| ||||
|
w tym wydaniu:
Mariusz D. Dastych: Witold Filipowicz: Andrzej Kumor: Paweł A.Sztandera: |
Marcin Małek Literackie szkice o Rosji Szaleńcy czy zagubieni ludzie? Chore dusze czy anty bohaterowie? Przekleństwo czy łaska? Rosja – kraj niezliczonych kontrastów, tkanina utkana milionem pięknych, zarazem odrażających życiorysów. Jedyne miejsce na ziemi, gdzie śmierć jest łaską dla tych, którzy wciąż jeszcze żyją. Próg realnego świata, granica między pisaną historią a „rajską dziedziną ułudy”. Tylko tam miłość i współczucie sięgnęły rynsztoków, okryły żałobnym kirem nawet morderców i złodziei. W realnym świecie trudno ogarnąć to wszystko rozumem, ale Rosja nigdy nie zdołała wślizgnąć się w ramy rzeczywistego istnienia. Rosjanie sami wykluczyli się z ogólnoświatowego krwioobiegu – stworzyli własną hybrydyczną rzeczywistość. Zagłębili się w eschatologicznym nurcie niby istnienia. Gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością, niebyłe staje się faktem, a rzeczywistość umiera zanim zdąży się ziścić. Jednocześnie walczą z resztą świata o należny im szacunek i zasłużone miejsce na mętnej powierzchni oceanu realnych wydarzeń. Właśnie to nastawienie – „wojenna mentalność” obywateli państwa funkcjonującego poza społeczeństwem określa środowisko i warunki w jakich układają się – niby w naturalnym łożysku - pragnienia oraz nadzieje na to co wydaje się nieuchronne, nieuniknione. Na wtargnięcie w obszar zachodniej rzeczywistości, podporządkowanie go sobie, a w końcu wchłonięcie jego struktur i poddanie nakazom nieodgadnionej rosyjskiej woli. I tu natykamy się na pierwszy z paradoksów jakie rządzą tym narodem i na których buduje się jego świadomość. Gdyż wszystko co wiąże się w jakiś sposób z tęsknotą za kręgiem kultury zachodniej, zarazem wszystko co podkreśla przynależność Rosji do tego kulturowego kręgu zdaje się być działaniem wymierzonym przeciwko imperatywom owej „nieodgadnionej rosyjskiej woli”. Bo skoro ta podpowiada a nawet nakazuje aby Rosjanie podporządkowali sobie zaklęte kręgi europejskiej kultury, musi równocześnie zasadzać się na założeniu, iż te - pomimo całej swojej złożoności - w ostatecznym rozrachunku są jednak uboższe, słabsze. I właśnie z podobnych założeń wynika to dziwne przeświadczenie o nieuchronności rozlania się rosyjskiego ducha po obszarze zachodniej rzeczywistości. Mamy tu więc do czynienia z konfliktem pragnień. Podczas gdy pierwsze zmusza ich do umiejscowienia swojej ojczyzny w Europie, do podkreślania na każdym niemal kroku europejskiego pochodzenia własnej kultury – wraz z jej wszystkimi wytworami, drugie ujmuje kulturę zachodu jako coś co jest w swej naturze błahe, wręcz nikłe w porównaniu z cywilizacyjną jakością, którą wytwarza Rosja. Z tego bierze się drugi paradoks – ponieważ jeśli mówimy, że dzieci „Matuszki Rosijii” prowadzą z resztą świata wojnę o „szacunek i zasłużone miejsce”, musimy - uwzględniwszy przypadek pierwszego paradoksu - przyjąć, że walczą sami z sobą. Więc we własnym wyobrażeniu uchodzą za barbarzyńców, których cywilizacyjny wytwór nijak nie przystaje do Europejskiego. Pomimo to, najskrytszym marzeniem każdego bez wyjątku Rosjanina jest wymuszenie na reszcie mieszkańców Europy przyznania, że Rosja jest tarczą starego kontynentu, że bez niej i jej dzieci nie byłoby w ogóle mowy o jakimkolwiek postępie i rozwoju. Przyjmując taki a nie inny sposób rozumowania dochodzą tym samym do konkluzji: to nie Rosja skazana jest na Europę, lecz Europa skazana jest na Rosję. Pojawia się tu jednak pewna nieścisłość, mianowicie: skoro Rosjanie uchodzą we własnym mniemaniu za barbarzyńców jakże mogą skazywać Europę a więc i siebie samych na życie w cieniu „nieoświeconej barbarii”. Właśnie w tej nieścisłości objawia się cała natura splotu dwóch paradoksów. Gdyby nie było pierwszego, drugi nie miałby prawa do istnienia, zaś bez drugiego pierwszy straciłby swoje cechy i w efekcie przestałby istnieć jako paradoks. Byłby raczej czymś co można nazwać dwojaką naturą istot myślących. W następstwie pojawiłoby się o wiele więcej kłopotów z samookreśleniem się nacji, narodu jako całości. Gdyż ta (tj. dwojaka natura) wyklucza istnienie narodu jako skonsolidowanej grupy społecznej, bowiem w grupie gdzie obok siebie istnieją odrębne, niesprowadzalne do siebie tendencje dojść musi do rozłamu. Naród przestaje istnieć, a bez narodu nie ma państwa. Przyglądając się rzeczom z podobnej perspektywy widzimy, iż Rosjanie – co wiąże się z przyjętym sposobem rozumowania – niejako sami skazali się na wygenerowanie a w następstwie upojęciowienie obu paradoksów. W tym dziwnym splocie dziejowych wypadków ujawnia się jeszcze jeden czynnik – suweren (władza). Ta czyni wszystko aby wbrew woli niezdecydowanych obywateli przemycić Rosję do europejskiego układu – tym samym pragnie przesunąć dalej na wschód granicę między kręgiem „oświeconej europejskości” a „azjatycką czarną dziurą”. Tak to: państwo (suweren) wyklucza się poza nawias społeczeństwa ponieważ nie potrzebuje wytwarzać paradoksów aby osiągnąć swój cel. Ale najlepiej chyba ilustruje to przykład Carowej Katarzyny II. Początek jej panowania miał piękną kartę: ta niemiecka księżniczka „europeizowała”, bo zakładała mnóstwo szkół, całą swą powagą wspierała akademię nauk i uniwersytet moskiewski, czyniąc przygotowania do założenia trzech dalszych w Petersburgu, Kazaniu i Charkowie. Założyła szkołę kadecką (1762), jęła się kwestii szkół żeńskich (1764-1765), sama spragniona miana „Semiramidy Północy”. Z całą stanowczością despoty poszukiwała dowodów na to, iż postęp w państwie jest jej osobistą zasługą. Jednocześnie zawzięcie pilnowała, iżby nikt, ani w samej Rosji, ani na świecie nie śmiał jej kraju zaliczać do Azji. Pod jej panowaniem i z jej rozkazu mieszały się z sobą różnorodne pierwiastki wielu kultur. Ale z tego przyszła bieda na uniwersytety, których fundamentem – jak powszechnie wiadomo – krytycyzm. I jakżeż można było tą najznamienitszą ich cechę pogodzić z despotyczną formą rządów? Wszak kompromis pomiędzy krytyką a ślepym posłuszeństwem jest absurdem. I tak z nadejściem lat następnych zbierano gorzkie tego owoce. Na razie jednak radowano się z pochlebstw jakie płynęły nieprzerwanym potokiem od osobistość literatury francuskiej, o które Imperatorowa zabiegała nie ustępując w staraniach najbardziej „oświeconym” książętom Rzeszy Niemieckiej. A trzeba jej to oddać - była na tej giełdzie literackiej lepiej od tamtych notowana, jako że kasę miała pełniejszą. Popierając naukę pobudziła dociekliwość historyków (Schlotzer, Miller, Szczerbatow), ale biada, jeżeli któremuś wyrwało się cokolwiek o niezupełnie europejskim pochodzeniu narodu rosyjskiego. Był jasny ukaz: „Rosja od początku pod względami etnograficznymi i kulturowymi była europejską”. Zaś niełaska, spadająca na badaczy, gdy się doszperali czegoś co mogło ukazom „Semiramidy Północy” przeczyć, była zapowiedzią, tego co stało się później, a o czym pisałem wyżej – mianowicie: samoistnego wygenerowania się splotu paradoksów, które miały ochronić ogłupiały i zlękniony naród przed syndromem węża, który sam siebie pożera. Katarzyna – co by się o niej nie mówiło, lub co by się na jej temat nie napisało – zdołała jednak zagnać Europę wraz z wielkimi twórcami jej ówczesnej kultury do „swojej zagrody”. Podobna rzecz nie udała się nawet temu, który imperium rosyjskie zbudował – Piotrowi Wielkiemu. W istocie był to człowiek wielce przebiegły. Już za młodych lat pojął w czym tkwiła potęga współczesnych mu europejskich mocarstw. Stąd wzięło się jego postanowienie - podobną potęgą uczynić państwo moskiewskie. Ale, aby tego dokonać zmuszony był kraj swój „postawić na głowie”. I postawił. Początkiem wszystkiego stała się jego słynna podróż po Europie. W marcu 1697 roku wychodziło z Moskwy wielkie poselstwo wyprawione do całego szeregu monarchów europejskich. Przewodzili mu dwaj cudzoziemcy: Szkot Gordon i Szwajcar Ilefort. W orszaku jechał z nimi incognito Piotr Michaiłow, a w istocie car. Owo „incognito” było – zwarzywszy na etykietę – elementem bez którego Piotr nie mógł się obejść. Car był bowiem despotą orientalnego typu, z niereformowanym od wieków „rozpasanym” ceremoniałem. Gdzie wszystko opierało się na przekonaniu, iż wobec niego nikt właściwie nie jest człowiekiem, a inni monarchowie mogą co najwyżej dostąpić zaszczytu i być jego podwładnymi. Podobny „cyrk” - jaki zawsze wyprawiali moskwiczanie – był w Europie znany już od XVI wieku, tj. od czasu, gdy pojawiły się tam pierwsze ich poselstwa. Odstąpić od tego ceremoniału Piotr nie myślał, więc poradził sobie w ten sposób, że wybrał się w drogę bez zbędnych ceregieli, a więc - jak wyżej pisałem - incognito. W tej drodze przyjrzał się Piotr Inflantom, gościł na dworach: brandenburskim i hanowerskim, odwiedził Holandię, skąd w styczniu 1698 roku przeprawił się do Anglii. W kwietniu tego samego roku powrócił do Holandii, następnie cofnął się przez Niemcy środkowe do Pragi, potem do Wiednia i Warszawy a wreszcie na swój tron – do Moskwy. Z podróży powrócił owładnięty jedną myślą: uchodzić za Europejczyka! Był oczarowany tym, czym zawsze ucywilizowany świat zachwyca przedstawicieli wszelkiego Orientu: techniczną stroną urządzeń, które potrafi wytwarzać. Gorącą miłością zapałał ów car zwłaszcza do militarnych osiągnięć Europejczyków. Wszak te były następstwem ich technologicznego zaawansowania. Pojmując zaś to, iż Moskwa nie będzie w stanie dotrzymać pola swoim europejskich sąsiadom, zmuszony był poszukiwać sposobów na „wyprodukowanie” sobie takich samych jak tamci (Europejczycy) „majstrów” - inżynierów, wynalazców, oficerów – co ważne, w należytej ilości. Rozumiał też, że tajemnica, dlaczego państwa europejskie wytwarzają z taką łatwością ludzi tych zawodów, tkwi w czymś poza wojskiem, w nieznanych mu stosunkach społecznych, których za wszelką cenę musiał się nauczyć. Postanowił więc ową tajemnicę zbadać i wydrzeć ją Europie.Jego poprzednicy lekceważyli zawsze Europę, jako zbiór państw, nie posiadających zgoła prawdziwej monarchii. Mówiono na Rusi, że nawet w najbardziej absolutnych królestwach Europy przysługują poddanym jakieś prawa, a skoro przysługują, ich monarchowie muszą dzielić się władzą z tymi, którzy z nich korzystają, nie są więc do końca panami swoich ziem i ludu. Pogardzano również w Moskwie Europą, dlatego, iż w opinii Rosjan nigdy nie było w niej prawdziwej wiary. Co prawda trudno powiedzieć o Piotrze, że całą duszą kochał prawosławie, ale za to cenił je sobie, jako identyfikujące się z caratem. Podobnie więc jak jego poprzednicy odczuwał wzgardę dla królów katolickich - tak „szczupłych” w sprawowanej władzy, że muszą dzielić się nią z papieżem. W jego oczach było to znamieniem niesłychanej niższości. To też szanował tylko protestanckich władców, za to, że są nieprzyjaciółmi największego w jego mniemaniu wroga monarchizmu – papieża. Papiestwo - to dla Moskwy ukrócenie despotyzmu, a zatem instytucja rewolucyjna i antyspołeczna! Stąd też wszystkie wzory służące przeprowadzeniu reform, które przywiózł z Europy Piotr wzięte były od protestantów – Niemców. I tak, już w 1698 roku (a był to, ten sam rok, w którym car powrócił z europejskich wojaży) rusza permanentna germanizacja „Matuszki Rosiji”. Wszystko bierze swój początek od naśladowania niemieckich „Landeskirchen”, w których włodarz był nie tylko głową państwa ale i kościoła, nie dość, że faktycznie to jeszcze w prawie. I gdy w 1700 roku schodzi z tego świata moskiewski patriarcha, Piotr nie dopuszcza do ponownego obsadzenia tego stanowiska. Efektem takiego działania jest pozbawienie Cerkwi duchowego przewodnika. Tak Piotr sam ogłasza się jej zwierzchnikiem. I tu znowu możemy nazwać go przebiegłym, miał bowiem do czynienia nie z jednym, a aż z czteroma metropolitami: moskiewskim, nowogrodzkim, roztowskim oraz kijowskim, załatwia się więc z Cerkwią jakby podzieloną, a nawet judzi jednego metropolitę przeciw drugiemu. Dzięki zastosowaniu takiej taktyki sekularyzuje co mu się podoba. Nakazuje też episkopom otwierać i utrzymywać szkoły dla popowiczów, a tych, którzy do nich nie uczęszczają wzywa do wojska na lat dwadzieścia. Tak to, rozprawiwszy się z Cerkwią, jednocześnie zapewnia jej opiekę państwa, tym samym czyniąc z niej pierwszą rosyjską instytucję państwową. Ale i tego jeszcze mu mało, więc swoją osobą poręcza prawowierność obywateli – zupełnie jak w niemieckich państwach zazdrośnie strzegących zasady: „cuius regio, illius religio”. Z tego wszystkiego ciężkie czasy przyszły na czcicieli „starego obrządku” – wszak ci ludzie nie uznawali ni Cerkwi ni duchowieństwa. I nie bez powodu mówi się, że: mieli z nimi uciechę urzędnicy Piotrowi – lubowali się w przesadzie gdy szło o „razkolników”, bo można było wydusić na nich „wziatki”. Z tego wszystkiego dojść wreszcie musiało i do tego, że w oczach „starowierców” car Piotr stawał się dziecięciem patriarchy Nikona – „antychrystem”. Z czasem te wyobrażenia poczynały mieć znaczenie realne, a dla samego Piotra niebezpieczne. Raz w raz podnosiły się bunty, nawet wojskowi wznosili głowy. Przykładem takiej armijnej rewolty jest casus Republiki Astrachańskiej, tworu, który można by z powodzeniem nazwać nowym kozactwem. Okrągły rok palił się płomień rebelii, aż wreszcie zniósł buntowników Szeremietiew (1705 do 1706). A dalej było jeszcze gorzej. Nowokozacka próba astrachańska podburzyła kozaków starej dońskiej formacji, i tu z górką rok wojowano (1707 do 1708), zanim Piotr zdążył rzeką krwi ostudzić powstanie. Las szubienic ustawiono w Rosji po tych wydarzeniach – powieszono wszystkich w buncie przodowników i co dziesiątego kozaka. Każda zmiana, którą wprowadzał car, zarazem może niedawno rozlanej krwi powodowały, że wzrastał „razkoł”, w śród którego wyrobił się swoisty mistycyzm z wiarą w bliski koniec świata, na którym wichrzy już antychryst – Piotr. Nie przysłużyły się również carowi jego liczne ukazy o ubiorach, goleniu zarostu czy o owych słynnych wieczorach, na które mocą jego woli gwałtem przyprowadzano kobiety i kazano im tańczyć – czego wcześniej niewiasty w Rosji nie praktykowały. Ale Piotr i tak wiedział co robi. I robił jak chciał. Musiał postawić swoje państwo na głowie, bowiem doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że aby w moskiewskim społeczeństwie uczynić coś w zakresie treści pierwej należy odmienić formę. Bo w Moskwie przez wieki całe treść musiała stosować się do formy, a więc tylko los formy mógł decydować o wszystkim. Tako wprowadzał Car bez opamiętania wszelkie nowinki, chociaż wcale nie systematycznie, za to z energią, nieraz z poświęceniem, chociaż nie zawsze szczęśliwą ręką. Imponował mu podpatrzony w Niemczech aparat biurokratyczny, scentralizowany w ten sposób, ażeby ułatwiać monarsze rządy osobiste. Królowi pruskiemu wystarczało przyjąć na posłuchaniu kilka osób, aby być poinformowanym o każdej dziedzinie życia zbiorowego jakie leniwie płynie w jego kraju. A wszystko to z pomocą naczelników kilku działów administracyjnych, pojętych nader szeroko. Król pruski mógł codziennie konferować z kilku swymi ministrami, ale czyż mógł car rozmówić się częściej z 50 bojarami czy kniaziami, naczelnikami 50 „prikazów”? Począł więc Piotr łączyć po kilka i kilkanaście prikazów w jedną dykasterię, aż utworzył 10 „kolegiów rządowych” pod zwierzchnością „senatu rządzącego”. Całą swoją biurokrację podzielił na 11 „czynów” (wyraz ten przeszedł był na Ruś od biurokracji tamerlanowskiej za pośrednictwem Tatarów), ponadawawszy im również według niemieckich wzorów tytuły. Odtąd zniknęły rodzime nazwy „bojarów służiłych” i „diaków”. Państwo całe podzielono na 12 prowincji, nazwanych guberniami, według niemieckiej terminologii, a wziętej od Francuzów (jak całe niemal niemieckie słownictwo urzędowe). Reform tych dokonał Piotr w latach 1711-1717, w sam raz przed wyjazdem do Francji zaprowadzając „kolegia rządowe”. Cala ta „reforma” była grubym błędem, a celu spełnić nie mogła. Za rozległym był carat, żeby go urządzać według wzorów państw drobnych stosunkowo co do obszaru, ale zaludnionych gęsto, a ludnością oświeconą i zamożną. Na olbrzymich a bezludnych przestrzeniach caratu można było utrzymać rządy osobiste tylko za pomocą wypróbowanego już w Oriencie systemu satrapów, tj. zwierzchników nad wszystkim na pewnym obszarze, lecz przenigdy z pomocą systemu ministerstw, tj. przy rzeczowym podziale agend rządowych. Przeszczepianie niemieckiej biurokracji na rosyjski grunt celem utwierdzenia rządów osobistych było złudzeniem. Przenosiły się tylko formy, pozbawione treści. Na pniu, wyrastającym z tradycji chińskich, mongolskich, tatarskich, nie można było z dobrym skutkiem szczepić tego, co wyrastało z elegizmu, z recepcji prawa rzymskiego. Zignorował Piotr wszelkie takie strony administracji moskiewskiej, do których można było nawiązać reformę (o ile biurokrację można w ogóle reformować), tak iż właściwie nie reformował, lecz urządził w dziedzinie administracji publicznej rewolucję, w dziedzinie najmniej znoszącej rewolucyjne eksperymenty. W rezultacie wiodły „reformy” Piotrowe do chaosu i anarchii urzędniczej - a niemiecki system administracji oddalił carów od rządów osobistych, oddając ich niebawem w zupełną zależność od biurokracji. Reformom Piotra Wielkiego należy uczynić inny jeszcze zarzut: że sam reformator nie sięgał i sięgać nie zamierzał głębiej. Chodziło mu tylko o technikę kultury europejskiej, o zewnętrzną ogładę i o nic więcej, bo też sam niczego więcej nie dostrzegał, ani nie odczuwał. Piotr był umysłem bądź co bądź powierzchownym, dla którego społeczeństwo i państwo zamykało się w wojsku i urzędach; reszta zajmowała go tylko jako tłum od płacenia podatków i dostarczania rekruta. Po śmierci Piotra I (1725), w Rosji działo się nie ciekawie – polityką rządził kaprys. Raz jeden był sojusz z Austrią, raz drugi z Prusami i tak stoczyła by się Rosja na dno historii, tyle że znów jakieś niepojęte szczęście na nią przyszło – objawiła się w tym kraju Katarzyna II – księżna Sophia Augusta Anhalt-Zerbst (1729-1796), ta o której wyżej pisałem, że zdołała zagnać do swojej zagrody Europę wraz z wielkimi twórcami jej ówczesnej kultury.Lecz wszystko co dobre, sławetne ale i tragiczne zarazem, w kulturze Rosji wzięło się od Aleksandra Sergiejewicza Puszkina, ów przyszedł na świat zaledwie w trzy lata po śmierci Imperatorowej. Takoż na gruncie ułożonym jeszcze jej ręką był pierwej zasiany a dalej piął się do wieczności geniusz młodego poety. Geniusz tak wielki, do tego stopnia nieprzewidywalny, że, aż sprowadził na swego nosiciela śmierć. Puszkin rozpoczął swą twórczość literacką od wierszy wolnościowych. Pierwszy wielki poemat „Rusłan i Ludmiła” – wskazywał na zakorzenienie się w wyobraźni poety mistycznych pnączy baśniowej twórczości ludowej. Lata 1820-1824 zbiegły Puszkinowi na odkrywaniu cudów południa Rosji, poznał Kaukaz i Krym. Zadzierzgła się jakby na jego duszy jakaś niewidzialna pętla. Uwięź, która nakazywała - wręcz żądała aby wciąż powracał myślą do miejsc w których po kartkach papieru rozlała się dusza „Jeńca Kaukazu”, gdzie czerpie swe źródła „Fontanna Bachczysaraju”. W następnych latach podarował Puszkin swemu narodowi romantyczną tragedię w „Borysie Godunowie”. A dalej przyszedł rok 1830 (według opinii znawców literatury rosyjskiej najbardziej owocny w twórczości młodego poety), jesień spędzona w miejscowości Błodino zaowocowała poematem „Domek w Kołomnie” oraz czterema tzw. „małymi tragediami”: „Skąpy ryceż”, „Mozart i Salierii”, „Gość kamienny”, „Uczta podczas dżumy”. Ówczesne warunki polityczne w Rosiji, okres panowania Mikołaja I wielce utrudniały, jeśli nie w ogóle uniemożliwiały swobodną twórczość poety. Znienawidzony przez dworską kamarylę, zaplatany w intrygi zginął w pojedynku w wieku jeszcze młodym, w pełnym rozkwicie swych możliwości poetyckich. Za główne, zarazem najznamienitsze dzieło Puszkina uznaje się „Eugeniusza Oniegina” – historia młodzieńca, który przechodzi przez życie znudzony, łączy w swym charakterze cechy XVIII wiecznego dandysa z cechami romantycznego, bayronizującego artysty. W zasadzie, jeśli tylko uważniej przyjrzymy się Puszkinowi i Bayronowi dojdziemy do wniosku, iż można dostrzec wyraźne podobieństwo między stylem jakim posłużył się Puszkin w „Eugeniuszu Onieginie” a „Don Juanem” Byrona. Łączy oba poematy skłonność do dygresji i urzekająca zmysły mieszanka nastrojów lirycznych, równoległość akcji i komentarza poetyckiego. Widać także różnice, oba dzieła dzieli (poza rodzimymi rosyjskimi motywami u Puszkina) zasadniczy ton. Bayron zmusza czytelnika aby ten wzniósł się ponad przedstawiany świat, pobudza w nas ariostyczną lekkość i pogodę ducha – czytając „Don Juana” można odnieść wrażenie, że przekazuje nam tą historię wyjątkowo zajmujący gawędziarz. Puszkin natomiast wtłacza w czytelnika melancholiczny nastrój, przez strofy „Eugeniusza Oniegina” prześlizguje się coś na kształt niewypowiedzianej do końca goryczy, budzą się widma żalu, smutku oraz strachu. A wszystko to zamaskowane, okryte ironią buntu przeciw społeczno-politycznym stosunkom panującym we współczesnej mu Rosji. Ten zaszyfrowany aspekt polityczno-społeczny wiąże „Eugeniusza Oniegina” z „Jeźdźcem miedzianym”, poematem, w którym na tle mglistej, romantycznej fabuły rozwijają się i przeplatają dwie grupy motywów: patriotyczna (z pochwałą Petersburga) i postępowa, może nawet rewolucyjna (buntująca się przeciw ciążącemu jarzmu despotyzmu). „[...] Eugeniusz drgnął. Odkrywcze światło Błysnęło. Znów przed sobą miał To miejsce, kędy potok grzmiał, Gdzie tłukł się fal drapieżnych natłok, Pieniąc i pnąc się wokół niego. I poznał lwy, i plac, i tego, Co głową wznosił się miedzianą I w mroku nieruchomo trwał. Fatalną wolą rozkaz dał, By tutaj miasto zbudowano... Straszliwy jest, wpatrzony w mrok! Jaka zaduma! Co za wzrok! Jaka potęga w nim ukryta, A w dumnym koniu jaki pęd! Dokąd ty, koniu, gnasz bez pęt I gdzie opuścisz swe kopyta? O, władco losów wszechmogący! Czyż nie tak samo twoja dłoń, Wzniesiona nad otchłanią pustą, Szarpnęła Rosję twardą uzdą, Że dęba wspięła się jak koń. Biedny szaleniec obszedł wokół, Pomnika ogrodzony cokół, Czoło do chłodnych przywarł krat I wbił zuchwale wzrok szyderczy, I ciężar mu na piersi padł. Mgłą zaszły oczy. Strach się zmrowił. Zawrzała ogniem w sercu krew, I oto wzbiera głuchy gniew Przeciw dumnemu kolosowi Ścisnąwszy pięści, tłumiąc łzy, Jak czarną mocą opętany: „Cóż bojowniku mój miedziany? Cóż cudotwórco? – syknął zły. Już ja cię...” I jak oszalały Przed siebie pobiegł lotem strzały, I zdało się, że groźny car Zapłonął gniewem, wzrok weń wparł I oczy, miotające żar, Wolniutko za nim spoglądały. Eugeniusz biegnie, dudni bruk, Słyszy za sobą ciężki stuk, Jak grzechot gromu groźnie grzmiący: Galopem dźwięcznym cwałujący Stalowy tętent końskich nóg. I w bladym blasku ukąpany, Wysoko wyciągnąwszy dłoń, ON – Jeździec goni go Miedziany, I dźwięcznie w bruk łomoce koń. I wszędzie, dokąd, obłąkany, Uciekał, gnany zmorą trwóg, Tam Jeździec ścigał go Miedziany, I ciężko dudnił kopyt stuk.” Poemat „Jeździec miedziany” jest bodaj pierwszym, pionierskim wytworem kultury rosyjskiej, w którym pojawia się widmo grozy – narodziny jakiejś nieopisanej tragedii – dramatu państwa i narodu. Tej samej traumy do której wciąż powracają następcy Puszkina: Lermontow, Dostojewski i wielu, wielu innych. Z chwilą kiedy ostatnia kropla atramentu wsiąkła w rękopis Rosjanie stają oko w oko z człowiekiem pożeranym przez jego własne alter ego. Puszkin wydobył z dziejowej otchłani przysłowiową „puszkę Pandory”. Eugeniusz rzucając wyzwanie temu co nad Piorogrodem „głową wznosi się miedzianą” wyrywa się przed szereg, wchodzi w konflikt z otoczeniem, skazuje się na samotność w przeżywaniu niby rzeczywistości. Rosja do Piotra była „pustą otchłanią”, bohater Puszkina to rozumie, jednak nie do końca wierzy w celowość, a raczej dobry skutek szarpnięcia jej za uzdę, tak że, „dęba wspięła się jak koń”. Czy wątpliwości Eugeniusza czynią zeń szaleńca? Tak pisze autor. Ale czy to szaleństwo jest czymś złym? Czy „biedny szaleniec” nie ma prawa do rozliczenia „światodzierżcy”? Tego nie wiemy, ale Eugeniusz próbuje to zrobić. Podejmuje ryzyko i przegrywa – ucieka. Ale przed kim? Czy goni go Jeździec? A może ściga go jego własne ja, to przed którym pragnie się ukryć. Być może jest to odbicie własnej twarzy, które zobaczył w oczach jeźdźca, które go przeraziło. Oczy „wszechmogącego władcy losów” w rzeczy samej są jego oczami, potęga Piotra jest potęgą całej Rosji, a więc i potęgą Eugeniusza. Nikt nie może mierzyć się z istotą wyższą – z „pół Bogiem”, chyba, że sam się za takiego uważa. Eugeniusz wchodząc w konfrontację z jeźdźcem wyklucza się poza nawias społeczeństwa, wznosi się ponad zwykłych ludzi. Staje się nadczłowiekiem. A jednak jest ułomny – ograniczają go strach i świadomość tego z jaką siłą się mierzy. Wyzwalając w swoim bohaterze te uczucia i tą świadomość Puszkin – jak już wyżej pisałem – wywlókł na świat „puszkę Pandory”, ale nie zdążył jej otworzyć - zrobił to już kto inny. Bardzo ciekawym przykładem w literaturze rosyjskiej jest Michaił Lermontow, który stworzył typ tragicznie usposobionego bohatera lirycznego. W jego twórczości, przede wszystkim w poezji można odnaleźć głębokie poczucie beznadziei, która panoszy się w obszarze stosunków społecznych panujących w IXX wiecznej Rosji - wiersz „I smutek, i nuda” (1840 r.). Uprawia subtelną lirykę pejzażową – jest w niej jakaś tęsknota, potrzeba powrotu do korzeni. Jego twórczości towarzyszą światopoglądowe uniesienia, podejmuje tematykę filozoficzną i obywatelską „Rozmyślanie” (1838 r.) i „Ojczyzna” (1841 r.). W lirycznych poematach min. „Demon” (1829 r.), przedstawiał tragiczne konflikty samotnych bohaterów w obcym im społeczeństwie. W dramacie „Maskarada” (1836 r.) piętnuje obłudę wielkoświatowego życia. W powieści nowelistycznej „Bohater naszych czasów” (1840 r.) stworzył Lermontow postać bohatera skłóconego z własnym środowiskiem, dając tym samym początek nowemu nurtowi w rosyjskiej literaturze – pojawia się nowoczesna proza psychologiczna wraz ze swoim nieodzownym wątkiem „zagubionego człowieka”. Bielinski pisał o tej powieści, że Pieczorin dlatego wstąpił na drogę zła, iż nie potrafił odnaleźć we współczesnej sobie Rosji możliwości wyładowania swych nagromadzonych sił. Do tej niemocy odniósł się również sam Lermontow, uczynił to w przedmowie do drugiego wydania „Bohatera naszych czasów”, gdzie mówi wprost, że przedstawiając Pieczorina nie pragnął ani przedstawiać siebie, ani żadnego bohatera w ogóle – chciał ukazać jedynie ułomności naszych czasów. Zdaniem autora społeczeństwo potrzebuje „samowidzenia”, ludzie powinni zdawać sobie sprawę z własnych niedostatków. „Wystarczy że choroba została wykryta, a jak ją wyleczyć – to już Bóg jeden wie.” A więc Pieczorin jest chorobą, zarazą która pożera społeczeństwo. Ujmujące w powieści jest to, że główny bohater – pomimo swoich wad, na przekór wszystkiemu - przedstawiony jest w niej jako zwycięzca. Pozostali uczestnicy wydarzeń: Sztabskapitan Maksym Maksymowicz, Grusznicki, dzika Bela, księżniczka Mary a wreszcie przyjaciele Grusznickiego – wszyscy oni ponoszą klęskę. Pieczorin Jest jakby postacią idealną, brakuje mu wad, ułomności – podobny jest Bogom, którzy jak ongi z Olimpu przyglądają się zwykłym ludzkim sprawom na Ziemi. Jedyne co można mu zarzucić to okrucieństwo – wszak cecha przed którą nie potrafili obronić się nawet olimpijscy Bogowie. Sam Pieczorin z powodu swojego okrucieństwa porównuje się z przeznaczeniem, więc co z tego, kiedy splot przypadków staje się ofiarą wielkiego człowieka? Za sprawą Lermontowa z puszkinowskiej „puszki Pandory”, jak podstępny wąż wyślizguje się skrzywione odbicie Eugeniusza – Pieczorin – „super człowiek”. Dziwny przypadek Pieczorina - choć już w innym ujęciu - wzmacnia się jeszcze znaczniej w dobie „bumu” kulturowej produkcji Rosji, której początek przypadł na drugą połowę XIX wieku. Po Lermontowie objawia się Dostojewski, który w jeszcze ostrzejszych kategoriach ukazuje tragedię państwa i narodu. Obnaża mentalny kompleks, który się z niej wykluwa i dojrzewa – urasta do niewyobrażalnych rozmiarów i przygniata swym ciężarem całe łańcuchy pokoleń. I kiedy myślę o tym w ten sposób, nie mogę obronić się przed pewną konkluzją: Dostojewski zbudował fundament na którym Nietzsche oparł później założenia do swojego dzieła „ Die Geburt der Tragödie”. Tyle, że z upływem czasu, a głownie za sprawą Goebbelsa i Hitlera, dla których ów stał się „urzędowym” filozofem, dostarczając sofizmatów w zasadzie obcych nietzscheańskiemu duchowi, jego filozofia zdewaluowała się. To też w europejskich środowiskach odstawiono ją na boczny tor – uznając za niebezpieczną i wręcz zbrodniczą. Natomiast Rosjanie z nieokiełznaną rozkoszą rzucili się w wir „Filozofii tragedii”, wszak płodu smutnych doświadczeń ich rodaka Dostojewskiego. Bowiem wszystko wzięło się z życia, i jak to w podobnych wypadkach bywa – pod wpływem doświadczeń autora zeń wziętych przeobraziło się w zbiorową świadomość narodu.W 1849 roku aresztowano go i skazano na śmierć za udział w tajnym kółku zwolenników utopijnego socjalizmu. Wyroku nigdy nie wykonano lecz zamieniono go na cztery lata katorgi i służbę wojskową w stopniu szeregowca. W 1859 roku odmieniony Dostojewski powraca do Petersburga i poświęca się pracy literackiej. Z upływem dwóch lat powstaje powieść „Wspomnienia z martwego domu”, gdzie czytelnik mierzy się z refleksją człowieka pozbawionego wolności. W „Dzienniku pisarza” pojawiają się, dziś mocno już osadzone w rosyjskiej rzeczywistości pierwsze społeczno-filozoficzne koncepcje autora. Zaś w pierwszym z arcydzieł „Zbrodnia i Kara” (1866) w postaci studenta zabójcy Raskolnikowa przedstawia Dostojewski konflikt między jednostką a społeczeństwem. Dalej w powieściach „Idiota” i „Bracia Karamazow” (1879-1880) wyraźnie rysuje moralne rozterki tytułowych bohaterów zgodnie z wyznawanym przez siebie „ideałem” chrześcijańskiej zgody na cierpienie. W jego literaturze pojawia się charakterystyczne przeświadczenie o dwoistości natury ludzkiej – poddającej się dobrym jak i złym skłonnościom, ten pogląd pokutuje w całym dorobku literackim Dostojewskiego począwszy od „Sobowtóra” (1846) a skończywszy na „Braciach Karamazow”. Co więcej przenosi się – jakby za dotknięciem czarodziejskie różdżki – na wszystkie warstwy społeczne, na pokolenia zarówno współczesne autorowi jak i na przyszłe. Podobny sposób myślenia przybiera na sile zwłaszcza w okrytych głębokim cieniem antyczłowieczeństwa epokach: bolszewizmu, komunizmu a wreszcie realnego socjalizmu. Naród z wolna przeobraża się w milionową społeczność Raskolnikowów, hołdując poglądom, że jednostka wybitna - a za taką we własnym mniemaniu uchodzi „człowiek radziecki” - może przekraczać zasady prawne i normy moralne, a w imię celów wyższych nawet popełnić zbrodnię, zaś całą nie radziecką resztę świata uważa się za nikomu nieprzydatne społeczne “wszy”. Do życia przychodzi tragedia, bowiem podczas gdy bohater Dostojewskiego, co prawda nie bez pomocy osób postronnych, to jednak w końcu odnajduje spokój ducha, „ludzie radzieccy” gubią się w pojęciowej plątaninie dobra i zła. W efekcie przechodząc od dwoistości ludzkiej natury do orwelowskiego „dwójmyślenia”. W całościowym ujęciu kultura rosyjska a przede wszystkim wytwory literatury coraz głębiej grzęzną w postraskolnikowskiej ideologii. Ta ujmuje naród w kategoriach, które w innych warunkach z wielkim powodzeniem mogłyby posłużyć autorom do opisania pojedynczego człowieka – jednostki wraz z całą złożonością jej ducha. Lermontow i Dostojewski byli pierwszymi, pisarzami w historii Rosji, którzy pochylali się nad losem pojedynczej osoby. Na swoje nieszczęście drugi z nich (tj. Dostojewski) pobudził w ludzkiej świadomości - jakby uśpioną do tej pory - potrzebę identyfikowania się indywidualnych istnień z ogółem do którego te – co samo przez się jest zrozumiałe – należą. Znamienitym przedstawicielem tego rodzaju twórczości jest Andriej Płatonow. A jednak pomimo odczłowieczenia jednostki - jako takiej - w jego utworach wciąż pojawiają się cienie Pieczorina i Raskolnikowa. Może dlatego, że Płatonow urodził się jeszcze w ostatnim roku XIX wieku? Być może dlatego, że jego rodzice mieli jeszcze okazje czytać Dostojewskiego, kiedy ów żył? Kiedy, każda jego świeżo wydana opowieść bez reszty poruszała sumienia Rosjan, budziła niepokój, pozbawiała złudzeń, obdzierała świat z kolorowych woali, jakimi okrywali go dziewiętnastowieczni romantycy. Wreszcie, może dlatego, że Płatonow w gruncie rzeczy był dość podobny do Dostojewskiego. Tak samo szczery w swej twórczości, podobnie jak Dostojewski bezkompromisowy, odważny w stawianiu opinii – cierpiący z powodu tego w co wierzył. Już pierwsze próby literackiej twórczości Płatonowa napotykają na zdecydowane protesty krytyków. Ci wytykają mu opiewanie brzydoty, zaś sam autor odpowiada im w ten sposób: „Wiem dobrze, że narodziny sztuki proletariackiej pozbawione będą piękna. Wyrastamy z ziemi, ze wszystkich jej nieczystości, toteż wszystko, co jest na ziemi, tkwi również w nas [...] nienawidzimy swego ubóstwa, z uporem zrzucamy z siebie brud. To jest sens naszego istnienia. Z naszej brzydoty wyrośnie dusza świata.” Czyż Raskolnikow nie pragnął oczyścić swej duszy ze straszliwego odium, które sam sobie w nią wlał? Czyż Pieczorin nie uchodził we własnych oczach za „duszę świata”, choć faktycznie pojmował to, iż jest za sprawą okrucieństwa, które w nim mieszka wewnętrznie brzydki? Właśnie ta replika, którą zadał Płatonow niedoedukowanym krytykom zbliżyła go jak najbardziej do Lermontowa i Dostojewskiego, choć on jako autor tych ciekawych słów do końca nie musiał zdawać sobie z tego sprawy. W 1927 roku Płatonow przenosi się do Moskwy i poświęca całkowicie pracy twórczej. Przez kolejnych dziesięć lat, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku jego sprawność literacka rośnie, dojrzewa. W tym okresie pisze najwięcej i najwięcej drukuje. Kiedy ukazuje się pierwszy z wielu zbiorów jego prozy Maksym Gorki w geście pełnym uznania wyraża opinię: iż wytwory pióra Płatonowa są efektem „zdumiewającego, zuchwałego talentu”. W dwa lata później - odkąd przyjechał do stolicy – jest już Płatonow autorem czterech książek – „Epifańskie śluzy” (1927 r.), „Człowiek istota nieznana” i „Mistrzowie łąk” (1928 r.) oraz „Rozwód majstra” (1929 r.) – z których każda była wydarzeniem w życiu kulturalnym młodej republiki. Utwory Płatonowa rozbiegły się po białych kartkach papieru robaczkami czarnych liter jakby za sprawą muśnięcia czarodziejskiej różdżki – pióra artysty. Artysty niepowtarzalnego, nie mieszczącego się w ramach zwyczajowej krytyki. Z wizji artystycznych pisarza wyłania się prawda o burzliwych czasach w których zbiegło jego ciekawe i pełne tragizmu życie. Jego obrazy są tak plastyczne, tak nasycone rzetelnymi faktami, realiami, że zawierają w sobie syntezę nie tylko artystyczną, lecz także socjologiczną. Niezależnie od tego czy będą to utwory o tematyce historycznej „Epifańskie śluzy” czy współczesnej: „Miasto Gradow”, „Człowiek – istota nieznana”, „Dżan” Zwłaszcza ta ostatnia z wymienionych opowieści zasługuje na naszą uwagę. „Dżan” w języku Turkmenów oznacza duszę wędrującą w poszukiwaniu szczęścia. Jest to zarazem nazwa mikroludu, maleńkiej społeczności złożonej z kilkudziesięciu zniedołężniałych starców, dzieci i kalek, należących do różnych narodowości jakie zamieszkiwały obszary radzieckiej Azji środkowej, ludu wymierającego - naznaczonego piętnem zagłady. Nazar Czagatajew – tak właśnie nazywa się bohater opowieści - podejmuje się uratować członków tej społeczności, wyrwać ich wszystkich ze stanu odrętwienia, wymazać z ich świadomości otępienie i niemoc. Płatonow zrezygnował tu z właściwych sobie sarkazmu i groteski, pozostał jednak wierny podstawowym rysom stylistycznym swej twórczości – niepowtarzalnemu splotowi realizmu i symboliki, owej zadziwiającej plątaniny elementów rzeczywistych i surrealistycznych. Tak też ukazany jest bohater powieści – Czagatajew – człowiek z tego świata, jakby żywy, działacz świadomy swych zadań i powierzonej mu misji. A jednak w tej swojej prawdziwości jest zarazem jakby oderwany od rzeczywistości – niby antyczny heros ze świata mitów i legend, osoba dźwigająca na swoich barkach nadludzkie brzemię – „super człowiek”. W „Dżanie” codzienność łączy się z niezwykłością – wizja szczęśliwej przyszłości i pełna tragizmu teraźniejszość, - gdzie to co upragnione kojarzy się z tym czego nie sposób w danej chwili osiągnąć. I tu właśnie – zdaje się – dostrzec możemy pół materialną nić, która łączy Czagatajewa, Eugeniusz, Pieczorina i Raskolnikowa. Wszyscy oni działają, egzystują w niby rzeczywistości, w świecie wyobraźni i domysłów. Choć ich losy, dążenia oraz pobudki, którymi się kierują są różne, to zbliża ich ku sobie jeden jedyny, ale jakże ważny i wymowny czynnik. Aby osiągnąć zamierzony cel, każdy z nich we własnych oczach musi uchodzić za istotę wyższą, za duszę świata, musi być nadczłowiekiem – i w istocie tak jest. Na Płatonowie nie kończy się romans literatury rosyjskiej z „super człowiekiem” wystarczy przywołać choćby jedno z wielu wojennych opowiadań Wasilija Bykowa „Doczekać do świtu”. Ukazując swoich bohaterów w pełnych dramatyzmu tragicznych sytuacjach wymagających podjęcia ostatecznych decyzji autor niejako przyzywa do trwania w świadomości czytelnika kolejne wcielenia Raskolnikowa. U Bykowa nie ma bohaterstwa, nie istnieją również sytuacje nadzwyczajne, wszystko co dzieje się z jego bohaterami wynika z szarej codzienności, często ze zwykłego przypadku. Porucznik Iwanowski, bo tak nazywa się postać wokół której rozwija się akcja opowiadania „Doczekać do świtu” jest właśnie takim neoraskolnikowem. W imię wyższej konieczności, dobra ogółu, tej nieznanej nieokreślonej szarej ludzkiej mieszanki – wysyła swojego ostatniego człowieka na pewną śmierć. Może i ten chłopak nie jest dla niego społeczną „wszą” nie zasługującą na życie, ale dawno przestał być już człowiekiem. Jest jedynie wykonawcą woli ogółu z którym na własną zgubę utożsamiają się i Iwanowski i jego nieświadoma ofiara – prosty dobroduszny Piwowarow. Następstwem powstałej sytuacji - jak nie trudno przewidzieć - jest śmierć Piwowarowa. Śmierć nikomu niepotrzebna, bezsensowna, głupia. Mimo wszystko jej sprawca – Iwanowski - wciąż bije się ze swoimi myślami, szukając rozgrzeszenia w upojęciowieniu wyższej konieczności. Nie czuje się zbrodniarzem, nie pozwala aby owładnęły nim wyrzuty sumienia. Robi swoje, do końca, bez opamiętania, choćby miał zapłacić za to życiem. To właśnie odróżnia go od Raskolnikowa Dostojewskiego, czyni zeń jego niepełny duplikat – egzemplarz ze skazą. Iwanowski nigdy nie będzie miał okazji poddać się wpływom ujmującej Soni, nigdy nie stanie się lepszą istotą. Choć i w jego życiu zdarzyła się taka Sonia, przypadek jednak spowodował że nie było im dane na dobre i złe połączyć się w duchu przebaczenia i miłości. Dostojewski pozwolił swojemu bohaterowi przeżyć życie do końca wraz z jego cieniem i blaskiem, Bykow odciął swoją postać od blasku, skazał ją na wieczne istnienie w cieniu. Uczynił Iwanowskiego ułomny, tak jak Dostojewski w pierwszej części swojej opowieści ułomnym uczynił Raskolnikowa, z tą jednak różnicą, że u Bykowa nie ma drugiej części – jest tylko śmierć, która kończy wszystkie moralne rozterki. Poszukując ułomności ducha, widma zła, które odbijają się w tragizmie dziejów Rosji, w kawałkach potrzaskanej, zmiażdżonej duszy narodu, włócząc się po dziedzinie „filozofii tragedii” natykamy się na osobnika, który jest jakby następstwem tego wszystkiego o czym mówiliśmy wcześniej. Choć nie jest już wytworem wyobraźni pisarza – jego dzieje zapisano na celuloidowej taśmie, wprawiono go w ruch, nadano mu realną ludzką twarz – stał się postacią istniejącą niemal w rzeczywistym świecie. I podobnie jak ów świat rzeczywisty czasem bywał cudowny, urzekający – aż chciało się go kochać ale stawał się i obmierzły antypatyczny, nieznośny – niekiedy nawet wstrętny – Tolian, złodziej, w którym bez trudu można się zakochać a jeszcze łatwiej daje się go znienawidzić. Przemycił go do naszej wyobraźni Paweł Czuchraj – reżyser - poeta, malarz ruchomych obrazów – stwórca, który zdołał tchnąć życie w sztampową, szablonową postać nowoczesnej kultury. Jego film „Złodziej” to bez wątpienia najgłośniejsza produkcja rosyjskiej kinematografii ostatnich lat (1997 rok). Nominowany do Oscara, Złotego Globu i Feliksa, nagrodzony w Wenecji, wyróżniany w samej Rosji zdobył także uznanie publiczności. Jego bohaterem jest osierocony Sasza, którego ojciec zginął gdzieś w wojennej zawierusze. „Zastępczego” ojca chłopiec znalazł w przypadkowo poznanym w pociągu kapitanie Tolianie, który także szybko zaskarbił sobie uczucia jego matki. Niestety, mężczyzna okazał się oszustem, anty bohaterem - tytułowym złodziejem okradającym tych, którzy mu zaufali. Pomimo tak znaczącej wady Czuchraj wydobył z Toliana wszystko co ludzkie: współczucie, słabości – alkohol, kobiety; afekt którym ten obdarzył malca (sympatia, a może nawet coś na wzór nie wykształconej do końca miłości), chęć zastąpienia pół sierocie ojca. I kiedy przyglądam się „złodziejowi” (tj. Tolianowi), widzę, że swoją ułomność odziedziczył po ludziach, postaciach, które wyrysowała rosyjska literatura. Reżyser wziął od puszkinowskiego Eugeniusza gniew i szalony żal, Lermontow i jego Pieczorin przyczynili się do okolenia Toliana w chałat bezkrytycznego podejścia do własnych poczynań, Raskolnikow za sprawą Dostojewskiego przekazał w spadku bohaterowi Czuchraja swoją dwojaką naturę, od Czgatajewa otrzymał ciężkie brzemię, wymagające nadludzkiej siły – Tolian mierzy się tu z wizją szczęśliwej przyszłości przeciwstawionej tragizmowi chwili obecnej, zaś wzór Iwanowskiego wpłynął na samorodne upojęciowienie wyższej konieczności – czynnika na który wciąż powołuje się „niby kapitan”. Postać którą stworzył Czuchraj jest nieśmiertelna, tak jak nieśmiertelny jest „europejski kompleks” Rosjan. Tytułowy złodziej jest jakby odwzorowaniem mentalnej zapaści, niemocy, która wkradła się w życie rosyjskiego pokolenia dzisiejszych pięćdziesięciolatków. Zachodnia kultura nigdy w swojej historii nie zdołała wytworzyć tak skomplikowanych typów bohatera tragicznego. I w tym jest wielkie szczęście Zachodu. Człowiek wewnętrznie rozdarty, zmuszony do podpierania się skomplikowanym systemem zależnych od siebie paradoksów z czasem musi popaść w stan odrętwienia, poddać się niemocy. Inaczej zakłuje go drzazga obłędu, którą pospołu wetknęli mu w serce pisarze i władza - ci, których miłość do narodu i ziemi wmiast umacniać – wywołuje śmiertelną chorobę: raka duszy. A jednak mimo wszystko: ludzie, których toczy ów duchowy rak są mi o wiele bliżsi niż dzieci Zachodu. Noszą w sobie słowiańską zadrę, która każe im być takimi jakimi są rzeczywiście. Nie potrafią odgrywać roli „duszy świata”, po prostu są taką duszą. Uwikłaną w trudną, szarą codzienność, wciąż wojujący z władzą, którą z niezbadanych powodów utożsamiają z państwem - ich wielką i jedyną prawdziwą miłością. Wciąż generują nowe, coraz to bardziej zagmatwane sploty nieprzewidywalnych wypadków, cisną się w pajęczynę niedorzecznych myśli i dziwnych związków przyczynowych – to czyni ich prawdziwymi i zbliża nas ku sobie. Kochamy się i nienawidzimy – pijemy, śpiewamy, „czasem strzelamy do siebie nawzajem” ale wciąż powracamy myślą do tego co nas łączy. Nasi bohaterowie to Eugeniusz, Pieczorin, Raskolnikow, Czagatajew, Iwanowski i Tolian – bo są tak prawdziwi i tak nieznośni w przeżywaniu najpospolitszych rzeczy i zdarzeń jak my. My sąsiedzi, „bracia po duszam”, śmiertelni wrogowie na wieczność zrośnięci w historii i własnych uczynkach. Francuzi i Anglicy, Niemcy, Austriacy i Włosi nigdy nie wygenerują podobnej duchowej więzi, brakuje im takiej drzazgi, zwątpienia, nie obawiają się własnej niemocy, biorą świat szturmem, wchodzą w życie przebojem i porzucają w kołyskach to co my dźwigamy na własnym garbie przez całe swoje życie – tęsknotę za tym, czego nigdy osiągnąć nie będziemy mogli: pragnienie odczuwania więzi nawet z nieprzyjacielem. Ta Rosja, której się tak obawiamy, przed którą wciąż uciekamy na zachód cierpliwie czeka na nas – oddaje się cała, a my z pogardą plujemy jej w twarz – sami wzgardzeni przez tych, u których próbujemy wykupić weksel na szczęście.
Literatura: 1. Aleksander Puszkin „Eugeniusz Oniegin”, wydawnictwo: Prószyński i S-ka, październik 2000 2. Lord Bayron „Don Juan” wwydawnictwo: Penguin Classics USA, 1988 3. Michał Lermontow „Bohater naszych czasów”, 4. Fiodor Dostojewski „Zbrodnia i kara”, Przeł. J.P. Zajączkowski. wydawnictwo: Prószyński i S-ka, kwiecień 2002 5. Andrzej Płatonow – „Dżan i inne opowiadania”, przeł. I. Piotrowska, S. Pollak, R. Śliwowski. W-wa 1969. 6. Wasilij Bykow „Doczekać do świtu”, Przeł. J. Litwiniuk i W. Woroszylski W-wa 1974, PIW 7. „Słownik pisarzy rosyjskich”, pod redakcją Floriana Nieuważnego wydawnictwo: Wiedza Powszechna, W-wa 1994
źródło: BIBLIOTEKA im. FELIKSA KONECZNEGO http://biblio.ojczyzna.plPrzypisy: KAMARYLA (hiszp.) – grupa ulubionych dworzan panującego wywierająca decydujący wpływ na bieg spraw publicznych2 Fragment „Jeźdźca miedzianego” w tłumaczeniu Juliana Tuwima3 BIELINSKI Wisarion Grigoriewicz (1811-1848) Krytyk literacki. Był synem lekarza. W 1829 roku rozpoczął studia na uniwersytecie w Moskwie, w 1832 roku relegowany pod pretekstem „ograniczonych zdolności” i „słabego zdrowia”, w istocie za napisany w 1830 roku „nieprawomyślny dramat romantyczny „Dymitrij Kalinin”. Od 1833 do 1837 roku należał (obok K. Aksakowa, M. Bakunina, I. Klusznikowa i in.) do kółka N. Stankiewicza, kształtując swe poglądy pod wpływem filozofii niemieckiej, zwłaszcza F. Schellinga. Nawiązał wtedy współpracę z periodykami N. Nadieżdina „Tielieskop” i „Mołowa”, i zyskał rozgłos drukując artykuł „Dumania literackie”, w którym kwestionował oryginalny charakter dotychczasowej literatury rosyjskiej, odmawiając jej, mimo osiągnięć, miana literatury autentycznie narodowej, a następnie artykuł „O opowiadaniu rosyjskim i opowiadaniach p. Gogola” poświęcony ukazaniu perspektyw gatunku opowieści i roli N. Gogola jako przywódcy głównego nurtu przyszłej, już narodowej literatury rosyjskiej. Po zapoznaniu się – dzięki pomocy M. Bakunina i W. Botkina – z filozofią G.W.F Hegla i odczytaniu tezy, iż „wszystko co rzeczywiste, jest rozumne” w duchu „pojednania z rzeczywistością”. W okresie od 1838 do 1840 roku Bielinski akceptował rosyjską rzeczywistość społeczno-polityczną, uznając jej historyczną konieczność, m.in. w artykule „Szkice o bitwie pod Borodinem”. Od 1838 do 1839 roku B. Współredagował pismo moskiewskich heglistów „Moskowskij Nabliudatiel”, od jesieni 1839, już Petersburgu, kierował działaniem krytyki w piśmie A. Krajewskiego „Otieczestwiennyje Zapiski” (do 1846 roku). Na przełomie 1840-1841 nastąpiła zasadnicza zmiana w poglądach B., związana z odczytaniem wspomnianej tezy Hegla w duchu tzw. lewicy heglowskiej: oto mechanizm dialektycznej negacji istniejącego stanu rzeczy zakłada krytyczną weryfikację zjawisk jako warunek uznania ich „rozumności” i „rzeczywistości”. Dalszej radykalizacji poglądów B. sprzyjało poznawanie filozofii francuskich socjalistów utopijnych oraz L. Feuerbacha. Od 1841 B. zwalczał koncepcję „sztuki dla sztuki”, wysuwając pod adresem pisarzy postulat zaangażowania ideowego i „prawdy” artystycznego odwzorowania, zwłaszcza stosunków społeczno-ekonomicznych. Program swój czasu „negacji” wyłożył B. m.in. w artykułach „Prelekcja o krytyce”, „Przegląd literatury rosyjskiej”. Wokół B. skupiło się liczne grono zwolenników jego poglądów (tzw. szkoła naturalna). Od 1847 roku Bielinski drukował wyłącznie w radykalnym czasopiśmie „Sovriemiennik” N. Niekrasowa i I. Panajewa. Ostrą krytykę rzeczywistości rosyjskiej zawiera „List do Gogola” (napisany w 1847 roku w Salzburgu, rozpowszechniany w odpisach), nazwany politycznym testamentem Bielińskiego. Wkrótce po napisaniu listu Bieliński umiera na gruźlicę (1848 – Petersburg). Artykuł w którym Bielinski pisze o Pieczorinie nazywał się „Gieroj naszewo wriemienia. Soczinienije M. Lermontowa”, opublikowany w 1840 roku w X i XI tomie „Otieczestwiennych zapisok.”4 Podobnie myśli o sobie Raskolnikow – bohater „Zbrodni i Kary” Dostojewskiego. Interesującym może się wydać – zwłaszcza w tym aspekcie – fakt, iż jeśli tylko uważnie prześledzimy ewolucję rozumowania Pieczorina – „Bohater naszych czasów” Lermontowa - łatwo dostrzeżemy paralelę łączącą obu bohaterów. W zasadzie Raskolnikow jest naturalnym następstwem Pieczorina, ten wszak uważał się za istotę wyższą. | |||