now@ on-line kwiecień 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AI:

Andrzej Kumor:

Marcin Małek:

Marian Miszalski:

 

Ks. Jarosław Wiśniewski

Katolicka Syberia

W poprzednim artykule gdzie jako przykład chrześcijańskiej Rosji w wydaniu łacińskim starałem się spopularyzować miasteczko Azow, opisałem rolę katolickich wspólnot na Kaukazie. Zrobiłem tak, bowiem tam rezydowali łacińscy biskupi już w średniowieczu. Łamie to mit o wyłączności terytorium Rosji jako kanonicznie prawosławnej i jedynie reprezentowanej przez Tradycję Wschodnią. Obecnie w sposób pobieżny, uproszczony, ale serdeczny chcę skomentować dzieje niektórych syberyjskich i dalekowschodnich wspólnot katolickich, ze szczególnym akcentem na rolę żywiołu polskiego. Wedle różnych szacunków Rosyjska Polonia, czy raczej osoby z domieszką polskiej krwi, to rzesza od półtora do trzech milionów ludzi. Chodzi mi o to, by czytelnicy tekstu przejęli się ich losem i zajęli stanowisko wobec niektórych negatywnych zjawisk. Do takich zaliczę znowu wydalenie biskupa Mazura z Irkucka, któremu Stolica Święta powierzyła 23 marca 1998 roku, a więc 5 lat temu opiekę nad Kościołem całej Wschodniej Syberii i Dalekiego Wschodu.

Kiedy piszę te słowa jestem pod wrażeniem wiadomości o kolejnym wydaleniu, czy też utrudnieniu w realizacji prawa na pobyt stały kapłanowi z Puszkino Bronisławowi Czaplickiemu, któremu poświęciłem ostatnio sporo ciepłych słów za jego działalność humanitarną na północnym Kaukazie. Był moim mistrzem w sprawach jurydycznych, a potem opiekunem w historycznych i biograficznych poszukiwaniach służących opracowaniu katalogu „nowych męczenników”.

Wielka szkoda, że i jemu nie pozwala się spokojnie pracować. Nie pasuje i on do tworzonego kłamliwie schematu „księży biznesmenów” wydalonych za poza kościelną działalność. Powróćmy jednak do syberyjskich wątków.

W zrozumieniu Syberii bardzo dopomogła mi książka pana Kuczyńskiego „400 lat obecności polskiej na Syberii”, ale również własne podróże spostrzeżenia i praca. Pragnę to wszystko spopularyzować, by obalić mit o kapłanach przyjeżdżających do Rosji bez powodu. Mamy do kogo przyjeżdżać i mamy też na kim się wzorować wędrując po Syberii i budując jej oblicze europejskie, ale także polskie.

1. Kozak Jermak.

Kiedy pytano katolickich biskupów Kondrusiewicza i Wertha 12 lat temu, czego szukają w Rosji i komu służą, to wtedy abp Colasuonno nuncjusz papieski odpowiedział, że mają pokrzepić katolików, których carat i reżim sowiecki „bardzo życzliwie” zachęcał do zagospodarowania wielkich połaci nad Wołgą i w Syberii, gdzie królował żywioł tatarsko-mongolski, gdzie koczowali Tunguzi i trzeba było nieść cywilizację zachodnią wszelkimi możliwymi sposobami. Do takiej roli najlepiej, jak to w średniowieczu było z włoskimi kupcami, nadawali się polscy tułacze i niemieccy koloniści znad Wołgi.

Wspomniany w nagłówku kozak Jermak to rosyjski Cortez czy Pizarro, który wbrew swej woli czy intencjom, mając w swoich szeregach polskich husarzy wcielonych na siłę za udział w okupacji Moskwy, przywiódł pierwszych Polaków na Sybir na początku XVII wieku tzn. prawie 400 lat temu. Chanat Syberyjski wspólnymi siłami był zdobyty i pierwsze osady europejskie powstały na antypodach. Nieprzypadkowo miasto Tobolsk czy Ekaterynburg po dziś dzień posiada silne polskie tradycje i katolickie wspólnoty. Tam się wszystko zaczynało: na Uralu i w Zachodniej Syberii.

2. Beniowski

Legendą zesłania jest August Polak, czyli hr. Maurycy Beniowski. Widywałem te miejsca na Kamczatce, dokąd był on zesłany. Roślinność tam bujna, choć klimat śnieżny i surowy: wymarzone miejsce dla „syberyjskiego Janosika”. Beniowski, choć hrabia z Polski rodem, dla Rosji też stał się symbolem tego kalibru, co Pułaski i Kościuszko dla Ameryki. Zawdzięczamy to pewnemu popularnemu rosyjskiemu pisarzowi, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci. Zresztą żyli w tej samej epoce. Na Syberii lekko można dostrzec jak mimo zewnętrznych podobieństw lud różni się od tzw. Moskali., czyli Rosjan Europejskich. Do dziś Sybiracy traktowani są jak mieszkańcy państewka kolonialnego... Moskwa przypomina sobie o nich, gdy trzeba okraść z surowców. Finansjera ze stolicy, a nawet inteligencja, zjawia się tylko po to, by zrobić szybko i błyskotliwie karierę lub osiągnąć wymierny materialny zysk. Pozostają ludzie, którzy nie mają wyjścia, są zbyt biedni, by wracać i przejmują zachowania tubylców, ale też przekazują niektóre nie zawsze pozytywne nawyki z Europy. Tak samo jak w USA i tutaj nasze choroby i alkoholizm wyniszczają narody pierwotne. Chwała Panu – byli i tacy, którzy ratowali ich od zapomnienia i klęski. Beniowski stał się symbolem zaradności wśród bezładu i bezkresu Syberii. Zbudował okręt, zebrał załogę spośród katorżników i uciekł na Madagaskar. Za to kochali go romantycy. Warto i dziś odkurzyć z pyłu zapomnienia tą niezwykłą postać.

3. Dybowski

To właśnie profesor Dybowski jest kolejną postacią, z panteonu genialnych Polaków, których wiara w Boga i w siebie nigdy nie gasła. Na zesłaniu ze zwykłego lekarza stał się wybitnym biologiem i botanikiem. Opisał florę i faunę Bajkału, dotarł w okolice Czity dając początek uzdrowisku w Darsuniu, gdzie są najlepsze źródła lecznicze. Zbadał i opisał ich właściwości. Z szacunkiem odniósł się do tradycji i obyczaju Buriatów. Żyjąc wśród nich opisał i wykorzystał atuty tak popularnej dziś medycyny Wschodniej, ukazując w tym słabości jak również talenty mnichów buddyjskich w tym zakresie. Podobnie jak Beniowski tyle, ze 100 lat później i już jako ochotnik udał się na Kamczatkę, gdzie przez 3 lata leczył i poznawał aborygenów, a także bronił przed drapieżnymi kupcami. Prekursor obrońców Praw Człowieka na tym terenie i niedościgniony przykład dla współczesnych.

4. Piłsudski.

To samo, co Dybowski na Kamczatce, tyle, że z większym uporem i miłością dla tubylców, uczynił Bronisław Piłsudski, starszy brat Józefa. Trudno twierdzić by był człowiekiem religijnym. Niełatwo było na katordze kultywować taką postawę z dala od centrów religijnego życia, czy chociażby zwykłej parafii. Owszem w młodości otrzymał on dobre podstawy. W pamiętnikach wspomina pewnego wujka księdza na Wileńszczyźnie, u którego z bratem bywał na wakacjach. Może to w nim się rozbudziło i powodowało nim, że będąc na katordze sachalińskiej, nie tylko badał obyczaj Ajnów Niwchow czy Orokow, ale wszedł w ich domostwa, założył rodzinę, stał się jednym z nich. Na fotografiach, jakie się zachowały, wygląda on wręcz jak ojciec. Zasłużył sobie w pełni na to, by stać się bohaterem powieści tubylczego pisarza Vladimira Sangi pt. „Wesele w krainie Kewongów”... w katalogu zaginionych pism Bronisława figuruje też tłumaczenie Nowego Testamentu na miejscowe narzecze.

Widziałem te miejsca gdzie żył Dybowski i Piłsudski. Amerykanie, gdy tu przyjeżdżają mówią, że krajobraz i klimat jest taki jak w Nevada (Śnieżna Kraina z hiszp.). Przez kilka lat pobytu w tych stronach starałem się nawiązywać w słowach i czynach do patriotycznych i naukowych ideałów, jakie im przyświecały, stąd czerpałem natchnienie do w miarę solidnej i usilnej pracy misyjnej. Do dalekiej Pałany na Kamczatce, gdzie żyją Koriacy do Noglik kolebki Niwchów i do osiedla Sowietskoje koło Dolinska, gdzie osiedlił się z Ajnuską żoną i dwojgiem dzieci Bronisław Piłsudski, docierałem zarówno wiedziony ciekawością jak i pragnieniem misjonarza: nad ludzką ciekawością czy chęcią nawracania ich górowała konieczność zwykłej ludzkiej solidarności i pomocy. Poprzez Caritas Japonii, Alaski czy Irkucka przekazywałem im symboliczne dary, czasami wożąc pociągiem jak zwykły komiwojażer najpotrzebniejsze produkty żywnościowe, które na południu są tańsze niż na północy lub wysługując się klerykiem, czy gąsienicowym transportem protestantów z Kamczatki, by przerzucić ciepłe ubrania, owoce, zabawki i buciki dla dzieci, a nawet lekarstwa. Nie chrzciłem aborygenów, ale dawałem iskierkę nadziei. Zaproszona na seminarium ds. rodziny i ochrony życia seniorka Muzeum w Noglikach p. Lok była zachwycona wykładami o Anonimowych Alkoholikach, bo ta sprawa jest najpilniejszą potrzebą i troską tych ludzi. Szkoda, że nie mogę tam być, by dokończyć rozpoczęte dzieło. Ale ziarno już zasiane. Apeluję by kontynuowali to inni o ile nie będzie mi dane tam wrócić. Już teraz dziękuję prof. Majewiczowi, że to robi. Choć nasze ścieżki się nie spotkały, to wiem ile dla poznańskiego świata naukowego do dziś znaczy Sachalin, postać Bronisława i sprawa Aborygenów...

5. Kalinowski

Celowo zwlekałem z opisem dziejów ojca Rafała. Ta postać dzięki Ojcu Świętemu jest lepiej znana i spopularyzowana, więc nie muszę się silić. Przypomnę jednak, że fala Powstania Styczniowego wyrzuciła setki tysięcy Polaków katolików, w tym i polski kler, w okolice Irkucka i inne. Pewne statystyki mówią, że w miasteczku gdzie 3 lata był zesłany św. Rafał, 80% mieszkańców deklaruje polskie pochodzenie. Chodzi o Usole Syberyjskie, 100-tysieczne miasto położone 80 km na północ od Irkucka. Ojczyzna świętego: Irkuck od niedawna posiada katedrę biskupią i konsulat polski. To owoc wielu modlitw i starań, jednak 19 kwietnia 2002, jakby na urodziny Lenina przerwano to „polskie świętowanie”. Wydalono Biskupa Mazura i skończyła się radość polskiej diaspory. W okolicach naprędce zbudowanej katedry zaczęli się zbierać dziwni ludzie z szowinistycznymi hasłami „Katolicy won do Polski”, „Panie Mazur zabierz swojego konsula do domu”. Jaki to dziwny dysonans, gdy porównamy sąsiedni Kazachstan. Byłem tam na spotkaniu z Ojcem Świętym. Muzułmańska większość w niczym nie przeszkadza malutkiej katolickiej diasporze. Kościoły tam zawsze duże i dobrze usytuowane. Trzy Administratury Apostolskie i diecezja w Karagandzie. Trzech, w niczym nie skrępowanych w działaniu biskupów, seminarium, gazeta „Credo” i co najważniejsze: konkordat i pobyt stały dla zagranicznych księży. Jak to wszystko nam się marzy, by miało miejsce na Syberii. Śmiem twierdzić, że na Syberii jest 10-kroć więcej osób polskiego pochodzenia niż w Kazachstanie. Oni tak samo zasługują na rehabilitacje i dobre traktowanie. Pan minister spraw zagranicznych Iwanow, Premier Kasjanow i Prezydent Putin, zapewniają słowami, że wszystko jest cacy. Zapewniam jednak jako świadek tego życia i na Syberii i na Kaukazie, że prawa mniejszości w Rosji są łamane i katolikom Polakom, czy Aborygenom żyje się nadal źle, czasami gorzej niż za cara. Jedna różnica jak mawia Biskup Mazur: „Wtedy księży zsyłano na Syberię... teraz się z niej wypędza!”.

Epilog

Byłbym niesprawiedliwy gdybym pominął postać o. Gerarda Piotrowskiego i innych polskich Bernardynów. Sporo zrobili dla Polonii, która schroniła się w chińskiej Mandżurii zwłaszcza w Harbinie i na Sachalinie. Dziś po restrykcjach lat 50-tych, potomkowie tej syberyjskiej bądź nie bądź diaspory mieszkają w Australii, Ameryce bądź w Polsce. Ich wkład jednak cywilizacyjny jak i katolickość są niezaprzeczalne. Chińczycy w Harbinie nie zapomną tego nigdy, bo do dziś to miasto ma wygląd europejski. Kiedyś być może ktoś wspomni też wikariusza z miasta Czita, późniejszego Marianina i błogosławionego Antoniego Leszczewicza, który cały okres międzywojenny przed rewolucją właśnie w Mandżurii wśród tułaczy się chronił.

Muszę wzmiankować potomka emigrantów z Chicago Sługę Bożego Waltera Ciszka, który spędził swe misyjne powołanie w stalinowskich czasach za kręgiem polarnym w Norylsku i gdy go wymieniono na sowieckiego szpiega z Ameryki... po 20 latach zsyłki nie bardzo chciał wracać do swej ojczyzny tzn. USA. Napisał jednak wspomnienia „With God in Russia” (Z Bogiem do Rosji, ang.), co stało się bestsellerem i zainspirowało wielu księży z USA, by się dziś włączyć w misje na Syberii i proszę mi wierzyć... nie jest im lekko.

Wikariusz we Władywostoku o. Daniel Maurer też przyznaje się do polskiego pochodzenia. W odzyskanej katedrze prowadzi pięknie chór i organizuje koncerty muzyki kościelnej. W Błagowieszczeńsku na chińskiej granicy bezskutecznie walczą o neogotycki kościółek – świadka europejskiej misji zesłańców – werbiści z polski. Ks. bp Mazur znalazł środki, by prawosławni wznieśli tam nową katedrę, a mimo otrzymanych pieniędzy i danych obietnic, nie chcą do dziś odejść z katolickiej świątyni. Przecież to nieładnie, nazwijmy to po imieniu: świętokradztwo! Katolikom w mieście Czita też ukradziono kościół. Pracowałem tam i wiem, kościół stoi do dzisiaj na ul. Ostrowskiego. Podarowany prawosławnym w 1947 roku przez sowiecki reżim w zamian za zburzone cerkwie, ale jak można było oddawać cudze i tym bardziej przyjmować. To właśnie tam jako neoprezbiter pracował wspomniany bł. Antoni Leszczewicz męczennik. Kościoły w Irkucku i Krasnojarsku nadal są tylko dzierżawione, a właścicielem jest Państwowa Filharmonia. Zwrócono jedynie drewniany kościółek w Wierszynie koło Irkucka, w Białymstoku koło Tomska, w samym Tomsku, Tobolsku, Tiumeniu... Piękne świątynie mają Czelabinsk, Ekaterynburg, Nowosybirsk... Są to już współczesne budowle, ale jaskrawo mówią o europejskości tych azjatyckich miast.

Jak można się domyślać wszędzie tam, choć w bólu... działa kościół, nie tylko działa kościół murowany, ale i duchowy.

Caritas, szkoły katolickie, a nawet telewizja Kana przypominają, że Polak potrafi i nawet w najgłębszym przygnębieniu będzie żył „na poziomie” i nie straci ducha. O to przywołuje wszystkich i sobie i czytelnikom, i o tym chcę dziś przypomnieć!

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl