now@ on-line  marzec  2004

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

Mariusz D. Dastych:

 
 
Aleksander Chromik:
 
IPN:
 
      Wojciech               Jankowski,        Józef Białek:
 
Cezary Kassak: POzbawienie
 
Jerzy Klechta: odbicie od dna
 
Zbyszek Koreywo: gdzie ci mężczyźni
 
 
Mirosław Owczarz: antysemici
 
ks. Zdzisław Peszkowski:
 
Marek Popowicz-Watra: flesz+
 
Jerzy Przystawa: wspólna gałąź
 
Jan Pyszko:
 
Solidarność: biuletyn
 
Adam Wielomski: historyczny sojusz

Jakub Stasiak: asertywność

STATeria

 

Marek Popowicz-Watra

Flesz+

Nadzwyczaj rzadko się zdarza aby polityk - niezależnie od kraju, w którym działa - wypowiedział myśl, w której by znalazło się ziarnko prawdy. Zaskoczony więc mile byłem, wręcz byłem zaszokowany znajdując w wypowiedzi byłego marszałka Sejmu Józefa Zycha z Polskiego Stronnictwa Ludowego, już nie tylko ziarnko, nawet nie ziarno, ale całą prawdę. Bo czyż nie jest nią stwierdzenie: "W naszej partii nie ma "baronów". Ze względu na specyfikę wiejską bliżej nam na barany... ". Tak jest, jest to prawda aż do bólu, który lubią masochiści. Myślę więc jestem, a ponieważ jeszcze jestem to uważam, że politykowi temu chodziło o absolutne zbaranienie jego partii w momencie oderwania się od koalicjanta, czyli od żłobu. Co prawda barany, zgodnie z baranim savoir vivrem, nie jadają ze żłobu, ale w czasach modyfikacji genetycznej - wszystko jest możliwe.

A swoją drogą to dziwię się, że peeselowcy, którzy już wcześniej zawłaszczyli sobie prawo nazywania się partią Witosa, wzorem postkomunistów z SLD nie rzucili się na herbowe tytuły. Jednemu z drugim "baronowi" eseldowskiemu mało już zawłaszczenia mienia społecznego - musi do nakradzionego majątku dorzucić sobie jeszcze tytuł barona.

Osobiście poznałem dotychczas wyłącznie jednego barona. Inni widocznie nie byli skorzy w oczy koleć tym honorowym tytułem szlacheckim, bo też i czasy nie były honorowe. Dzisiaj też nie są, ale minął już strach przed ewentualnymi represjami, które mogły spaść na utytułowanego obywatela bloku wschodniego (z wywózką na białe misie). Okazuje się, że nawet na takiej Białorusi, ostatnim skansenie w Europie ideologii Marksa i Lenina, jedynemu baronowi tam żyjącemu od niedawna włos z głowy nie spadł - jeszcze ich przecież trochę posiada. Kiedy poznałem lat temu ponad pięćdziesiąt dzisiejszego barona (grafa), to tytułu nie używał, widocznie później się odnalazł indygenat, lub... wzrosła odwaga. Co prawda znajomy mi książę Zamoyski miał odwagę manifestować w PRL swoje pochodzenie i tytuł, ale wyłącznie po to aby drażnić czerwonych, ale on był filmowcem, a każdy filmowiec - jak mawiano - to szajbus. Znajomego barona trudno takim nazwać... filmowcem nie jest.

Sądzę, że skoro ma już odwagę używać tytułu barona, na Białorusi grafa, to teraz winien wystąpić do Trybunału Praw Człowieka o odebranie tego tytułu lewicowym baronom. Nie o ich lewicowość zresztą chodzi, a o kalanie przez tych kanciarzy szlachetnego tytułu - zarówno aferami, jak i nagannym sposobem bycia.

