W ramach promocyjno-książkowych wojaży do Toronto
zawinął p. Daniel Passent - były okręt flagowy propagandy peerelu -
człowiek kształcony niegdyś w stalinowskiej kuźni bolszewickich
charakterów warszawskim liceum im. Świerczewskiego. Pewien absolwent tej
placówki tak wspominał młode lata: "Większość uczniów z naszej szkoły
(Elżbieta Jędrychowska, Daniel Passent, Ochabówny, Marian Grinberg i inni
- przyp. G.D.) wywodziła się z tej formacji, dla której ten nowy,
komunistyczny ustrój był akceptowany znacznie bardziej niż potocznie.
Można przypuszczać, że gdyby to nie była Warszawa tylko prowincja, zbrojne
podziemie strzelałoby do naszych rodziców, a nie do innych. (...) I oni
głęboko ubolewali, że Polska nie jest 17. republiką radziecką. Kolega
mojego brata miał nad łóżkiem własnoręcznie zaprojektowany herb polskiej
republiki rad." - koniec cytatu.
Passent pilnie się w PRL-u uczył, bo pchnięto go na studia na Harvardzie.
Przypomnę młodszym czytelnikom, że było to w czasach komunistycznego
totalu, gdzie dla wielu obywateli uzyskanie paszportu uprawniającego do
przekroczenia żelaznej kurtyny pozostawało w sferze marzeń sennych.
Niektórych nie wypuszczano nawet na wczasy do Bułgarii.
Był więc p. Daniel Passent artystą propagandowego pióra i członkiem
komunistycznej "bohemy", czerwonej "elyty", której zadaniem było trucie
mózgów ludzi, do których nie przemawiał siermiężny żargon "Trybuny Ludu".
Od komunistycznej propagandy wyższych lotów była "Polityka" - pismo, które
wertował przy papierosie każdy peerelowski in-żynier o intelektualnych
pretensjach. W przeciwieństwie do sloganowej grypsery "TL", wedle której
czerwone "było, jest i będzie", w "Polityce" pisano, że czerwone
niekoniecznie musi być, ale taka jest konieczność historyczna i racje
geopolityczne, więc dobrze się stało, że jest.
W tym to periodyku błyszczała dialektyczna gwiazda meandrowego języka p.
Passenta.
Ponieważ w Polsce nie doszło do dekomunizacji, "Polityka", a wraz z nią
p. Passent, przechlupnęli się bezboleśnie do demokracji, gdzie nadal
stroili się w szaty nauczycieli, ostrzegając m.in. przed rzekomo
nadciągającą teokracją i katolickim fundamentalizmem. Zajęli się także en
masse wybielaniem PRL.
Nawiasem mówiąc, dawno temu - właśnie na tle oceny komunizmu p. Passent
zarzucił mi chorobę psychiczną, którą skontrastował ze swym domniemanym
umysłowym zdrowiem. Pozwolę sobie przytoczyć Passentowy ustęp z
"Polityki":
"Nie znam się na medycynie, ale sądzę, że wszystko zależy od tego, co
uznamy za normalne. (...) Jeżeli za normę uznamy to, co z PRL zapamiętali
np. dotychczasowi szefowie TV (tekst pisany w 1996 roku - przyp. moje) i
?Życia Warszawy= oraz ich pampersi, to wówczas ten i ów kwalifikuje się do
leczenia. Wtedy bowiem normą jest to, co pisał o PRL zaledwie kilka
miesięcy temu w ?Życiu Warszawy= (pod starym jeszcze kierownictwem) bardzo
psychicznie zdrowy p. Andrzej Kumor: ?Można śmiało powiedzieć, że
cała krajowa elita intelektualna jadła komunistom z ręki. (...) W Polsce
powojennej powstawała jedynie literatura komunistyczna, komunistyczny film
i komunistyczna sztuka! Tylko to, co miało od panów z komitetów placet=.
Psychicznie zdrowy teoretyk z ?Życia= dochodził do wniosku, że przy
okrągłym stole ?porozumienie robiły elity intelektualne przez komunistów
wyniańczone, wyhodowane na partyjnych pożywkach...=.
Jeżeli pan Kumor jest zdrowy, a Kuroń, Michnik i Wałęsa byli wyniańczeni
przez komunistów, to pani Bogucka słusznie udała się do specjalisty (...)
Co do mnie, to wolę być chory, jak Chećko i Małcużyński, niż zdrowy, jak
Kumor". - koniec cytatu.
Kto był wówczas chory, kto zdrowy - dziś widać gołym okiem.
Nic to, drobna szczypawka...
P. Passent, który w nowej Polsce załapał się przy MSZ-cie na
ambasadorowanie w Chile, napisał książkę o swych doświadczeniach
dyplomatycznych zatytułowaną "Choroba dyplomatyczna" i z tą to lekturą
wojażuje dziś po kontynentach. O "Chorobie" tak pisał swego czasu
recenzent "Rzeczpospolitej":
"W tej książce (...) najbardziej pasjonujący jest indeks nazwisk.
Wskazuje, że mamy do czynienia z księgą rodzinną i towarzyską. Passent
Agata wymieniona jest dziewięć razy, Passent Bernard dwa razy, Passent
Izabela (z domu Mic) dwa razy, Passent Marek raz, Passent Marta 33 razy,
Jakub Prawin (wuj) jedenaście razy, Prawinowa Anna (wujenka) dwa razy,
Dobromirski Łukasz (pasierb autora) sześć razy i Osiecka Agnieszka (była
żona) osiem razy. Rodzina Kwaśniewskich wymieniona jest sześć razy,
Kwaśniewski Aleksander (bez Jolanty) 41 razy, Kwaśniewska Jolanta (bez
Aleksandra) dwanaście razy. Natomiast Kiszczak Czesław jest wymieniony
trzy razy, tyle samo, ile prezydent Chile Eduardo Frei Ruiz Tagle, razem z
całą rodziną i zdjęciem, albo Ludgarda Buzek solo. Różnica między miejscem
poświęconym przez ambasadora Chilijczykom i innym obcokrajowcom a Polakom
pokazuje, że albo Passent nigdy naprawdę z Polski nie wyjechał, a jeśli
wyjechał, to niepotrzebnie...". - koniec cytatu.
Tyle o czerwonym salonowcu Passencie. Mam nadzieję, że udając się na
autorskie z nim spotkanie będziesz, Drogi Czytelniku, miał jako takie
wyobrażenie, na co jest on dyplomatycznie chory.
***
Wkrótce wybory w Ontario, czas, w którym my -
elektorat - jesteśmy kupowani kiełbasą i dobrym słowem. Niestety okres ten
skończy się wraz z ogłoszeniem wyników. Okaże się wówczas, że ta kiełbasa
i te słowa kosztują majątek. Idąc więc do urny warto pamiętać o trzech
rzeczach:
A. Politycy nie tworzą pieniędzy, oni wydają to, co my zarabiamy.
Zazwyczaj sami jesteśmy w stanie lepiej wydać i więcej zaoszczędzić,
B. Im mniejsze podatki, tym więcej pary w gospodarce i mniej do trwonienia
pieniędzy przez urzędników.
C. To my jesteśmy pracodawcą wszystkich służb państwowych i publicznych,
dlatego mamy od nich prawo wymagać solidnej pracy. Ci ludzie nie powinni
mieć prawa do strajków.