|
powrót
do strony głównej
archiwum
w tym
wydaniu:
echa 19
rocznicy
Aki:
mój
pragmatyzm
bajdula:
dlaczego
sekty są magnesem
związek
partnerski
w
poszukiwaniu sensu istnienia
na
koniec wieku
Magdalena:
w
obronie
kobiet
apetyt
na some
mats:
wyprawa
do Thailandii
micra:
idą
święta
StefanDetko:
realia,
realizm i realiści
ZASADA:
spychoterapia

|
mats
wyprawa do Thailandii
Te 14 dni to trochę za mało na dokładne
rozeznanie się i wniknięcie w sytuację, jaka tam panuje. Nie wiem, w
jaki sposób działa ten system tyle lat i przy takiej ilości ludzi -
ponad 11 milionów a nawet jest takie powiedzenie, że stracili rachubę i
jest ponad 12 ml. Podam tylko kilka faktów dotyczących podstaw tego
cudu, w jakim miałem możliwość przeżyć te parę dni.
Dziesięciogodzinny lot dłuży się potwornie, bez
pomocy alkoholu można wpaść w chorobę a potem kłopoty. W momencie,
gdy się otwierają drzwi samolotu, ma się odczucie, że ktoś przykleja
gorąca szmatę na twarz i automatycznie cofasz się z powrotem. Słońce
oślepia i pali niemiłosiernie, przez filtr lekkiej mgiełki, która
zamiast osłabić to wzmacnia je jak szkło powiększające i czujesz, że
nie jesteś w stanie tego naporu promieni znieść. Natychmiast po zejściu
na płytę lotniska zdejmujemy jak na komendę cieple ubranie i wygląda
to tak jak rozbieranie się do kąpieli. Ku uciesze niektórych, nie wyłączając
mnie, udaje nam się podpatrzeć to i owo a jest co bo przyleciało nas
ponad 360 osób w tym większa cześć płci pięknej. Podwozi nas autobus
do terminalu i w mgnieniu oka jesteśmy po odprawie i po chwili zajmujemy
miejsca w taksówce, która już na nas czeka i jazda do hotelu położonego
o 45 km od lotniska. Wreszcie hotel i tam mila niespodzianka witają nas
jak starych znajomych /widocznie popatrzyli na mnie/.
Uderza mnie zbyt wylewna uprzejmość i nauczony
smutnym doświadczeniem z innych podroży, na wszelki nie rozdaję hojnie
czułych uśmiechów - lepiej sprawdzić teren. Myliłem się - do
ostatniego dnia pobytu wszędzie gdzie przebywałem tak było cały czas,
uśmiechy, życzliwość, serdeczność, uczynność. O dziwo nie za pieniądze,
tak jak myślałem na początku. Z hotelu wychodzimy na plażę i włażę
do wody w ubraniu nie patrząc, co się wokół dzieje, /co za zachłanność/
i tu zaskoczenie, bo woda tak ciepła, że nie czuję różnicy
temperatury powietrza i wody. Pomyślałem w jednej sekundzie o Was
wszystkich - a może tak być ze kiedyś tak wszyscy razem bach do wody,
czego Wam i sobie życzę amen - jakiem Polak - banita.
Powrót do hotelu na bosaka od razu po drodze kupujemy
sandały i także trzeba ochłodzić się wiec piwko i tu musze przyznać
palmę pierwszeństwa Polskim browarom potem Duńskim a na końcu
Niemieckim, późno trochę, ale odwet za 39 wziąłem, co prawda daleko
od Polski, ale się liczy. Jesteśmy w hotelu i rozmawiamy z właścicielką,
sama jest nie ma męża i robi wszystko abyśmy
zostali jak najdłużej. Niestety plan mamy już opracowany, z Phuket do
Bangkoku potem pociągiem do Samui wyspa bardzo ładna. Ale o tym potem.
Bez słówka przyjmuje nasze wytłumaczenie i widząc ze nie ma szans na
zmianę naszej decyzji. Dwa dni mija w tempie turbo i czas na wyjazd na
lotnisko gdzie zamówiliśmy bilety w biurze podroży /5 minut/ na
najlepsze linie lotnicze Thai Air.
Ale zanim wyjedziemy kilka słów jeszcze, kogo mamy
spotkać w Bangkoku. Jurek Sladkowski z żoną Danusią czekają na nas w
hotelu Mandarin. Jurek jest reżyserem wielu świetnych seriali o Rosji -
daleka Syberia, kopalnie diamentów i inne filmy jak też o albańskiej
wiosce "Vendetta" także o brazylijskiej kopalni diamentów, o
bazach wojskowych rosyjskich i jak to się wszystko wali z hukiem.
Przed jutrzejszym wyjazdem wychodzimy na miasto w sandałach. Słonce
jeszcze pali pot się leje, pić się chce no, więc wiadomo, co jest
najlepsze na ugaszenie pragnienia znamy to z westernów. Więc podwójna z
lodem i za Wasze zdrowie wznosząc wysoko, ręką przesłałem Wam
wszystkim pozdrowienia telepatycznie i jestem przekonany żeście to
odczuli, te moje skromne pozdrowienia i życzenia ze się może kiedyś tu
spotkamy całą paką.
Wychodzimy na miasto cos zjeść, bo coś mną tarmosi
z niedoboru wagi. W restauracjach pełny wybór dań tak mięsnych jak i
rybnych po pastę i inne. Z całego świata menu. Dania rybne na przykład
to pływają obok ciebie w baseniku, wystarczy tylko wskazać rybkę albo
kraba i już wędruje do kotła by po chwili przyodziana potrawa w warzywa
i zapachy wylądowała na stole. Och, co za zapach, wszystko świeże i
smaczne. Jest oto argument restauracji dla tych, którzy mnie ostrzegali -
nie jedz żadnych ryb ani krabopodobnych czy węży, bo na pewno będą w
wieku Balzakowskim. No, więc bajeczki niestety, to trzeba przeżyć a
potem oceniać. Tak właśnie powinno się podawać wszędzie w
restauracjach a klientela 100%-a.
Po jedzeniu piwko. Wracamy uliczkami, pełno straganów, sklepików,
stoisk, barów, restauracyjek, klubów itp. Zgiełk ogromny, muzyka,
krzyki nawołują do odwiedzania barów, rytmy muzyki przeważnie disco,
jest Bob Marley, jazz. Wszystko to razem stwarza atmosferę i chęć
uczestnictwa. Sprzedawcy zapraszają do kupna a wygląda to bardzo fajnie,
jeśli chcemy zapytać o cenę podają Ci na kalkulatorku cenę 5 razy wyższą
i potem kupujący podaje na tym samym kalkulatorku swoja cenę i podaje z
powrotem sprzedawcy aż do uzgodnienia ceny takiej jaka ci odpowiada.
Zabawne to jest, ale skuteczne ja to nazywam tak po swojemu -
spychoterapia - nic nie mówisz a cena spada za pomocą komputerka.
Wracamy, jutro wyjazd. Rano taxi już czeka i jedziemy na lotnisko by po
niecałej godzinie zobaczyć to ponad 10 milionowe miasto. Musze powiedzieć
ze komfort tak jak w reklamie. Po 45 minutach jazdy z lotniska w potwornym
korku dobijamy do hotelu Mandarin. Spotkanie z Jurkami, obiad idziemy zjeść
do chińskiej i tu dygresja, że Chińczycy uważają się nie za gości a
za gospodarzy tego kraju, ale to by trzeba było się cofnąć w historii,
na razie jemy.
Zaraz po obiedzie jedziemy zwiedzać Świątynie Buddy
i Boga Thai. No tego bym się nigdy nie spodziewał, że to takie
przepyszne i ogromne. Dużo złota i kamieni, tysiące ludzi, gwar
ogromny. Na powierzchni około 10 ha mieści się świątynia koło świątyni,
muzea i masa innych
pałaców i świątyń innych bogów. Tego nie da się obejść w ciągu
jednego dnia. Po dwóch godzinach zwiedzania nóżki jakby się nieco zbliżyły
do mózgu.
Wracamy do centrum, aby się rozejrzeć po mieście. Jeśli
mam być szczery to tak to wygląda jak by się zaczęło iść z jednego
przedmieścia przez centrum Warszawy na drugi koniec przedmieścia. Dajemy
za wygraną, siadamy w kawiarni i kawa z ciastkami. Analizujemy jak
spreparować motto mieszkańców, wiemy ze jest to potworna walka o byt
pozostaje tylko cena, jaką płacą, aby się utrzymać na powierzchni
tego minimum egzystencji, bo o wyższym standardzie nie ma mowy.
Bezpardonowa walka o przetrwanie w każdej dziedzinie, łącznie z handlem
narkotykami, jak też ofert seksualnych. I tu rodzi się pytanie - czy ciało
ludzkie jest tylko do spełniania potrzeb i zaspokojenia seksualnego? Czy
też jest narzędziem, którym wykonujemy pewne czynności w celach
zarobkowych, aby tym sposobem
zdobyć środki do przetrwania, tym samym egzystencji? Powiedzcie mi jak
wytłumaczyć ten fakt tam, gdzie matka wysyła 13 letnie dziecko na ulicę
by sprzedało swoje ciało komukolwiek.
Pełno tam marginesu od najgorszych do całkowicie
zagubionych, a najczęściej tych
z pieniędzmi, jak pedofile, homoseksualiści, psychopaci i cały majdan
marginesu społecznego. Wracamy do hotelu w nastrojach raczej minorowych,
bo nie wiem jak mamy zareagować, czy od razu zacząć strzelać? Nie wiem
czy mamy prawo to oglądać i być biernym czy zareagować ostro. W hotelu
spotykamy się z podobną sytuacją, gdzie portier pyta czy sobie życzymy
masaż w gabinecie czy w pokoju.
Wystarczy ze wskażemy jedną z pań z numerkiem, które stoją w rzędzie
i jest do naszej dyspozycji. Ile w ciągu sekundy wydaliśmy wyroków śmierci,
możecie sobie tylko wyobrazić. Krzyk zdławiony w krtani, czujemy że tętno
rośnie, ręce zaczynają się nam trząść. Niestety musimy się poddać
nie damy rady. Ręce nam opadły, idziemy do pokoju. Odpocząć i jeszcze
raz odpocząć, a może by tak po jednym, może pomoże - nie - nie można
uciekać - nie możemy się poddać - gorzka prawda zwycięża nad silnym
niby człowiekiem. Rano planujemy wycieczkę łodzią do Bangkoku, od
strony wody. Wsiadamy do łodzi i pędzimy po brudnym kanale mijając
drapacze chmur i slumsy u ich podnóża, wyglądające jak śmietniki. To
nie do opisania, to trzeba zobaczyć, aby poczuć smak i wartość każdej
kromki chleba i garstki ryżu. Po godzinnej podroży wracamy w to samo
miejsce i idziemy ulicami mijając mnóstwo sklepików kupujemy, co nieco
targujemy się i obiad w rybnej restauracji i do hotelu. Jutro jedziemy
pociągiem do Samui gdzie spędzimy około 4-5 dni. O 20,15 pociąg ruszył
i dobijamy o 7,40 rano w Sami - około 700 km. Na wyspę wiezie nas prom
około godziny warunki jak z czasów wojny w Wietnamie. Idziemy do hotelu
i dostajemy kilka ofert, bardzo tanio, mało ludzi, warunki spartańskie -
dla nich codzienne. Jedna doba wystarczy jedziemy w następne miejsce
gdzie przewodnik informuje, że jest kilka bungalowów do wynajęcia. I
tak jest nad samym morzem wśród palm, piękny widok, śliczna plaża,
odpoczywamy, nikt nie wraca do tematu. Opalamy się trochę i następnego
dnia wyjeżdżamy do Karon koło Phuket. Pozostały już tylko dwa dni.
Zwiedzamy farmę krokodyli, trochę zakupów i do hotelu. Obiad w
hotelowej i stamtąd rano następnego dnia na lotnisko. Koniec gehenny czy
odpoczynku? Podziwiać czy reagować w inny sposób, aby pomóc? Ale tu
jest pytanie, nie jako usprawiedliwienie, damy rade pomoc tylu milionom?
Czy pomagać dając albo płacąc za usługi, tym samym do jednego się
sprowadza?. Czy odwrócić głowę i zając się swoimi problemami?
strona główna
|