| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych: Józef Darski: Andrzej Kumor: Wiktor Sowa: |
Samo życie Mariusz D. Dastych „Sto lat za Murzynami?” „Sto lat za Murzynami” – tak się kiedyś mówiło w gwarze młodzieżowej o sprawach, które u nas nawalają. Dziś o sprawach ostatecznych. Taką jest śmierć człowieka, a śmierć to sprawa ś m i e r t e l n i e poważna i od zarania dziejów otoczona kultem. Gdy człowiek umiera, nie liczą się inne wydarzenia – i trzeba mu sprawić godny pogrzeb. Wszędzie na świecie, nawet wśród prymitywnych ludów, istnieją rytuały pogrzebowe, których ludzie przestrzegają, zgodnie z ich religią, wierzeniami i obyczajowością. Dlatego sposób, w jaki traktuje się umarłego, jest obrazem kultury narodu czy plemienia. W społeczeństwach nowoczesnych rytuały pogrzebowe skomercjalizowały się, a grzebanie zmarłych – szczególnie w wielkich miastach – stało się dochodowym przemysłem. Nie tak dawno mieliśmy w Polsce aferę łowców „skór”, która wstrząsnęła społeczeństwem. Tragiczne jest to, że ludzie powołani do udzielania pomocy stali się pomocnikami śmierci, a ciała zmarłych potraktowano jak „towar”, na którym należy zarobić. To skrajny przykład obyczajowego zdziczenia, które do niedawna nie miało racji bytu w naszym, przeważnie wierzącym, tradycyjnym katolickim społeczeństwie. Ale nie o tym chcę dziś napisać. Wpierw – wspomnienie z przed lat 40-tu: Stany Zjednoczone, małe miasteczko Fostoria w stanie Ohio. Pogrzeb kogoś z mojej rodziny. Dom pogrzebowy udekorowany kwiatami i draperiami. Trumna na katafalku, odkryta, ciało pięknie ubrane, podmalowane – twarz jak żywa. Dyskretna muzyka, potem ceremonia religijna i pożegnanie zmarłego. Świetnie zorganizowany pogrzeb. Wszystko na czas, odpowiednie stroje i samochody, pochówek. Potem nie raz jeszcze, z młodzieńczej ciekawości, odwiedzałem domy pogrzebowe różnych wyznań (w miasteczku było ich kilkanaście). Szczególnie polubiłem pogrzeby murzyńskie, z muzyką jazzową i śpiewami, z pochodem na cmentarz przy dźwiękach trąbek i saksofonów. Taka uroczystość głęboko zapadła w pamięć – było nawet radośnie, jakby żywi cieszyli się z odejścia zmarłego do Pana, do lepszego świata. Teraz wspomnienie z Polski, świeże – z lipca 2003 roku. W szpitalu Akademii Medycznej zmarła moja 90-letnia Matka. Była otoczona troskliwą opieką lekarzy, pielęgniarek i rodziny. Ciało przewieziono do kostnicy i odpowiednio przygotowano do kremacji (taka była jej wola). Za kilka dni – ostatnie pożegnanie zmarłej. W niby-kaplicy przy szpitalu. Ciasne pomieszczenie, na ścianach jakieś drewniane płaskorzeźby jak w socjalistycznej stołówce – ni przypiął ni przyłatał. Katafalk (byle jaki i brudny), otwarta trumna, a wokół stojące trumny ze zwłokami innych zmarłych, które ciągle wnoszono i wynoszono jak deski w tartaku. Sala przy kostnicy otwarta na przestrzał jak stodoła. Upał, muchy... Przyjechało dwóch z przedsiębiorstwa pogrzebowego, zamknęli trumnę, wsadzili do karetki i odjechali do kościoła. Za wcześnie. Jeszcze trwa poprzednia msza, trumna czeka w otwartej karetce-karawanie, upał doskwiera oczekującym żałobnikom. Ja i moja żona w czarnych, stosownych strojach. Ale niektórzy jak na wycieczkę: krótkie rękawy, kolorowe koszule – ani śladu żałoby. Czekamy pod kościołem. Ludzie wychodzą, trochę zamieszania, ale wreszcie tragarze wnoszą trumnę, stawiają na przygotowanym katafalku. Rozpoczyna się msza. Kościół nieoświetlony, ksiądz bez ministranta, spocony, coś tam mówi. Organy i śpiew solowy, nawet ładny. Ale sama uroczystość poświęcenia zwłok – bałaganiarska, na skróty, byle prędzej. Jeszcze się msza nie skończyła, a ksiądz zniknął w zakrystii. Po chwili wychodzi kościelny i daje znak pogrzebowym by wynosili trumnę. Nawet nie zapytał rodziny, czy już można. Najważniejsze jednak, że ciało zmarłej poświęcono – zgodnie z obyczajem i rytuałem Kościoła. Na kremację już nie pojechałem, spodziewając się podobnych zachowań. Ale podobno nie było tak źle, tylko ciasno i jacyś robotnicy w nie dopiętych szelkach kręcący się po sali. Przez szybę widać było jak trumna powoli wjeżdża do komory pieca. Potem już tylko czekać na oddanie prochów i protokół, brać urnę do domu, bo pogrzeb w innym mieście dopiero pod koniec września. Mam nadzieję, że pogrzeb w T. będzie uroczysty – msza w średniowiecznym kościele, muzyka, potem kondukt na cmentarz rodzinny, gdzie groby przodków wśród pięknego starodrzewia. A w stolicy – „100 lat za...”, aż wstyd. | |||