| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych:
Zdzisława Mazur:
Józef
Darski:
manipulacja
Andrzej Kumor:
inżynierowie
Mirosław Owczarz:
gejlandia
scc:
Jerzy Przystawa:
stokłosa
Romuald Bury:
Antoni Rybczyński:
inni
Marcin Małek:
wodzowie
|
Romuald Bury SYRENI ŚPIEW ADAMA MICHNIKA Afera Lwa Rywina wpłynęła
niekorzystnie nie tylko na jego własne interesy. Najwyraźniej i "Gazeta
Wyborcza" (a szczególnie jej redaktor naczelny Adam Michnik) - też
poniosła dotkliwe straty. Nic nie pomogły początkowe tłumaczenia, że jej
przedstawiciele lobbowali w rządzie Leszka Millera w interesie mediów
prywatnych, bo to kłamstwo szybko wyszło na jaw. Bardziej wyraziste były
przyjazne spotkania z samym Millerem i uporczywa ochrona, roztaczana nad
nim przez Michnika, który za wszelką cenę chciał go uchronić od podejrzeń,
że o wszystkim od początku wiedział. Cena okazuje się wysoka - nie brak
pogłosek, że naczelny "Gazety" może nawet ustąpić ze stanowiska. On sam
najwyraźniej nie ma na to ochoty. Przystąpił nawet do propagandowej
kontrofensywy. Swawolny Dynio Podczas przesłuchań Michnika przez Komisję Sejmową a
następnie przed sądem, redaktor pokazał "klasę". Powrzaskiwania,
komentarze nie na miejscu, rozkapryszenie i unikanie wszystkiego, co
mogłoby nas choć o jotę przybliżyć do prawdy. Okazało się, że Michnik ma
solidną amnezję (bo "nie pamięta" najistotniejszych faktów) i nadużywa do
granic wytrzymałości argumentu, że działania jego i podległych mu
dziennikarzy są objęte tajemnicą dziennikarską. Było więc do przewidzenia,
że sprawa się rozmyje. Przy okazji wyszły też na jaw specyficzne
powiązania towarzyskie: nocna popijawa u Jerzego Urbana (na którą Michnik
przybył z odpowiednią damą do towarzystwa), czy redakcyjne wizyty
Wojciecha Jaruzelskiego. Cóż, prawdziwych przyjaciół poznaje się w
biedzie, a bieda (nie ta materialna, oczywiście) niewątpliwie zajrzała mu
w oczy. Wtedy właśnie została rozpoczęta kampania propagandowa "Gazety", w
której jej naczelny straszył nas z billboardów i ekranów telewizyjnych,
twierdząc, że "nam nie jest wszystko jedno". "My też jesteśmy wściekli" I Michnik się modli - ale nie prosi o zmiłowanie, tylko stawia się, jak ten faryzeusz, po stronie biednych, skrzywdzonych i wściekłych. Pisze więc, że "polska modlitwa" sprzed dwudziestu lat zaczynała się od słów: "Boże spraw..." Tak faktycznie było, ale to nie Michnik się przecież modlił. Co więcej, Kościół taktował wyłącznie instrumentalnie, wślizgując się nawet podstępnie na audiencję do Ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego (co warto dziś przypomnieć, bo w omawianym artykule kilkakrotnie odwołuje się do jego autorytetu, tak, jakby nic się nie stało). A tak w ogóle - to stało się. Polacy są wściekli. Większość z nich czuje się oszukana, upokorzona i wykorzystana. Nie da się tego tłumaczyć jedynie frustracją, zawiścią czy innymi czynnikami. Michnik to wie, dlatego w tym momencie staje obok i krzyczy: "my też jesteśmy wściekli!" Oraz przypomina: "my zaś, rozpoczynając wydawanie "Gazety Wyborczej", bez jednej złotówki, mogliśmy tylko błagać, by nasza próba nie skończyła się kompromitacją [...]". Nie wspomina jednak, że ta "próba" zakończyła się spółką Agora, której wartość szacowana jest na około 500 mln dolarów. Jak na biznes, rozpoczynany "bez jednej złotówki", bez zbytniego pocenia się, to chyba całkiem nieźle? Stąd te enigmatyczne stwierdzenie Michnika, że "dobry Pan Bóg wysłuchał tych nierealistycznych modlitw. Ofiarował Polakom to, o czym marzyli". Na wszelki wypadek stwierdza jednak obłudnie: "o interesach materialnych Agory mam nikłą wiedzę". Kto chce - niech wierzy. Oj, chyba jednak Polacy modlili się o coś zupełnie innego. Kościół jest be Michnik nie byłby sobą, gdyby nie wziął się, w swoim
