażać ani siebie ani swoich rozmówców. Wystosowałem też protest do wiceministra MSW, generała Mirosława Milewskiego (jednego z tzw. twardogłowych). Protest nie odniósł żadnego skutku, ale SB nie zablokowała mi paszportu na wyjazd do Związku Sowieckiego. W listopadzie, zamiast do USA, pojechałem do Moskwy na spotkanie w tzw. Instytucie Arbatowa, który zajmował się USA i Kanadą. W Moskwie sondowałem opinie polityków na temat wyboru Ronalda Reagana na prezydenta USA. Ku mojemu zdziwieniu, były one dość pozytywne, choć Reagan uchodził za twardego antykomunistę. Po powrocie do kraju skontaktowałem się z pracownikami Ambasady USA i zdałem im relację z obserwacji w Moskwie. Od niedawna pracowałem z nowo przybyłym dyplomatą – Stephenem Markiem Dubrowem. Współpracowaliśmy przy organizacji pomocy dla „Solidarności” i rozdziale stypendiów na pobyty czy studia w USA dla popierających „Solidarność” dziennikarzy. Wizyta w Moskwie, w listopadzie 1980 roku, miała też inny temat. Spodziewaliśmy się wówczas interwencji wojskowej Sowietów i Układu Warszawskiego w Polsce. Okazją miały być manewry Układu wyznaczone na 8 grudnia. Nie mając dojścia do informacji tajnych, mogłem jednak zdobyć wiele wiadomości o panujących w Rosji nastrojach i stosunku do wydarzeń w Polsce. Do interwencji zbrojnej nie doszło – po ostrym proteście prezydenta Jimmiego Cartera. Źródłem informacji CIA był agent „Gull” („Mewa”) – polski oficer Ryszard Kukliński. Ale o nim dowiedziałem się o wiele później – już po jego udanej ucieczce z kraju. „CIA przeciwko Polsce” Pod takim tytułem, wiosną 1981 roku, ukazała się seria artykułów, które napisałem na zamówienie agencji prasowej KAR. Serial wydrukowało wiele gazet w Polsce, także w Związku Sowieckim i państwach satelickich. Wbrew groźnemu tytułowi, publikacja ta miała ukryty cel: poinformowałem w niej o tym, co SB wiedziała o moim przystąpieniu do CIA w Sajgonie, w 1973 roku. Podanie kilku tajnych informacji w otwartym tekście pozwoliło Stacji CIA w Warszawie zorientować się, co SB wie i że jestem pod ich obserwacją. Ponieważ pracowałem w środowisku kilku wywiadów – mając swe źródła informacji w SB, KGB, GRU, Stasi i wywiadzie komunistycznych Chin – nie mogłem odtąd otwarcie współpracować z dyplomatami USA w Polsce i innych państwach komunistycznych, szczególnie po udanym wycofaniu z kraju płk Ryszarda Kuklińskiego, na początku listopada 1981 roku (po jego ucieczce byłem także przesłuchiwany przez SB, ale na szczęście nigdy nie spotkałem się z płk Kuklińskim, ani nic nie wiedziałem o jego współpracy z CIA). Po publikacji wspomnianego serialu, oficer SB wezwał mnie i opowiedział o reakcji w Ambasadzie USA. Dla mnie był to kolejny dowód na to, że SB ma źródła techniczne albo informatorów wewnątrz Ambasady. Mój partner i przyjaciel z Ambasady – pan Dubrow – również zareagował: zadzwonił do redakcji i powiedział (wiedząc, że rozmowa jest na podsłuchu SB): - Szef bezpieczeństwa Ambasady polecił mi zerwać wszelkie kontakty z tobą, jak również ostrzegł cię abyś nie odwiedzał żadnych amerykańskich instytucji w tej części świata. To była ważna informacja dla mnie: od tej chwili nie będę mógł wymieniać informacji z dyplomatami w Stacji Warszawskiej CIA, ani z innymi Stacjami w krajach komunistycznych. Musiałem skupić uwagę na innej pracy i znaleźć inne drogi dla przekazywania informacji do USA (m.in. przez Japonię). Ponieważ sytuacja w Polsce pogarszała się przez cały 1981 rok, moja działalność niemal wyłącznie skupiła się na śledzeniu zagrożenia ze strony Sowietów, na komunistycznych wywiadach penetrujących Polskę i na krajowych „twardogłowych” i ich tajnych kontaktach i spiskach z komunistycznymi służbami specjalnymi. To była naprawdę fascynująca praca – w Polsce, Związku Sowieckim, na Węgrzech, w Czechosłowacji i NRD. Stan wojenny – nowe wyzwania Jesienią 1981 roku miałem pewne informacje o nieuchronności wprowadzenia stanu wyjątkowego w Polsce i utrzymywałem kontakty z polskimi, sowieckimi, NRD-owskimi, węgierskimi, chińskimi i innymi dyplomatami i oficerami wywiadu, penetrującymi Polskę. Pod koniec listopada miałem pewność, że nastąpi przewrót wojskowy – jedynie nie znałem daty. 13 grudnia 1981 miałem być w Gdańsku i robić wywiad z Lechem Wałęsą. Kiedy rankiem chciałem wyjechać z Warszawy – na drodze stały już czołgi. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia, wszelkie bezpośrednie kontakty z dyplomatami zagranicznymi USA i państw NATO musiały być zawieszone. Ale nie na długo. Już wiosną 1982 roku Ambasada USA w Warszawie odnowiła kontakt ze mną – jako dziennikarzem nowej gazety. W kwietniu zostałem przedstawiony sekretarzowi Ambasady – Paulowi R. Smithowi, z którym współpracowałem aż do momentu mego aresztowania – w marcu 1987 roku. Pomny doświadczeń z lat 1980-81, na każdy kontakt z dyplomatami Ambasady znajdowałem służbowe uzasadnienie. Byłem jednak pewny, że nadal obserwuje mnie SB i mogę się spodziewać przykrych niespodzianek. Od wiosny 1982 roku do wiosny 1987 pracowałem jako dziennikarz w Polsce, także w Związku Sowieckim, na Węgrzech (w gazecie węgierskiej) i w Czechosłowacji a wszystkie próby wyjazdu poza strefę europejskich państw komunistycznych kończyły się niepowodzeniem, z powodu „kontry” SB. Mimo to, byłem w stanie na nowo zorganizować sobie kontakty zagraniczne i sposoby przekazywania informacji: miałem dobrą pracę w prasie, inną w firmie japońskiej (JETRO) i dodatkowe społeczne zajęcie jako sekretarz Polskiego Klubu Publicystów Międzynarodowych. Miałem dostęp do informacji rządowej i do konferencji prasowych dla dziennikarzy zagranicznych. Oficjalne funkcje pozwalały mi na szerokie kontakty polityczne i dyplomatyczne i na ostrzeganie Ambasady USA przed prowokacjami czy informatorami SB czy WSW. Utrzymywałem kontakt z ambasadami i innymi placówkami kilkunastu, a nawet ponad 20 państw. Dawało to wiele możliwości wymiany informacji i uczestnictwa w ważnych wydarzeniach. W pierwszej połowie lat 80. komunistyczny kontrwywiad i SB nie zajmowały się mną bezpośrednio – ich główny kłopot to nielegalne struktury „Solidarności” i pozostała opozycja. Ale po roku 1985, kiedy udało mi się dotrzeć do czołowych polityków PRL i krajów komunistycznych (w tym do ludzi z najbliższego otoczenia Jaruzelskiego, Kadara i Gorbaczowa), jak również do wielu polityków zachodnich odwiedzających Polskę – sytuacja zmieniła się i zostałem poddany intensywnej obserwacji i inwigilacji. Zorganizowano też dwa nieudane zamachy na moje życie – w Polsce i na Węgrzech. Nie sądzę, aby zrobili to Polacy. Czy użyto PROMIS by mnie złapać? Teraz, gdy wiem o zastosowaniu oprogramowania PROMIS w dwóch „ulepszonych’ wersjach – izraelskiej i sowieckiej – przez polskie komunistyczne służby specjalne (wywiad i kontrwywiad) w latach 80. i 90., mogę przypuszczać, że PROMIS mógł być także użyty do śledzenia moich kontaktów z dyplomatami USA i innych państw oraz z ludźmi z wywiadu. Pamiętam kilka przypadków inwigilacji w Polsce, w Związku Sowieckim, na Węgrzech i w Czechosłowacji – po 1984 roku. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałem z kraju, śledziły mnie polskie służby i służby państwa komunistycznego, gdzie przebywałem – przeważnie służbowo, czasem – prywatnie. Ponieważ odwiedzałem placówki dyplomatyczne USA i innych państw zachodnich, PROMIS mógł ułatwić polskim służbom śledzenie moich kontaktów w innych państwach komunistycznych, jak również w Polsce. O wynikach tej inwigilacji dowiedziałem się już po aresztowaniu (w marcu 1987 roku) i podczas 8 miesięcy intensywnego śledztwa na Rakowieckiej, które prowadziła grupa śledcza oficerów SB. Podczas przesłuchań, upewniłem się, iż Służba Bezpieczeństwa i WSW miały dostęp do zagranicznych misji dyplomatycznych i innych instytucji: np. do Ambasad USA, Japonii w Polsce i innych państwach komunistycznych Europy Wschodniej. Choć nigdy nie pokazali mi wyników bezpośredniej pracy wywiadowczej, stale wspominali o „dowodach operacyjnych”, które – dla nich – były wystarczające by skazać mnie na 11 lat więzienia, pod zarzutem „szpiegowania na rzecz CIA i wywiadu Japonii” i „działania przeciwko sojuszom PRL” (głównie przeciwko Sowietom i Układowi Warszawskiemu). W latach 50. lub 60. prawdopodobnie zostałbym skazany na śmierć, a wyrok by szybko wykonano. Ale pod koniec lat 80. komunistyczne służby specjalne wyeliminowały mnie z czynnego życia z pomocą bardziej subtelnych metod: odpowiedniej interpretacji Kodeksu Karnego. Podczas 3-miesięcznego tajnego procesu odrzuciłem wszystkie zarzuty i nie przyznałem się do winy. Mimo to dostałem 8 lat, a 3 spędziłem w więzieniu. Miałem wielkie szczęście: po tych 3 latach reżim komunistyczny się zawalił – wpierw w Polsce, potem w innych krajach. I wyszedłem na wolność. Komunistyczne wyroki nadal obowiązują Po 15 latach od zmiany ustroju, w Polsce nadal obowiązują wyroki komunistycznych sądów specjalnych. Tajne „dowody operacyjne”, zebrane w latach 80. przeciwko mnie nadal są ważne i muszą być dobrze chronione – ponieważ wszelkie moje starania o uchylenie wyroków z 1988 roku lub wnioski o ponowne śledztwo, prowadzące do umorzenia sprawy, zostały skutecznie zastopowane przez Naczelną Prokuraturę Wojskową (już nie PRL lecz RP!). Sąd Najwyższy także odrzucił mój wniosek o kasację. Nie tylko moja sprawa, lecz wiele innych nadal jest „nie do ruszenia”. A PROMIS? Ciekaw jestem ilu ludzi zostało złapanych i skazanych w Polsce, po roku 1985, z pomocą tego doskonałego narzędzia, które znalazło się w rękach komunistów i postkomunistów? Jakie inne szkody PROMIS wyrządził bezpieczeństwu naszych obecnych sojuszników z NATO? Jeśli potrafimy dojść choćby do niewielkiej części ukrywanej prawdy o działalności komunistycznych służb specjalnych w Polsce i jej przedłużeniu na okres wolnej Polski, uczynimy wiele dobrego dla Polski, dla demokracji i dla międzynarodowego bezpieczeństwa. Afera PROMIS też powinna być dokładnie wyjaśniona. Mariusz D. Dastych Warszawa, 11 maja 2004 roku | |||