now@ on-line styczeń 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

echa 19 rocznicy 

Aki:

mój pragmatyzm

bajdula:

dlaczego sekty są magnesem

związek partnerski

w poszukiwaniu sensu istnienia

na koniec wieku

Magdalena:

w obronie kobiet

apetyt na some

mats:

wyprawa do Thailandii

micra:

idą święta

StefanDetko:

realia, realizm i realiści

ZASADA:

spychoterapia

 

STATeria

 

 

 

mats                     wyprawa do Thailandii
Te 14 dni to trochę za mało na dokładne rozeznanie się i wniknięcie w sytuację, jaka tam panuje. Nie wiem, w jaki sposób działa ten system tyle lat i przy takiej ilości ludzi - ponad 11 milionów a nawet jest takie powiedzenie, że stracili rachubę i jest ponad 12 ml. Podam tylko kilka faktów dotyczących podstaw tego cudu, w jakim miałem możliwość przeżyć te parę dni.

Dziesięciogodzinny lot dłuży się potwornie, bez pomocy alkoholu można wpaść w chorobę a potem kłopoty. W momencie, gdy się otwierają drzwi samolotu, ma się odczucie, że ktoś przykleja gorąca szmatę na twarz i automatycznie cofasz się z powrotem. Słońce oślepia i pali niemiłosiernie, przez filtr lekkiej mgiełki, która zamiast osłabić to wzmacnia je jak szkło powiększające i czujesz, że nie jesteś w stanie tego naporu promieni znieść. Natychmiast po zejściu na płytę lotniska zdejmujemy jak na komendę cieple ubranie i wygląda to tak jak rozbieranie się do kąpieli. Ku uciesze niektórych, nie wyłączając mnie, udaje nam się podpatrzeć to i owo a jest co bo przyleciało nas ponad 360 osób w tym większa cześć płci pięknej. Podwozi nas autobus do terminalu i w mgnieniu oka jesteśmy po odprawie i po chwili zajmujemy miejsca w taksówce, która już na nas czeka i jazda do hotelu położonego o 45 km od lotniska. Wreszcie hotel i tam mila niespodzianka witają nas jak starych znajomych /widocznie popatrzyli na mnie/.

Uderza mnie zbyt wylewna uprzejmość i nauczony smutnym doświadczeniem z innych podroży, na wszelki nie rozdaję hojnie czułych uśmiechów - lepiej sprawdzić teren. Myliłem się - do ostatniego dnia pobytu wszędzie gdzie przebywałem tak było cały czas, uśmiechy, życzliwość, serdeczność, uczynność. O dziwo nie za pieniądze, tak jak myślałem na początku. Z hotelu wychodzimy na plażę i włażę do wody w ubraniu nie patrząc, co się wokół dzieje, /co za zachłanność/ i tu zaskoczenie, bo woda tak ciepła, że nie czuję różnicy temperatury powietrza i wody. Pomyślałem w jednej sekundzie o Was wszystkich - a może tak być ze kiedyś tak wszyscy razem bach do wody, czego Wam i sobie życzę amen - jakiem Polak - banita.

Powrót do hotelu na bosaka od razu po drodze kupujemy sandały i także trzeba ochłodzić się wiec piwko i tu musze przyznać palmę pierwszeństwa Polskim browarom potem Duńskim a na końcu Niemieckim, późno trochę, ale odwet za 39 wziąłem, co prawda daleko od Polski, ale się liczy. Jesteśmy w hotelu i rozmawiamy z właścicielką, sama jest nie ma męża i robi wszystko abyśmy
zostali jak najdłużej. Niestety plan mamy już opracowany, z Phuket do Bangkoku potem pociągiem do Samui wyspa bardzo ładna. Ale o tym potem. Bez słówka przyjmuje nasze wytłumaczenie i widząc ze nie ma szans na zmianę naszej decyzji. Dwa dni mija w tempie turbo i czas na wyjazd na lotnisko gdzie zamówiliśmy bilety w biurze podroży /5 minut/ na najlepsze linie lotnicze Thai Air.

Ale zanim wyjedziemy kilka słów jeszcze, kogo mamy spotkać w Bangkoku. Jurek Sladkowski z żoną Danusią czekają na nas w hotelu Mandarin. Jurek jest reżyserem wielu świetnych seriali o Rosji - daleka Syberia, kopalnie diamentów i inne filmy jak też o albańskiej wiosce "Vendetta" także o brazylijskiej kopalni diamentów, o bazach wojskowych rosyjskich i jak to się wszystko wali z hukiem.
Przed jutrzejszym wyjazdem wychodzimy na miasto w sandałach. Słonce jeszcze pali pot się leje, pić się chce no, więc wiadomo, co jest najlepsze na ugaszenie pragnienia znamy to z westernów. Więc podwójna z lodem i za Wasze zdrowie wznosząc wysoko, ręką przesłałem Wam wszystkim pozdrowienia telepatycznie i jestem przekonany żeście to odczuli, te moje skromne pozdrowienia i życzenia ze się może kiedyś tu spotkamy całą paką.

Wychodzimy na miasto cos zjeść, bo coś mną tarmosi z niedoboru wagi. W restauracjach pełny wybór dań tak mięsnych jak i rybnych po pastę i inne. Z całego świata menu. Dania rybne na przykład to pływają obok ciebie w baseniku, wystarczy tylko wskazać rybkę albo kraba i już wędruje do kotła by po chwili przyodziana potrawa w warzywa i zapachy wylądowała na stole. Och, co za zapach, wszystko świeże i smaczne. Jest oto argument restauracji dla tych, którzy mnie ostrzegali - nie jedz żadnych ryb ani krabopodobnych czy węży, bo na pewno będą w wieku Balzakowskim. No, więc bajeczki niestety, to trzeba przeżyć a potem oceniać. Tak właśnie powinno się podawać wszędzie w restauracjach a klientela 100%-a.
Po jedzeniu piwko. Wracamy uliczkami, pełno straganów, sklepików, stoisk, barów, restauracyjek, klubów itp. Zgiełk ogromny, muzyka, krzyki nawołują do odwiedzania barów, rytmy muzyki przeważnie disco, jest Bob Marley, jazz. Wszystko to razem stwarza atmosferę i chęć uczestnictwa. Sprzedawcy zapraszają do kupna a wygląda to bardzo fajnie, jeśli chcemy zapytać o cenę podają Ci na kalkulatorku cenę 5 razy wyższą i potem kupujący podaje na tym samym kalkulatorku swoja cenę i podaje z powrotem sprzedawcy aż do uzgodnienia ceny takiej jaka ci odpowiada. Zabawne to jest, ale skuteczne ja to nazywam tak po swojemu - spychoterapia - nic nie mówisz a cena spada za pomocą komputerka. Wracamy, jutro wyjazd. Rano taxi już czeka i jedziemy na lotnisko by po niecałej godzinie zobaczyć to ponad 10 milionowe miasto. Musze powiedzieć ze komfort tak jak w reklamie. Po 45 minutach jazdy z lotniska w potwornym korku dobijamy do hotelu Mandarin. Spotkanie z Jurkami, obiad idziemy zjeść do chińskiej i tu dygresja, że Chińczycy uważają się nie za gości a za gospodarzy tego kraju, ale to by trzeba było się cofnąć w historii, na razie jemy.

Zaraz po obiedzie jedziemy zwiedzać Świątynie Buddy i Boga Thai. No tego bym się nigdy nie spodziewał, że to takie przepyszne i ogromne. Dużo złota i kamieni, tysiące ludzi, gwar ogromny. Na powierzchni około 10 ha mieści się świątynia koło świątyni, muzea i masa innych
pałaców i świątyń innych bogów. Tego nie da się obejść w ciągu jednego dnia. Po dwóch godzinach zwiedzania nóżki jakby się nieco zbliżyły do mózgu.

Wracamy do centrum, aby się rozejrzeć po mieście. Jeśli mam być szczery to tak to wygląda jak by się zaczęło iść z jednego przedmieścia przez centrum Warszawy na drugi koniec przedmieścia. Dajemy za wygraną, siadamy w kawiarni i kawa z ciastkami. Analizujemy jak spreparować motto mieszkańców, wiemy ze jest to potworna walka o byt pozostaje tylko cena, jaką płacą, aby się utrzymać na powierzchni tego minimum egzystencji, bo o wyższym standardzie nie ma mowy. Bezpardonowa walka o przetrwanie w każdej dziedzinie, łącznie z handlem narkotykami, jak też ofert seksualnych. I tu rodzi się pytanie - czy ciało ludzkie jest tylko do spełniania potrzeb i zaspokojenia seksualnego? Czy też jest narzędziem, którym wykonujemy pewne czynności w celach zarobkowych, aby tym sposobem
zdobyć środki do przetrwania, tym samym egzystencji? Powiedzcie mi jak wytłumaczyć ten fakt tam, gdzie matka wysyła 13 letnie dziecko na ulicę by sprzedało swoje ciało komukolwiek.

Pełno tam marginesu od najgorszych do całkowicie zagubionych, a najczęściej tych
z pieniędzmi, jak pedofile, homoseksualiści, psychopaci i cały majdan marginesu społecznego. Wracamy do hotelu w nastrojach raczej minorowych, bo nie wiem jak mamy zareagować, czy od razu zacząć strzelać? Nie wiem czy mamy prawo to oglądać i być biernym czy zareagować ostro. W hotelu spotykamy się z podobną sytuacją, gdzie portier pyta czy sobie życzymy masaż w gabinecie czy w pokoju.
Wystarczy ze wskażemy jedną z pań z numerkiem, które stoją w rzędzie i jest do naszej dyspozycji. Ile w ciągu sekundy wydaliśmy wyroków śmierci, możecie sobie tylko wyobrazić. Krzyk zdławiony w krtani, czujemy że tętno rośnie, ręce zaczynają się nam trząść. Niestety musimy się poddać nie damy rady. Ręce nam opadły, idziemy do pokoju. Odpocząć i jeszcze raz odpocząć, a może by tak po jednym, może pomoże - nie - nie można uciekać - nie możemy się poddać - gorzka prawda zwycięża nad silnym niby człowiekiem. Rano planujemy wycieczkę łodzią do Bangkoku, od strony wody. Wsiadamy do łodzi i pędzimy po brudnym kanale mijając drapacze chmur i slumsy u ich podnóża, wyglądające jak śmietniki. To nie do opisania, to trzeba zobaczyć, aby poczuć smak i wartość każdej kromki chleba i garstki ryżu. Po godzinnej podroży wracamy w to samo miejsce i idziemy ulicami mijając mnóstwo sklepików kupujemy, co nieco targujemy się i obiad w rybnej restauracji i do hotelu. Jutro jedziemy pociągiem do Samui gdzie spędzimy około 4-5 dni. O 20,15 pociąg ruszył i dobijamy o 7,40 rano w Sami - około 700 km. Na wyspę wiezie nas prom około godziny warunki jak z czasów wojny w Wietnamie. Idziemy do hotelu i dostajemy kilka ofert, bardzo tanio, mało ludzi, warunki spartańskie - dla nich codzienne. Jedna doba wystarczy jedziemy w następne miejsce gdzie przewodnik informuje, że jest kilka bungalowów do wynajęcia. I tak jest nad samym morzem wśród palm, piękny widok, śliczna plaża, odpoczywamy, nikt nie wraca do tematu. Opalamy się trochę i następnego dnia wyjeżdżamy do Karon koło Phuket. Pozostały już tylko dwa dni. Zwiedzamy farmę krokodyli, trochę zakupów i do hotelu. Obiad w hotelowej i stamtąd rano następnego dnia na lotnisko. Koniec gehenny czy odpoczynku? Podziwiać czy reagować w inny sposób, aby pomóc? Ale tu jest pytanie, nie jako usprawiedliwienie, damy rade pomoc tylu milionom? Czy pomagać dając albo płacąc za usługi, tym samym do jednego się sprowadza?. Czy odwrócić głowę i zając się swoimi problemami?

strona główna