| ||||
|
w tym wydaniu:
|
Polska Arkadia Marcin Małek 09.23.2003 Warszawa Studiując dzieje naszego państwa, porównując historię odległą i tą, nam współczesnym bliższą, trudno uchylić się od postawienia kilku, choćby ogólnych pytań. Gdzież podziała się „Polska Arkadia”, kiedy wreszcie wyśnimy sen o szczęśliwym kraju? Jak długo jeszcze miażdżyć nas będzie „żelazny uścisk historii”? To są trudne pytania, zdawałoby się - nikt nie potrafi udzielić nam na nie odpowiedzi. Ale czy nie jest aby tak, że odpowiedź tkwi w nas samych - w naszych uczynkach, w stosunku do kraju, w którym żyli nasi dziadowie, ojcowie i w którym my chyłkiem, jak złodzieje przemykamy się przez uliczki szarej rzeczywistości. Henryk Sienkiewicz napisał: „Rzeczpospolitą diabli biorą, bo już tak bezsilna, na takie psy zaszła, że się nikomu nie może oprzeć. [...]. Tfu! Tfu! Panie kawalerze! Kanalia w tym kraju żywie bez sumienia i ambicji [...]. I taki kraj niema zginąć? [...]. Jest panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę z pod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. [...] Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za który ciągną Szwedzi, Chmielnicki, hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą Wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy, ale i sami ciągniemy.”. Tym samym Sienkiewicz w ramach swej powieści nie
opacznie ujął ducha dzisiejszej Polski, odmalował „Polaków portret
własny” - jak zawsze aktualny, jak zawsze brzemienny w tragizm chwili. Puklerzem naszej ojczyzny jesteśmy my - stare i nowe
pokolenia. Wciąż potrafimy osłonić naszą matkę przed jazgotliwym sygnałem
z telefonu komórkowego, przed wulgarnymi okrzykami kibiców. Tyle, że to
już nie wystarczy. Jest bowiem słaba, schorowana, tak długo karmiła nas
własnym kosztem, wbrew zdrowemu rozsadkowi, a teraz potrzebuje naszej
opieki. Musimy zaplanować jej jutro, nie radzi już sobie z codziennością,
wytyczmy wiec dla niej bezpieczne ścieżki, i nie tylko na dzień, tydzień,
rok. Poprowadźmy ją przez kalejdoskop dwóch, trzech pokoleń - niech się
pocieszy widokiem swych dzieci, wnuków i prawnuków. Zabawne jest to zestawienie ale jakże prawdziwe, co
gorsza, brzemienne w tragiczne skutki, jako że nie da się pogodzić
ostrożności z potrzebą ułamka chwili, ze śmiertelną koniecznością uwięzłą
we własnym tragizmie. Tymczasem szykujemy się do „ostatecznego boju”. Goreją w nas: oburzenie, patriotyczne zadęcie, powraca podtrzymywane w głębi zakamarków serca odczucie, że jak zwykle, ktoś nas zdradził. Dawno już nie było w Polsce tak szeroko pojmowanego społecznego i politycznego konsensusu, nie ma w tym jednak nic co mogłoby cieszyć postronnego obserwatora. Da się tu bowiem odczuć coś z Kirkegaarda, a ściślej z jego modelu dwóch nienawiści. Dla wielu Polaków marzenie o „mocarstwowej” pozycji Polski było przesłanką, podstawowym powodem aby w czerwcowym referendum powiedzieć Unii „TAK”. Polska, według niektórych, mogła stać się „mocarstwem” dzięki swej pozycji w Radzie Europejskiej, jaką uzyskaliśmy podczas szczytu Unii w Nicei w 2000 roku. Obecny projekt konstytucji europejskiej pozbawia nas tej pozycji. Dla większości rodaków jest to wystarczający powód nie tyle do tego, by się tej konstytucji twardo przeciwstawić, ale przede wszystkim by ukarać tych, którzy nie dochowują wiary. Podobnie radykalny pogląd w tej sprawie przyjmuje rząd, ale nie tylko rząd jest tu – jak rzadko bywa – wyrazicielem opinii ogółu. Nawet w Sejmie, są tacy, którym nowy projekt konstytucji europejskiej staje ością w gardle, buntują się zwłaszcza PiS, LPR i Samoobrona. Niezależnie od racji merytorycznych jest w tym wszystkim nie byle jakie zagrożenie. Czai się coś, co nazwałbym eskalacją namiętności podszytych nienawistnym dążeniem do okazania determinacji i siły, z jakimi będziemy walczyć o swoje „słuszne” racje. Jesteśmy jak ten kirkegardowski bojownik – kochanek uświęconej idei.Kierkegaard był świadkiem tragicznego świtu państwa liberalnego, budzącego się do życia wśród spopielonych tumanów „Wiosny Ludów”. Wstrząśnięty drapieżnym, wręcz zwierzęcym charakterem walk o nowe oblicze przeżytej Europy, przywiódł do istnienia dwie myśli o dwóch rodzajach wrogości. Pierwsza z nich podnosi głowę, gdy: „obojętność jest przyczyną walk lub nienawiści między obcymi”. Druga uśmiecha się do nas podczas gdy myślimy że: „leży ona w pragnieniu przyjaźni i wspólnoty”. Taką właśnie nienawiść dodatkowo powlekają „wzburzone emocje, które oczekują, a może nawet żądają, jedności”. Pierwsza kategoria wrogości wywodzi własne istnienie z obojętności, wypływa ze zlodowaciałego serca posiłkując się strumieniami braku uznania. Priorytetowym złożeniem tej nienawiści jest usunięcie obcego „raz na zawsze”. Jak powiadają tyrani: „Obcy” zupełnie bowiem nie przykuwa uwagi swojego przeciwnika, zastępuje mu jedynie drogę, która prowadzi go do osiągnięcia zamierzonego celu. Ową pyszną próbę odrzucenie ludzkiej wspólnoty najlepiej uzmysławia zbrodnicza aktywność najemnego żołnierza, który dla pieniędzy i zaszczytów gotów jest dopuścić się najohydniejszych nawet zbrodni. Gardzi ideologią, tym bardziej nie szuka usprawiedliwień: wszak „jedynie” sprzedaje swoje rzemiosło. Ambasadorem wtórej kategorii jest bojownik - kochanek idei, oczarowany pragnieniem naprawy świata i przekonany o uniwersalności ideologii której powierzył własne kochanie. Rozważając racje Kirkegaarda mimowolnie chciało by się przyłożyć je do tęsknoty za „ostatnim starciem”. Podobna nienawiść ukazuje się nam się jako rezultat odczuwanego zohydzenia w chwilach gdy nazbyt często posługujemy się katechezą ludzkiego braterstwa. Wynika również – jak się wydaje - z umierającej pewności, że jesteśmy na siebie skazani. Poszarpani szrapnelami niemocy gdy idzie o realizację marzeń lub owrzodzeni nihilizmem, często postępujemy wbrew podszeptom przedniej intuicji. Podział jaki wskazał Duńczyk pozwala ocenić z właściwej perspektywy obecny dyskurs o przyszłości Europy i Polski, sugeruje postawienie „pytania przed pytaniem” – nakłania do ponownego rozważenia założeń samej dyskusji. Trudno bowiem przewidzieć, czy - i na ile - wskrzeszona teoria wyjaśnia wyroki, które coraz częściej słyszy się na ulicy – w śród zgiełku codziennego dnia – zdrada, hańba. Wydaje mi się, że w poczynaniach rodzimych eurosceptyków odczytać można cechy tej drugiej z kierkegaardowskich nienawiści, tej „gorącej”, wynikającej z poczucia krzywdy i słabości. Wmiast nawoływać do „stawiania kos na sztorc”, do walki o „swoje” za każdą cenę, zamiast dzielić społeczeństwo na „naszych” i „obcych”, na „patriotów” i „sprzedawczyków”, może powinniśmy się zastanowić, czy nie stoimy w przedsionku czegoś co Duńczyk nazwał - wzburzonymi emocjami, które oczekują, a może nawet żądają jedności. Czy podobnie jest po drugiej stronie granicy – na Zachodzie, o którym Remarque pisał że się nie zmienia? Jak się wydaje, filary Zjednoczonej Europy, Niemcy i Francuzi wytaczają naprzeciw idei „dziejowych potrzeb” i „tragizmu chwili” działa nabite wizją nie tyle narodów wepchniętych siłą w niemiecko-francuskie homonto, ile kontynentu zjednoczonego pod hasłem „mocniejszy odpowiada za słabszego”. Tym słabszym nigdy to się nie podobało, bowiem w ich rozumieniu określenie słaby nie jest synonimem słowa nieporadny. Kiedy tylko słyszymy o własnej słabości, zaraz wskrzeszamy w swoich rozumach namiętne pragnienia ukazania, tym, którzy w to wątpią siły i potęgi jakie w nas drzemią. I to bez oglądania się na konsekwencje, nawet wtedy, gdy ta demonstracja mogłaby stać się dla nas przysłowiowym „gwoździem do trumny”. Jesteśmy więc zakładnikami własnych kompleksów i przerośniętego ego. Ten przerost formy nad treścią pośrednio prowadzi do Hegla, a ściślej do jego koncepcji „chytrego rozumu”: „Można to nazwać chytrością rozumu, że każe namiętnością działać dla siebie, przy czym to co dzięki temu dochodzi do istnienia, ponosi straty i ofiary.[…] Idea opłaca haracz istnienia i znikomości nie własnym kosztem, lecz kosztem namiętności jednostek” Owa idea wyimaginowanej „potęgi” i „mocarstwowości”, ta sama, która „opłaca haracz istnienia i znikomości”, wbrew podszeptom zdrowego rozsądku jest teraz dla nas najważniejsza. Trudno oczekiwać, byśmy z radością przyjmowali wiadomość o niekorzystnym dla Polski rozłożeniu sił w parlamencie europejskim, niemniej jednak argument, jakoby poprzednie rozwiązanie było dla nas korzystniejsze, na nikim zainteresowanym w Europie nie zrobił wielkiego wrażenia. Bowiem konstytucja europejska nie jest i nigdy w swoim założeniu nie maiła być dokumentem napisanym ku uciesze jednego liż członka wspólnoty - musi pogodzić aspiracje i dążenia 25 państw. W Nicei zdarzyło się tak, że dwie podpory Unii, Francuzi i Niemcy poróżnili się w pojmowaniu przyszłości kontynentu. Skutkiem tych niesnasek było przypadkowe osadzenie Polski i Hiszpanii w siodłach wyścigowych rumaków pełnej krwi. Szkoda tylko, że odbyło się to ze szkodą dla państw o większej liczbie ludności. Pokazaliśmy, że skwapliwie umiemy wykorzystać każdą okazję aby wspiąć się o szczebel wyżej w drabinie pretendentów do miana „europotęg”. Można powiedzieć, że wślizgnęliśmy się na tą drabinę po cudzych plecach, bez wielkiego wysiłku, nie okupiliśmy swojej pozycji trudem i wyciśniętym potem. Naszym przewodnikiem w tej krótkiej drodze była idea, która karmi się namiętnością jednostek – pragnienie upowszechnienia, ukazania światu, który wytyka nam niedoskonałość naszej siły i potęgi. Kiedy więc teraz ma być wprowadzony nowy system - bardziej przejrzysty i bardziej sprawiedliwy –zwalczamy go jedynie w imię tej z założenia nieprawej idei, która zawiera się w małostkowym rozumieniu partykularnych interesów. A to już samo w sobie w Europie jest postrzegane jako niechlubna, zarazem bardzo niefortunna metoda walki o „swoje”. Egzaltacja, z jaką rodzima opinia publiczna odbiera „twarde” stanowisko rządu wobec konstytucyjnych ustaleń, jest nie tyle zastanawiająca, co raczej budzi niepokój. Trudno pogodzić się z powszechną opinią, jakoby zasadniczym i jedynie słusznym kryterium w tej niby batalii miał być wysoki stopień pryncypialności rządu. To tak, jakbyśmy wszyscy nagle oślepli, jakby nie było w ogóle innych względów. A gdzie kwestia poparcia naszych postulatów przez inne kraje, sprawa spójności i legislacyjnej jakości konstytucji? Czy ktoś w swoim oburzeniu pomyślał choć raz o sensowności nowo tworzonych instytucji dla całej Unii, co z zasadą „pro publico bono”, gdzie zawieruszyło się dążenie do wspólnego dobra całego kontynentu? Odnoszę wrażenie, że ogromnej większości opinii publicznej i co gorsza rządowi chodzi o coś w rodzaju „Europy Polaków”. O coś, co w swoim złożeniu jest inne, obce, co nie licuje z ideą Roberta Schumana . O Europę, którą będziemy mogli potraktować tak jak traktujemy teraz Polskę, gdzie każdy bierze co może nie dając nic w zamian. Powołujemy się na patriotyzm, na poczucie krzywdy, wytykamy zło jakie rzekomo nam wyrządzono. Karmimy się filozofią i estetyką fatalizmu i tragizmu, ocieramy się o prawdziwą tragedię, a jednak nie umiemy się z nią utożsamić. Wyznaczamy sobie zakres odpowiednich postaw, tworzymy mentalny obraz człowieka zmagającego się z nieobiektywnymi przeciwnościami losu. Nasze intencje rozmijają się z czynem. Zło próbujemy zwalczyć złem, takim, które sami wytwarzamy „jak pszczoły miód”. W naszym patriotyzmie istnieje ciemna strefa, gdzie rodzą się „wariaci” i wiecznie nieprzytomni z rozpaczy „wieszcze”. „Patriota wariat” stał się „signum temporis” dzisiejszej „potrzeby chwili” – spotykamy go na ulicy, w kościele, w barze, patrzy nam w oczy z telewizyjnego ekranu, broni się przed usunięciem z sejmowej mównicy. Jest wszędzie tam, gdzie zwęszy społeczną obawę - drżenie o niepewne jutro.To co dzieje się dziś, co przynosi nam jutro, jest, a
właściwie może okazać się wilczym biletem dla Polski, i o ironio!
Wypisanym polską ręką! Ogromne, sromotne klęski i to co skrzy się w zmatowiałej źrenicy przeciętnego Polaka - owa „barwna mozaika”, ów „łańcuszek przyjaciół” - owa upiorna „Summa Polonica”, są smutną fotografią rejestrującą polską powszedniość. Trudno nam się do tego przyznać, musimy podeprzeć się naszą „quasi religią” - niedojrzałą ostrożnością. Ostrożnością, która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie dziś, teraz! Kiedy stoimy w obliczu tragizmu chwili, patrzymy w oczy dziejowej potrzebie? Nie wmiatajmy tej szansy pod dywan poprawności politycznej, nie pozwólmy aby owa swoista ostrożność przeszkodziła nam w jej identyfikacji. Uchylmy się przed moralnymi rozterkami dnia następnego, kiedy to będziemy wymiatać nasz tragizm, naszą dziejową potrzebę dawno ostygłe, wypalone i bez życia. Kiedy Zjednoczona Europa po odmierzeniu, po ogarnięciu własnego tragizmu, indywidualnej potrzeby dziejowej wyciągnie ku nam dłoń w pożegnalnym geście, po czym uda się w swoją stronę, pozostawiając Polakom sierotkom w spadku szereg dławiących pytań? Czemuż to Polak osłonięty pawężą narodowej dumy wstydzi
się zajrzeć w odbicie własnych oczu w domowym lustrze? Jakże to możliwe,
że zdawałoby się wiecznie podniesione czoło - choćby w obliczu
najmocniejszego wroga, choćby na krawędzi najsroższej z klęsk - pochyla
się w domowym zaciszu, opada pod naporem niepojętej niemocy? A może, męczą
nas zmory niedokończonych, nie doprowadzonych do kresu spraw - tych
maleńkich i tych wielkich - ojczyźnianych i domowych, może nasz puklerz,
choć nie przenikalny dla wrogów, nie chroni nas przed nami samymi? Przed
zgrają wygłodniałych i ogłupiałych z rozpaczy ślepców, którzy kradnąc w
przeświadczeniu że pozbawiają bogactwa innych nie widzą, że po prawdzie
rabują własny, porzucony bez opieki dobytek. Takowo, nic nam nie przybywa,
a to co mamy trwonimy jak łatwo wyrwany łup. Wszak i zbóje bywają
rozsądni, wielu wie, że proceder, którym się trudnią jest opłacalny na
krótką metę, i w chwili, kiedy zbiorą dość nieczystych pieniędzy porzucają
dawny obyczaj i z uśmiechem oraz niekłamaną ulgą powracają na łono
społeczeństwa, z tą tylko różnicą że nie są już żebrakami. Wymieńmy potrzebę chwili, jej tragizm na słuszniejszą, godniejszą: potrzebę półwiecza, stulecia. Zapiszmy pierwszy rozdział „Arkadyjskiej przyszłości Polski” Zamknijmy za sobą niedokończoną ksiegę męczeństwa i historycznej grozy. Stwórzmy wspólnie cykl opowiadań o szczęśliwym kraju, niech każda strofa wyjdzie spod innego pióra, spod 38 milionów piór. Uśmiechnijmy się do swojego odbicia w lustrze, niech ten uśmiech będzie uśmiechem naszej ojczyzny, naszych elit, niech na zawsze zapamiętają go nasze dzieci. Niechże, nie okażą się prawdą słowa Jana Nowaka-Jeziorańkiego: "Polska przede wszystkim powinna strzec się Polaków". Niech Pan Nowak uśmiechnie się w duchu do siebie, niech widzi szczęśliwym kraj do którego powrócił po wielu latach, bodajby nie witali go współcześni „Radziwiłowie” - rodem z Sienkiewiczowskiej powieści -, targowiczanie i wszelkiej maści opętani prorocy. Niech nie kojarz dzisiejszego obrazu Polski i Polaków z chłopem podobnym do zgrai kruków i wron żerujących na padlinie i resztkach narodowego dobytku, niech wygna z pamięci mary wyszłe spod pióra Stefana Żeromskiego. Niech wie że się pomylił. | |||