now@ on-line  kwiecień  2004

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

Mariusz D. Dastych:

 
 
Tomasz Pompowski:
 
Romuald Bury:
 
Maciej Filipowicz: koniec mężczyzny
 
 
Mirosław Owczarz: spotkałem Michnika
 
Andrzej Kumor: pęknięta szklanka
 
prof. Jerzy       Przystawa:        salon
 
soccer:
 
Marcin Małek: Polska nie oczywista
 
Witold Filipowicz:

 

Romuald Bury

Komuna gryzie własny ogon

Stało się to, na co czekaliśmy już od ponad dwóch lat. Partia komunistyczna w Polsce, kontynuująca niechlubne tradycje KPP, PPR i PZPR, nazywająca się obecnie - po licznych formalnych przekształceniach "Sojuszem Lewicy Demokratycznej" - niknie w oczach. Nie ma już możliwości, aby jakieś wydarzenie ją mogło uratować. To, co nie udało się ugrupowaniom solidarnościowym po 1989 roku, to, na co wyczekiwała normalna część opinii publicznej, staje się teraz, dosłownie na naszych oczach.

Takiego scenariusza nikt nie przewidział. Komuna w Polsce zżera własny ogon i mamy nadzieję, że ten swoisty kanibalizm unicestwi ją całkowicie na zawsze.

Jesienią 2001 roku Leszek Miller parł do władzy z 50-procentowym poparciem w sondażach. W wyborach jego koalicja otrzymała nieco mniej, bo 42 procent, ale i tak był to wynik bez precedensu. Wydawało się, że komuna może wszystko: mając Sejm, Senat i prezydenta, mając koalicyjnego sojusznika w postaci Polskiego Stronnictwa Ludowego mogła długo nie obawiać się utraty władzy.

Jednak już po kilku miesiącach było wyraźnie widać, dokąd prowadzi arogancja i ignorancja Millera i jego otoczenia. Płaskie dowcipy, cyniczne uśmieszki, absurdalne obietnice nic dobrego nie wróżyły. Ten facet nic sobą nie reprezentował i nie miał tak naprawdę nic istotnego do powiedzenia. Aby nie odstawać od reszty, otoczył się podobnymi aparatczykami w stylu Marka Wagnera i Tadeusza Iwińskiego, którzy dość sprawnie organizowali mu poklask, ale nędzy od tego nie ubywało i problemy same się nie rozwiązywały.

Rozłam kontrolowany

Dziś rozpad SLD jest faktem. Między bajki można jednak włożyć cukierkowe i ckliwe zapewnienia, że to wszystko dla Polski i dla naszego dobra, choć tak to jest uzasadniane. Lider rozłamowców Marek Borowski od początku był w najwyższym kręgu władzy i jest współodpowiedzialny na katastrofalną sytuację kraju. On przybrał pozę "liberała", bo komuna, mimo na zewnątrz prezentowanej jedności, zawsze była nastawiona na walki frakcyjne. Jego towarzyszki partyjne Izabela Sierakowska i Jolanta Banach odgrywają role tych "wrażliwych" i prospołecznych. Wokół nich zgromadziło się grono parlamentarzystów i działaczy, którzy w obawie o własne stołki i własny los postanowili "uciec do przodu". Jest to rozłam kontrolowany.

Jak na razie, propagandowy manewr się udał, przynajmniej medialnie. Media bowiem są nastawione wobec nich niezwykle przychylnie. Po ich stronie jest też prezydent Kwaśniewski, który ostatnio wszedł na szybką ścieżkę spadku zaufania społecznego i też szuka możliwości "ucieczki do przodu". Oto dziennik "Życie" (trzecia z kolei mutacja gazety, kierowanej przez Tomasza Wołka) tuż po utworzeniu "nowego" ugrupowania opublikowała sondaż, z którego ma wynikać, że inicjatywa Borowskiego cieszy się 19-procentowym poparciem wyborców. To fakt medialny, który ma spowodować efekt kuli śniegowej, do której wszystko się przylepia.

SLD - SDPL: kto kogo?

Analizujący sytuację nie uwzględniają jednak kilku rzeczy, które będą miały istotny wpływ na dalszy rozwój wypadków. Po pierwsze, będzie to czynnik czasu. Miller, zapowiadając swoje odejście na drugiego maja, czyli w dzień po akcesji Polski do Unii Europejskiej, zrobi niewątpliwie wszystko, aby pozycje rozłamowców osłabić. Mówiąc Miller, możemy myśleć: Krzysztof Janik, ten jednak jest tylko postacią przejściową. To premier ma po swojej stronie prawie cały ogromny (jeszcze) aparat organizacyjny i propagandowy SLD. To on dysponuje kadrą działaczy wojewódzkich, powiatowych i lokalnych, na których barkach spoczywa prowadzenie bieżącej działalności.

Miller zachował też całą partyjną infrastrukturę: finanse, propagandę, łączność, lokale. To trzyma przy nim kadrę organizacyjną Sojuszu, bo o więziach ideowych czy politycznych nie ma przecież mowy. Działacze mają dzięki swej partii zatrudnienie (podobnie jak członkowie ich rodzin) i tak długo, jak będą tym związani, będzie to czynnik silniejszy, niż podziały ideowe.

Po drugie - programowo oba odłamy SLD (bo tak to trzeba nazywać, niech nas nie myli "nowa" nazwa Socjaldemokracja Polska - SDPL) nie różnią się między sobą. Różnice są czysto formalne i personalne, ale nie programowe i ideowe. Musimy pamiętać, że mamy do czynienia cały czas z ta samą komuną. I Marek Borowski, i Izabela Sierakowska to dziś już prawie weterani ruchu robotniczego, z ponad dwudziesto-trzydziestoletnim stażem partyjnym. Takim to bardziej czas na polityczną emeryturę, niż porywać się na kolejną "odnowę", po kolejnym okresie "błędów i wypaczeń".

Po trzecie, obie grupy będą usiłowały wywołać konflikty zastępcze, aby odwrócić uwagę społeczeństwa od istotnych problemów. Należy się zatem spodziewać wzmożenia walki z Kościołem, dążenia do rozszerzenia przywilejów wszelkich mniejszości obyczajowych i seksualnych, a to może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego.

I wreszcie, przyspieszone wybory parlamentarne zapowiadane są na jesień tego roku. Trudno o gorszy moment zarówno dla PO, jak i dla SDPL. Będzie to już po wejściu Polski do UE. Wiąże się z tym pierwszy efekt tego wydarzenia - wzrost cen, drastyczny w zakresie podstawowych produktów żywnościowych i niezbędnych usług a także z pogorszeniem warunków życia. Wbrew zapowiedziom, z wielu dobrodziejstw nie skorzystamy (z funduszy celowych), natomiast będziemy musieli od początku uczestniczyć w ponoszeniu rosłych kosztów unijnej biurokracji, która będzie coraz bardziej uciążliwa na co dzień.

Być może Marek Borowski ma plan ściślejszej współpracy z Platformą Obywatelską, zdaje sobie bowiem sprawę, że inaczej jego grupa zniknie całkiem z polityki. Ale to wywoła spory sprzeciw partyjnych "dołów", nieprzygotowanych na taką operację.

Jaka marchew, taka nać

Cóż nowego możemy spodziewać się po takiej formacji i jej liderach? Sierakowska potrafiła powiedzieć publicznie(już po 1989 roku!), że "komunizm to fajna rzecz". Kto wie zresztą, gdzie byłaby dzisiaj, gdyby nie ostry konflikt personalny (na tle jej wybujałych ambicji) z Millerem o wpływ na partię?

Teraz czuje się już "prawdziwą Europejką". Powiedziała "Gazecie Wyborczej" w jednym z ostatnich wywiadów: "czuję, że Europa jest moją duchową i kulturową ojczyzną. Gdy odwiedzam Brukselę i chodzę po Wielkim Placu, jestem autentycznie szczęśliwa". Ot, jak to niektórym niedużo do szczęścia potrzeba.

Marek Borowski także nie jest osobą obcą w komunistycznym środowisku. Wywodzi się z rodziny, zaangażowanej mocno w działalność w Komunistycznej Partii Polski. Jego ojciec, Aaron Berman, był funkcjonariuszem KPP, przeszedł odpowiednie szkolenie w Moskwie, był więziony za walkę przeciwko suwerenności i niepodległości Polski. Po wojnie, już jako Zygmunt Borowski, został redaktorem naczelnym "Życia Warszawy", następnie był zastępcą redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" - organu KC PZPR.

Dla takich polityków, z określonym światem wartości i obracających się cały czas w miarę jednorodnym środowisku "integracja europejska", rozumiana jako centralizowanie kolejnych dziedzin życia społecznego, to wymarzona ucieczka przed odpowiedzialnością.

W SDPL znajdą się ludzie tego pokroju - którzy (osobiście, lub ich rodziny) komunizowali nas na siłę, wpychali w łapy wschodniego sąsiada, szydzili z tego, co dla nas najdroższe, w dodatku służyli wiernie partii komunistycznej, która nas przez pół wieku okradała. Teraz zaś, używając szczytnych haseł, chcą nas prowadzić w kierunku odnowy.

** ** **

Dla nas najważniejsze jest to, że komuna wreszcie musi zająć się sobą. Jest to chwila oddechu, którą powinniśmy racjonalnie wykorzystać. Trzeba konsekwentnie podsycać wszelkie zarzewia waśni między nimi. Tak długo, jak wilki w stadzie gryzą się między sobą, tak długo jesteśmy w miarę bezpieczni. Nie ma co liczyć na łagodne oblicze nowej formacji, czyli "ludzką twarz" przeobrażonej socjaldemokracji. W Polsce, bez głębokich zmian pokoleniowych, bez zerwania z tradycją, przy zachowaniu ciągłości organizacyjnej i kadrowej - komuna zawsze będzie miała to samo, ohydne oblicze.

Polsce potrzebne są zmiany - głębokie, prawdziwe, nawet bardzo bolesne. To powinno być jak amputacja, bo bez tego nie mamy szans na wyzdrowienie. Ci, którzy chcą jeszcze raz uwierzyć w "zmiany", bardzo szybko to odczują. Ale może już być za późno na radykalne działania. Jeśli idą wybory, to ich dokonajmy, ale świadomie i z głębokim namysłem, bo wybieramy coś, co na długo przesądzi o naszym losie. Komuna - niezależnie pod jakim szyldem - wybrana być nie może.

PolskieJutro

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl