| ||||
|
w tym wydaniu: Mariusz D. Dastych:
Aleksander Chromik:
IPN:
Wojciech
Jankowski,
Józef Białek:
Jerzy Klechta:
odbicie od
dna
Zbyszek Koreywo:
gdzie ci
mężczyźni
Andrzej Kumor:
pocisk
ewangelizacyjny
Mirosław Owczarz:
antysemici
ks. Zdzisław Peszkowski:
Marek Popowicz-Watra:
flesz+
Jerzy Przystawa:
wspólna
gałąź
Jan Pyszko:
Solidarność:
biuletyn
Adam Wielomski:
historyczny
sojusz
Jakub Stasiak: asertywność
|
Adam Wielomski Historyczny sojusz Zbliża się czas pierwszych w Polsce wyborów do Parlamentu Europejskiego. Co byśmy nie powiedzieli o tej instytucji, ile byśmy jej nie krytykowali, to bez wątpienia musimy do tych wyborów pójść i, szczególnie w pierwszych wyborach, posłać do Strasbourga liczne grono eurosceptyków. Koniunktura działa na naszą korzyść. Mit unijny rozwiewa się, zapowiedziany deszcz euro nie kapie i kapać nie będzie. I przeciętny Polak na integracji nic nie zyska, a jedynie straci po kieszeni, gdyż to z naszych podatków płacony będzie rokroczny trybut dla socjalistycznego Minotaura w Brukseli. Ludek został kolejny raz oszukany przez reżimowe media i reżimowych polityków – i zaczął sobie z tego zdawać sprawę. Poparcie w sondażach dla naszego członkostwa w UE spada z tygodnia na tydzień i będzie spadać nadal. Europa przestaje być mityczna, lecz zaczyna być rzeczywista. Rozwiały się hasła, a zza ich obłoków wyłoniły się egoistyczne interesy narodów i grup nacisku. Polakom takiej Europy nie pokazywano; widzieli Arkadię, a teraz dostrzegli rzeczywistość europejskiego socjalizmu, etatyzmu, centralizmu i fiskalizmu. Dziś reżim nawet podatki podnosi w imię brukselskich dyrektyw. Nie tak miała wyglądać Europa! Musimy to wykorzystać. Partie antyunijne mogą w tych wyborach dostać większe poparcie niż mają w rzeczywistości, gdyż część wyborców partii proeuropejskich zagłosuje kierując się nie emblematami partyjnymi, lecz stosunkiem do integracji. Będą głosować na nas, gdyż myśmy mówili ludziom prawdę o Unii Europejskiej. Naszym celem jest wprowadzenie do Strasbourga licznej reprezentacji eurosceptyków i stworzenie – ob.ok francuskich nacjonalistów – drugiego filaru ruchu na rzecz suwerennych państw. Naprzeciwko brukselskiego cezaryzmu musimy – jak legiści z XV i XVI wieku – wywiesić wielki sztandar z napisem "Rex est imperator in regno suo". Osiągnięcie dobrego rezultatu wyborczego wymaga, aby podstawowym kryterium budowania list wyborczych był stosunek do modelu integracji europejskiej. Kompetencje euro-parlamentu nie są duże, więc należy wznieść się ponad podziały dotyczące podatku liniowego, prywatyzacji i zasięgu socjalnych kompetencji państwa. Sprawy te są istotne tu – w Polsce – ale nie powinny przekładać się na wybory europejskie. W wyborach tych istnieje bowiem jedno jedyne rzeczywiste kryterium podziału: za Europą brukselską albo za Europą wolnych narodów. Albo Bruksela albo państwo suwerenne, gdzie nikt i nic nie będzie nam określał wysokości VAT na budownictwo czy kształtu miski klozetowej. Jak obronimy nasze państwo, wtedy przyjdzie czas na wewnętrzne dyskusje co do ustroju ekonomicznego. Jak mawiał książę Adam Jerzy Czartoryski, „Najpierw być, potem jak być”. Pierwsze wybory europejskie musimy przekształcić w drugie referendum europejskie. Bruksela jest naturalnym wrogiem dla dwóch opcji politycznych: narodowej i liberalno-konserwatywnej. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej antynarodowego niźli federację kilkudziesięciu krajów rządzonych centralistycznie przez bandę kilkudziesięciu tysięcy urzędasów, chorujących na manię centralizacji, uniformizacji i ujednolicania wszystkich i wszystkiego. Nigdy nie było, nie ma i nie będzie narodowca, który podpisze się pod ideą nacjonalizmu pan-europejskiego, opartego na standardach Rady Europy. Ale trudno sobie wyobrazić również coś tak antykonserwatywnego jak Unia Europejska. Brukselskie urzędasy tną swoimi dyrektywami żywą tkankę społeczną; ustawodawstwo unijne jest zakamuflowaną formą rewolucji, która bez karabinów i granatów odmienia świat w którym się wychowaliśmy. Ale trudno także sobie wyobrazić coś bardziej antyliberalnego jak Bruksela. Dla prawdziwego liberała, Unia to socjalizm, etatyzm, podatki, wszechobecny nos unijnych urzędasów; wszędobylskie dyrektywy i zarządzenia. Unia Europejska jest antynarodowa, antykonserwatywna i antyliberalna. Jest kosmopolityczna, rewolucyjna i etatystyczna. Myśl ta nakazuje więc, aby w wyborach europejskich poszli razem narodowcy i konserwatywni liberałowie, czyli Liga Polskich Rodzin i Unia Polityki Realnej. Eurosceptyczni wyborcy muszą zobaczyć eurosceptyków zjednoczonych na jednej liście, aby mogli wybory te potraktować jako dogrywkę referendum unijnego. Wewnętrzne podziały w naszych szeregach są zwycięstwem euroentuzjastów. Każdy głos oddany na listę antyeuropejską, który nie zaowocuje mandatem w Strasbourgu – z powodu podziału list – jest głosem straconym. Podział naszych list spowoduje naturalną reakcję wyborców – „Znów się kłócą”. Polska nie czeka dziś na kolejne spory, czeka na wspólną listę narodowo-konserwatywno-liberalną. Oddzielny start LPR i UPR byłby błędem. Ta druga nie ma żadnych szans wejść samodzielnie do Strasbourga; ta pierwsza, samodzielnie dostanie mniej głosów. Nikomu też nie uda się wtedy przedstawić tych wyborów jako dogrywki do referendum unijnego - będą to typowe wybory partyjne. Racja stanu, jak i żywotny interes obydwu partii wymagają wspólnej listy do Europy – dla dobra Rzeczpospolitej.
Ojczyznę mamy jedną! (oświadczenie) Członkowie Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, sympatycy idei konserwatywnej i królewskiej, jak również wszyscy postronni, którzy mieli ku temu wolę, znają dobrze nasze jasne, dobitne i niezmienne stanowisko w kwestii tzw. integracji europejskiej, czyli przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Nasz zasadniczy i wszechstronnie umotywowany sprzeciw wobec wyzbywania się suwerenności przez nasze – i tylko nasze – dobro wspólne, jakim jest Państwo Polskie, wyrażaliśmy wielokrotnie, i w oficjalnych oświadczeniach organów Klubu, i w publicystyce, zarówno na łamach "Pro Fide Rege et Lege", jak na łamach gościnnych. Stanowisku temu nie przeczy w żadnej mierze wzięcie udziału w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego i wystawienie własnych kandydatów przez ugrupowania znane z postawy określanej potocznie mianem "eurosceptycznej". Od dawna czynią zresztą tak wszystkie siły narodowo-niepodległościowe w krajach, które już zostały włączone do UE, i nikt nie czyni im z tego powodu zarzutu niekonsekwencji. W naszym wypadku jest to także wyciągnięcie konsekwencji z faktu, który daremnie byłoby ukrywać: wraz z wynikiem referendum akcesyjnego przegraliśmy bitwę, której celem było zapobieżenie sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Wobec powyższego, alternatywą dla wystawienia listy kandydatów – patriotów byłoby wycofanie się z przestrzeni realnego życia politycznego lub – co wychodzi na jedno – uprawianie "polityki beznadziei", która jest najgorszym, najbardziej destrukcyjnym rodzajem polityki. Przegraliśmy bitwę, lecz wojna trwa nadal – „póki my żyjemy!”. W obecnym etapie walkę musimy jednak toczyć na tym polu, którego sami nie byliśmy w stanie wybrać, ale żaden naród, żadne państwo nie ma prawa oczekiwać komfortu wyboru pola starcia, na którym musi toczyć bój o swoją suwerenną egzystencję. Otuchy i wigoru winien przy tym dodawać nam fakt widocznych oznak przebudzenia Starej Europy. Także w Parlamencie Europejskim ci z naszych deputowanych, którzy pójdą tam nie dla prywaty i synekur, znajdą niemało sojuszników w walce z brukselską inżynierią socjalną, z brukselskim socjalizmem, laicyzmem i kosmopolityzmem, a także z budowaniem – pod płaszczykiem federacji – „Niemiec od Atlantyku po Ural”. Znajdą ich pośród francuskich nacjonalistów, brytyjskich torysów i irlandzkich katolików, zrzeszonych w klubach Europy Narodów czy Europy Demokracji i Różnorodności. Klub Zachowawczo-Monarchistyczny jest jednak, jak wiadomo, formacją metapolityczną, a nie partią polityczną, toteż sam bezpośredniego udziału w tej akcji brać nie może. Z tego powodu zwracamy się z apelem do wszystkich ugrupowań patriotycznych, których status upoważnia do brania udziału w wyborach, o stworzenie jednej listy, czego domaga się rozsądek oraz poczucie odpowiedzialności, i co wprost wymusza ordynacja wyborcza. Apelujemy przede wszystkim do Unii Polityki Realnej oraz do Ligi Polskich Rodzin, które reprezentują dwa odcienie prawicowej mentalności i wrażliwości: konserwatywno-liberalny oraz katolicko-narodowy. Kierujemy ten apel także do Prawa i Sprawiedliwości, jeśli tylko zdecyduje się ostatecznie i bez niedomówień stanąć na pozycjach „eurosceptycznych”, co zdaje się wskazywać stanowisko przynajmniej tej – tradycjonalistyczno-katolickiej – grupy, która wywodzi się z b. Przymierza Prawicy, wyartykułowane przez zespół "Christianitas" (15-16/2003). Zdajemy sobie sprawę i nie bagatelizujemy różnic pomiędzy tymi ugrupowaniami. Dotyczą one jednak przede wszystkim kwestii społeczno-ekonomicznych, a więc tych, które rozwiązywać musimy we własnym kraju, w polityce wewnętrznej, natomiast w polityce zewnętrznej wróg jest wspólny. Jest nim brukselska biurokracja, która zagraża i religii i wolności gospodarczej, i państwu i jednostkom. Niech koalicja, która powinna powstać na bazie porozumienia UPR-LPR, i oby także PiS, weźmie sobie za przykład "kompromis narodowy", który wypracowali francuscy "suwereniści", budując porozumienie skupiające dwadzieścia organizacji, od rojalistyczno-narodowej Action Française po Klub Jakobini 2000. Trwa dziś czas totalnej mobilizacji, a żołnierza, który otrzymał kartę mobilizacyjną nikt nie będzie pytał czy jest konserwatystą czy demokratą, monarchistą czy republikaninem, zwolennikiem interwencjonizmu czy libertarianinem. To są nasze imiona, a nasze nazwisko brzmi: patriota. Ojczyznę mamy wspólną i jedną! Przewodniczący Straży Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego Dr hab. Jacek Bartyzel Łódź-Warszawa, 24 lutego AD 2004 | |||