now@ on-line październik 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Małgorzata Świątecka:

ks. Jarek Wiśniewski:

 
 

 

Polska Arkadia

Marcin Małek

09.23.2003 Warszawa

Studiując dzieje naszego państwa, porównując historię odległą i tą, nam współczesnym bliższą, trudno uchylić się od postawienia kilku, choćby ogólnych pytań. Gdzież podziała się „Polska Arkadia”, kiedy wreszcie wyśnimy sen o szczęśliwym kraju? Jak długo jeszcze miażdżyć nas będzie „żelazny uścisk historii”?
To są trudne pytania, zdawałoby się - nikt nie potrafi udzielić nam na nie odpowiedzi. Ale czy nie jest aby tak, że odpowiedź tkwi w nas samych - w naszych uczynkach, w stosunku do kraju, w którym żyli nasi dziadowie, ojcowie i w którym my chyłkiem, jak złodzieje przemykamy się przez uliczki szarej rzeczywistości.
Henryk Sienkiewicz napisał: „Rzeczpospolitą diabli biorą, bo już tak bezsilna, na takie psy zaszła, że się nikomu nie może oprzeć. [...]. Tfu! Tfu! Panie kawalerze! Kanalia w tym kraju żywie bez sumienia i ambicji [...]. I taki kraj niema zginąć? [...]. Jest panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę z pod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. [...] Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za który ciągną Szwedzi, Chmielnicki, hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą Wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy, ale i sami ciągniemy.”.

Tym samym Sienkiewicz w ramach swej powieści nie opacznie ujął ducha dzisiejszej Polski, odmalował „Polaków portret własny” - jak zawsze aktualny, jak zawsze brzemienny w tragizm chwili.
Dzień dzisiejszy, rodzące się jutro i przeszłość, z której nikt nie wyczytał gorzkiego przesłania, emanują tym tragizmem chwili. Wołają o sprawiedliwy osąd tyle, że to wołanie jest jakby echem z zapomnianych obszarów narodowej świadomości. Świadomości, która, choć wciąż obecna w naszym życiu, ustępuje dziś pola ekonomicznej, a ściślej „walutowej” przytomności. Polska racja stanu stała się zakładniczką politycznych i partyjnych roszad, z cynizmem określanych jako „stan wyższej konieczności”. Nasz patriotyzm ogranicza się do „wyryczenia” hymnu narodowego na trzeciorzędnym meczu piłkarskim, do pomalowania zgnuśniałych oblicz w narodowe barwy, wreszcie do sygnału w telefonie komórkowym - wybijającym leniwie dzwonki w rytm „Mazurka Dąbrowskiego”.
Jednak nie to jest problemem współczesnych Polaków - narodowa tożsamość, ojczyźniana świadomość: te, od samego początku piastowskich dziejów potrafiły same skutecznie się obronić. Ich tarczą byli i wciąż jeszcze są zwykli ludzie - tacy, którym na widok białego orzełka, na dźwięk pierwszych nut mazurka kreci się łza w oku, przenika jakiś niewyczuwalny w powszednim dniu dreszcz, promieniujący od serca i dalej biegnący po całym ciele. Ci ludzie wydają na świat potomstwo, z którego wyrosną nowe, lepsze pokolenia, być może ofiarują nam nowego Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jerzego Waldorfa, Czesława Miłosza, nową Wisławę Szymborską?

Puklerzem naszej ojczyzny jesteśmy my - stare i nowe pokolenia. Wciąż potrafimy osłonić naszą matkę przed jazgotliwym sygnałem z telefonu komórkowego, przed wulgarnymi okrzykami kibiców. Tyle, że to już nie wystarczy. Jest bowiem słaba, schorowana, tak długo karmiła nas własnym kosztem, wbrew zdrowemu rozsadkowi, a teraz potrzebuje naszej opieki. Musimy zaplanować jej jutro, nie radzi już sobie z codziennością, wytyczmy wiec dla niej bezpieczne ścieżki, i nie tylko na dzień, tydzień, rok. Poprowadźmy ją przez kalejdoskop dwóch, trzech pokoleń - niech się pocieszy widokiem swych dzieci, wnuków i prawnuków.
Zmorą Polaków jest brak zdecydowania. Cała bieda wynika stąd, że nie wypracowaliśmy, nie umieliśmy stworzyć tradycji długoterminowego planowania - bez niej jesteśmy jako ten ślepiec, który całkiem przypadkowo znalazł się na krawędzi dachu, w dodatku zgubił gdzieś laskę, a pies przewodnik dawno go opuścił, bo nie był należycie traktowany.
Nasza ślepota, a raczej zapatrzenie w siebie - w obmierzłą powszedniość, w jednostkową potrzebę chwili, w drobinkę ofiarowanego nam czasu - wszak tylko pyłku, ziarenka - które z każdą klęską wciąż rośnie i rośnie podsycając ogień, gdzie wrze polska zapalczywość, gdzie unosi się opar niezdrowego zapamiętania, gdzie ziarno urosło do rozmiarów meteorytu, planetoidy - osiągnęło wielkość, której już nie umiemy ogarnąć przyrodzoną krótkowzrocznością - wszystko to razem, ujęte w jedno mieni się jako utrapienie „ślepego Polaka”, trwożna myśl, z której coraz śmielej wyziera nasza „anty Arkadia”!
Tragizm dziejowej chwili jest tak naprawdę naszym własnym, małostkowym tragizmem, objawia się w szyderczych uśmiechach, w zawiści, niezrozumieniu i w czystej, niekiedy niewinnej ale i zgubnej głupocie. Najjaśniejsza Rzeczpospolita wyniesiona na tron niepodległości, udekorowana wieńcem swobody dobrowolnie zakuła się w kajdany w pierwszych chwilach dawno czekanej glorii. Poszła w niewolę, którą zgotowały jej własne dzieci - też nie z wrogości czy podłości lecz z miłości, z troski o jej przyszłość, z drżenia o nieznane jutro! Bo jak się powiada: „nie myli się ten, który nie podejmuje ryzyka”. I to jest prawda, lecz w obecnej chwili niebezpieczna, zgubna, bowiem źle dzieje się, kiedy ostrożność przeradza się w religię, i to taką, której częściami składowymi są owe osławione: dziejowa potrzeba i wymóg chwili!

Zabawne jest to zestawienie ale jakże prawdziwe, co gorsza, brzemienne w tragiczne skutki, jako że nie da się pogodzić ostrożności z potrzebą ułamka chwili, ze śmiertelną koniecznością uwięzłą we własnym tragizmie.
Jakże można spleść ostrożność z iskrą dziejowej potrzeby? Kto w ogóle wpadł na ten „szatański pomysł”? Dlaczego wciąż powołujemy się na te „nadprzyrodzone zjawiska”? Przecie już słowo „chwila” jest zaprzeczeniem uporu i konsekwencji z jakimi wciąż je powtarzamy. Otóż, oba te pojęcia są jakoby dyżurnym lekarstwem na wszystkie bolączki Polaków. Stały się czymś w rodzaju zatęchłej kurtyny, którą z rozmysłem zasłaniają nam obraz nie do zniesienia - pejzaż prawdziwej Polski. Powtarzają je do znudzenia, z uporem szaleńca zatraconego w pułapce własnych niedorzecznych myśli. I co ciekawe, znamienne zarazem - grzmią owe słowa z sejmowych trybun, z głośników telewizorów, z radioodbiorników, kwitną wytłuszczoną czcionką w gazetowych tytułach zawsze wtedy, gdy wspomniane: tragizm chwili oraz dziejowa potrzeba dogasają wypalone we własnym ogniu. Cóż, nic to, widać pozostaje nam tylko głupawa ostrożność, w dodatku taka, do której jeszcze nie dojrzeliśmy.
Jak na to wszystko patrzy Zjednoczona Europa? Czy widząc nas, którzy zamiatamy własne bolączki pod dywan opacznie pojmowanej poprawności politycznej, tylko po to by rychło, w panicznej trwodze, gorączkowo wymieść je na powrót i ochrzcić dobrze znanym imieniem, czy obserwując to wszystko, przypadkiem nie uśmiecha się ironicznie i w duchu nie kpi z wiecznie zagubionych i skłóconych Polaków?
Europa potrzebuje dziś „nowej Polski” - jednej, mocnej, powiem - nawet drapieżnej, lecz z pewnością nie głupio ostrożnej! Cóż nam po gołosłownych deklaracjach, jeśli kryją się za nimi tylko kpina i politowanie? Na co dziś zda się Polsce demagogia rodzimych eurosceptyków, pełna szowinizmu, zaściankowości, małostkowości, prowincjonalizmu, schizofrenicznej obawy? Na cóż położyć cień narodowej dumy, znamienitego poczucia wyższości Polaków, jeśli Europa zdewaluuje to wszystko w jednej chwili, jednym mało znaczącym gestem - zamknie trzosik, albo zaknebluje nam usta. Do kogo jutro wyciągniemy rękę po wsparcie jeśli już dziś plujemy w twarz tym którzy zechcieli udzielić nam pomocy, choć trzeba przyznać iż rzeczona pomoc nie jest, nie może być całkowicie bezinteresowna, przecie przeczyłoby to europejskiemu pragmatyzmowi.

Tymczasem szykujemy się do „ostatecznego boju”. Goreją w nas: oburzenie, patriotyczne zadęcie, powraca podtrzymywane w głębi zakamarków serca odczucie, że jak zwykle, ktoś nas zdradził. Dawno już nie było w Polsce tak szeroko pojmowanego społecznego i politycznego konsensusu, nie ma w tym jednak nic co mogłoby cieszyć postronnego obserwatora. Da się tu bowiem odczuć coś z Kirkegaarda, a ściślej z jego modelu dwóch nienawiści. Dla wielu Polaków marzenie o „mocarstwowej” pozycji Polski było przesłanką, podstawowym powodem aby w czerwcowym referendum powiedzieć Unii „TAK”. Polska, według niektórych, mogła stać się „mocarstwem” dzięki swej pozycji w Radzie Europejskiej, jaką uzyskaliśmy podczas szczytu Unii w Nicei w 2000 roku. Obecny projekt konstytucji europejskiej pozbawia nas tej pozycji. Dla większości rodaków jest to wystarczający powód nie tyle do tego, by się tej konstytucji twardo przeciwstawić, ale przede wszystkim by ukarać tych, którzy nie dochowują wiary. Podobnie radykalny pogląd w tej sprawie przyjmuje rząd, ale nie tylko rząd jest tu – jak rzadko bywa – wyrazicielem opinii ogółu. Nawet w Sejmie, są tacy, którym nowy projekt konstytucji europejskiej staje ością w gardle, buntują się zwłaszcza PiS, LPR i Samoobrona. Niezależnie od racji merytorycznych jest w tym wszystkim nie byle jakie zagrożenie. Czai się coś, co nazwałbym eskalacją namiętności podszytych nienawistnym dążeniem do okazania determinacji i siły, z jakimi będziemy walczyć o swoje „słuszne” racje. Jesteśmy jak ten kirkegardowski bojownik – kochanek uświęconej idei.

Kierkegaard był świadkiem tragicznego świtu państwa liberalnego, budzącego się do życia wśród spopielonych tumanów „Wiosny Ludów”. Wstrząśnięty drapieżnym, wręcz zwierzęcym charakterem walk o nowe oblicze przeżytej Europy, przywiódł do istnienia dwie myśli o dwóch rodzajach wrogości. Pierwsza z nich podnosi głowę, gdy: „obojętność jest przyczyną walk lub nienawiści między obcymi”. Druga uśmiecha się do nas podczas gdy myślimy że: „leży ona w pragnieniu przyjaźni i wspólnoty”. Taką właśnie nienawiść dodatkowo powlekają „wzburzone emocje, które oczekują, a może nawet żądają, jedności”. Pierwsza kategoria wrogości wywodzi własne istnienie z obojętności, wypływa ze zlodowaciałego serca posiłkując się strumieniami braku uznania. Priorytetowym złożeniem tej nienawiści jest usunięcie obcego „raz na zawsze”. Jak powiadają tyrani: „Obcy” zupełnie bowiem nie przykuwa uwagi swojego przeciwnika, zastępuje mu jedynie drogę, która prowadzi go do osiągnięcia zamierzonego celu. Ową pyszną próbę odrzucenie ludzkiej wspólnoty najlepiej uzmysławia zbrodnicza aktywność najemnego żołnierza, który dla pieniędzy i zaszczytów gotów jest dopuścić się najohydniejszych nawet zbrodni. Gardzi ideologią, tym bardziej nie szuka usprawiedliwień: wszak „jedynie” sprzedaje swoje rzemiosło. Ambasadorem wtórej kategorii jest bojownik - kochanek idei, oczarowany pragnieniem naprawy świata i przekonany o uniwersalności ideologii której powierzył własne kochanie.

Rozważając racje Kirkegaarda mimowolnie chciało by się przyłożyć je do tęsknoty za „ostatnim starciem”. Podobna nienawiść ukazuje się nam się jako rezultat odczuwanego zohydzenia w chwilach gdy nazbyt często posługujemy się katechezą ludzkiego braterstwa. Wynika również – jak się wydaje - z umierającej pewności, że jesteśmy na siebie skazani. Poszarpani szrapnelami niemocy gdy idzie o realizację marzeń lub owrzodzeni nihilizmem, często postępujemy wbrew podszeptom przedniej intuicji.

Podział jaki wskazał Duńczyk pozwala ocenić z właściwej perspektywy obecny dyskurs o przyszłości Europy i Polski, sugeruje postawienie „pytania przed pytaniem” – nakłania do ponownego rozważenia założeń samej dyskusji. Trudno bowiem przewidzieć, czy - i na ile - wskrzeszona teoria wyjaśnia wyroki, które coraz częściej słyszy się na ulicy – w śród zgiełku codziennego dnia – zdrada, hańba. Wydaje mi się, że w poczynaniach rodzimych eurosceptyków odczytać można cechy tej drugiej z kierkegaardowskich nienawiści, tej „gorącej”, wynikającej z poczucia krzywdy i słabości.

Wmiast nawoływać do „stawiania kos na sztorc”, do walki o „swoje” za każdą cenę, zamiast dzielić społeczeństwo na „naszych” i „obcych”, na „patriotów” i „sprzedawczyków”, może powinniśmy się zastanowić, czy nie stoimy w przedsionku czegoś co Duńczyk nazwał - wzburzonymi emocjami, które oczekują, a może nawet żądają jedności. Czy podobnie jest po drugiej stronie granicy – na Zachodzie, o którym Remarque pisał że się nie zmienia?

Jak się wydaje, filary Zjednoczonej Europy, Niemcy i Francuzi wytaczają naprzeciw idei „dziejowych potrzeb” i „tragizmu chwili” działa nabite wizją nie tyle narodów wepchniętych siłą w niemiecko-francuskie homonto, ile kontynentu zjednoczonego pod hasłem „mocniejszy odpowiada za słabszego”. Tym słabszym nigdy to się nie podobało, bowiem w ich rozumieniu określenie słaby nie jest synonimem słowa nieporadny. Kiedy tylko słyszymy o własnej słabości, zaraz wskrzeszamy w swoich rozumach namiętne pragnienia ukazania, tym, którzy w to wątpią siły i potęgi jakie w nas drzemią. I to bez oglądania się na konsekwencje, nawet wtedy, gdy ta demonstracja mogłaby stać się dla nas przysłowiowym „gwoździem do trumny”. Jesteśmy więc zakładnikami własnych kompleksów i przerośniętego ego. Ten przerost formy nad treścią pośrednio prowadzi do Hegla, a ściślej do jego koncepcji „chytrego rozumu”: „Można to nazwać chytrością rozumu, że każe namiętnością działać dla siebie, przy czym to co dzięki temu dochodzi do istnienia, ponosi straty i ofiary.[…] Idea opłaca haracz istnienia i znikomości nie własnym kosztem, lecz kosztem namiętności jednostek

Owa idea wyimaginowanej „potęgi” i „mocarstwowości”, ta sama, która „opłaca haracz istnienia i znikomości”, wbrew podszeptom zdrowego rozsądku jest teraz dla nas najważniejsza. Trudno oczekiwać, byśmy z radością przyjmowali wiadomość o niekorzystnym dla Polski rozłożeniu sił w parlamencie europejskim, niemniej jednak argument, jakoby poprzednie rozwiązanie było dla nas korzystniejsze, na nikim zainteresowanym w Europie nie zrobił wielkiego wrażenia. Bowiem konstytucja europejska nie jest i nigdy w swoim założeniu nie maiła być dokumentem napisanym ku uciesze jednego liż członka wspólnoty - musi pogodzić aspiracje i dążenia 25 państw. W Nicei zdarzyło się tak, że dwie podpory Unii, Francuzi i Niemcy poróżnili się w pojmowaniu przyszłości kontynentu. Skutkiem tych niesnasek było przypadkowe osadzenie Polski i Hiszpanii w siodłach wyścigowych rumaków pełnej krwi. Szkoda tylko, że odbyło się to ze szkodą dla państw o większej liczbie ludności. Pokazaliśmy, że skwapliwie umiemy wykorzystać każdą okazję aby wspiąć się o szczebel wyżej w drabinie pretendentów do miana „europotęg”. Można powiedzieć, że wślizgnęliśmy się na tą drabinę po cudzych plecach, bez wielkiego wysiłku, nie okupiliśmy swojej pozycji trudem i wyciśniętym potem. Naszym przewodnikiem w tej krótkiej drodze była idea, która karmi się namiętnością jednostek – pragnienie upowszechnienia, ukazania światu, który wytyka nam niedoskonałość naszej siły i potęgi. Kiedy więc teraz ma być wprowadzony nowy system - bardziej przejrzysty i bardziej sprawiedliwy –zwalczamy go jedynie w imię tej z założenia nieprawej idei, która zawiera się w małostkowym rozumieniu partykularnych interesów. A to już samo w sobie w Europie jest postrzegane jako niechlubna, zarazem bardzo niefortunna metoda walki o „swoje”.

Egzaltacja, z jaką rodzima opinia publiczna odbiera „twarde” stanowisko rządu wobec konstytucyjnych ustaleń, jest nie tyle zastanawiająca, co raczej budzi niepokój. Trudno pogodzić się z powszechną opinią, jakoby zasadniczym i jedynie słusznym kryterium w tej niby batalii miał być wysoki stopień pryncypialności rządu. To tak, jakbyśmy wszyscy nagle oślepli, jakby nie było w ogóle innych względów. A gdzie kwestia poparcia naszych postulatów przez inne kraje, sprawa spójności i legislacyjnej jakości konstytucji? Czy ktoś w swoim oburzeniu pomyślał choć raz o sensowności nowo tworzonych instytucji dla całej Unii, co z zasadą „pro publico bono”, gdzie zawieruszyło się dążenie do wspólnego dobra całego kontynentu? Odnoszę wrażenie, że ogromnej większości opinii publicznej i co gorsza rządowi chodzi o coś w rodzaju „Europy Polaków”. O coś, co w swoim złożeniu jest inne, obce, co nie licuje z ideą Roberta Schumana. O Europę, którą będziemy mogli potraktować tak jak traktujemy teraz Polskę, gdzie każdy bierze co może nie dając nic w zamian.

Powołujemy się na patriotyzm, na poczucie krzywdy, wytykamy zło jakie rzekomo nam wyrządzono. Karmimy się filozofią i estetyką fatalizmu i tragizmu, ocieramy się o prawdziwą tragedię, a jednak nie umiemy się z nią utożsamić. Wyznaczamy sobie zakres odpowiednich postaw, tworzymy mentalny obraz człowieka zmagającego się z nieobiektywnymi przeciwnościami losu. Nasze intencje rozmijają się z czynem. Zło próbujemy zwalczyć złem, takim, które sami wytwarzamy „jak pszczoły miód”. W naszym patriotyzmie istnieje ciemna strefa, gdzie rodzą się „wariaci” i wiecznie nieprzytomni z rozpaczy „wieszcze”. „Patriota wariat” stał się „signum temporis” dzisiejszej „potrzeby chwili” – spotykamy go na ulicy, w kościele, w barze, patrzy nam w oczy z telewizyjnego ekranu, broni się przed usunięciem z sejmowej mównicy. Jest wszędzie tam, gdzie zwęszy społeczną obawę - drżenie o niepewne jutro.

To co dzieje się dziś, co przynosi nam jutro, jest, a właściwie może okazać się wilczym biletem dla Polski, i o ironio! Wypisanym polską ręką!
Bezpardonowe walki, zajadła wrogość kół i frakcji politycznych, nieoczekiwane rezygnacje ministrów, domniemany konflikt Prezydenta i Premiera, Rada Polityki Pieniężnej osiadła na wałach procentowych szańców, które z zapalczywością i niespotykanym uporem szturmuje rząd, przedwyborcza kantata rządowych i opozycyjnych środowisk, „leki za złotówkę”, rozciągliwy deficyt budżetowy, strajki, blokady, akcje protestacyjne, przepastna czeluść bezrobocia, korupcja, afery gospodarcze, bezładna prywatyzacja, spektakularne aresztowania, zagadkowe samobójstwa, przesłuchania w Sejmowej Komisji Śledczej, „grupa trzymająca władze” a obok tego wszystkiego reformy: służby zdrowia, rolnictwa, szkolnictwa, a wreszcie tak modne dziś pojęcie: „Lepperiada”.

Ogromne, sromotne klęski i to co skrzy się w zmatowiałej źrenicy przeciętnego Polaka - owa „barwna mozaika”, ów „łańcuszek przyjaciół” - owa upiorna „Summa Polonica”, są smutną fotografią rejestrującą polską powszedniość. Trudno nam się do tego przyznać, musimy podeprzeć się naszą „quasi religią” - niedojrzałą ostrożnością. Ostrożnością, która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie dziś, teraz! Kiedy stoimy w obliczu tragizmu chwili, patrzymy w oczy dziejowej potrzebie? Nie wmiatajmy tej szansy pod dywan poprawności politycznej, nie pozwólmy aby owa swoista ostrożność przeszkodziła nam w jej identyfikacji. Uchylmy się przed moralnymi rozterkami dnia następnego, kiedy to będziemy wymiatać nasz tragizm, naszą dziejową potrzebę dawno ostygłe, wypalone i bez życia. Kiedy Zjednoczona Europa po odmierzeniu, po ogarnięciu własnego tragizmu, indywidualnej potrzeby dziejowej wyciągnie ku nam dłoń w pożegnalnym geście, po czym uda się w swoją stronę, pozostawiając Polakom sierotkom w spadku szereg dławiących pytań?

Czemuż to Polak osłonięty pawężą narodowej dumy wstydzi się zajrzeć w odbicie własnych oczu w domowym lustrze? Jakże to możliwe, że zdawałoby się wiecznie podniesione czoło - choćby w obliczu najmocniejszego wroga, choćby na krawędzi najsroższej z klęsk - pochyla się w domowym zaciszu, opada pod naporem niepojętej niemocy? A może, męczą nas zmory niedokończonych, nie doprowadzonych do kresu spraw - tych maleńkich i tych wielkich - ojczyźnianych i domowych, może nasz puklerz, choć nie przenikalny dla wrogów, nie chroni nas przed nami samymi? Przed zgrają wygłodniałych i ogłupiałych z rozpaczy ślepców, którzy kradnąc w przeświadczeniu że pozbawiają bogactwa innych nie widzą, że po prawdzie rabują własny, porzucony bez opieki dobytek. Takowo, nic nam nie przybywa, a to co mamy trwonimy jak łatwo wyrwany łup. Wszak i zbóje bywają rozsądni, wielu wie, że proceder, którym się trudnią jest opłacalny na krótką metę, i w chwili, kiedy zbiorą dość nieczystych pieniędzy porzucają dawny obyczaj i z uśmiechem oraz niekłamaną ulgą powracają na łono społeczeństwa, z tą tylko różnicą że nie są już żebrakami.
Ów wspomniany tragizm chwili, owa chwilowa potrzeba, choćby i umościć w nich zbójeckie leża, stanowią jak dotąd jedyną alternatywę dla nieudolnych prób wskrzeszenia „Arkadyjskiej Utopii”, o której wciąż śnimy. Tragizm i ta dziwna potrzeba są i były dramatem wszystkich bez mała pokoleń Polaków - sięgając pierwszych Piastów i na dniu obecnym kończąc. Zacisnęły nas w „żelaznym uścisku historii” i z chwilowych doznań potrzeobraziły się przy naszej pomocy w narkotyczny głód, łaknienie, które ze zwykłego człowieka czyni bestię!
Zamiast liczyć pieniądze, głosy potrzebne do uzyskania większości, zamiast licytować narodowy majątek - nie ten rzeczywisty - mam tu raczej na myśli „zbiorowe, powszechne sumienie” - poświęćmy choć dziesięć minut ze „zbyt krótkiego dnia” na drobną refleksję: czego pragnę od swojej ojczyzny, co mogę ofiarować jej w zamian, czy nasze rachunki są - choćby wyrównane?
Naszym obowiązkiem jest dbać o tę, która jest naszą żywicielką, która ofiarowała nam schronienie i życzliwość rodzonej matki. Wydawało by się nic trudniejszego. Hoduję jednak w głębi serca smutną świadomość; że zapomnieliśmy o swoich powinnościach w stosunku do niej. Zamknęliśmy ją w pułapce niepamięci, zgubiliśmy jej obraz w biegu za „lepszym” jutrem - my szarzy ludzie i władza, której powierzyliśmy jej dzień następny - wysługujemy się nią - jakby była ostatnim „potyrczem”. Dzisiejsza oligarchia i ludowe masy nie pamiętają, albo też nigdy nie nauczono ich starych rzymskich mądrości, nie pojmują że krzywdząc siebie nawzajem, krzywdzą ojczyznę. Cóż, sami więc wymierzamy sobie razy, gną nam się kolana od tych uderzeń, nie wiemy już, w którą stronę odwrócić zbolałą głowę, wciąż tylko kołacze się nam w niej jakaś dziwna, stara zapomniana myśl: "Nefast est nocere patrie; ergo civi quoque, nambic pars patrie est".

Wymieńmy potrzebę chwili, jej tragizm na słuszniejszą, godniejszą: potrzebę półwiecza, stulecia. Zapiszmy pierwszy rozdział „Arkadyjskiej przyszłości Polski” Zamknijmy za sobą niedokończoną ksiegę męczeństwa i historycznej grozy. Stwórzmy wspólnie cykl opowiadań o szczęśliwym kraju, niech każda strofa wyjdzie spod innego pióra, spod 38 milionów piór. Uśmiechnijmy się do swojego odbicia w lustrze, niech ten uśmiech będzie uśmiechem naszej ojczyzny, naszych elit, niech na zawsze zapamiętają go nasze dzieci. Niechże, nie okażą się prawdą słowa Jana Nowaka-Jeziorańkiego: "Polska przede wszystkim powinna strzec się Polaków". Niech Pan Nowak uśmiechnie się w duchu do siebie, niech widzi szczęśliwym kraj do którego powrócił po wielu latach, bodajby nie witali go współcześni „Radziwiłowie” - rodem z Sienkiewiczowskiej powieści -, targowiczanie i wszelkiej maści opętani prorocy. Niech nie kojarz dzisiejszego obrazu Polski i Polaków z chłopem podobnym do zgrai kruków i wron żerujących na padlinie i resztkach narodowego dobytku, niech wygna z pamięci mary wyszłe spod pióra Stefana Żeromskiego. Niech wie że się pomylił.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl