now@ on-line  marzec  2004

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

Mariusz D. Dastych:

 
 
Aleksander Chromik:
 
IPN:
 
      Wojciech               Jankowski,        Józef Białek:
 
Cezary Kassak: POzbawienie
 
Jerzy Klechta: odbicie od dna
 
Zbyszek Koreywo: gdzie ci mężczyźni
 
 
Mirosław Owczarz: antysemici
 
ks. Zdzisław Peszkowski:
 
Marek Popowicz-Watra: flesz+
 
Jerzy Przystawa: wspólna gałąź
 
Jan Pyszko:
 
Solidarność: biuletyn
 
Adam Wielomski: historyczny sojusz

Jakub Stasiak: asertywność

STATeria

 

Andrzej Kumor

Pocisk ewangelizacyjny

Byłem i widziałem. Siedziałem z otwartymi oczami w sali wypełnionej po brzegi, na złym miejscu, za blisko ekranu. Nie wiem, kiedy minęły dwie godziny. Nie wiem też, dlaczego z prawego oka spływała mi słona strużka...

Przecież wiedziałem, o czym będzie i co w nim będzie, mimo to film Mela Gibsona zaskoczył mnie i zanurzył w wodach Jordanu.

Męka Chrystusa przestała być wydarzeniem historycznym, stała się wydarzeniem współczesnym, rozgrywającym się w każdym z nas i dotyczącym każdego z nas z osobna. Przez 2000 lat nic się nie zmieniło. Targają nami te same emocje, rozpruwa nas ta sama walka dobra ze złem, te same dylematy przeszywają mózg.

Iluż ludzi jest nadal na świecie niesłusznie skazywanych, iluż ludzi pada ofiarą tortur i zboczonych katów - wystarczy włączyć telewizor, by dowiedzieć się, gdzie dziś ponownie nastąpiła erupcja Zła - może w Ugandzie, może w Somalii, a może w Bośni i Hercegowinie.

Ileż to razy przedstawiciele władzy świadomie spisują kogoś na straty w wyższym interesie "mocarstwa", jak Poncjusz Piłat umywają ręce i odwracają głowę w drugą stronę, by nie popsuć sobie dnia. Ileż to razy, jak kapłani Sanhedrynu, skłonni jesteśmy czynić niesprawiedliwość w imię "wyższego dobra". Wszak - teoretycznie - Jezus Chrystus ginie za obrazę Pana Boga, jako bluźnierca, ginie osądzony przez ludzi, którzy obawiają się utraty własnego znaczenia, którzy poczuli się zagrożeni na swych stołkach i postanowili zgnieść "wichrzyciela" w zarodku cudzymi rękami, zanim sytuacja wyrwie się spod kontroli.

Czy przekłada się to na dzisiejszy świat? I to jeszcze jak!

Mamy też - skąd my to znamy? - podburzony tłum, którym klika zręcznie manipuluje, wydobywając zeń pożądane pomruki i pohukiwanie.

Mamy rzymski oddział specjalny, Einsatzcommando, "wesołych" żołdaków przyzwyczajonych do widoku rozbryzgującej się miazgi ludzkiego ciała i zaprawionych w mokrej robocie, którą "ktoś musi wykonać".

Mamy rubieże imperium, w których ciągłe zagrożenie buntem domaga się "nadzwyczajnych środków" i traktowania lokalnej ludności "z kopa".

Język Pisma Świętego jest archaiczny, wymaga modlitwy i skupienia, język filmu uderza bezpośrednio w szare zwoje komórek.

Gibson dokonał nowego "przekładu" Pisma Świętego. Nie na łacinę, nie na angielski czy niemiecki, przełożył Ewangelię na język multimediów, tworząc obraz plastyczny, żywy i współczesny. W każdej epoce Bóg znajduje ludzi, którzy są zdolni skutecznie wypowiadać jego słowa. W każdej epoce nauka Chrystusowa wzbogaca się o nową uwspółcześnioną interpretację. Mel Gibson zapakował Ewangelię w pigułę, która jest w stanie przeszyć mózg współczesnego człowieka - odzwyczajonego od "czytania tekstu ze zrozumieniem", przywykłego do telewizji i kalejdoskopowego natłoku obrazów. Pocisk ewangelizacyjny Gibsona przebija się przez pancerz zmaterializowanego świata, przeszywa pokłady zagłuszającego zgiełku i eksploduje w samym sercu człowieka, w egzystencjalnym splocie słonecznym.

To właśnie rozpala do białej złości wrogów chrześcijaństwa i katolicyzmu.

Antysemityzm? Gdzie tam, bzdura! Przemoc? Przepraszam, ktoś się chyba z choinki urwał! W filmie Gibsona nie ma epatowania przemocą, jest cierpienie! O co więc chodzi? O ideologiczną konkurencję!

Współcześni pretendenci do rządu dusz chcą chrześcijaństwo postawić do kąta, jako nie mający odniesienia do współczesnego życia, archaiczny folklor. Dziś, w dobie liberalnego "wyzwolenia", chrześcijaństwo nie powinno zawracać nam w głowie. Mamy ograniczyć wymiar życia do wydajnej pracy i żarłocznej konsumpcji. Gdy zaś mamy jakieś egzystencjalne weltschmerze, to powinniśmy je zagłuszyć dobrą zabawą, seksem, piwem przed telewizorem z meczem bejsbola, a w najgorszym wypadku prozakiem. Jeśli bowiem zaczniemy prawdziwie i głęboko wierzyć, przestaniemy się bać, a gdy przestaniemy się bać, zrobimy się hardzi, a gdy zrobimy się hardzi, trudniej będzie nam wciskać ciemnotę... Uświadomimy sobie własną wolność, możliwość wyboru, możliwość odnalezienia znaczenia. A przecież to "niebezpieczne", bo przejrzymy mechanizmy manipulacji, zrzucimy skórę psa Pawłowa i przestaniemy ślinić się na komendę oraz machać ogonem, gdy zawieszają kiełbasę materialnych świecidełek koło nosa, wymkniemy się spod kontroli, nie damy się tresować.

Szatan u Gibsona jest powabny i inteligentny, mówi "racjonalnie i do rzeczy", mówi, że przecież i tak nie warto, że wszystko już stracone i przegrane, że nic nie da się zrobić, po co się wysilać, skoro wiadomo, jacy źli są ludzie. Ilu z nas poddaje się takiej argumentacji, zamyka, jak mimoza, zamiast odważnie iść w świat i nieść swój krzyż. Ilu z nas mówiło: nie, taki film nie jest możliwy, przecież wiadomo, jaki jest Hollywood, przecież takim obrazem tylko sobie można popsuć karierę. A jeśli nawet taki film powstanie, to przecież nikt czegoś takiego nie będzie rozpowszechniał...

Dziś wrogowie Mela Gibsona obgryzają paznokcie, podliczając mu zarobione miliony. I skóra cierpnie im na grzbiecie na samą myśl, co będzie, jeśli wykorzysta te dolary do kolejnego aktu wiary, co się stanie, jeśli użyje pieniądza - krwiobiegu materializmu - do szerzenia dobra i propagowania wartości "królestwa nie z tego świata". Gibson dał przykład. Pokazał, że chcieć to móc. Wystarczy głęboka wiara i modlitwa.

Od 2000 lat nic się nie zmieniło, świat nadal jest zmaganiem się dobra i zła. Każdy z nas codziennie bierze udział w tej walce, każdy z nas codziennie wybiera, nawet wówczas, kiedy usiłuje uciec od wyboru. Wolność to największy Boży dar, wszak właśnie przez nią jesteśmy "na obraz i podobieństwo". Pan Bóg daje nam własny atrybut - wolność.

Jak to kiedyś powiedział Jan Paweł II na krakowskich Błoniach, "człowiek może powiedzieć Bogu ?nie=". Tylko w imię czego? Ile razy powiedzieliśmy już dziś Bogu nie". "Nie", bo się spieszę, "nie", bo nie będę sobie komplikował życia, "nie", bo pomyślę o tym innym razem, "nie", bo inni też tak robią, "nie", bo nie chcę wyjść na głupa i naiwniaka, "nie" - bo mi tak kazali...

Właśnie dlatego, że codziennie mówimy Bogu "nie", Jezus Chrystus Bóg-człowiek dał się zamęczyć, jednocześnie oddał nam do rąk oręż własnej ofiary - krzyż. Ten krzyż, starożytny symbol hańbiącej śmierci, stał się symbolem wolności i nowego życia.

Nie wiem, dlaczego mnie, staremu chłopu, z prawego oka "coś" ciekło, nie wiem, dlaczego, w gardle miałem kołek; wiem tylko, że oto kupując głupi bilet do kina, stałem się naocznym świadkiem czegoś ważnego, czegoś co odmienia życie, czegoś wykraczającego daleko poza tę ciemną salę kinową z nietkniętymi kubkami popcornu...

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl