now@ on-line październik 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Małgorzata Świątecka:

ks. Jarek Wiśniewski:

 
 

 

Andrzej Kumor

Passentowa choroba

W ramach promocyjno-książkowych wojaży do Toronto zawinął p. Daniel Passent - były okręt flagowy propagandy peerelu - człowiek kształcony niegdyś w stalinowskiej kuźni bolszewickich charakterów warszawskim liceum im. Świerczewskiego. Pewien absolwent tej placówki tak wspominał młode lata: "Większość uczniów z naszej szkoły (Elżbieta Jędrychowska, Daniel Passent, Ochabówny, Marian Grinberg i inni - przyp. G.D.) wywodziła się z tej formacji, dla której ten nowy, komunistyczny ustrój był akceptowany znacznie bardziej niż potocznie. Można przypuszczać, że gdyby to nie była Warszawa tylko prowincja, zbrojne podziemie strzelałoby do naszych rodziców, a nie do innych. (...) I oni głęboko ubolewali, że Polska nie jest 17. republiką radziecką. Kolega mojego brata miał nad łóżkiem własnoręcznie zaprojektowany herb polskiej republiki rad." - koniec cytatu.
 Passent pilnie się w PRL-u uczył, bo pchnięto go na studia na Harvardzie. Przypomnę młodszym czytelnikom, że było to w czasach komunistycznego totalu, gdzie dla wielu obywateli uzyskanie paszportu uprawniającego do przekroczenia żelaznej kurtyny pozostawało w sferze marzeń sennych. Niektórych nie wypuszczano nawet na wczasy do Bułgarii.
 Był więc p. Daniel Passent artystą propagandowego pióra i członkiem komunistycznej "bohemy", czerwonej "elyty", której zadaniem było trucie mózgów ludzi, do których nie przemawiał siermiężny żargon "Trybuny Ludu". Od komunistycznej propagandy wyższych lotów była "Polityka" - pismo, które wertował przy papierosie każdy peerelowski in-żynier o intelektualnych pretensjach. W przeciwieństwie do sloganowej grypsery "TL", wedle której czerwone "było, jest i będzie", w "Polityce" pisano, że czerwone niekoniecznie musi być, ale taka jest konieczność historyczna i racje geopolityczne, więc dobrze się stało, że jest.
 W tym to periodyku błyszczała dialektyczna gwiazda meandrowego języka p. Passenta.
 Ponieważ w Polsce nie doszło do dekomunizacji, "Polityka", a wraz z nią p. Passent, przechlupnęli się bezboleśnie do demokracji, gdzie nadal stroili się w szaty nauczycieli, ostrzegając m.in. przed rzekomo nadciągającą teokracją i katolickim fundamentalizmem. Zajęli się także en masse wybielaniem PRL.
 Nawiasem mówiąc, dawno temu - właśnie na tle oceny komunizmu p. Passent zarzucił mi chorobę psychiczną, którą skontrastował ze swym domniemanym umysłowym zdrowiem. Pozwolę sobie przytoczyć Passentowy ustęp z "Polityki":
 "Nie znam się na medycynie, ale sądzę, że wszystko zależy od tego, co uznamy za normalne. (...) Jeżeli za normę uznamy to, co z PRL zapamiętali np. dotychczasowi szefowie TV (tekst pisany w 1996 roku - przyp. moje) i ?Życia Warszawy= oraz ich pampersi, to wówczas ten i ów kwalifikuje się do leczenia. Wtedy bowiem normą jest to, co pisał o PRL zaledwie kilka miesięcy temu w ?Życiu Warszawy= (pod starym jeszcze kierownictwem) bardzo psychicznie zdrowy p. Andrzej Kumor:  ?Można śmiało powiedzieć, że cała krajowa elita intelektualna jadła komunistom z ręki. (...) W Polsce powojennej powstawała jedynie literatura komunistyczna, komunistyczny film i komunistyczna sztuka! Tylko to, co miało od panów z komitetów placet=. Psychicznie zdrowy teoretyk z ?Życia= dochodził do wniosku, że przy okrągłym stole ?porozumienie robiły elity intelektualne przez komunistów wyniańczone, wyhodowane na partyjnych pożywkach...=.
 Jeżeli pan Kumor jest zdrowy, a Kuroń, Michnik i Wałęsa byli wyniańczeni przez komunistów, to pani Bogucka słusznie udała się do specjalisty (...) Co do mnie, to wolę być chory, jak Chećko i Małcużyński, niż zdrowy, jak Kumor". - koniec cytatu.
 Kto był wówczas chory, kto zdrowy -  dziś widać gołym okiem.
 Nic to, drobna szczypawka...
 P. Passent, który w nowej Polsce załapał się przy MSZ-cie na ambasadorowanie w Chile, napisał książkę o swych doświadczeniach dyplomatycznych zatytułowaną "Choroba dyplomatyczna" i z tą to lekturą wojażuje dziś po kontynentach. O "Chorobie" tak pisał swego czasu recenzent "Rzeczpospolitej":
 "W tej książce (...) najbardziej pasjonujący jest indeks nazwisk. Wskazuje, że mamy do czynienia z księgą rodzinną i towarzyską. Passent Agata wymieniona jest dziewięć razy, Passent Bernard dwa razy, Passent Izabela (z domu Mic) dwa razy, Passent Marek raz, Passent Marta 33 razy, Jakub Prawin (wuj) jedenaście razy, Prawinowa Anna (wujenka) dwa razy, Dobromirski Łukasz (pasierb autora) sześć razy i Osiecka Agnieszka (była żona) osiem razy. Rodzina Kwaśniewskich wymieniona jest sześć razy, Kwaśniewski Aleksander (bez Jolanty) 41 razy, Kwaśniewska Jolanta (bez Aleksandra) dwanaście razy. Natomiast Kiszczak Czesław jest wymieniony trzy razy, tyle samo, ile prezydent Chile Eduardo Frei Ruiz Tagle, razem z całą rodziną i zdjęciem, albo Ludgarda Buzek solo. Różnica między miejscem poświęconym przez ambasadora Chilijczykom i innym obcokrajowcom a Polakom pokazuje, że albo Passent nigdy naprawdę z Polski nie wyjechał, a jeśli wyjechał, to niepotrzebnie...". - koniec cytatu.
 Tyle o czerwonym salonowcu Passencie. Mam nadzieję, że udając się na autorskie z nim spotkanie będziesz, Drogi Czytelniku, miał jako takie wyobrażenie, na co jest on dyplomatycznie chory.

***

 Wkrótce wybory w Ontario, czas, w którym my - elektorat - jesteśmy kupowani kiełbasą i dobrym słowem. Niestety okres ten skończy się wraz z ogłoszeniem wyników. Okaże się wówczas, że ta kiełbasa i te słowa kosztują majątek. Idąc więc do urny warto pamiętać o trzech rzeczach:
A. Politycy nie tworzą pieniędzy, oni wydają to, co my zarabiamy. Zazwyczaj sami jesteśmy w stanie lepiej wydać i więcej zaoszczędzić,
B. Im mniejsze podatki, tym więcej pary w gospodarce i mniej do trwonienia pieniędzy przez urzędników.
C. To my jesteśmy pracodawcą wszystkich służb państwowych i publicznych, dlatego mamy od nich prawo wymagać solidnej pracy. Ci ludzie nie powinni mieć prawa do strajków.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl