| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych: Józef Darski: Andrzej Kumor: Wiktor Sowa: |
TAJNI WSPÓŁPRACOWNICY POLICJI POLITYCZNEJ W PAŃSTWACH POSTKOMUNISTYCZNYCH (1992) Opracowanie dotyczy dyskusji na temat zasadności ujawniania dawnych tajnych współpracowników policji politycznej, którzy zajmują obecnie wysokie i odpowiedzialne stanowiska państwowe lub odgrywają istotną rolę w życiu politycznym krajów postkomunistycznych: Litwy, Polski, Czecho-Słowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii, a także na terenie dawnego NRD. Omówiono również rozwiązania prawne przyjęte w tych państwach, które zdecydowały się uregulować kwestię tajnych współpracowników albo przez ich ujawnienie, albo przez utajnienie ich akt. Jak sądzę, z sowieckiego punktu widzenia sukces transformacji ustrojowej, rozpoczętej z inicjatywy KGB i GRU, zależał od utrzymania kontroli nad tym procesem. Było to możliwe pod warunkiem, że niekomunistyczne elity, którym przekazano władzę polityczną, pozostaną wierne idei finlandyzacji Europy postkomunistycznej. Im mniej udana była ich selekcja lub im bardziej scenariusz przekazywania władzy został zakłócony (np. przez dopuszczenie do niej grup niekontrolowanych), tym ważniejszą rolę odgrywali dawni tajni współpracownicy policji politycznej, jeśli zajęli kluczowe pozycje w państwie. Za ich pośrednictwem sowieckie centrum mogło bowiem wpływać na politykę danego kraju. Upadek Sowietów i częściowa dezintegracja ich imperium nie zlikwidowała tego niebezpieczeństwa, gdyż moskiewskie centrum władzy nie porzuciło idei odbudowy imperium na nowych, zdecentralizowanych zasadach, opartych na siłach postkomunistycznych, prorosyjskich, zwolennikach finlandyzacji i agentach dawnej policji komunistycznej w każdym kraju. Przykładem zastosowania tej strategii - zdaniem przywódcy organizacji "Młoda Litwa" - jest obecnie tocząca się walka polityczna w formalnie jedynie niepodległej Republice Litewskiej. Chodziłoby o stworzenie wokół Rosji systemu państw wasalnych, które, zachowując pozory niezależności, będą realizować interesy neobolszewickiego centrum w Moskwie, nawet gdyby nie przyłączyły się formalnie do Wspólnoty Niepodległych Państw.[1] Gdyby do władzy doszły elity nie przewidziane w scenariuszu i zdołały wykluczyć z życia politycznego osoby podatne na szantaż KGB lub chętne do współpracy z nim, pozostawała i nadal jest aktualna jeszcze trzecia metoda zmuszania państw postkomunistycznych do przestrzegania interesów dawniej sowieckiego, a obecnie neobolszewickiego centrum w Moskwie. Wykorzystując realnie istniejące konflikty regionalne i narodowe, można tak nimi sterować, by powstające zagrożenia zmuszały nawet całkowicie niezależne elity do posłuszeństwa w pewnych kwestiach, np. dotyczących polityki zagranicznej (najbliższy temu modelowi jest przypadek Czecho-Słowacji). Wydaje się, że w każdym kraju próbowano zastosować trzy wspomniane metody kontroli, choć z różną intensywnością. W niniejszym artykule zajmę się wyłącznie zagadnieniem tajnych agentów w krajach postkomunistycznych. Tajni współpracownicy policji politycznej w Polsce dzielili się na dwie kategorie: - tajnych współpracowników, którzy podpisali formalnie deklarację współpracy i dlatego łatwo można udowodnić ich kolaborację; - osoby, które "nie były formalnie tajnymi współpracownikami, lecz z którymi w różnej formie utrzymywany był stały lub okresowy kontakt operacyjny".[2] "Nieformalni" czasami mogli nie zdawać sobie sprawy, że służą swymi informacjami policji politycznej, co nie zmniejsza ich podatności na szantaż lub łatwość kompromitacji, gdyby komuniści, dawni esbecy czy po prostu aktualna agentura uznały je za stosowne. Nieformalni współpracownicy nie podpisywali deklaracji, co sprawia, że wymykają się weryfikacjom. O taką współpracę można stosunkowo łatwo oskarżyć każdego, kto regularnie spotykał się z funkcjonariuszami policji, o ile akta personalne pozostają utajnione i nie można dokładnie zbadać zarzutów; osoby posiadające dossiers decydują więc, kiedy, co i przeciwko komu opublikują. Problem ten ilustruje sprawa bułgarskiego ministra obrony Dimityra Łudżewa. Komunistyczna "Duma" opublikowała dokument, który jest raczej sprawozdaniem napisanym dla ministra spraw wewnętrznych i Politbiura KPB niż notatką operacyjną Bezpieczeństwa Państwowego - DS. Jeśli założyć, że jest ono autentyczne, musiało zostać antydatowane na 14 czerwca 1989 roku.[3] W przytoczonym dokumencie czytamy, iż Łudżew, w wyniku spotkań i dyskusji z DS wpływał na linię polityczną Klubu na Rzecz Głasnosti i Przebudowy w kierunku pożądanym przez policję polityczną: "W rezultacie przeprowadzonych rozmów Łudżew wraz z przekazywanymi informacjami o charakterze operacyjnym przyjął bardziej umiarkowane podejście w swych ocenach sytuacji w kraju i działalności "Klubu". Przed współpracownikami broni on teraz poglądu, że w istocie cele programowe "Klubu" nie różnią się od celów, które legły u podstaw lipcowej koncepcji partii. Ta oczekiwana pomyślna ewolucja w jego poglądach znalazła odzwierciedlenie i wyraz w je go pryncypialnej zgodzie na podjęcie koniecznego wysiłku celem neutralizacji ewentualnych przejawów politycznego ekstremizmu w działalności "Klubu". Łudżew przed kierownictwem "Klubu" nalegał na zajęcie "wyczekującego stanowiska"... nalegał, "by nie udzielać żadnych wywiadów zachodnim rozgłośniom". DS stawia sobie za najważniejszy cel: "stopniowe zjednywanie i włączanie umiarkowanych aktywistów "Klubu" w politykę prowadzoną przez KPB w stosunku do inteligencji twórczej. Jednocześnie dąży się do neutralizacji ekstremistów w szeregach "Klubu", którzy na tle innych, konstruktywnych członków kierownictwa coraz bardziej będą ulegali dyskredytacji zarówno w oczach członków "Klubu", jak też przed opinią publiczną kraju."[4] Łudżew określony jest w dokumencie jako "DL", czyli "osoba zaufana". Otóż oprócz agentów i rezydentów dla DS pracowały także "osoby zaufane", których zadaniem było przenikanie do tzw. wrogich struktur. Nie podpisywały one deklaracji współpracy i nie otrzymywały pseudonimu, a spotkania z nimi niekoniecznie musiały odbywać się w mieszkaniach konspiracyjnych. "OZ"-ci mogli przechodzić do kategorii agentów, ale nie odwrotnie. Zdaniem Łudżewa dokument albo jest autentyczny i został zredagowany celem symulowania działalności, albo został sfabrykowany. Minister zaproponował, by komisja bezpieczeństwa narodowego dokonała kontroli zasobów archiwalnych dotyczących agentów.[5] Komuniści nie opublikowali raportu kompromitującego Łudżewa ani wtedy, gdy był on wicepremierem w rządzie koalicyjnym, ani gdy został ministrem obrony w rządzie niekomunistycznym, lecz dopiero gdy zapowiedział zmiany kadrowe w ministerstwie obrony, uderzające w osoby, które uzyskały przygotowanie w Moskwie i mogły być związane z KGB i GRU. W przekazaniu władzy politycznej byłej umiarkowanej opozycji odegrała największą rolę policja polityczna (np. w Polsce gen. Czesław Kiszczak, specjalista od rozmów z intelektualistami), stąd byłoby niezwykle dziwne i niezrozumiałe, gdyby nie starała się ona maksymalnie preferować swych dawnych współpracowników, choćby po to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo osobiste w nowym ustroju, dzięki zachowaniu dossiers nowej elity władzy. Grupę bliską nieformalnym współpracownikom stanowiły osoby, które uważały, że transformacja ustrojowa jest możliwa tylko w porozumieniu z przynajmniej częścią komunistycznego aparatu władzy, a konkretnie z KGB i armią. Jeden z członków kierownictwa "Solidarności" głosił już w 1987 roku, że wprawdzie aparat partyjny jest przeciwny reformom, ale "policja i wojsko mogą być bardziej nimi zainteresowane", stanowią więc potencjalnych partnerów dla umiarkowanej opozycji.[6] W dwa lata później negocjacje między policją i umiarkowaną opozycją polską zostały zwieńczone pierwszymi rozmowami okrągłego stołu w bloku wschodnim. Były minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztof Kozłowski, wymienia oprócz tajnych współpracowników, także inne kategorie osób, które znalazły się w rejestrach Służby Bezpieczeństwa: agentów zabezpieczenia, kontakty informacyjne, kontakty operacyjne i konsultantów policji politycznej. Zdaniem Kozłowskiego, najwięksi tajni współpracownicy nie podpisywali żadnych deklaracji, natomiast do kategorii "stały kontakt" zaliczano bez wiedzy i zgody zainteresowanego.[7] W dalszym ciągu będę zajmował się przede wszystkim grupą TW, tj. agentami świadomymi swej działalności. Policja polityczna w bloku wschodnim stanowiła jeden organizm, a wszystkie informacje zbierane przez sekcje narodowe były automatycznie przekazywane do centrali w Moskwie. Jak wyjaśnił Joachim Gauck, pełnomocnik nadzwyczajny rządu niemieckiego do zbadania i kontroli akt osobowych byłej Stasi, "wspomniane służby tworzyły jeden system, który działał pod nazwą SOUD - połączony system rozpoznania przeciwnika. Jego centralą była Moskwa. Gromadzono tam i opracowywano dane dotyczące wszystkiego, co kwalifikowano jako zagrożenie dla systemu. Analizowano poszczególne przypadki i obierano w stosunku do nich odpowiednią taktykę. Wystarczyło, żeby ktoś został uznany - tylko potencjalnie - za przeciwnika systemu, a już w ślad za tym szło odpowiednie postępowanie, inwigilacja oraz zbieranie danych. Na przykład cudzoziemiec, który pojawił się w byłej NRD, był "rozpracowywany" przez Stasi i jego przypadek lądował w centrali w Moskwie. Tam do danych o nim miały dostęp pozostałe służby bezpieczeństwa tworzące system SOUD, z wyjątkiem rumuńskiej Securitate.[8] Tak zwani doradcy z ramienia KGB na bieżąco kontrolowali i sterowali pracą miejscowych struktur, co potwierdził raport komisji obrony i bezpieczeństwa parlamentu słowackiego - SNR, badającej działalność MSW po "aksamitnej rewolucji": "do listopada 1989 roku połączenie struktur MSW CSRS, KC KPCz i KGB było nieomal organiczne. Byłe kierownictwo ministerstwa spraw wewnętrznych Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej i 13 wydział KC KPCz były w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa zarządzane bezpośrednio przez praską rezydenturę KGB."[9] Ten sam system (por. SOUD) musiał panować w innych państwach satelickich z wyjątkiem Rumunii. Dlatego też przyjmuję, że w dawnych krajach demokracji ludowej pracowały po prostu lokalne oddziały KGB. Kto kontroluje dawnych agentów? W Polsce, Czecho-Słowacji i na Węgrzech, a więc w trzech krajach, w których władzę przekazano w ręce niekomunistów, archiwa lokalnych sekcji KGB były wcześniej systematycznie niszczone i nikt nie wątpi, że kopie i mikrofilmy najważniejszych dokumentów wywieziono do centrali w Moskwie. Jan Olszewski, gdy był jeszcze kandydatem na premiera Polski, stwierdził: "Jestem przekonany, że dokumenty te zniszczone zostały w sposób demonstracyjny, a nie rzeczywisty... Są (one) w dyspozycji osób fizycznych, które w lepszym przypadku działają na własną rękę, w gorszym wypadku - w ramach struktur, które nie są podporządkowane naszej władzy" (11.04.91).[10] Dokumenty niszczono i wywożono w okresie przejściowym lub w czasie rządów koalicyjnych z komunistami, gdy kontrolowali oni w pełni ministerstwa spraw wewnętrznych. W Polsce dokumenty z archiwów MSW palono od sierpnia (IV Departament) do końca grudnia 1989 roku (III Departament). Teczki agentów niszczono między listopadem 1989 a lutym 1990 roku. Spalono też akta 180 tys. tajnych współpracowników wywiadu wojskowego z lat 1945-1988. Dopiero w połowie czerwca 1990 roku gen. Cz. Kiszczak wydał zakaz dalszej likwidacji archiwów MSW ("Solidarność" miała swego wiceministra spraw wewnętrznych od 7 czerwca 1990 roku).[11] Postępowanie w sprawie zniszczenia archiwów prokuratura wszczęła dopiero w lutym 1991 roku. Odpowiedzialni za zacieranie śladów wysocy funkcjonariusze SB: gen. Henryk Dankowski, pierwszy wiceminister spraw wewnętrznych, Tadeusz Szczygieł, szef IV Departamentu (Kościół) i Krzysztof Majchrowski, szef III Departamentu (inteligencja) mają stanąć przed sądem z oskarżenia o "niedopełnienie lub przekroczenie obowiązków służbowych" we wrześniu 1991 roku w Łodzi.[12] W Czecho-Słowacji archiwa StB zaczęto niszczyć w listopadzie 1989 roku, choć formalny rozkaz wydał dopiero 4 grudnia gen. Alojz Lorenc, wiceminister spraw wewnętrznych nadzorujący pracę policji politycznej. Mimo oficjalnego zakazu palenia akt, wydanego 8 grudnia, proceder ten kontynuowano aż do wyborów w maju dzięki temu, iż Lorenc był w rządzie koalicyjnym doradcą ministra spraw wewnętrznych. 25 lipca 1991 roku zakończono śledztwo w sprawie roli, jaką gen. Lorenc, Frantiszek Kincl - minister spraw wewnętrznych, Karel Vykipiel - naczelnik II Zarządu, Bytczak i Zifczak-Rużiczka odegrali w wydarzeniach 17 listopada. 14 stycznia 1992 roku w Taborze rozpoczął się proces Lorenca, Vykipiela i Kincia; powinien on także objąć kwestię zniszczenia archiwów MSW.[13] W Polsce zniszczono również akta Wojskowej Służby Wewnętrznej, w tym archiwa kontrwywiadu wojskowego, który w latach 1980-tych zajmował się przede wszystkim zwalczaniem opozycji politycznej. Spalono 40 tys. dossiers z okresu 1945-1988.[14] W listopadzie 1990 roku polski Sejm powołał Podkomisję Specjalną do Spraw Zbadania Działalności byłej WSW. Janusz Okrzesik, przewodniczący Podkomisji ujawnił, że "niszczenie akt wojskowych i policyjnych służb specjalnych zaczęło się na terenie całego bloku wschodniego mniej więcej w tym samym czasie. Można podejrzewać, że w sensie ogólnym operację tę nadzorowało KGB. Dysponujemy informacjami, że przed zniszczeniem akta były mikrofilmowane. Wiele wskazuje, że mogą (one) znajdować się poza granicami kraju. Niewykluczone, że gdzieś tam istnieje kompletne archiwum WSW, do którego nie mamy dostępu. Znajdują się w nim m. in. teczki wszystkich informatorów kontrwywiadu wojskowego".[15] W wywiadzie dla polskiej sekcji RWE Okrzesik wyraził opinię, iż mikrofilmy znajdują się w ZSRR, zastrzegając się jednak, że nie potrafi tego udowodnić (16.02.91). Według W. Strzałkowskiego mikrofilmowanie archiwów WSW rozpoczęto już w 1967 roku. Palenie dokumentów rozpoczęto na rozkaz ostatniego szefa WSW gen. Edwarda Buły, 8 listopada 1989 i do kwietnia 1990 roku zniszczono 77% zasobu archiwalnego WSW, ale wskutek pośpiechu w wielu wypadkach zachowały się wykazy imienne tajnych współpracowników informacji wojskowej, tj. kontrwywiadu.[16] W latach 1970-tych część swoich TW wojskowa II przekazała KGB, stąd ich nazwisk nie było już w archiwach.[17] Czechosłowacki federalny wiceminister spraw wewnętrznych, Petruszka Szustrova również wyraziła opinię, iż archiwa StB zostały "zniszczone, ukryte, a możliwe, że zabrane do Moskwy".[18] Można więc uznać, że spisy agentów oraz osób skompromitowanych z całego bloku i ich teczki są przechowywane w Moskwie. Polska - agenci pracują także dla nowej władzy Grupa, która zawarła z policją porozumienie "okrągłego stołu" i w jego konsekwencji przejęła władzę jesienią 1989 roku, miała na tyle silny instynkt samozachowawczy, iż była zdecydowanie przeciwna usuwaniu z życia politycznego i instytucji państwowych dawnych tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa oraz agentów KGB. Do tajnych archiwów MSW dopuszczono spośród opozycji zawierającej porozumienia tylko Adama Michnika i prof. Jerzego Holzera. Razem z prof. Andrzejem Ajnenkielem i Bogdanem Krollem weszli oni w skład komisji do przeglądania akt MSW, której utworzenie zaproponował ministrowi Henrykowi Samsonowiczowi, K. Kozłowski 20 marca 1990 roku.[19] Listy konfidentów musiały się jednak wydostać z archiwów, skoro 18 lipca 1991 roku w Lublinie Jarosław Kaczyński, ówczesny szef kancelarii prezydenta i prezes Porozumienia Centrum, oświadczył, że zna akta SB, gdyż "należy do tych nielicznych, którzy znają listy agentów". 25 lipca Kaczyński wyjaśnił, że zna "konkrety" jeszcze z okresu "rozpadu struktur komunistycznych", później dostał opracowanie od osoby godnej zaufania. 25 lipca 1991 roku w Sejmie Henryk Majewski, minister spraw wewnętrznych w rządzie Krzysztofa Bieleckiego, podkreślił, iż Jarosław Kaczyński nie ma uprawnień do wglądu w akta byłej SB. Dotychczas politycy solidarnościowi kilkakrotnie odstępowali od zasady nieujawniania byłych agentów. W wypadku Stanisława Tymińskiego, gdy władze zorientowały się, że jest on groźnym rywalem dla T. Mazowieckiego i Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich, minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski straszył publikacją bardzo kompromitujących materiałów, a następnie ogłosił, iż Tymiński przyjeżdżał do Polski przez Libię, co było jednoznaczne z oskarżeniem o współpracę z KGB oraz SB i tak to zinterpretowała cała prasa. Gdy Tymiński przegrał wybory, okazało się, że "komputer się pomylił" i Tymiński nie miał żadnych powiązań z Libią.[20] Jesienią 1990 roku Józef Szaniawski wręczył L. Wałęsie listę 19 oficerów byłej SB i WSW, współpracowników KGB.[21] Reakcja solidarnościowych polityków była natychmiastowa. Minister obrony narodowej zwrócił się do prokuratury z prośbą o "ochronę nazwisk licznych oficerów, o których nie wiadomo z całą pewnością, czy pracowali lub czy pracują dla wywiadu sowieckiego". Wiceprokurator generalny A. Herzog przyznał, iż "nie ma wątpliwości, że agenci KGB pracowali i pracują w naszym kraju, ale najpierw trzeba wszystko udowodnić".[22] Redaktorzy pisma "Czas", które opublikowało wykaz Szaniawskiego, zostali ukarani przez ministra Kozłowskiego zakazem wstępu do archiwów MSW otwartych dla innych dziennikarzy. Jednocześnie K. Kozłowski zagroził Szaniawskiemu, iż "wojsko ma na niego materiały, które wkrótce zostaną ujawnione". Groźba nie została jednak spełniona. Udało się natomiast zmusić ministra Kozłowskiego do zwolnienia ze stanowiska swego doradcy pułkownika Żmudy, jednego ze strategów zwalczania opozycji w latach 1980-tych.[23] Szef krakowskiej komisji weryfikacyjnej SB Zbigniew Fijak oskarżył dziennikarza "Czasu" Marcina Mamonia, który zbierał materiały na temat byłych działaczy niezależnych pracujących w Urzędzie Ochrony Państwa (dawna SB), iż "widziano jego teczkę tajnego współpracownika". Groźba podania oszczercy do sądu spowodowała, iż zamieścił on w prasie oświadczenie z przeprosinami.[24] Wiosną 1991 roku, wraz ze zbliżaniem się kampanii wyborczej, sprawę ujawnienia byłych tajnych współpracowników SB podjęli politycy Porozumienia Centrum. 7 kwietnia Jan Olszewski tak uzasadniał tę zmianę stanowiska: "Listy konfidentów SB... mogą być użyte przeciwko nam przez tych, którzy budowali dawny system. Dokumenty, które rzekomo są niszczone, a jestem przekonany, że z pewnością zabezpieczono je i że znajdują się one w dyspozycji zarówno osób fizycznych, jak i specjalnych organizacji i siatek stworzonych w tym celu, o obcych mocarstwach nie mówiąc, są potężnym narzędziem w ręku politycznego przeciwnika. I dlatego sprawy tej pozostawić i zakryć milczeniem nie wolno. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której z ust urzędującego ministra postsolidarnościowego dowiadujemy się, że wśród nowych prominentów życia politycznego, wśród naszych senatorów i posłów są ludzie, którzy współpracowali z SB i jednocześnie nie dowiadujemy się, kto to jest. (...) W nadchodzących wyborach, przy układaniu przez poszczególne partie list swoich kandydatów do parlamentu, powinniśmy domagać się od właściwych organów władzy ujawnienia przeszłości potencjalnych posłów bądź senatorów. Chodzi o to, abyśmy oddając głosy, mieli przynajmniej elementarną pewność, że nie jest w stosunku do nas prowadzona polityczna manipulacja i że w tej manipulacji nie uczestniczą również organa władzy Rzeczypospolitej".[25] Propozycja J. Olszewskiego nie rozwiązuje jednak problemu agentów pracujących na wysokich stanowiskach państwowych poza parlamentem. Sytuacja w MSW za ministra H. Majewskiego, mianowanego przez L. Wałęsę i K. Bieleckiego, uległa jeszcze pogorszeniu w porównaniu z okresem K. Kozłowskiego. Jak stwierdził J. Olszewski, "Byli funkcjonariusze SB, którzy chcą ujawnić przestępstwa - często wykonywane na rozkaz - zwracają się w tej sprawie do obecnych zwierzchników resortu o zwolnienie ich z tajemnicy służbowej. Mimo jednak odejścia z owej służby, zwolnień takich otrzymać nie mogą".[26] 19 lipca 1991 roku 29 głosami za wobec 22 głosów przeciw (7 senatorów wstrzymało się od głosu, zaś 42 nie pojawiło się na sali podczas głosowania) Senat uchwalił, aby rząd sprawdził, czy wśród kandydatów do parlamentu są byli współpracownicy SB lub kontrwywiadu wojskowego. Reakcja rządu była natychmiastowa. 25 lipca przedstawiciele MSW, MON, UOP stwierdzili na posiedzeniu senackiej Komisji Inicjatyw i Spraw Ustawodawczych, że kontrolowanie, czy kandydaci do parlamentu współpracowali z SB byłoby niezgodne z czterema obowiązującymi ustawami (o policji, o UOP i ministrze spraw wewnętrznych i ochronie tajemnicy państwa). Zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem informacje o pozyskiwaniu współpracowników mogą być udostępniane wyłącznie sądom i prokuraturze celem ścigania karnego. Minister sprawiedliwości Chrzanowski, którego uchwała Senatu zobowiązywała do kontroli przebiegu weryfikacji, podkreślił, że obecny stan prawny nie daje mu do tego podstaw. Według ministra Majewskiego "ujawnienie... (współpracowników SB czy obecnie UOP)... destabilizowałoby politycznie państwo polskie. Służby związane z MSW odbudowują się. Musimy pozyskać dla nich nowych ludzi... Ci, którzy do nas przyjdą, muszą mieć gwarancję, że są bezpieczni". Na pytanie, czy MSW skorzysta obecnie z usług pracowników i współpracowników byłej SB - szef resortu odpowiada: "jeżeli tylko wykażą taką chęć i będą w stanie merytorycznie pomóc nam w zadaniach... Nie możemy jednakże odcinać się od tych wszystkich, którzy współpracowali dotąd z tajnymi służbami. Musimy dać im gwarancję, że kiedy przyjdą do nas z informacjami, ich nazwiska nie znajdą się nazajutrz na pierwszych stronach gazet... Musimy sobie wzajemnie - resort byłym współpracownikom (komunistycznej policji politycznej), a oni nam - okazać minimum zaufania".[27] Solidarnościowy minister spraw wewnętrznych kieruje się więc w kwestii byłych współpracowników komunistycznej policji politycznej kryterium ich przydatności dla nowej policji i jej sprawności w kontrolowaniu nowej elity politycznej. Majewski stwierdza wprost, że ujawnienie agentów "utrudnia powstanie elit politycznych", zaś na pytanie, czy współpraca z SB pozwala na zostanie posłem, odmawia odpowiedzi. Skoro jednak minister jest jednocześnie przeciwnikiem ich dekonspiracji przed społeczeństwem, można sądzić, iż odpowiadałaby mu sytuacja, w której znaczna część parlamentu składałaby się z osób łatwych do skompromitowania, zaś ich dossiers byłyby pod kontrolą MSW. Na obronę H. Majewskiego należy dodać, iż uważa on komunistyczną SB za organizację patriotyczną i podziwia jej sprawność zawodową. Pan minister dostrzega nawet w SB siłę antysowiecką, gdy powiada: "mogę - z pełną odpowiedzialnością - stwierdzić, że przynajmniej od kilkunastu lat służby wywiadu i kontrwywiadu pracują na polskie konto". Winne były jedynie komunistyczne władze polityczne, gdyż to od nich, a nie "od szefów wywiadu i kontrwywiadu zależało, z kim dzielono się informacjami i materiałami oraz kto w ostateczności czerpał z tego korzyści". Z KGB "w praktyce współpraca zamarła w połowie lat osiemdziesiątych".[28] Podobne stanowisko zajął ostatni szef SB, Jerzy Karpacz, choć postrzega on cały problem w szerszej skali. "Uważam - stwierdza poseł Karpacz - że np. po ujawnieniu w niektórych państwach dawnego bloku wschodniego nazwisk niektórych agentów tamtejszych służb specjalnych, realne jest zagrożenie, że wielu innych dobrze uplasowanych agentów, po prostu zrezygnuje z dalszej współpracy." Ujawnienie rzeczywistych agentów, zdaniem byłego szefa SB, zagroziłoby demokracji, gdyż nikt nie zdecydowałby się na współpracę ze służbami, jeśli "nie będzie miał całkowitej pewności co do gwarancji zachowania jego pełnej anonimowości w tym względzie".[29] Osobnym zagadnieniem jest obecność byłych agentów, w tym agentów KGB i GRU, w wojsku. Tajne stowarzyszenie oficerów zawodowych Viritim (w lipcu sąd odmówił jego rejestracji), które domaga się oczyszczenia wojska z osób skorumpowanych, komunistów i agentów, szacuje, iż wymienione grupy stanowią 40% kadry, natomiast sami agenci - 5%, tj. około 3 tysięcy oficerów. Członkowie stowarzyszenia zachowują anonimowość, ze względu na represje ze strony władz MON. Solidarnościowi wiceministrowie obrony narodowej, Janusz Onyszkiewicz i Bronisław Komorowski, uważają członków Viritim za grupę skrajną oraz przeciwstawiają się wymianie kadr kształconych w Moskwie na młodszych oficerów. [30] Wśród polityków postsolidarnościowych lewica i rząd mianowany przez L. Wałęsę są zdecydowanie przeciwni ujawnianiu byłych agentów zajmujących odpowiedzialne stanowiska w życiu politycznym kraju. J. Kuroń (Unia Demokratyczna) oświadczył: "jesteśmy przeciwni publikowaniu list konfidentów SB... ujawnienie tego typu akt, jak wykazują doświadczenia NRD i Czecho-Słowacji, mogą skrzywdzić niewinnych" (mowa jest o pośle Kavanie, ps. Kato). Kuroń twierdzi, że istnieje możliwość fałszerstw, zaś Jan Rokita (UD) dodaje, iż same dokumenty nie wystarczą, by udowodnić komuś współpracę z policją. Kongres Liberalno-Demokratyczny premiera Bieleckiego zalicza całą kwestię do tematów zastępczych i jest przeciwny ujawnianiu list, gdyż dostrzega w tym niebezpieczeństwo nadużyć. Do UD i KLD przyłączają się komuniści, choć w dość przewrotny sposób. Przewodniczący Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej, Leszek Miller stwierdził bowiem: "nam się ten pomysł podoba, pod warunkiem ujawnienia agentów pracujących dla wywiadu amerykańskiego, izraelskiego, niemieckiego, brytyjskiego i francuskiego, a także obecnych agentów UOP". Andrzej Urbański, w imieniu Porozumienia Centrum, wyraża odmienną opinię: "jesteśmy za tym, by nasi kandydaci zostali sprawdzeni... poddania się weryfikacji oczekujemy od kandydatów innych ugrupowań". Nawet bowiem polskie ustawodawstwo zezwala, by na prośbę zainteresowanego MSW odpowiedziało, czy znajduje się on na liście konfidentów. Takie jednak rozwiązanie oddaje do rąk obecnego MSW potężną broń, gdyż żadna komisja parlamentarna nie będzie mogła zweryfikować, czy Ministerstwo udzieliło odpowiedzi zgodnej z prawdą, czy z aktualnym interesem ekipy rządzącej w RP. K. Kozłowski reprezentuje podejście pragmatyczne. Uważa on, że skoro agenci są tylko po stronie solidarnościowej i to w kierownictwach wszystkich grup politycznych, nie ma sensu ich ujawniać, gdyż przyniosłoby to szkody wszystkim partiom. Ponadto teczki ważniejszych TW wyniesiono, a więc te, które pozostawiono mogą być sfałszowane lub grać rolę przynęty. Już jednak twierdzenie o tym, iż w żadnym kraju nie ujawniono TW, jak zobaczymy, po prostu mija się z prawdą. Najciekawsze jest jednak spostrzeżenie, że jeżeli były agent "znalazł się dziś na wysokim stanowisku państwowym i rzetelnie pracował dla kraju, a jego przeszłość znana byłaby zwierzchnikom, tak by uniemożliwić szantaż z zewnątrz", jego ujawnienie "mogłoby zagrozić stabilizacji".[31] Niezależnie od zasadności tego stwierdzenia, rodzą się od razu pytania: kogo K. Kozłowski mógł mieć na myśli? Czy był to przykład jedynie abstrakcyjny? Zbigniew Romaszewski wypowiada się za rozwiązaniem czeskim jako modelowym. Jego zdaniem "nie można mieć całej rzeszy funkcjonariuszy państwowych, którzy są narażeni na szantaż", zaś działanie agentów w parlamencie i na wysokich stanowiskach stwarza "śmiertelne niebezpieczeństwo dla kraju i gigantyczne możliwości szantażu". Ponadto, pozostawienie w UOP 7 tysięcy funkcjonariuszy dawnej SB daje ochronę starym agentom i ich działaniom. Romaszewski jest zwolennikiem zorganizowani wywiadu i kontrwywiadu od początku, ponieważ przejęcie dawnych struktur, czego dokonali ministrowie Kozłowski i Majewski, daje nam pewność, dla kogo w nowej Polsce te instytucje będą działały, zwłaszcza, że infiltracja KGB była tu zawsze wysoka.[32] Przykład Polski ukazuje, że nieopublikowanie listy kolaborantów i agentów umożliwia władzom dowolne szafowanie oskarżeniami wobec osób niewygodnych dla danej ekipy, przy jednoczesnym ukrywaniu osób skompromitowanych, jeśli uważa się to dla władz za korzystne (np. w wypadku posłów i senatorów) lub konieczne (np. w wypadku agentów KGB). Rodzi się też podejrzenie, że ekipy dwu pierwszych rządów niekomunistycznych w Polsce były zainteresowane utrzymaniem specjalnych stosunków z KGB lub zmuszone do tego. Bułgaria - sukces manipulacji komunistycznej DS W Bułgarii informacje o tajnych agentach przedostawały się do prasy od 1990 roku. 22 listopada 1990 roku komunistyczna "Duma" opublikowała list czytelnika, byłego funkcjonariusza policji politycznej, G. Iwanowa, na temat agenta "Bonczo". Później Konstantin Trenczew, przewodniczący niezależnych związków zawodowych Konfederacji Pracy "Podkrepa", zdekonspirował przewodniczącego Rady Koordynacyjnej Unii Sił Demokratycznych, Petera Berona jako Boncza i spowodował jego dymisję. 18 kwietnia 1991 roku "Reporter" zamieścił sprawozdania agenta "Dymityra", nieoficjalnie rozszyfrowanego jako przewodniczącego Komitetu na rzecz Uczciwych Wyborów, Keworkiana. Pismo "Debaty" opublikowało listę dyplomatów pracujących dla policji politycznej. Komuniści próbowali też posłużyć się podrobionymi
dokumentami, by skompromitować Trenczewa, gdy nie udało się przedstawić go
jako chorego umysłowo. Nieznana osoba z ulicy przyniosła do siedziby USD
faksymile sprawozdań dla Bezpieczeństwa Państwowego - DS, które zawierały,
jak potwierdził Trenczew, część autentyczną jego doniesienia do policji z
1972 roku, kiedy informował kto, kiedy i po jakiej cenie sprzedawał
narkotyki w jego gimnazjum oraz sfałszowane doniesienia innej treści.[33]
Ataki na szefa Podkrepy kontynuowano, zwłaszcza gdy doszło do konfliktów
wewnątrz związku. Były poseł Ilicz Cwetkow opublikował wspomniane już
faksymile na łamach organu komunistycznych związków zawodowych.[34]
Była to propozycja współpracy z DS datowana 18 grudnia 1972 roku, w której
Trenczew, przyjmując pseudonim Pawłow, miał napisać: "Praca organów MSW
zawsze mi się podobała i pragnę nawiązać kontakt z nimi i okazać im pomoc
w wykrywaniu złych zjawisk wśród młodzieży", a dalej: "obiecuję, że będę
obiektywny i że informował będę w porę o postępowaniu moich znajomych
skierowanym przeciwko władzy ludowej lub o charakterze kryminalnym".
Trenczew zażądał od ministerstwa spraw wewnętrznych Jordana Sokołowa
opublikowania wszystkich dokumentów z jego teczki oraz przeprowadzenie
ekspertyzy oryginałów. Podkreślił też, że gdy był uczniem, zaproponowano
mu kupno narkotyków i wówczas za radą ojca powiadomił o tym policję. Po
raz pierwszy został aresztowany w 1977 roku i nigdy nie współpracował z
policją w sprawach politycznych. Najpierw Danow powiadomił Komisję, iż jej trzej
członkowie byli agentami, ale za takiego można uważać jedynie Canko
Cankowa (zwerbowany w roku 1975), którego sumienność chwalono i
zaproponowano przeniesienie z VI do II Zarządu Głównego. Bojko Kostow, syn
Trajczo, w wieku lat 16 był szefem szkolnej siatki agentów (1947-1949).
Gdy w 1949 roku powieszono jego ojca i ogłoszono wrogiem ludu, zerwał
współpracę z DS. Kostanow, który reprezentuje siły reformistyczne w partii
komunistycznej uważa, że jego nazwisko znalazło się na liście agentów z
zemsty DS za poszukiwania morderców ojca. Petko Ogojski "kolaborował" z DS
w latach 1958-1959, ale na nikogo nie doniósł, starał się przechytrzyć
policję i unikał spotkań z oficerem prowadzącym, który na to się skarżył w
swoich raportach. Pierwsza lista dostarczona przez MSW, oprócz trzech
wymienionych, zawierała jeszcze 25 nazwisk, w tym 11 przypadków wątpliwej
współpracy, wymuszonej często torturami. Krum Newrokopski pisał w obozie w
Belene raporty (1952-1953), ale po zwolnieniu odmówił współpracy. Łazar
Dyłgarski był na liście DS od 19 do 26 marca 1956 r., ale po powrocie do
domu odmówił współpracy. Asen Rajnow podpisał deklarację w więzieniu
(1951-1952), ale po wyjściu na wolność zerwał z DS. Manoł Żurnałow
podpisał deklarację w areszcie (1954), później (1957) został skreślony z
listy agentów i zesłany do Belene. Iordan Kukurow zgodził się na
współpracę w areszcie (1951), ale nie dawał informacji i został skreślony
z listy (1955). Iwan Michow, zwerbowany w 1947 i 1957 roku, dezinformował
DS, działał w grupach opozycyjnych chroniąc ich przywództwo i działaczy,
został więc aresztowany. Josif Petrow zgodził się na współpracę w areszcie
(1951), ale pisał raporty tylko na osoby, które emigrowały, a w jego
aktach przechowywane są głównie jego utwory literackie. Petrowa
aresztowano i skreślono z listy agentów (1956). Pirin Wodeniczarow napisał
w 1974 roku dwa raporty, w których bronił ludzi podejrzewanych przez
policję. Ibrahim Tatarły pracował w DS w latach 1944-1949, następnie
został tajnym współpracownikiem DS, ale nie donosił na nikogo i współpracę
zakończył na własną prośbę w 1951 roku. Stojczo Donew pisał raporty
przeciwko samemu sobie (1985-1989). Oprócz I. Tatarły wśród posłów znalazł się jeden emerytowany funkcjonariusz DS i MSW, Błagoj Deczew (1971-1.7.1990) oraz zastępca kierownika samodzielnego zarządu w MSW, Iwan Krystew (od 1979 roku w DS). Przed zakończeniem prac Komisji minister Danow powiadomił Tambujewa, że wiceminister Samandżijew samowolnie skreślił z listy pięć nazwisk agentów nadal czynnych, w tym kilku ministrów. Nowa lista przedstawiona przez płk. Stefanowa, nowego naczelnika służby "informacja i archiwum", zawierała jednak tylko dwa nowe nazwiska. Na temat trzech dalszych Stefanow stwierdził: "ministrowie zostali przeniesieni do innych Zarządów, gdzie wykonują pożyteczną pracę i nie mogą być ujawnieni". Dwie nowe osoby to: Trifon Georgijew czynny od 1972 roku oraz wiceprzewodniczący parlamentu i działacz Związku Chłopskiego, Iwan Głuszkow, zwerbowany przez kontrwywiad (1973), pracował dla policji politycznej (1988) i dla II Zarządu (1989). Sam Iwan Głuszkow zaprzeczył, iż był agentem i zażądał przedstawienia mu dowodów. Po dwugodzinnej rozmowie z Głuszkowem, Danow przyznał, iż "okazało się, że (Głuszkow) jest wpisany na listę agentów, ale nie ma jego teczki" i minister poskarżył się, iż został oszukany przez podwładnego, którego już ukarano.[37] 23 kwietnia 1991 roku w parlamencie wielu starszych posłów opowiedziało o okolicznościach podpisania deklaracji współpracy z DS.[38] Dla wszystkich stało się jasne, iż celem manipulacji komunistów z MSW było ukrycie aktualnych agentów, uzyskanie zgody na zniszczenie dowodów ich działalności (teczek personalnych), kompromitacja opozycji oraz wprowadzenie takiego zamieszania w sprawie kryteriów współpracy, by można było posługiwać się tym oskarżeniem w sposób całkowicie dowolny. Odrażające wrażenie powstało, gdy komunistyczni posłowie zarzucali swym przeciwnikom współpracę z DS. Torturujący oskarżali torturowanych, że nie wytrzymywali ich tortur i załamywali się. W tej sytuacji parlament zdecydował, by w ogóle nie odczytywać sprawozdania Komisji Tambujewa i zamroził akta dawnych współpracowników na 30 lat; część deputowanych zaproponowała nawet spalenie teczek personalnych. Członkowie Komisji podali się do dymisji, a samą Komisję parlament rozwiązał. Podjęto też śledztwo przeciwko redaktorom naczelnym, autorom i dostarczycielom materiałów DS opublikowanych w "Faksie", "Debatach" i "Reporterze". Było to działanie na pokaz, gdyż oskarżenie może dotyczyć tylko złamania procedury, ale nie naruszenia tajemnicy państwowej. Wszystkie te decyzje nie mogłyby zostać podjęte bez poparcia komunistycznej większości parlamentarnej. "Duma" naigrywała się z dawnych więźniów i groziła, że "Faks" może również opublikować sprawozdanie Komisji Tambujewa, a "wtedy ci, którzy nie zechcieli usłyszeć raportu, będą mieli przyjemność przeczytania go". "Dossiers mają tę zdolność, że powracają i się rozmnażają" - straszyła "Duma".[39] W niedługim czasie sam Tambujew opublikował opis swej pracy w Komisji. Udana operacja zachęciła ministra Danowa do jej powtórzenia, tym razem w walce z Podkrepą. Pod koniec sierpnia 1991 roku przekazał on ówczesnemu premierowi Popowowi listę 15 działaczy tego związku, którzy mieli współpracować z DS. Dossiers pojawiły się, rzecz jasna na łamach prasy komunistycznej, wtedy gdy było to wygodne dla przeciwników USD. 9 stycznia 1992 roku, w czasie kampanii prezydenckiej, "Duma" opublikowała deklarację współpracy z DS podpisaną przez szefa sztabu wyborczego Żeliu Żelewa, Chrysto Iwanowa. Nosi ona datę 11 listopada 1980 roku, Iwanow, pseudonim Aleksandyr, w 1984 roku przebywał w RFN jako stypendysta Fundacji Humboldta, z której mógł skorzystać dzięki pomocy bezpieki. W ocenie DS "agent dostarczył materiały uzyskane dzięki uczestnictwu w konferencji naukowej zorganizowanej przez NATO, którymi określone zainteresowanie przejawiło KGB, gdy przekazano mu je celem wykorzystania i oceny". Aleksandyr szpiegował pracowników naukowych RFN i informował o zachowaniu pracowników Bułgarskiej Akademii Nauk. Na podstawie jego doniesień na temat negatywnego zachowania pewnego profesora kubańskiego, sporządzono odpowiedni raport, który przekazano towarzystwom kubańskim. Część opozycji była przeciwna zamrożeniu teczek
personalnych agentów. Ahmed Dogan, przewodniczący partii reprezentującej
muzułmanów (DPS), określił tę decyzję jako "czystą manipulację". Jeśli podliczyć wszystkich tajnych współpracowników MSW w poprzednim parlamencie bułgarskim wybranym w przynajmniej częściowo wolnych wyborach, okaże się, że co trzeci poseł był agentem. Daje nam to pojęcie o stopniu infiltracji elit politycznych w społeczeństwach postkomunistycznych. Przykład bułgarski ukazuje też, że dopóki komuniści mają kontrolę nad archiwami MSW, mogą oni dowolnie manipulować kwestią tajnych współpracowników i storpedować samoobronę opozycji przed agentami. Po zwycięstwie Unii Sił Demokratycznych w wyborach
parlamentarnych i prezydenckich, w lutym 1992 roku problem weryfikacji
powrócił na forum Zgromadzenia Narodowego Bułgarii. Trzy grupy posłów USD
rozpoczęły pracę nad projektami ustaw. Poseł Staszo Stojanow proponuje, by
zakaz sprawowania funkcji państwowych obowiązywał przez 30 lat.
Obejmowałby byłych sekretarzy organizacji partyjnych na poziomie
przedsiębiorstw instytucji, którzy zostali członkami KC KPB, KC Komsomołu
lub Rady Frontu Ojczyźnianego do 1991 roku włącznie oraz absolwentów
Uniwersytetu im. Dzierżyńskiego i Akademii MSW w ZSRR. W ministerstwach i
ich resortach, w policji, armii, w zarządach banków i przedsiębiorstw
państwowych nie mogliby pracować również uczestnicy tzw. "procesu
odrodzenia narodowego" (chodzi o okres represji w latach 1980-tych),
sędziowie i prokuratorzy, którzy zajmowali się sprawami DS. Zaświadczenie
wydawane przez MSW zapewniałoby, że kandydaci na posady państwowe nie byli
agentami DS.
Rumunia - farsa W Rumunii komuniści zachowali całkowitą kontrolę nad
MSW, wywiadem (Służbą Informacji Zewnętrznej - SIE) oraz nad policją
polityczną (Rumuńska Służba Informacyjna - SRI), w której znalazł pracę
trzon dawnych funkcjonariuszy Securitate (np. dyrektor główny SRI, Virgil
Maguranu był pułkownikiem Securitate, jego zastępcą został gen. Mihai
Stan, jeden z kierowników Służby Dezinformacji Securitate). W połowie maja 1991 roku Claudiu lordache złożył w Izbie Deputowanych wniosek, podpisany najpierw przez ośmiu, a potem przez 150 posłów i senatorów, w którym stwierdzono, że "grupa posłów zwraca się do Stałego Biura Zgromadzenia Deputowanych, aby podjęło decyzję w sprawie utworzenia komisji Izby Poselskiej, która zostanie upoważniona do sprawdzenia akt osobowych wszystkich członków obu izb Konstytuanty, władz wykonawczych i sądowych założonych przez policję polityczną (Securitate)". Virgil Maguranu, szef SRI, stwierdziwszy publicznie w parlamencie, iż to właśnie kontroluje dossiers, obiecał całkowitą pomoc w realizacji zadań wynikających z wniosku lordache. Jednocześnie Maguranu poradził, by dziesięciu sygnatariuszy wniosku od razu podało się do dymisji, gdyż sami byli konfidentami Securitate, nie wymienił jednak żadnego nazwiska. Wyjaśnienie szefa SRI zrodziło od razu szereg pytań: gdzie są przechowywane dossiers obywateli i kto ma do nich dostęp, czy są wykorzystywane, a jeśli tak, to w jakim celu? Na żadne z nich opozycja nie otrzymała odpowiedzi. Sam wniosek też nasuwa zastrzeżenia. Dlaczego komisję weryfikacyjną ma powołać Biuro, a nie sam parlament? Dlaczego wniosek ma być omawiany razem z ustawą o SRI, która daje policji nieograniczone uprawnienia? Ion Ratiu z partii chłopskiej zaznaczył: "jest sprawą
bardzo ważną, abyśmy wiedzieli dokładnie, jak zachowywali się członkowie
Parlamentu Rumuńskiego w okresie przed rewolucją", a następnie wyraził
obawę, iż ujawnieni zostaną tylko agenci w opozycji, a nie w FSN, a więc
będzie to nowe uderzenie w opozycję podważające jej wiarygodność. Dopóki
jednak feseniści mają kontrolę nad MSW, nie można w praktyce uniknąć
takiego właśnie obrotu sprawy. Węgry - koniec zawieszenia broni? Na Węgrzech przejęcie władzy z rąk komunistów przez opozycyjną elitę nastąpiło bez żadnych zakłóceń. Porozumienie było tak harmonijne, że nie wymagało żadnego udziału społeczeństwa, które pozostało na uboczu gry politycznej. Mimo afery Vegvariego nie doszło do większego konfliktu między obu stronami. 5 stycznia 1990 Vegvari ujawnił, iż wbrew układowi z opozycją, jej przywódcy są w okresie przedwyborczym nadal inwigilowani przez tajną policję, i to mimo iż oficjalnie w październiku 1989 roku premier Miklos Nemeth nakazał zaprzestanie zbierania informacji tego typu. Major Vegvari został oskarżony o ujawnienie tajemnicy służbowej, ale po wyborach jego proces zakończył się uniewinnieniem (listopad 1990). Wytoczono natomiast proces jego zwierzchnikom: Ferencowi Pallagi, szefowi Państwowej Służby Bezpieczeństwa - AVSZ i Jozsefowi Horvathowi, szefowi Departamentu III/III (walka z opozycją) o działania niezgodne z prawem. Oskarżeni wytłumaczyli się, że nie zdążyli zatrzymać rutynowej pracy AVSZ i proces ich również zakończył się uniewinnieniem (25.04.1991); w ten sposób stosunki polityczne powróciły do stanu równowagi. Takie traktowanie społeczeństwa przez jego własną klasę polityczną spowodowało jej całkowite wyobcowanie się. Według ankiety AISA z kwietnia 1991 roku jedynie 20% Węgrów obdarzało zaufaniem czołowe siły polityczne kraju. Jeszcze we wrześniu 1989 roku premier Nemeth wezwał KGB, przynajmniej oficjalnie, by wycofał swych oficerów z MSW, a w styczniu 1990 roku zlikwidowano AVSZ. W nowym parlamencie powołano międzypartyjną Komisję Bezpieczeństwa Narodowego - NBB, która nadzoruje sprawy bezpieczeństwa. W maju utworzono na miejsce dawnego AVSZ: Narodowe Biuro Bezpieczeństwa (kontrwywiad, ochrona konstytucji, walka z terroryzmem) i Biuro Informacyjne (wywiad), które kontroluje minister bez teki Gabor Galszecsy. Ponadto istnieje Urząd Bezpieczeństwa Wojskowego, czyli wywiad i kontrwywiad wojskowy. Do nowych służb przyjęto większość starych funkcjonariuszy MSW.[44]
Projekt rządowy ustawy przewiduje, że kontrola będzie dotyczyła: posłów, urzędników państwowych zobowiązanych do składania przysięgi, sekretarzy stanu i ich zastępców oraz urzędników państwowych tej samej rangi, naczelników począwszy od poziomu dyrektora departamentu, przewodniczącego Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i jego zastępców, dyrektorów banków z udziałem skarbu państwa przekraczającym 50% ich kapitału, przewodniczących i wiceprzewodniczących sądów wojewódzkich, Sędziów Sądu Najwyższego, przewodniczących rad, kierownictw prokuratur wojewódzkich i Prokuratury Generalnej, generałów Armii Węgierskiej, nadburmistrzów i burmistrzów, przewodniczących rad narodowych, kierowników instytucji szkolnictwa wyższego i kierowników katedr, kierowników i redaktorów na stanowiska odpowiedzialnych w Węgierskiej RTV, współpracowników gazet o nakładzie przekraczającym 50 tys. egzemplarzy i kierowników stowarzyszeń utrzymujących owe pisma (wydawców). Ustawa dotyczyłaby około 10 tysięcy osób.[48] Faktycznie weryfikację według projektu rządowego ma prowadzić minister spraw wewnętrznych, zaś kontrolę nad jej poprawnością sprawowałby każdorazowy przewodniczący parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego (obecnie Laszlo Kover z FIDESZ). O sprawdzenie danej osoby wnioskowałaby do ministra spraw wewnętrznych "wielka czwórka": prezydent, premier, marszałek sejmu i przewodniczący Sądu Konstytucyjnego (obecnie są to: Jozsef Antaii, Arpad Goncz, Gyorgy Szabad i Laszlo Salyom). MSW przekazywałoby "czwórce" dokument, na podstawie którego mogłaby ona wnioskować o charakterze działalności osoby kontrolowanej, a następnie powiadamiałaby ją o weryfikacji. W projekcie ustawy nie ma jeszcze konkretnej wskazówki, w jaki sposób osoba "pozytywnie" sprawdzona mogłaby się bronić. Następnie, jeśli prezydent, premier, marszałek parlamentu lub przewodniczący Sądu Konstytucyjnego uznaliby to za uzasadnione, wzywaliby daną osobę do dymisji. I dopiero gdyby ona nie ustąpiła, znosiliby tajemnicę ochraniającą informacje zaczerpnięte o niej z kartoteki.[49] Zdaniem Petra Hacka, rządowa ustawa stanowi zmodyfikowaną wersję projektu SzDSz; rozszerza ona krąg osób podlegających kontroli, zaciemniając jednocześnie jej procedurę. Hack i Gabor Demszky proponowali, by sporządzić dwie listy: agentów i oficerów oraz wykaz stanowisk wymagających weryfikacji. W wypadku, gdyby jakaś pozycja występowała na obu listach, wówczas danej osobie proponowano by dymisję lub ujawnienie. Według projektu rządowego, w każdym wypadku "wielka czwórka" zadaje pytanie MSW i to ministerstwo decyduje o odpowiedzi, gdyż czwórka nie ma wglądu do archiwów. Nie jest jasne, na jakiej podstawie stawia ona pytanie ministerstwu o daną osobę. Jeśli "pozytywnie" zweryfikowany odmówi podania się do dymisji, najpierw trzeba uzgodnić dalsze postępowanie w gronie czterech dostojników państwowych. W interpretacji Hacka projektu rządowego, wymaga on, by zanim czwórka wysłała zapytanie do MSW, osiągnęła między sobą jednomyślność co do zasadności kontrolowania danej osoby.[50]
Sytuacja polityczna była bardzo delikatna, bowiem FKGP
jest drugą pod względem wielkości partią koalicyjnego rządu Antalla.
Premier oświadczył jednak, że w koalicji nie będzie żadnych zmian.
Czecho-Słowacja - likwidacja agentury Czecho-Słowacja jest jedynym krajem postkomunistycznym
(nie licząc NRD), w którym po dokonaniu przez komisje społeczne
weryfikacji funkcjonariuszy dawnej policji politycznej StB, zdecydowano
się zwolnić w końcu wszystkich byłych pracowników StB. Na kilka dni przed wyborami w 1990 roku federalny
wiceminister spraw wewnętrznych Jan Rumi ujawnił, iż przewodniczący Partii
Ludowej, Josef Bartonczik, był tajnym współpracownikiem StB i dlatego nie
powinien sprawować żadnego urzędu publicznego. Na polecenie Prokuratora
Generalnego dokument dowodzący współpracy Bartonczika został opublikowany.
Partia Ludowa chciała wytoczyć sprawę sądową o zniesławienie, ale
prokuratura uznała, iż dowody kolaboracji są zbyt oczywiste i cała sprawa
upadła, zaś sam Bartonczik musiał w końcu odejść ze stanowiska
przewodniczącego partii, choć pozostał posłem. Kandydaci na posłów podpisywali przed wyborami oświadczenia, iż nie współpracowali z StB. Komisja głosowała nad każdym przypadkiem kolaboracji osobno; jeśli większość uznała, iż dana osoba była tajnym współpracownikiem StB, wzywano ją na rozmowę i proponowano wycofanie się z życia politycznego. Dopiero w wypadku odmowy podania się do dymisji lub złożenia mandatu, Komisja mogła ogłosić publicznie fakt kolaboracji z policją polityczną. Wśród posłów Zgromadzenia Federalnego było 16 takich przypadków, w tym ówcześni przywódcy ruchu morawskiego Boleslav Barta i Vaclav Tomis oraz działacz lewicowej opozycji Jan Kavan. Ujawnienie 22 czerwca 1991 roku 16 agentów nie wyczerpało zadań Komisji. Jeszcze 11 lutego jej rzecznik prasowy stwierdził, iż ustalono, że agenci StB są wśród "osób wysoko postawionych w kierownictwie państwowym, wśród posłów Parlamentu Federalnego, ministrów federalnych i ich zastępców, pracowników Kancelarii Parlamentu Federalnego i Biura Prezydium Rządu".[59] Podczas posiedzenia parlamentu federalnego poświęconego weryfikacjom (24.05.91) Komisja stwierdziła, iż zakończyła sprawdzanie członków rządu, pracowników Kancelarii i Biura Prezydium Rządu. Jednocześnie podkreślono, iż wielu dawnych agentów i funkcjonariuszy StB pracuje w środkach masowego przekazu. Komisja zaproponowała ujawnienie całej siatki StB zwalczającej "nieprzyjaciela wewnętrznego", tj. nazwisk wszystkich tajnych współpracowników i agentów z tej sfery zainteresowań dawnej policji. 29 maja parlament odrzucił wniosek Komisji o weryfikację dziennikarzy i ujawnienie siatki StB. Prawica, zwłaszcza Partia Obywatelsko-Demokratyczna - ODS, Sojusz Obywatelsko-Demokratyczny - ODA i Klub Zaangażowanych Bezpartyjnych - KAN, poparły Komisję, lewica natomiast, szczególnie komuniści i Ruch Obywatelski - OH, sprzeciwili się wnioskowi. Miesiąc później wicepremier Pavel Rychetsky (OH) podał w wątpliwość wiarygodność rejestrów tajnych współpracowników, które - jego zdaniem - nie mogą stanowić wystarczającego dowodu kolaboracji. Odpowiedź Komisji Rumla oraz komisji parlamentu czeskiego (powołał on swą własną komisję weryfikacyjną), była jednoznaczna; dotychczas nie znaleziono żadnego przypadku potwierdzającego tezę Rychetskiego, zaś teczek personalnych nie można było sfałszować.[60] 22 maja 1991 roku premier federalny Marian Czalfa stwierdził, iż członkowie rządu zostali zweryfikowani według stanu osobowego z 15 lutego 1991 roku; liczba 33 pracowników Urzędu Rady Ministrów i 14 ministrów oraz ich zastępców, którzy byli tajnymi współpracownikami policji politycznej, ze względu na znaczne zmiany personalne nie odpowiada aktualnej sytuacji. Jednocześnie sprawdzono, iż w Kancelarii Zgromadzenia Federalnego pracowało 25 byłych konfidentów StB.[61] Sprawie tej poświęcone było posiedzenie rządu federalnego z 10 czerwca. W komunikacie, który następnie opublikowano, podano do wiadomości, że żaden aktualny członek rządu federalnego nie został zweryfikowany "pozytywnie", natomiast przypadki wiceministrów - tajnych współpracowników StB, zostaną zbadane w terminie do końca czerwca. Jednocześnie wezwano wszystkie osoby prywatne posiadające dokumenty z archiwów StB o ich zwrot i zagrożono represjami, w wypadku posługiwania się takimi materiałami.[62] Decyzja ta jest istotna, gdyż według Tomana dossiers StB znalazły się w posiadaniu wielu osób. Akta, o których sądzono, że zostały zniszczone, w rzeczywistości skradziono lub zmikrofilmowano przed spaleniem. Teoretycznie weryfikacja i obrona "pozytywnie
zweryfikowanych członków rządu federalnego, pracowników Biura Rządu i
Kancelarii Zgromadzenia Federalnego" miały skończyć się 30 czerwca.
Tymczasem w tydzień później Jirzi Rumi skarżył się jeszcze, że "dokumenty
nie są w porządku, brakuje ludzi, konkretnych nazwisk. Dopiero gdy
prowadzący weryfikacje w Kancelarii parlamentu uzupełnią te braki,
będziemy mogli przekazać całe dossier... parlamentowi federalnemu".[63] 2. świadomym współpracownikiem StB (zaufani i
kandydaci); O grupach 1 i 2 oświadczenie wydaje Federalne MSW w
terminie 60 dni, w pozostałych kategoriach wystarczy oświadczenie na honor
samego obywatela. Członkowie grup 2-5 mogą zwrócić się do komisji
kwalifikacyjnej o zbadanie ich przypadku. Wszyscy zainteresowani mogą
zwrócić się do sądu, który będzie mógł potwierdzić lub odrzucić
twierdzenie Federalnego MSW lub komisji. Ustawa nie dotyczy osób, które po
17 listopada zostały zrehabilitowane, a więc wcześniej były karane za
działalność opozycyjną, o ile nie były pracownikami lub współpracownikami
StB. Jeśli działały one w opozycji, lecz nie były skazane, podlegają
ustawie na równi z osobami z grup 1-5. O weryfikację własnej osoby może poprosić każdy obywatel po ukończeniu 18 roku życia. O weryfikację redakcji może za zgodą poszczególnych dziennikarzy zwrócić się wydawca lub użytkownik środków masowej komunikacji, podobną możliwość mają kierownictwa partii i ruchów politycznych. Bez zgody zainteresowanego nie można publikować ekspertyzy MSW lub komisji.[66] Kategoria "świadomy współpracownik" StB została
sformułowana niepreczyjnie i dlatego spowodowała wiele nieporozumień.
Dlatego też MSW musiało wprowadzić zmiany do wydawanych przez siebie
zaświadczeń. Zgodnie z ustawą za "świadomą współpracę" uważa się fakt
zarejestrowania obywatela w ewidencji StB jako: człowieka zaufanego - D,
kandydata tajnego współpracownika - KTS lub tajnego współpracownika
zaufanego kontaktu - TS OS, który wiedział, że spotyka się z
funkcjonariuszami StB, przekazywał im informacje w drodze tajnego kontaktu
lub spełniał nakładane na niego zadania. Tymczasem MSW może tylko
stwierdzić, czy obywatel został zarejestrowany pod jedną z trzech
wymienionych kategorii, nie może natomiast w żadnym wypadku wydać
zaświadczenia o jego świadomej współpracy bądź jej braku. Obywatel, który
otrzyma omawiany rodzaj zaświadczenia, może zwrócić się do niezależnej
komisji, aby rozsądziła czy współpracował on świadomie z StB, czy w ogóle
z nią nie współpracował, gdyż w trzech wymienionych kategoriach mogli być
ewidencjonowani również obywatele, którzy nie mieli o tym najmniejszego
pojęcia, później stawali się nawet sami osobami śledzonymi.[67] Do pierwszego kwietnia 1992 roku powinny zakończyć się weryfikacje prowadzone przez czeską komisję w parlamencie i rządzie republikańskim. Przewodniczący komisji, Ivan Maszek odmówił udzielenia informacji o liczbie "pozytywnie" skontrolowanych, gdyż nie chciał, by jego wypowiedź łączono z faktem podania się do dymisji ministra sprawiedliwości Leona Richtera. Maszek podkreślił jednak, że sprawdzian dotyczy wyłącznie faktu współpracy z StB, natomiast komisja nie może wypowiadać się na temat ewentualnej współpracy z KGB, bowiem nie zna jej siatki agenturalnej.[69] Komisja stwierdziła ostatecznie, że odwołany w dniu 24 stycznia 1991 roku przez Prezydium parlamentu czeskiego minister środowiska naturalnego, B. Moldan nie współpracował z StB. Zmiana ocen komisji spowodowana była wprowadzeniem precyzyjniejszych kryteriów.[70] 30 stycznia 1992 roku zakończyła swą pracę "Komisja 17 listopada". Przy tej okazji szczyt osiągnęła afera "pozytywnie" zweryfikowanego posła SDO (Orientacja Socjal-Demokratyczna), Jana Kavana, przed rewolucją dyrektora londyńskiej "Palach Press" i głównego kontaktu organizacyjnego Karty77. Kavan nigdy nie przyznał się do współpracy z StB i oskarżał MSW o zniesławienie, a jednocześnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w prasie europejskiej ukazywały się seriami artykuły dowodzące szkodliwości weryfikacji, skoro prowadzą one do oskarżenia tak kryształowego działacza, jak Kavan. Lewica nie mogła pogodzić się z myślą, że jej kontakty zagraniczne były pod stałą kontrolą policji. Rzecznik MSW wyjaśnił, że StB nie prowadziła teczki agenta na Jana Kavana, ale minister spraw wewnętrznych Jan Langosz nigdy NIE stwierdził, że Kavan NIE był współpracownikiem StB. Langosz popiera stanowisko Komisji Rumla, iż Kavan był zarejestrowany w I Dyrekcji MSW (wywiad) w tomie nr 12402 jako współpracownik StB w kategorii TS DS, o pseudonimie Kato i utrzymywał kontakt od 1968 roku do czerwca 1970 roku.[71] Trzech członków "Komisji 17 listopada": Stanislav Devaty, Jan Vidim i Jirzi Pospiszil spotkało się 4 grudnia 1991 roku w biurze Komisji z ekipą filmową "Christian Science Monitor". Nakręcono film, który 29 stycznia 1992 roku wyświetliła telewizja czeska. Na ekranie było widać, jak poseł Devaty pokazuje akta personalne Kavana z archiwum StB z datą 31 maja 1975 roku. Devaty odczytał też na głos fragment z akt: "Kato, wiedząc, że jego raporty są przekazywane oficjalnym placówkom w Czechosłowacji, nie ma wątpliwości, że dysponuje nimi wywiad...". Filmowcom pokazano również fragment filmu video nakręcony przez StB 28 listopada 1989 roku na przyjacielskim spotkaniu przy szampanie Kavana z funkcjonariuszami resortu.[72] Devaty złamał w ten sposób tajemnicę okrywającą informacje dostępne Komisji. Gdyby akta były jawne, do sprawy Kavana nigdy by nie doszło Parlament miał podjąć decyzję o zniesieniu tajności i odczytaniu akt na sesji zamkniętej, by wreszcie całą sprawę zakończyć. Założony jesienią 1991 roku Sojusz Antykomunistyczny -
AA, w listopadzie zaczął rozpowszechniać pierwszy wykaz stu dziewięciu
agentów i tajnych współpracowników StB i zapowiedział kolportaż
następnych, tak by stopniowo ujawnić całą siatkę.[73] Lista
została wyniesiona z FBIS-u i zawiera szereg drobnych błędów oraz jedno
nazwisko, którego nie ma na oryginalnym wykazie. Prokuratura bada, czy
rozpowszechniana lista odpowiada prawdzie, by stwierdzić, czy dopuszczono
się zniesławienia. MSW uważa, że ujawnianie prawdziwych informacji o
agentach nie jest przestępstwem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednak
zastosowanie modelu niemieckiego, jak sądzą pracownicy MSW, gdyż z akt
można dowiedzieć się o wiele więcej niż z samej tylko listy, która może
być myląca. Brak weryfikacji i nieujawnianie tajnych współpracowników StB umożliwia funkcjonariuszom dawnej policji dowolne szafowanie oskarżeniami pod adresem polityków słowackich. Oficer StB Demikat publicznie stwierdził, że Ivan Czarnogurski, wiceprzewodniczący parlamentu i brat obecnego premiera Jana Czarnogurskiego, był agentem StB. W czasie rozmów weryfikacyjnych w słowackim MSW Demikat nic na ten temat nie mówił.[77] Gdy Jozef Boksay dokonał weryfikacji w swym słowackim
ministerstwie handlu zagranicznego i na podstawie list tajnych
współpracowników otrzymanych od federalnego MSW zwolnił 300 osób (na 1300
pracowników) zweryfikowanych "pozytywnie", funkcjonariusz StB Burak
oskarżył Boksaya o powiązania z StB i zaszantażował ujawnieniem tego
"faktu" publicznie, gdyby minister nie zmienił swego postępowania.[78] 20 czerwca Słowacka Rada Narodowa uchwaliła ustawę o weryfikacjach, którym zostaną poddano wszyscy posłowie, członkowie rządu, prokuratura generalna, sędziowie Sądu Najwyższego, pracownicy Kancelarii Parlamentu i biura rządu, dyrekcja TViR, CzTK, przedstawiciele administracji państwowej i ci, którzy mieliby objąć niektóre z wymienionych stanowisk. Komisja weryfikacyjna wybrana przez parlament słowacki miała zakończyć swą pracę do 31 grudnia 1991 roku, ale w praktyce nie zaczęła ona nawet swej działalności. W praktyce słowackie MSW jest obecnie kierowane przez dawnych wysokich funkcjonariuszy StB.[80] Przeciwnicy weryfikacji na ogół zgodnie podkreślają, iż zniszczenie znacznej części akt powoduje, że dawni funkcjonariusze bezpieki stają się świadkami i poprzez swoje zeznania decydują, kto był, a kto nie był agentem. Praktyka wykazuje, iż zastrzeżenie to jest prawdziwe jedynie w sytuacji, gdy listy agentów pozostają nie zbadane przez komisje parlamentarne i nie opublikowane tkwią w sejfach KGB lub sejfach nowych kandydatów na dyktatorów i manipulatorów. Litwa - śladem rozwiązania czeskiego 12 listopada rząd Litwy postanowił, że "byli pracownicy i informatorzy (agenci) KGB ZSRS nie będą mogli przez okres lat pięciu piastować urzędów ministerialnych Republiki Litewskiej, stanowisk dyrektorów departamentów i innych państwowych służb i inspekcji, jak również stanowisk kierowniczych w podstawowych jednostkach struktury ministerialnej (departamentach) oraz w zarządach miejskich i rejonowych (stanowisko kierownika i zastępcy). Byli pracownicy i informatorzy (agenci) KGB ZSRS pełniący obowiązki wymienione w tym punkcie, muszą ustąpić z zajmowanych stanowisk do 1 stycznia 1992 roku." Rząd postanowił także "zwrócić uwagę osób
współpracujących ze strukturami KGB ZSRS, że taka działalność będzie
oceniana jak przestępstwa państwowe i osoby te będą pociągane do
odpowiedzialności karnej zgodnie ustalonym porządkiem prawnym."[81] Na prowincji przynajmniej część archiwów KGB wraz z pełnymi wykazami tych współpracowników została zabezpieczona przez władze litewskie i komisję parlamentarną zajmującą się badaniem działalności KGB. Archiwa centralne w Wilnie są w sporej części zdekompletowane, ale będzie można odtworzyć listy agentów KGB m. in. na podstawie zachowanych w całości dokumentacji spraw karnych wytoczonych członkom opozycji politycznej, gdyż w aktach zachowały się donosy agentów. Za oświadczeniem rządu z 12 listopada nie poszły jednak żadne zdecydowane kroki i dlatego zostało ono całkowicie zignorowane. Rząd nie odważył się na ujawnienie żadnego agenta. Dotychczas ujawniono na łamach prasy tylko dwu agentów KGB. W październiku 1990 roku dziennik "Respublika" opublikował faksymile karty ewidencyjnej agentki KGB o pseudonimie Szatrija, zwerbowanej w 1980 roku, z widocznym podpisem ówczesnej premier Litwy, Kazimiery Prunskiene, oraz wykaz jej oficerów prowadzących. W wywiadzie udzielonym następnie temu pismu premier przyznała, iż pracowała dla Andropowa, ponieważ zależało jej na wprowadzeniu reform ekonomicznych, KGB była jedyną instytucją zdolną do ich realizacji. Wydaje się, że ujawnienie Prunskiene - Szatriji było wynikiem wewnętrznych walk KGB Litwy. W listopadzie 1991 roku "Respublika" opublikowała kilka
donosów, m. in. na Tomasza Venclovę, podpisanych "Juozas", a następnie
"Mażoji Lietuva ujawniła, iż agent "Juozas" to pseudonim jednego z
założycieli Sajudisu, przywódcy Partii Niepodległości, Vergilijusa
Czepaitisa. W tym wypadku KGB i opozycji antyprezydenckiej chodziło o
poderwanie zaufania do prezydenta Landsbergisa, gdyż Czepaitis był jego
przyjacielem i jednym z najbliższych współpracowników politycznych.
Czepaitis nie przejął się sprawą, zachował zimną krew i nawet nie
zaprzeczał prawdziwości wydrukowanych dokumentów. Został też ponownie
wybrany przewodniczącym Partii Niepodległości. Przykład litewski ukazuje też, jak wysoko sięga infiltracja KGB i jak wielkie może być uzależnienie nowych elit politycznych w krajowych postkomunistycznych od tej instytucji. Była Niemiecka Republika Demokratyczna - Europa tworzy Sytuacja na terenie byłej NRD odbiega w istotny sposób od warunków panujących w państwach postkomunistycznych, gdyż Niemcy Wschodnie zostały wchłonięte przez kraj zachodni, europejski i demokratyczny, którego ani instytucje, ani społeczeństwo nie zostały zsowietyzowane. Władze w zjednoczonym państwie sprawuje i decyzje podejmuje zatem elita zachodnia, a nie grupa wyłoniona jeszcze w ustroju komunistycznym przy walnym współudziale policji politycznej. Po zjednoczeniu Niemiec akta policji politycznej -
Stasi przekazano specjalnemu urzędowi, na czele którego stanął pastor
Joachim Gauck[83], pełnomocnik nadzwyczajny rządu niemieckiego
do zbadania i kontroli akt osobowych byłej NRD. Na podstawie traktatu
zjednoczeniowego ustalono, iż dossiers Stasi pozostaną tajne, ale akta
osobowe wolno będzie wykorzystywać do kontroli posłów, urzędników i
współpracowników instytucji państwowych w procesach sądowych, postępowaniu
rehabilitacyjnym oraz dla obalenia fałszywych oskarżeń o współpracę z
policją polityczną. Na podstawie ustawy Bundestagu z listopada 1991 roku
od 2 stycznia 1992 roku każdy obywatel Niemiec uzyskał prawo do wglądu we
własną teczkę, sporządzenia jej Traktat zjednoczeniowy określił też warunki
wypowiedzenia stosunku pracy byłym agentom, o ile instytucja, która ich
zatrudnia, podejmie taką decyzję. W tym celu instytucje uzyskały prawo
zwracania się do urzędu Gaucka z prośbą o dostarczenie zaświadczenia
("opisu") dotyczącego stosunku zatrudnionego do Stasi. W wypadku osób już
pracujących ich zgoda nie jest wymagana, natomiast sprawdzenie
ubiegających się o pracę może mieć miejsce tylko za ich akceptacją.
Również posłowie wschodnich Landtagów musieli się zgodzić na weryfikację.
Do października 1991 roku wpłynęło 200 tys. wniosków o sprawdzenie (30
tys. miesięcznie), z czego załatwiono 60 tys. Do urzędu Gaucka zwracają
się o sprawdzenie swych pracowników przede wszystkim służby państwowe i
publiczne, instytucje centralne, regionalne i lokalne, w których pracy
zaufanie odgrywa ważną rolę. W Europie, inaczej więc niż w Polsce i
Rumunii, panuje przekonanie, że byli ubecy konfidenci policji politycznej
nie mogą być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, policjantami,
politykami czy posłami. Zdaniem pastora Gaucka prawo musi bronić poszkodowanych, tj. osób, na które donoszono, a nie konfidentów lub byłych oficerów Stasi winnych działania przeciwko społeczeństwu, terroryzowania ludzi, łamania prawa (nie chodzi o "prawo" komunistyczne) itp. Rozliczenie się z przeszłością i poznanie wszystkich tajników władzy komunistycznej jest niemożliwe bez weryfikacji. "Musimy przez to przejść" - dodaje Ulrike Poppe. Juergen Fuchs i Barbara Bohley idą nawet dalej, żądając dostępu dla wszystkich do akt Stasi, gdyż inaczej - ich zdaniem - nie będzie można zliczyć się z komunizmem i popełniony zostanie ten sam błąd połowiczności, co w wypadku rozrachunków z nazizmem. Już pierwsze wypowiedzi byłych opozycjonistów na temat informacji znalezionych w ich aktach poterdzają powyższe wnioski. Przede wszystkim dowiadujemy się, jaki był stopień zinfiltrowania, a nawet kształtowania przez Stasi opozycji wschodnioniemieckiej. Spośród 15 opozycjonistów, którzy w kwietniu 1988 roku zebrali się u U. Poppe, by zredagować protest przeciwko wydaleniom z NRD przeciwników reżimu, 4 współpracowało ze Stasi. Posłanka SPD i współzałożycielka jej wschodniej części, Angelika Barbe stwierdziła po przeczytaniu swych akt, że proces powstawania partii był sterowany i kontrolowany przez Stasi, zaś udział w pracach organizacyjnych konfidenta Ibrahima Boehmego, który został pierwszym przewodniczącym partii, był od początku zaplanowany przez policję. Dodajmy, że wschodnioniemiecka SPD uzyskała w wyborach 22% głosów. Manfred Stolpe (SPD), premier Brandenburgii, który jako wysoki dostojnik Kościoła protestanckiego często kontaktował się ze Stasi, by jak oświadczył, "skierować NRD na drogę państwa prawa bez rozlewu krwi", był również informatorem. Brak jego akt osobowych w archiwach Stasi wskazuje, iż zostały stamtąd usunięte, gdyż Stolpe musiał mieć dossier z racji zajmowanego stanowiska. Gerd Poppe i Berbel Bohley ujawnili, że ich obrońca Georg Gysi, obecnie przewodniczący Partii Demokratycznego Socjalizmu (komuniści), był "nieoficjalnym współpracownikiem" policji o pseudonimie Notariusz. Sam Gysi odrzucił wszystkie zarzuty. Dopiero ujawnienie jego teczki mogłoby wyjaśnić sytuację. Pozostali przywódcy partii wschodnioniemieckich: Wolfgang Schnur (Partia Demokratycznego Przebudzenia), Ibrahim Boehme (SPD) i Lothar de Maiziere (zastępca Helmuta Kohla w CDU i ostatni premier NRD) byli też agentami Stasi. Zdaniem J. Gaucka "jej funkcjonariusze wciąż szukali okazji do kontaktów i rozmów ze środowiskami opiniotwórczymi... Miało to na celu infiltrację... ale również oddziaływanie na nie, "zdalne sterowanie" nimi". Nie ma powodu, by sądzić, iż sytuacja w innych krajach komunistycznych zasadniczo różniła się od wschodnioniemieckiej; najwyżej obecne elity odmówiły ujawnienia prawdy i wyciągnięcia wniosków politycznych.[85] Dzięki dostępowi do akt można też wykryć i uniemożliwić działalność ludziom, którzy sprzeniewierzyli się zasadom posłannictwa, jakie niesie z sobą ich zawód. Pastor Heinz Eggert, minister spraw wewnętrznych Saksonii, dowiedział się, że w 1983 roku lekarz-psychiatra na polecenie Stasi wstrzyknął mu bakterie czerwonki. Reinhardt Wolf został na razie zawieszony w czynnościach. Heinrich Fink, dziekan Wydziału Teologii Uniwersytetu Humboldta, musiał podać się do dymisji w listopadzie 1991 roku, gdy wyszło na jaw, iż jako konfindent o pseudonimie Heiner trudnił się donoszeniem na swych kolegów i studentów. Rozwiązanie niemieckie, a więc efekt doświadczeń kraju europejskiego i demokratycznego, który stara się przezwyciężyć spadek już drugiego totalitaryzmu, spotkało się z wyjątkowo negatywną oceną w Polsce i to ze strony ludzi uważających się właśnie za Europejczyków i deklarujących chęć wejścia do Europy. W innych państwach postkomunistycznych, które mniej mówią o Europie, przykład niemiecki zachęcił do podjęcia problemu weryfikacji. Słowenia - początek dyskusji We wrześniu 1990 roku na posiedzeniu komisji parlamentarnej nadzorującej Służbę Bezpieczeństwa Państwowego - SDV poseł Slavko Kmeticz zaproponował, aby opublikować listę informatorów dawnej policji politycznej. Wojna z Serbią i armią jugosłowiańską spowodowała, iż omówienie wniosku odłożono i dopiero na początku 1992 roku problem dawnych agentów ponownie zaczął przyciągać uwagę polityków.[86] W Słowenii działały dwie służby: federalny kontrwywiad wojskowy - KOS oraz policja polityczna - SDV. KOS miał obowiązek uzyskania zgody bezpieki federalnej i republikańskiej na zwerbowanie każdego współpracownika, stąd archiwa SDV powinny zawierać pełną listę agentów. Istniała jednak zasada, iż w momencie gdy dany informator przestawał pracować dla SDV, powinno się go wykreślić z dokumentacji. Gdyby więc przepisu tego przestrzegano rygorystycznie, większość agentów znikłaby już z archiwów. Tajny współpracownik miał swe dossier, w którym zapisywano imię, nazwisko, pseudonim i sferę jego działalności. Przeciwnicy ujawnienia agentów (np. Peter Bekesz)
wskazują na zasługi tajnych współpracowników w przeciwdziałaniu
szpiegostwu przemysłowemu i na niebezpieczeństwo obezwładnienia na długie
lata słoweńskich służb specjalnych w sytuacji wzmożonej aktywności obcych
wywiadów i konfliktu zbrojnego na Bałkanach (lista słoweńskiego SDV byłaby
znana, _____________________ [1][1] Wystąpienie Stasysa Buszkevicziusa, przewodniczącego Litewskiego Związku Młodzieży Narodowej - Młoda Litwa, na konferencji w Paryżu w dniu 19 lutego 1992 roku. [1][2] "Spotkania" nr 19/1991, s. 3. [1][3] "Duma" z dn. 3 lutego 1992 roku. [1][4] "Duma" z dn. 27 stycznia 1992 roku. [1][5] ,,24 Czasa" z dn. 28 stycznia 1992 roku. [1][6] Andrzej Celiński, "Newsweek", November 23, 1987, s. 56. [1][7] Witold Bereś, Krzysztof Brunetko: Gliniarz z "Tygodnika ". Rozmowy z ministrem spraw wewnętrznych Krzysztofem Kozłowskim. Warszawa 1991, s. 62 i 48. [1][8] Roman Żelazny: Rozmowa z Joachimem Gauckiem. RWE: Fakty, Wydarzenia, Opinie z 12 i 13 października 1991 roku. [1][9] "Respekt" nr 45/1991, s. 6. [1][10] "Orientacja na Prawo", nr 511991, s. 2-3. [1][11] W. Bereś, op. cit., s. 62. [1][12] " Spotkania" z dn. 17 lipca 1991 roku, s. 17. [1][13] "Respekt" nr 4/1992, s. 2-3. [1][14] W.Berś, loc. cit. [1][15] Życie Warszawy z dnia 4 lutego 1991 roku. [1][16] "Polska Zbroina" z dn. 14 Stycznia 1991 roku. [1][17] W. Bereś, op. cit., s. 74-75. [1][18] "Uncaptive Minds" n 14, p. 39 [1][19] W. Bereś, op. cit., s. 63-64. [1][20] Tamże, s. 74-75 [1][21] "Sztandar Młodych" z dn. 19 grudnia 1990 roku; "Kurier Polski" z dn. 14 stycznia 1991 roku; "Czas" (krakowski) z dn. 4, 5, 6 oraz 20 grudnia 1990 roku. [1][22] "Spotkania" nr 5-6/1991. [1][23] W. Bereś, op. cit., s. 81-83; "Czas" (krakowski) z dn. 21 i 28 grudnia 1990 roku; "Tygodnik Solidarność" nr 1/1991. [1][24] "Czas" (krakowski) z dn. 28 grudnia 1990 roku. [1][25] "Orientacja na Prawo", loc. cit. [1][26] Tamże. [1][27] "Express Wieczomy" z dn. 17 maja 1991 roku. [1][28] "Tygodnik Solidarność" nr 1/1991. [1][29] "Konfrontacje" nr 7-8/1991, s. 10-11. [1][30] "Spotkania" nr 22/1991, s. 2-4. [1][31] W. Bereś, op. cit., s. 50-51. [1][32] Tamże, s. 121-122. [1][33] "Duma" z dn. 8 grudnia 1990 roku. [1][34] 34 "Trud" z dn. 8 lutego 1992 roku; "Demokracija" z dn. 7 i 10 lutego 1992 roku, "Podkrepa" z dn. 12 lutego 1992 roku. [1][35] Te i następne informacje na temat wyników i warunków prac komisji: Georgi Tambujew: Kompromat II. Sofija 1991, s. 142. [1][36] "Wek 21" nr 18 z dn. l maja 1991 roku. [1][37] "Demokraci ja" z dn. 23 kwietnia 1991 roku; por. Tambujew, op. cit. [1][38] "Zemedelsko zname" 24 kwietnia 1991 roku; "Duma" z dn. 24 kwietnia 1991 roku, "Faks" z dn. 25 kwietnia 1991 roku.. [1][39] "Duma" z dn. 30 kwietnia 1991 roku. [1][40] "24 czasa" z dn. 18-19 stycznia 1992 roku. [1][41] "Duma" z dn. 151utego 1992 roku. [1][42] "Express" nr 20/1991, s. 6-7. [1][43] "22" nr 2 i 6/1992. [1][44] "Reggeli Pesti Hirlap" z dn. 4 września 1990 roku; "Beszelo" z dn. 14 kwietnia 1991 roku; "Nepszava" z dn. 13 marca 1991 roku; "Magyar Nemzet" z dn. 12 czerwca, 12 września i 31 listopada 1990 roku oraz z 28 marca i 12 kwietnia 1991 roku; "Magyar Hirlap" z dn. 27 kwietnia 1990 roku oraz 11 stycznia i 26 lutego 1991 roku. [1][45] "Reggeli Pesti Hirlap" z dnia 4 września 1990 roku. [1][46] "Magyar Hirlap" z dn. 24 maja 1990 roku i z 26 stycznia 1991 roku; "Magyar Nernzet" z dn. 12 czerwca 1990 roku; "Nepszabadsag" z dn. 6 marca 1991 roku. [1][47] "Reggeli Pesti Hirlap" z dn. 11 maja 1991 roku; "Nepszava" z dn. 11 i 29 maja 1991 roku; "Vasarnapi Hirek" z dn. 12 maja 1991 roku; "MagyarNernzet" z dn. 13 maja 1991 roku; "Magyar Hirlap" z dn. 14 maja 1991 roku; "Pesti Megyei Hirlap" z dn. 15 maja 1991 roku; "Delkelet" z dn. 23 maja 1991 roku. [1][48] "HVG" z dn. 18 maja 1991 roku. [1][49] "Delkelet" z dn. 23 maja 1991 roku. [1][50] "Nepszava" z dn. 3 czerwca 1991 roku. [1][51] "Delkelet" loc. cit. [1][52] Sprawie Torgyana poświęcono wiele artykułów: "Nepszava" z dn. 1, 3,5,7 i 10 czerwca 1991 roku; "Nepszabadsag" z dn. 3 czerwca i 1 lipca 1991 roku; "Pesti Megyei Hirlap" z dn. 4 i 10 czerwca 1991 roku; "Magyar Nemzet" z 5 czerwca 1991 roku; "Uj Magyarorszag" z 5 czerwca oraz1l i 3 lipca 1991 roku; "Magyar Hirlap" z dn. 5 czerwca oraz z 1 i 3 lipca 1991 roku; "Kinn, Padon" z dn. 11 czerwca 1991 roku (wywiad z Torgyanem); "Vasarnapi Hirek" z dn. 30 czerwca, "Reggeli Pesti Hirlap" z dn.1l i 6 lipca 1991 roku; "Heti Kis Ujsag" z 5 lipca 1991 roku. [1][53] "Uncaptive Minds" n 2/1991, s. 18. [1][54]"Zemedelske noviny" z dn. l grudnia 1990 roku, s. 3. [1][55] "Lidove noviny" z dn. 4 grudnia 1990 roku. [1][56] "Respekt" nr 45/1991, s. 5-6. [1][57] "Lidove noviny" z dn. 7 grudnia 1990 roku, "Slovensky dennik" z dn. 7 grudnia 1990 roku. [1][58] "Lidove noviny" z dn. 21 grudnia 1990 roku; "Zemedelske noviny" z dn. 21 grudnia 1990 roku. [1][59] Wypowiedź P. Tomana: "Lidove noviny" z dn. 131utego 1991 roku. [1][60] "Lidove noviny" z dn. 10 czerwca; spór między Rychetskym a Tomanem i Rumlem: "Lidove Noviny" z dn. 25 i 26 czerwca 1991 roku. [1][61] "Lidove nowiny" z dn. 23 maja 1991 roku. [1][62] "Lidove noviny" z dn. 11 czerwca 1991 roku. [1][63] "Lidove noviny" z dn. 91ipca 1991 roku. [1][64] "Respekt" nr 33/1991, s. 8. [1][65] "Lidove noviny" z dn. 20 grudnia 1991 roku. [1][66] "Respekt" nr 40/1991, s. 4. . [1][67] "Lidove noviny" z dn. 31 stycznia 1992 roku. [1][68] "Respekt" nr 6/1992, s. 6. [1][69] "Lidove noviny" z dn. 6 stycznia 1992 roku. [1][70] "Lidove noviny" z dn. 2 stycznia 1992 roku. [1][71] "Lidove noviny" z dn. 29 stycznia 1992 roku. [1][72] "Lidove noviny" z dn. 27,28 i 30 stycznia 1992 roku. [1][73] "Respekt" nr 6/1992, s. 4. [1][74] "Respekt" nr 5/1992, s. 9. [1][75] "Lidove noviny" z dn. 23 grudnia 1991 roku. [1][76] "Respekt" nr 46/1991, s. 3. [1][77] "Lidove noviny" z dn. 3 czerwca 1991 roku. [1][78] Wywiad z Bokszayem w: "Echo" nr 9/1991. [1][79] Artykuły Milana Żitnego: "Echo" nr 9/1991, Respekt nr 46/1991, s. 3, nr 44/1991, s. 3. [1][80] "Lidove noviny" z dn. 21 czerwca 1991 roku. [1][81] "Lietuvos Aidas" z dn. 161istopada 1991 roku. [1][82] "Laisva Lietuva" z dn. 6 grudnia 1991 roku. [1][83] Roman Żelazny: Rozmowa z Joachimem Gauckiem. RWE, Fakty, Wydarzenia, Opinie, 12 i 13 października 1991 roku. [1][84] "Time International", nr 5/1992, s. 20-22. [1][85] "Gazeta Wyborcza" z dn. 3, 11-12, 13,20,23,28 stycznia 1992 roku.
[1][86]
"Mladina" nr 7/1992, s. 5-6. | |||