specyficznym stylu, za Kościół katolicki. Niby z należnym szacunkiem, ale
tak, jak ten, który dziurki nie zrobi, ale krew wypije. Pisze bowiem tak:
"Okazało się, po 1989 r., że Kościół katolicki reprezentuje zarówno to, co
najlepsze w Polsce, jak i to, co najgorsze. Objawiły się duchy integryzmu,
triumfalizmu, nietolerancji i ksenofobii. Znacząca część Kościoła
przemówiła językiem pogardy i nienawiści do inaczej myślących". Co jest w
Polsce ostatnich dziesiątków lat najgorsze? Co ciekawe, redaktor nie tyka w ogóle formacji komunistycznej i jej zbrodni. Nie chce wywołać wilka z lasu, czyli prawdziwej dyskusji o prawdziwych, polskich problemach. Chęć rozliczeń zbrodni nazywa "potrzebą odwetu", co ma się jak pięść do oka. Swe zażyłe przyjaźnie z Jaruzelskim, Kiszczakiem i kto wie, z kim jeszcze, rozmywa w rzekomo humanistycznej formule: "uważałem, że należy traktować formację postkomunistyczną tak samo jak wszystkie inne - pamiętać o tym, co dzieli, ale szukać tego, co łączy". Słowo "nas" jest tu wielkim nadużyciem, chodzi mu bowiem wyłącznie o niego i jego środowisko. I dobrze. Nas proszę bowiem do tego nie mieszać, bo nic nas przecież nie łączy z czerwonymi zbrodniarzami. Jego oceny są specyficzne: "wedle mojej opinii Leszek Miller jest politykiem uczciwym". A co nas obchodzą takie opinie? Zamiast gdybań, potrzebne są autentyczne dochodzenia do prawdy i zbadanie, kto w co był (jest) zamieszany. Zresztą kryteria oceny, stosowane przez Michnika są bardzo specyficzne: "Miller z pełną determinacją przeforsował stanowisko wspierające tę interwencję. Pamiętam również sprawę Jedwabnego. Z wyjątkiem Unii Wolności Leszek Miller był jedynym liderem partyjnym, który przyjechał do Jedwabnego, by dać świadectwo prawdzie. Jego pryncypialny stosunek do antysemityzmu nigdy nie powinien zostać zapomniany". Jeśli to ma być w dzisiejszych czasach podstawowe kryterium uczciwości, to niewątpliwie mamy do czynienia z polityczną poprawnością, czyli należy to rozumieć jako "uczciwość inaczej". Tym bardziej, że sprawa Jedwabnego nie została do końca wyświetlona. Jak wiele innych spraw, została po prostu zakłamana. Michnik naszym obrońcą? W swym artykule Michnik powtarza (już do znudzenia) swe
wcześniejsze tezy, jakoby " Polska [...] zdała egzamin dojrzałości z
demokracji". I że ma w swej historii "czarne karty". Tak miało być w
sprawie Powstania Warszawskiego, gdy "Gazeta Wyborcza" uznała to dla nas
za test prawdy, że Polscy jakoby mordowali Żydów, czy w sprawie Ejszyszek,
iż jakoby Armia Krajowa urządzała antyżydowskie pogromy. Choć historycy
udowodnili, że wywody "Gazety" oparte były o fałszywe "dowody" i mijały
się z prawdą (delikatnie mówiąc), Michnik nigdy swych sądów na ten temat
nie odwołał. Ot, jaki nieomylny! ** ** ** Dziś rola "Gazety Wyborczej" i Adama Michnika nie jest już tak jednoznacznie postrzegana, jak kilka lat temu. Chciał być moralnym autorytetem i chciał kształtować opinię publiczną na swoje kopyto. W znacznej części to mu się udało. Jednak stale michnikując we wszystkim, zrobił to, co - posługując się jego własnym knajackim językiem możemy określić, że "przegiął pałę". Polacy są faktycznie wściekli. Nie mogą jednak tym razem pozwolić, aby Michnik i reszta towarzystwa znów stanęła na czele, wrzeszcząc; "my też jesteśmy wściekli!" Bo jego świat i jego przyjaciele (oraz towarzysze) to coś zupełnie innego niż to, w czym my żyjemy. | |||