| ||||
|
w tym wydaniu: Aki: bajdula: w poszukiwaniu sensu istnienia Magdalena: mats: micra: StefanDetko: ZASADA:
|
Magdalena apetyt na some Czasem mam wrażenie, że życie pozbawione przynajmniej jakiejś nadziei na miłość byłoby prawie nie do zniesienia. Przekonanie, ze się zostało pozbawionym miłości, może prowadzić do zgorzknienia, do mściwości, do sadyzmu i do zbrodni. Mogę, więc zrozumieć znaczenie, jakie dla ludzi ma wiara w boga pojętego jako ten, który kocha wszystkie stworzenia i z którym kontakt jest zawsze możliwy. Nie tylko, bowiem człowiek może się zwrócić do Boga, gdy zostanie sam, opuszczony przez wszystkich, ale także wiara, która skłoni go do poddania się miłosierdziu. Wraz z rozwojem społeczeństwa świeckiego, wraz z rozszerzeniem się postawy naukowej, będącej jednocześnie przyczyną i następstwem rozwoju przemysłu, dla niektórych, to niemożliwe do zastąpienia źródło pociechy i natchnienia. Przechodząc teraz do rozważenie społecznych i gospodarczych – czy można powiedzieć o warunkach, w jakich miłość i przyjaźń zapuszczają korzenie? W jakim, na przykład, typie cywilizacji miłość romantyczna, braterska czy synowska będzie się najlepiej rozwijać? Wyrażając dokładnie – czy racjonalna wiara, że we współczesnym społeczeństwie, powiązanym z procesem wzrostu, uformują się bliższe stosunki między ludźmi niż w społeczeństwie bardziej tradycyjnym? Można dowodzić, i dowodzono, że wzrost gospodarczy, wyswobadzający masy ludzi z harówki i dostarczający im możliwości ciągłego przenoszenia się, sprzyja kontaktom między ludźmi i polepsza ich wzajemne stosunki. Przykre to, ale skądinąd zdolni ekonomiści rozumowali w taki sposób (na przykład profesor Wilfred Beckerman, 1973). W istocie rozumowanie większości ekonomistów, zwolenników wzrostu cechują: nadmierna abstrakcja oraz powierzchowność i ma ono tylko niewielki związek z faktami. Wielu wierzy nadal, że bieda i nierówność są głównymi przyczynami przestępstw, mimo ich rosnącej fali w ostatnich dziesięcioleciach – i to przede wszystkim w stanach zjednoczonych, najbogatszym kraju niewątpliwie. Rozumując w tak uproszczony sposób – wraz z rozszerzeniem się materialnego dobrobytu – korupcja i matactwo polityczne w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach powinny zaniknąć. Jak to mimochodem zauważa Beckerman (1973), obsesja materialnego bogactwa powinna być mniejsza, gdy będzie go więcej; i to właśnie wynika z koncepcji krańcowej użyteczności. Ten sam rodzaj logiki sugerowałby osłabienie pogoni za zyskiem, spotęgowanie uczucia spokoju, zmniejszenie tarć w stosunkach między ludźmi, a zwiększenie zadowolenia i pogody, uprzejmości, uczuć rodzinnych – we wszystkich bogatych krajach przemysłowych. Takie argumenty są odbiciem nadziei dziewiętnastowiecznych reformatorów. W tamtych czasach były one powierzchowne, dzisiaj są w oczywisty sposób fałszywe, nie tylko, bowiem pomijają teoretyczne zjawiska w ortodoksyjnej ekonomii, ale także nie uwzględniają rzeczywistego kierunku innowacji w dziedzinie konsumpcji. Zastanówmy się, czy samo tempo rozwoju gospodarczego sprzyja kultywowaniu przyjaźni? Nerwowość, niecierpliwość, wynikające ze ściśle rozplanowanego życia, którym kierują głównie kryteria efektywności, oraz niszczenie – jak się zdaje – reszty naszego wolnego czasu przez pochłanianie nowin i poglądów wyrzucanych przez środki masowego przekazu. Przyczyną jest także to, że sam produkt systemu przyczynia się do pozbawienia nas uczucia swobody i poczucia przestrzeni. Uczucie presji czasu, pozostawania w tyle, jest powszechne wśród obywateli bogatego społeczeństwa. Jeśli się zgadzamy, że długotrwała znajomość osób i miejsc jest dla ludzi źródłem zadowolenia, i że więzy przyjaźni i zaufania mogą powstać tylko w wyniku długotrwałego obcowania, to musimy stwierdzić, że ponure są perspektywy ludzkiego spełnienia we współczesnym świecie, znajdującym się we władaniu szybkiej i ciągłej zmiany. Rosnąca ruchliwość, w wyniku, której z roku na rok coraz więcej ludzi przemieszcza się z miasta do miasta, z jednego kraju do innego, umożliwia im, co prawda, zwiększenie liczby znajomych, ale zmniejsza intensywność doznań. Tydzień w hotelu w górach, objazd wybrzeży Morza Śródziemnomorskiego, podróż odrzutowcem umożliwiająca nam obejrzenie „siedmiu krajów w dziesięć dni” i spotkanie „pięknych ludzi” mogą dostarczyć nam paru chwil radości i emocji, które pomogą nam potem znosić rutynę dnia codziennego. Ale w istocie czasu starcza tylko na odrzucenie póz, na najbardziej tradycyjne formy hulanki na oczekiwanie, że „coś” się wydarzy lub, że „ktoś” się pojawi. Liczba ludzi, z którymi się spotykamy, ciżba, przez którą musimy torować sobie drogę, wywołuje podobną reakcję do tej, jaką rodzi pomnażanie dóbr wytworzonych przez człowieka. Ponieważ ludzi jest bardzo dużo, zaczyna to stwarzać wrażenie, że ludzie także podlegają zużyciu; w społeczeństwie marnotrawców oni także stają się przedmiotami. W miarę jak w dążeniu do urzeczywistnienia wzrostu gospodarczego zwiększa się liczba otaczających nas osób i dóbr, zmniejsza się intensywność naszych doznań i coraz trudniej rozproszyć uczucie nudy, wyczerpania, a czasem rozpaczy. Inną cechą współczesnego życia osłabiającą powstawanie uczuciowych związków jest wiara we wszechmoc nauki, a mówiąc ściślej – techniki, w rozwiązywaniu wszystkich problemów – przemysłowych, technicznych, społecznych i osobistych. Technika, określana ogólnie jako usystematyzowanie wszelkiego działania, zaczęła się wciskać do każdego zakątka prywatnego życia i uczuć ludzi. Techniki umożliwiające zwiększenie zdolności człowieka do miłości, namiętności, oddania, ripostowania, śmiechu i fantazji są dzisiaj udostępniane nabywcom popularnych książek, broszur i taśm oraz uczestnikom wszelkiego rodzaju kursów. Dla niedoszłego kochanka – a miłość dla tego rynku łączy się zawsze z seksem – dostępne są dziś instrukcje zawarte w filmach lub ilustrowanych monografiach, dotyczące wykonywania określonych ruchów, oddychania i rytmów, synchronizacji różnych pieszczot, uszczypnięć, pomruków, westchnień i ukąszeń. Szeroka akceptacja poglądu głoszącego, że uczucia zaufania i czułości, które powinny być dla nas czymś tak naturalnym, jak sen i oddychanie, trzeba teraz zdobyć w trakcie wykładów i szkolenia, jest wskaźnikiem smutnego stanu umysły spowodowanego naszą wiarą w technologię. Może nas dziwić tylko człowiek, który się spodziewa, iż uczestnicząc w serii popularnych wykładów nauczy się „kontrolować agresję i kierować nią” oraz „wywołać i przyjmować empatię”. Ale wzrost liczby uczestników takich kursów jest faktem, i to faktem wskazującym raczej na rozpacz, poczucie beznadziejności i łatwowierność „pacjentów” niż na skuteczność „leczenia”. Niepokojące się wydaje, że w wyniku