| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych: Józef Darski: Andrzej Kumor: Wiktor Sowa: |
Polskie życiorysy Mariusz Dawid Dastych Józef Szaniawski – samotna misja historyka Rok po wydaniu książki Józefa Szaniawskiego o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim („Samotna misja – pułkownik Kukliński i zimna wojna”), nie umilkły spory wokół postaci jej bohatera – Ryszarda Kuklińskiego – jak również nie dobiegła końca samotna misja historyka, profesora Józefa Szaniawskiego, który z niezwykłym uporem i konsekwencją przez ponad 10 lat walczy o dobre imię Pułkownika i o swoje, zniesławione niegdyś przez komunistyczną władzę haniebnym wyrokiem. Józef Szaniawski jest moim serdecznym przyjacielem. Poznałem go w 1988 roku w więzieniu w Barczewie, dokąd i mnie zesłano po wytoczonym mi przez SB tajnym procesie o „czynny udział” w dwóch wywiadach: w CIA (nieprawda) i (ciekawostka!) w wywiadzie Gabinetu Premiera Japonii (gówno prawda!) oraz o „działanie przeciwko sojusznikom PRL, głównie przeciw ZSRR” (cała prawda!). Szaniawski odbywał już karę od kilku lat, skazany jako „agent CIA”, choć faktycznie nigdy nim nie był. Rzeczywiście, jako dziennikarz PAP w latach 1973 – 1985, konspiracyjnie współpracował z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa, dając tym wyraz swoim antykomunistycznym poglądom. Dla władz PRL, a szczególnie dla służb specjalnych, współpraca z RWE była synonimem udziału w agenturze CIA. RWE = CIA: powiedział kiedyś osławiony komunistyczny szpieg – Andrzej Czechowicz, którego tajna misja w RWE zakończyła się w latach 60 propagandowym pokazem moczarowskiej bezpieki1). Od powrotu słynnego agenta do Polski, nagminne było łapanie współpracowników RWE jako „amerykańskich szpiegów”. W sprawie Szaniawskiego, Czechowicz też odegrał haniebną rolę – jako świadek oskarżenia. Rezultat był dla Szaniawskiego tragiczny: wpierw aresztowanie (1985) i paskudne śledztwo w kazamatach WSW na Oczki i pawilonie specjalnym MSW na Rakowieckiej, potem tajny proces i 10-letni wyrok więzienia. Tragedia dotknęła też jego rodzinę – żonę i dzieci. Rewizje, konfiskaty mienia, szantaż, odmowy korespondencji i wizyt – to były rutynowe wręcz chwyty, stosowane przez SB. Szaniawski zniósł to wszystko, choć buntował się i bunty przypłacał pobytami w karcerach, na gołych deskach, ze zmniejszonymi racjami wyżywienia, w brudnych piwnicznych norach. W barczewskim więzieniu (koło Olsztyna) trzymano nas razem ze złodziejami i mordercami, ale warunki odbywania kary były o wiele lepsze niż w Areszcie Śledczym MSW w Warszawie. Tam każdy z „wrogów ustroju” miał w celi podsłuch i kapusia, wszelkie wyjścia z pawilonu odbywały się po ścisłej rewizji (rozbieraniu do naga, zaglądaniu nawet w odbyt), paczki były rozwijane a wiktuały krojone na plasterki (w poszukiwaniu grypsów). Z dostarczanej nam do czytania jedynej gazety - „Trybuny Ludu” - wycinano niektóre artykuły; siedzieliśmy bez dostępu do informacji, radia i telewizji, a odwiedzającym nas członkom rodziny pozwalano na „rozmowę kontrolowaną” przez telefon i widzenie przez pancerną szybę. Kiedy widzenia odbywały się na ogólnej sali, wówczas przy stoliku siedział klawisz lub oficer SB i pilnie nadsłuchiwał, co się mówi. Kiedy wyprowadzano nas z cel, na przykład na przesłuchania, do lekarza lub do sądu, wszystkie inne drzwi były zamknięte. Nie widzieliśmy nikogo, oprócz strażników i śledczych. W Barczewie było już lżej: wiejskie powietrze, spacerniaki z kwietnikami zamiast betonowych klatek, dość dobre jedzenie i brak szykan, dozwolone praktyki religijne. Mimo to, przez ponad rok Szaniawskiego mogłem oglądać tylko przez „judasza”, kiedy przemykał na spacer korytarzem w towarzystwie strażnika i pozdrawiał mnie głośno, pukając w moje drzwi. Potem umieszczono nas w dawnym pawilonie klasztornym, przeznaczonym dla „politycznych”. Warunki były już niezłe, a atmosfera odsiadki poprawiała się w miarę jak słabła „komuna”. Rok 1989 to już nasze z Józkiem spotkania i wzajemne wizyty, dyskusje (nigdy nie sadzano nas razem), korespondencja przekazywana przez strażników, spotkania z innymi więźniami. Józek był zawsze serdeczny i uczynny, klął komunę, ale widziałem już u niego nadzieję i optymizm. Te ostatnie cechy nasiliły się po wygranych wyborach w czerwcu 1989 roku, a na jesieni zbliżająca się amnestia upewniła nas, że wkrótce wyjdziemy na wolność. Zapowiadali to nasi adwokaci, a potem już przyjeżdżali do nas posłowie i senatorowie. Wcześniej, 1 sierpnia 1989 roku, odwiedził ZK Barczewo amerykański prawnik, obrońca praw człowieka – profesor Herman Schwartz z Waszyngtonu 2). Zdziwił się, że jeszcze siedzimy w więzieniu. Po raz pierwszy wówczas zezwolono nam na rozmowę z profesorem w cztery oczy – od każdego z nas otrzymał raport, który potem przekazał Komitetowi Helsińskiemu. Wreszcie, pamiętam – przed Bożym Narodzeniem 1989 roku – Józek jako pierwszy wyszedł na wolność. Pozwolono na pożegnanie się. Uściskaliśmy się ze łzami w oczach i obiecaliśmy sobie że nie podarujemy krzywd, ale będziemy działać dla Wolnej Polski. Ja siedziałem jeszcze do 28 lutego 1990 roku – wymagała tego procedura warunkowego zwolnienia. Opisuję te więzienne lata, bo dziś już mało kto pamięta jak było. Nasza przyjaźń z Józefem Szaniawskim przetrwała wszystkie późniejsze zawirowania, spory i walki polityczne. W 1990 roku byłem na jego procesie rehabilitacyjnym przed sądem wojskowym Warszawie i napisałem reportaż, który ukazał się w Kanadzie. Józef Szaniawski został uniewinniony i zrehabilitowany przez Izbę Wojskową Sądu Najwyższego i potem prasa pisała o nim jako o „ostatnim więźniu politycznym PRL”. W wolnej Rzeczypospolitej współpraca z RWE stała się powodem do nobilitacji, a nie hańby. (Na marginesie dodam, że moja rozprawa uniewinniająca dotąd się nie odbyła – dwukrotnie odrzucano mój wniosek o kasację, ale – po 15 latach – sprawa wróci do Sądu Najwyższego w 2004 roku, roku przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Jeśli Sąd znów odrzuci mój wniosek – trafi on do Strassburga, jako sprawa Mariusza Dawida Dastycha przeciwko Państwu Polskiemu. Nie może przecież tak być, żeby fałszywe wyroki politycznych sądów nieboszczki PRL obciążały dożywotnio obywatela demokratycznej Polski. To byłoby zwycięstwo komuny zza grobu i hańba dla sprawiedliwości Rzeczypospolitej!). Szaniawski kontra komuniści Wychodząc z barczewskiego więzienia, 18 grudnia 1989 roku, Józef Szaniawski wziął ze sobą rękopis pisanej tam książki, która ukazała się później drukiem pod tytułem „Czarny poczet – ambasadorowie rosyjscy i sowieccy w Polsce”, a także wiersze więzienne i odręczny raport byłego pułkownika MSW – Adama Pietruszki, w którym ten - skazany za udział w doprowadzeniu do zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki – oskarżył swych byłych szefów, w tym generała Czesława Kiszczaka i pośrednio generała Wojciecha Jaruzelskiego o wydanie rozkazów, które pchnęły ekipę Piotrowskiego do potwornego morderstwa. Na podstawie tego raportu wszczęto potem śledztwo, które nie doprowadziło jednak do postawienia wymienionych osób przed sądem. Nie znam ani raportu, ani też dokumentów śledztwa. Znam natomiast Adama Pietruszkę i sądzę, że miał powody by atakować wojskowych: ten były oficer wywiadu MSW, akredytowany przy ambasadzie PRL w Rzymie, należał do frakcji MSW przeciwnej Kiszczakowi i Jaruzelskiemu i – niewątpliwie – znał wiele tajemnic, w tym agenturę wywiadu PRL w Watykanie i agenturę MSW wśród polskich księży. Szaniawski, niezależnie od enuncjacji Pietruszki, od razu zaczął walkę z „komuną”. Wywiady z nim w polskiej prasie, jako z „ostatnim więźniem politycznym PRL”, jego własne artykuły m.in. w „Nowym Świecie” i „Gazecie Polskiej” oraz w pismach polonijnych w USA, ostre ataki na generałów Kiszczaka, Jaruzelskiego i Poradkę (z wywiadu wojskowego), spowodowały sporo zamieszania i ostre polemiki. Z dnia na dzień, nikomu nie znany były więzień i nowo narodzony publicysta-historyk (jego relacje dla RWE były przecież anonimowe) stał się jednym z najżarliwszych krytyków i zaprzysięgłym wrogiem komunistów, a także - przefarbowanych na demokratów – postkomunistów i ich popleczników z byłej opozycji (m.in. Adama Michnika). Szarża Szaniawskiego spowodowała ostry kontratak: „nieznani sprawcy” uszkodzili hamulce w jego samochodzie, ktoś groził mu śmiercią, straszył jego żonę – popularną piosenkarkę Halinę Frąckowiak, która potem odniosła ciężkie rany w wypadku samochodowym. Ataki na Szaniawskiego nasiliły się po tym, jak opublikował w prawicowej prasie listę oficerów WP – rzekomych agentów sowieckich. Czy byli agentami – nie wiem, ale publikacja ta spowodowała lawinę oskarżeń przeciwko Szaniawskiemu, w tym słynny artykuł w brukowcu Jerzego Urbana – tygodniku „NIE” – w którym posądzono Józefa Szaniawskiego o...współpracę z SB, drukując fachowo podrobione rzekome pisma Szaniawskiego z więzienia, kierowane do generała Poradko i innych.
W tym czasie nasze drogi rozeszły się – Józek wdał się w polityczną bijatykę z komunistami et consortes, a ja – po nieudanych próbach założenia kilku nowych gazet – zarejestrowałem firmę handlowo-turystyczną i zacząłem jeździć na Zachód i Daleki Wschód, aby zarobić na życie. Przed kolejnym wyjazdem, w lutym 1993 roku, wpadła mi w ręce gazeta „Przegląd Tygodniowy” (w której prowadziłem dział zagraniczny w latach 80) z artykułem na pierwszej stronie: „Ile twarzy, tyle masek. Tylko jeden z nich był szpiegiem. Kim byli pozostali?” (autorka: Magdalena Grochowska, 14 luty 1973). Artykuł szkalował mnie (jako tego jedynego szpiega), a także Tadeusza Podwysockiego (uniewinnionego z zarzutu o szpiegostwo na rzecz Japonii) i Józefa Szaniawskiego (uniewinnionego z zarzutu o szpiegowanie dla CIA). Tego ostatniego szczególnie, cytując znane przedtem z tygodnika „NIE” rzekome listy Szaniawskiego do PRL-owskich generałów. Nie miałem wówczas żadnych wątpliwości, że publikacja ta jest inspirowana przez byłą Służbę Bezpieczeństwa i WSW, której oficerowie czują się dobrze pod skrzydłami SLD. Po wielu latach odszukałem autorkę tego paszkwilu i zaprosiłem na rozmowę. Magdalena Grochowska, dziś znana reporterka „Gazety Wyborczej”, powiedziała mi, że kierownictwo redakcji „Przeglądu Tygodniowego” kazało jej miesiącami czytać akta procesowe – moje, Podwysockiego i Szaniawskiego oraz dotrzeć do tych „szpiegów”(do mnie nie dotarła!). Bezpośrednim inspiratorem artykułu (jak się później dowiedziałem od kogo innego) był ówczesny szef działu reportażu „Przeglądu” – sławny z tropienia afer reporter – Jerzy Sławomir Mac. Mój były kolega. Tak więc paszkwil „Przeglądu Tygodniowego” znów połączył moje nazwisko z nazwiskiem przyjaciela. Józek, któremu po latach pokazałem ten artykuł, skomentował akcję byłej SB jednym słowem: „swołocz”. Wygrana sprawa o kasację wyroku, odzyskanie części skonfiskowanego i rozgrabionego majątku i przyznane mu odszkodowanie za 5 lat więzienia (występował o miliard starych złotych, dostał 200 milionów, po 40 milionów za każdy rok odsiadki) pozwoliły Józefowi Szaniawskiemu odbić się od dna, spędzić wreszcie wakacje z rodziną bez troski o pieniądze i – przygotować się do następnych batalii: o przyjęcie Polski do NATO i o utraconą cześć i uniewinnienie bohatera amerykańskiego wywiadu, Polaka: pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Szaniawski niczego nie robi „na pół gwizdka” – jeśli uważa, że ma rację, albo jeśli chodzi o racje wyższego rzędu, o prawdę, o Polskę - angażuje się bez reszty, aż do utraty sił. Nie zawsze z nim się zgadzam, ale wysoko cenię u niego tę pasję i ducha walki, a także jego przeogromną, rzadko spotykaną u dziennikarzy pracowitość. Z pozycji „,mniej niż zero”, po wyjściu z ciężkiego więzienia, Józef Szaniawski wspiął się na same szczyty jako publicysta, historyk i pisarz. W słynnym paszkwilu, cytując Szaniawskiego, Magdalena Grochowska napisała (oprócz ewidentnych kłamstw) również prawdę o nim: że nie podaruje zła. „Uważa bowiem, że jako mężczyzna ma prawo do zemsty. Zaś jako niewinnie oskarżony i osadzony, ma też prawo do odszkodowania”. Kiedy dziś, po 14 latach wolnej Polski, spojrzeć na ogrom zła, jakie spowodowali komuniści (choć nie tylko oni sami!) – pojawia się pytanie: dlaczego nie odsunięto byłych działaczy PZPR i ich popleczników od władzy? W imię porozumienia przy Okrągłym Stole? Porozumienie przekreślił wynik wyborów 4 czerwca 1989 roku. Naród wybrał wolność, a Sejm powinien zakazać byłym komunistom wszelkiej działalności publicznej na co najmniej 10 lat. Tak się nie stało. I dlatego teraz mamy to, co mamy. Samotna misja Szaniawskiego: Kukliński O sprawie pułkownika Sztabu Generalnego WP i ważnego oficera Układu Warszawskiego – Ryszarda Kuklińskiego, który stał się jednym z siedmiu najwybitniejszych w historii agentów CIA3) napisano już prawie wszystko – z wyjątkiem całej, obiektywnej i w pełni udokumentowanej prawdy. Jako dziennikarz o wieloletnim doświadczeniu w kontaktach z wywiadami i dokumentujący ich tajne działania, mogę tylko powiedzieć, że żaden wywiad nie ujawnia swych tajemnic przedwcześnie i bez ważnego powodu. Działania oficerów i zwerbowanych agentów są najbardziej chronionymi tajemnicami, choćby ze względów politycznych i interesów państwowych, a także z tej prostej przyczyny, że nadal żyją ludzie, których wywiad musi chronić. Dlatego nieprędko dowiemy się całej prawdy o misji pułkownika Kuklińskiego. Sporo faktów ujawniła Centralna Agencja Wywiadowcza USA4), nieco – Rosjanie, którzy są mistrzami prowokacji i kłamstwa. Józef Szaniawski, jako polski historyk i dziennikarz, podjął się bardzo trudnego zadania: udowodnienia, że Ryszard Kukliński, skazany przez sądy PRL na karę śmierci za zdradę państwa i wojska, był i jest żarliwym polskim patriotą – a szczególne okoliczności zmusiły go do współpracy z obcym (wówczas wrogim wobec PRL) amerykańskim wywiadem. W jednej ze swych licznych rozmów, drukowanych w polskiej prasie5), Szaniawski mówi: „...Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) miała budżet w wysokości 50 miliardów dolarów rocznie. Tymczasem największym osiągnięciem agencji był Polak Kukliński, który pracował za darmo i na dodatek to on zwerbował do współpracy CIA, a nie CIA jego”. Nie wiem, czy to ostatnie zdanie jest prawdą, ale misja wywiadowcza pułkownika Kuklińskiego była czymś zupełnie wyjątkowym w dziejach wywiadu. Uniewinniając Ryszarda Kuklińskiego od zarzutów zdrady i szpiegostwa, poprzez umorzenie śledztwa 2 września 1997 roku, Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie wzięła pod uwagę właśnie te nadzwyczajne okoliczności oraz „działanie w stanie wyższej konieczności”. W recenzji książki Józefa Szaniawskiego o Kuklińskim 6) profesor Jacek Trznadel napisał m.in.: „Kukliński występował przeciw sojuszom takiej Polski, która była atrapą rzekomo suwerennego państwa, naprawdę poddanego obcym mocodawcom. Margines swobody polskiej w PRL-u w sferze wojskowej ograniczał się do kroju mundurów i czapek. Kukliński wykonywał więc właściwie funkcje tajnego oficera polskiego wywiadu, szpiegującego sowiecki aparat, formalnie nazwany polskim”. I dalej – cytując wypowiedź Kuklińskiego po umorzeniu jego sprawy: „Nawet jeśli był to wkład niewielki, to stałem po właściwej stronie. A nawet jeśli było to niewiele, jeśli rozważyć rzecz w szerszej perspektywie, to było to wszystko, co miałem. I w istocie było to całe moje życie”.
Choć Polacy są nadal podzieleni w sprawie „zdrady czy bohaterstwa” pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, wątpię, czy rehabilitacja pułkownika byłaby wcześniej możliwa bez samotnej szarży jego admiratora, później oficjalnego rzecznika – Józefa Szaniawskiego. Uparty dziennikarz i historyk, „błędny rycerz” występujący w obronie pohańbionej czci polskiego oficera i zarazem amerykańskiego agenta wywiadu, położył swoją głowę pod topór ciosów wymierzonych w Kuklińskiego. Opluwany i wyśmiewany przez funkcjonariuszy byłej PRL i większość postkomunistycznej lewicy, Szaniawski uparcie dowodził swoich racji. Po raz pierwszy zetknął się z Kuklińskim w USA w 1991 roku, robiąc z nim wywiad dla „Tygodnika Solidarność”. Kukliński był początkowo nieufny – mówi Szaniawski w wywiadzie dla „Superexpressu”7) - wzruszył się, gdy pokazałem mu swój wyrok, skazujący mnie na 10 lat więzienia. Podpisali go ci sami sędziowie Warszawskiego Okręgu Wojskowego, którzy skazali Kuklińskiego na śmierć. Dziś bardzo mi pochlebia, gdy pułkownik mówi, że moja pięcioletnia odsiadka jest ważniejsza o jego wyroku śmierci, bo pozostał on tylko na papierze. Z czasem między Kuklińskim a Szaniawskim nawiązała się bliska przyjaźń. Teraz, zabiegając o uniewinnienie i rehabilitację pułkownika WP i Armii USA, walczył o bliskiego mu człowieka, ufając mu i dzieląc z nim jego prawdę. I – paradoksalnie – przełomu w sprawie Kuklińskiemu dokonał człowiek postkomunistycznej lewicy – Leszek Miller. Szaniawski dotarł do Millera w 1994 roku i przekonał go do spotkania z Kuklińskim w USA. Jak pisał ówczesny korespondent TVP w Waszyngtonie – Tomasz Lis: „Miller zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że sprawa Kuklińskiego jest problemem, który trzeba rozwiązać, by Polska mogła wejść do NATO”. Pisze o tym w „Trybunie” Zygmunt Broniarek8) i ujawnia szczegóły dalszej akcji: „10 lipca 1997 roku w czasie pobytu prezydenta Clintona w Warszawie odbyła się jego poufna rozmowa z prezydentem Kwaśniewskim na temat Kuklińskiego. A 2 września do Waszyngtonu przybył prokurator wojskowy major Bogdan Włodarczyk, który powiadomił Kuklińskiego o uniewinnieniu i rehabilitacji. Lech Wałęsa – dodaje Broniarek – był tym głęboko zdegustowany”. A więc szarża Szaniawskiego na przeciwników pułkownika Kuklińskiego nie była tylko kruszeniem oporów na lewicy. Dzięki upartemu drążeniu sprawy przez Józefa Szaniawskiego, wpierw samotnie przy wsparciu wybitnych Amerykanów – jak profesor Zbigniew Brzeziński czy profesor Richard Pipes – oraz Polonii, potem ze strony realistycznie nastawionych polityków polskich na lewicy i prawicy, rehabilitacja pułkownika Kuklińskiego stała się faktem. 28 lutego 1998 roku (w 252 rocznicę urodzin Tadeusza Kościuszki!) Kukliński otrzymał w ambasadzie RP w Waszyngtonie polski paszport. 21 marca 1998 Leszek Miller spotyka się z nim w Waszyngtonie. 27 – 7 maja 1998, na zaproszenie premiera Jerzego Buzka, rządu RP i KK „Solidarności” Ryszard Kukliński przebywa z pierwszą wizytą w Polsce. Wizyta wzbudza gorące emocje, zarówno u zwolenników jak i przeciwników rehabilitacji pułkownika. 12 marca 1999 roku Polska wchodzi do NATO: pułkownik WP i US Army – Ryszard Kukliński jest honorowym gościem na uroczystościach 50-lecia Paktu Atlantyckiego w Independence, USA. 12 stycznia 2002 roku Leszek Miller, już jako premier rządu RP, spotyka się z płk. Kuklińskim w Ambasadzie Polski w Waszyngtonie, a 26 sierpnia – po raz trzeci – w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Warszawie. Kukliński rozważa możliwość swego powrotu do Polski. Do dziś jednak nie wrócił – mieszka gdzieś na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych, hoduje róże w ogrodzie i pisze swoje wspomnienia. Tymczasem w Polsce ukazują się dwie różne książki o nim i jego tajnej misji: potężne, wspaniale wydane dzieło Józefa Szaniawskiego: „Samotna misja – pułkownik Kukliński i zimna wojna” 9) oraz zbiór dokumentów i polemik wokół sprawy Kuklińskiego pt. „Nikt czyli Kukliński /Rzecz o zdradzie/” 10). Co ciekawe, w obu książkach znajdują się czasami te same materiały – dokumenty, artykuły i wywiady prasowe, oświadczenia i opinie. Za i przeciw. Z lewa i z prawa. Ja też mam zamiar napisać obszerną i maksymalnie obiektywną recenzję o książce mego przyjaciela – Józka Szaniawskiego i o opiniach przeciwników. Kukliński i Szaniawski weszli razem do historii Polski i USA – naszego sojusznika. Samotna misja pułkownika dawno skończyła się. Samotna misja dziennikarza i historyka nadal trwa, bo obowiązkiem dziennikarza jest dawać relacje o rzeczywistości, a historyka – badać ją. Józef Szaniawski spełnia te dwie różne funkcje z tą samą pasją i zaangażowaniem. I za to go właśnie cenię. Mariusz Dawid Dastych 31 sierpnia 2003 roku Szaniawski Józef Antoni – Życiorys w „Who is Who w Polsce” 11)
Przypisy: 1. Głośna kampania w TVP po wycofaniu agenta z RWE, książki „Kapitan Czechowicz wykonal zadanie” i „Siedem trudnych lat”. Po „spaleniu” szpiega MSW nie bardzo wiedziało, co z nim zrobić i zesłano go do ambasady PRL w Mongolii. Wykorzystywano także jako świadka oskarżenia w procesach politycznych. Niedawno telewizja nadała film dokumentalny o Andrzeju Czechowiczu. 2. Profesor prawa w Washington College of Law, wybitny znawca praw człowieka, prowadzący projekt Human Rights Watch Committee monitorujacego więzienia na całym świecie, doradca Senatu USA. 3. Płk Ryszard Kukliński otrzymał najwyższe odznaczenie CIA, przyznane dotąd tylko 7 osobom: jest to medal CIA „For Distinguished Service”. Na odwrocie napis po polsku: „Pułkownik Ryszard Kukliński”. 4. W USA wydano o Kuklińskim kilka książek, m.in. „Entangled in History. The Vilification and Vindication of Colonel Kuklinski” („Zamotani w historię. Oczernianie i oczyszczenie z win pułkownika Kuklińskiego”) Benjamina B. Fischera – Dr. Fischer jest szefem Wydziału Historycznego CIA. Ukazało się też bardzo wiele publikacji prasowych. CIA stopniowo odtajniała niektóre dokumenty, związane z działalnością wywiadowczą Kuklińskiego, lecz większość pozostaje nadal tajemnicą. Kukliński miał przekazać CIA ok. 35,000 stron tajnych dokumentów sowieckich i polskich. 5. „Misja skończona” rozmowa Tomasza Gduli z prof. Józefem Szaniawskim, „Superexpress”, piątek, 25 lipca 2003. 6. „Księga o pułkowniku Kuklińskim”, Jacek Trznadel, „Tygodnik Solidarność”, 20 czerwca 2003 roku 7. „Superexpress” – patrz przypis 5 8. „Pikanterie tygodnia. Miller, Szaniawski, Kukliński”, Zygmunt Broniarek, „Trybuna” 30.11/1/12.2002 roku 9. Wydawnictwo „Exibris”, Galeria Polskiej Książki, Warszawa – Chicago, rok 2003 (II wydanie), stron 735, liczne ilustracje i mapy, przedmowa Jana Parysa i Wiktora Suworowa, ISBN 83-88455-85-0 10. Wydawnictwo „Comandor” Warszawa, rok 2002, praca zbiorowa, 436 stron 11. Huebners blaues WHO IS WHO, Who is Who w Polsce | |||