W minionym tygodniu jedna z ogólnopolskich gazet ujawniła stenogram rozmowy telefonicznej posła SLD i jednego z "baronów" tej partii, ze swoim kumplem, starostą starachowickim. To, że ostrzegał go przed aresztowaniem za kontakty z mafią i pranie pieniędzy państwowych, do jakiegoś stopnia mogę zrozumieć ("jestem lojalnym kolegą" - powiedział dziennikarzom) i niech wypowie się o tym sąd. Natomiast to, że wybrany w demokratyczny sposób parlamentarzysta (różnie to tam w Polsce z tymi sposobami bywa!), czyli ktoś od kogo zależą losy wyborców, jest totalnym prymitywem, który nie potrafi skleić szalenie ubogiego słownictwa w jedno logiczne zdanie, okraszone na dodatek wulgarnymi zwrotami - jest po prostu przerażające. Nie tylko poseł Jagiełło jest przerażający, ale taka jest większość jego partyjnych kolegów, którzy w chwili obecnej są klasą rządzącą.

Czytając takie i im podobne teksty - jak stenogram rozmowy posła Jagiełły czy Rywina, który przyszedł do red. Michnika z ofertą korupcyjną - jestem coraz bardziej przekonany, a nawet pewny, o postępującej w kraju zapaści kulturowej, o zanikających dobrych obyczajach, wreszcie o zwyczajnym braku uczciwości zarówno tych, którzy je wypowiadają, ale i tych, którzy te bzdury i kłamstwa akceptują.

Nie dziwię się, że poseł Ziobro - członek sejmowej Komisji Śledczej badającej tzw. sprawę Rywina (nota bene człowieka nagrodzonego medalem za "krzewienie kultury polskiej") - złożył na prezydenta, premiera i generalnego prokuratora doniesienie do prokuratury. Wiedząc o ofercie złożonej Michnikowi przez Rywina, ci "hrabiowie" i "książęta" III RP, chyba nie na tyle zbaranieli, aby nie zdawać sobie sprawy, że była to oferta podpadająca pod kodeks postępowania karnego - nie zrobili w tej sprawie nic. Widocznie wierzą w swoją nieomylność i bezkarność, kryjąc równocześnie pospolitych przestępców, do których bez obawy o pomyłkę zaliczyć można również doradczynię premiera - Jakubowską. Natomiast forma ataku jaką przeprowadzili po postawieniu im zarzutu w sprawie Rywina, przypomina czasy komuny.

Do bardzo nielicznych polityków walących na odlew prawdę, zaliczyć trzeba znanego filmowca Kazimierza Kuca, który właśnie obchodzi kolejny jubileusz swojej pracy twórczej. Szkoda dla filmu polskiego, że Kuca bardziej absorbuje obecnie praca w Senacie niż tworzenie kolejnych filmów, ale dla dobra przeciętnego obywatela jest to korzystne. O rubaszności i prawdomówności senatora świadczą chociażby słowa, które nie tak dawno powiedział: "Teraz produkuje się w telewizji ćwoków. Wkrótce staniemy się społeczeństwem ćwoków". I to prawda, ale cała prawda jest taka, że dzięki telewizji - szczególnie, bo nie tylko - społeczeństwo polskie jest już zćwoczone.