wzrostu bogactwa i rozwoju urbanizacji w ostatnim stuleciu, które to przyczyniły się nie tylko do zmniejszenia uzależnienia ludzi od bezpośredniej pomocy i towarzystwa ludzi, ale także spowodowały zmniejszenie wzajemnego zaufania panującego w społeczeństwie, a przejawiającego się w podstawowym dla nich znaczeniu przyzwoitości, zwyczajów, niepisanych praw i nieformalnych porozumień. Jednostka odcina się coraz bardziej od źródeł bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia zapewnianego przez więź z prawdziwą społecznością, szuka tych doznań gdzie indziej. Jej poszukiwanie ochrony przed zagrożeniem ze strony sił gospodarczych politycznych w szybko zmieniającym się i coraz bardziej złożonym świecie powoduje powstawanie nowego rynku na związki zawodowe, porozumienia pomiędzy pracownikami a pracodawcami, organizacje konsumenckie, stowarzyszenia itp. Jest to powód nie tylko do żalu, ale także do alarmu. Zmniejszenie, bowiem wzajemnego zaufania i zobowiązań w sposób nieunikniony powoduje upadek norm prawości i publicznego zaufania, cech niezbędnych do skutecznego funkcjonowania każdego systemu gospodarczego. Uwagę chciałabym jeszcze skierować na wpływ, jaki na nasze osobiste stosunki wywierają specyficzne, konsumpcyjne innowacje. Niemal wszystkie mogą zostać określone jako „pozwalające na zaoszczędzenie pracy”; znaczy to, iż ich przydatność uzasadnia się zmniejszeniem przez nie „udręczeń” związanych z wysiłkiem fizycznym. Ostatecznym celem takich innowacji jest w sposób widoczny – i być może nieunikniony – stworzenie dla nas świata, w którym wszystko można uruchomić poprzez wciśnięcie jednego guzika, w którym wszystkie nasze zachcianki mogą być spełnione natychmiast, w którym zatem powinniśmy istnieć w ciągłym stanie przesytu. Chociaż technologia ma mniejsze osiągnięcia w umożliwianiu nam zwalczania frustracji, rozmyślania nad tą sprawą przywodzą na myśl niektóre charakterystyczne cechy „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya. Być może przypominacie sobie, iż mieszkańcy tej utopii byli wychowywani w probówkach i z góry przeznaczeni do wykonywania określonych zawodów oraz w odpowiedni sposób kształtowani. Nie istniały, na szczęście, seksualne tabu, wątpliwości czy obawy. Jakikolwiek rodzący się lęk był rozpraszany przez zażycie wywołującej euforii tabletki, nazywanej „somą”. Ponieważ ten świat i jego mieszkańcy byli tak zaprojektowani, by do siebie idealnie pasować, owa utopia może być interpretowana jako nemezis dzisiejszego zwolennika postępu, o zmąconym umyśle, z jego wzruszającą wiarą w zbawienie przez naukę oraz z jego gwałcącym moralność odrzuceniem pojęcia grzechu czy wartości ludzkiego poświęcenia i cierpienia. W tej pięknie skrojonej cywilizacji, zaprojektowanej przez życzliwego dyktatora, pojęcie dobra i zła były rzeczywiście przestarzałe. Wszelką działalność gospodarczą czy społeczną kierowała tam elita technokratów i nic nie pozostawiono na los szczęścia, nic nie było przedmiotem wyboru. Nie mogło tam być ani występku, ani cnoty. Jedynymi znaczącymi kategoriami w takim systemie były zdrowie i choroba, równoznaczne – odpowiednio – ze sprawnością i z jej brakiem. A jakie następstwa dla ludzkości tego stanu idealnego dostosowania? Wyobraźmy sobie potencjalną Juli padająca w ramiona potencjalnego Romea. Pierwsze drgnienie pożądania byłoby zaspokojone natychmiast. A gdyby w wyniku działania jakiejś nieprzewidzianej, przewrotnej przygody Romeo się zawahał, Julia na pewno pocieszyłaby się kilkoma tabletkami „somy”. W świecie bez frustracji – to znaczy w świecie natychmiastowego zaspokojenia – nie ma wzniosłości, nie może też istnieć romantyczna miłość, nie ma konfliktów, nie może też być dramatów, nie ma cierpienia, nie może być tragedii, nie ma poświęcenia, a więc i bohaterstwa. Nie ma namiętności ani poezji, nie ma wzruszeń ani trwałych uczuć. Jeśli więc założymy, że uda się nam przeżyć – mimo zagrażających rozlicznych niebezpieczeństw, ekologicznych i społecznych, spowodowanych przez rozwijającą się na coraz szerszą skalę technologię – to i tak przyszłość rasy ludzkiej nie wygląda zachęcająco. Gdyby, bowiem nawet starania nauki, skierowane na zrealizowanie marzeń niezliczonych reformatorów dążących do uwolnienia ludzkości od tarć i frustracji tego świata, przyniosły w końcu owoce, to przecież powstała w wyniku starań cywilizacja będzie podobna do bezbarwnego i pozbawionego heroizmu społeczeństwa emocjonalnych kretynów, przedstawionych w książce Huxleya. Jednakże rozważanie tak haniebnego przeznaczenia byłoby przedwczesne. Zajmijmy się natomiast bliższym zagrożeniem dla stosunków międzyludzkich, wynikającym ze skłonności do wytwarzania innowacji umożliwiających zaoszczędzenie pracy. Z upływem czasu innowacje takie w sposób nieunikniony powodują zmniejszenie bezpośredniej zależności ludzi od ludzi, a zwiększają ich zależność od maszyn. A przecież taka wzajemna zależność między ludźmi jest – a raczej była – jednym z głównych kanałów, którymi płynęły przyjaźń i miłość. Telewizyjne programy dla dzieci sprawiły, że przestarzałe się stało opowiadanie dzieciom bajek przed snem. A przecież bogatsze są przeżycia dziecka spoczywającego w cieple ramion matki czy ojca i uważnie wsłuchującego się w ich głos, w miarę jak opowieść powoli się toczy. Te formy wspólnych radości i kontaktów osobistych w sposób nieunikniony giną wraz z rozwojem rozrywki uzyskanej poprzez naciśnięcie guzika i zwiększenie liczby gadżetów zmniejszających ilość pracy. Zaginęły już one wraz z rozszerzeniem sieci supermarketów, kawiarni i automatów, telewizorów, komputerów i oczywiście samochodów. I będzie ich coraz mniej, w miarę jak będzie się potęgować tendencja do zwiększenia automatyzacji w fabrykach, a komputeryzacji w biurach, do instalowania w szpitalach monitorów umożliwiających kontrolowanie stanu pacjentów, do tworzenia laboratoriów nauczania języków obcych, maszyn uczących i zautomatyzowanych bibliotek. W rezultacie możliwość bezpośredniego i osobistego zaspokojenia potrzeb innych ludzi, możliwość wymiany uczuć, kultywowania przyjaźni są w zaniku w cywilizacji technologicznej, w której działają maszyny tak zaprojektowane, by mogły zaspokoić wszystkie nasze potrzeby. Trudno, więc uniknąć wniosku, że pogoń za efektywnością – ucieleśnioną przede wszystkim w innowacjach, których celem jest zaoszczędzenie czasu i wysiłku – będzie nam ciągle dostarczać coraz to bardziej eleganckich narzędzi oziębiania stosunków miedzy ludźmi. Jak się więc zdaje, nieuniknionym tego trendu jest wyschnięcie strumienia sympatii i porozumienia miedzy ludźmi. Bez względu na to, jak wysoko cenimy materialne udogodnienia życia, są one bardzo niewielką rekompensatą za to, iż coraz bardziej uniemożliwiają nam życie w miłości. | |||