Raz lepiej, raz gorzej pisałem parokrotnie o programach telewizji Polonia, która w pewnym momencie robiła się nawet całkiem atrakcyjna. Szczególnie wartościowe są dla emigracji programy turystyczno-krajoznawcze oraz o samej Polonii i jej historii, nad którymi ma pieczę red. Leszek Plata, który zresztą otrzymał kilka dni temu nagrodę Senatu - słusznie, że wraz z całym podległym mu zespołem otrzymał, tylko nie za to, za co naprawdę powinien (otrzymał za prezentowanie Senatu). Pisałem już o red. Zielińskim nigdy nie przygotowanym do prowadzonego przez siebie "Forum Polonijnego", ale nie pisałem jeszcze o redaktorze sportowym Krzysztofie Miklasie, którego prywatnie nawet bardzo sobie cenię za poczucie humoru i bezpośredniość, ale od strony profesjonalnej jest naprawdę do kitu. Dowodem na to prowadzone przez niego ostatnie otwarcie Polonijnych Igrzysk Zimowych w Szczyrku. Impreza zgromadziła około 600 zawodników z 25 krajów, był śnieg i fajerwerki. Całkiem by było fajnie gdyby nie nieporadność prowadzącego. Kilka jego gaf było wręcz rozbrajających, jak ta, kiedy zwrócony do piosenkarki, powiedział do mikrofonu: "Teraz zaśpiewa pani Korzonek - już piosenkarka... ". Nas to mogło wręcz rozśmieszyć, ale miłej dziewczyny było po prostu żal. Red. Miklas jest już redaktorem, czy tylko mu się tak wydaje? Podobnych zresztą gaf nastrzelał - trzymając się sportowej terminologii - przed mikrofonem więcej i odebrał wielu ochotę na dalsze obserwowanie w TV Polonia relacji z igrzysk, które powinny być prawdziwie miłym przeżyciem sportowym całej Polonii. O czym - mam nadzieję - dowiemy się od specjalnego korespondenta "Dziennika", które przebywa w Szczyrku, ale jakoś dotychczas pary z ust nie puścił.

Nie dalej jak tydzień temu pisałem o depresji w Dniu Walki z Depresją. Dopiero później dowiedziałem się, że w Polsce na chorobę tę zapada w ciągu roku co dziesiąty rodak krajowy. Coraz częściej umacnia się we mnie wiara w słuszność decyzji pozostania w Kanadzie. Ogromny wpływ na depresję ma zwyczajny strach, a w kraju naprawdę jest czego się bać - biorąc już poprawkę na media, które ten strach lubią podsycać. Nie ironizuję twierdząc, że moi rodacy mają prawo bać się wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wynika to z faktu nie tyle samej przynależności do tejże Unii, która dla wielu państw już była wręcz zbawienna, ale korupcjogenności polskich władz i administracji (będą spływały duże pieniądze, a te zawsze kuszą) oraz bałaganu legislacyjnego i braku przygotowania kraju do ścisłego mariażu z Europą. Kolejnym powodem obaw krajowców jest służba zdrowia, a konkretnie jej totalna zapaść. Nie mówiąc o takich "drobiazgach" jak strach przed brakiem np. gazu (dokręcenie kurka rosyjskiego, za co dziękować należy na odwyrtkę mądremu Markowi Polowi), cięciami rent i emerytur itd. Oby nie wspomnieć o absolutnie uzasadnionym strachu przed polskimi i internacjonalnymi bandziorami, przed którymi na pewno nie ochrania polska policja (funkcjonariusze jak wykałaczki), ani służby specjalne, które mają inne zadania niż bezpieczeństwo obywateli.

Nie dziwię się, że znany dziennikarz krakowski Bruno Miecugow, w artykule "Tchórzem podszyci" ("Dziennik Polski" z 28.02.04), proponuje zastanowić się nad zmianą hymnu narodowego - z "Mazurka Dąbrowskiego" na "Balladę o trzęsących się portkach" Ildefonsa Gałczyńskiego.

Kilka osób z naszego środowiska polskiego poinformowało mnie również o podstawach do strach w Kanadzie. Podobno wzbudzić go może kilku obecnych kandydatów do rady dyrektorów pewnej instytucji finansowej. A szczególnie ten jeden, który lojalnie zadeklarował w stanie wojennym współpracę z SB.

Nie trzęście portkami panowie zającowie, motywujcie się starą pieśnią indiańską o podrzynaniu... czegoś tam - już dawno nie oglądałem "Rio Bravo". Kto się pcha jak świnia do koryta - musi się z tym liczyć, że stanie się z nim jak... z biedną świnką.

Kropka, koniec, szlus.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl