| ||||
|
w tym wydaniu:
|
Marcin Ma łek„Lepperyzm stosowany” rozprawa o niepokoju spo łecznym(Konstrukcje Filozoficzne) Oczywistym jest chyba twierdzenie, iż w każdej epoce piśmiennictwo żyje pewnymi tematami, które – niegdyś obchodzone szerokim łukiem, lub traktowane marginesowo - naraz, w określonej chwili dziejowej, zaskarbiają sobie szczególną popularność. Często łączy się z tym powstawanie nowych trendów bądź odmian gatunkowych, które najlepiej potrafią przekazać idee czasów, w najbardziej właściwy sposób pobudzą wrażliwość odbiorców, spełnią ich oczekiwania. Jedną z takich odmian, która znalazła swoich twórców w dobie obecnej, stały się traktaty związane z ogólnie pojętym tematem "buntów społecznych", czy jak kto woli „nieposłuszeństwa obywatelskiego”. Spróbujmy wiec pokusić się o udzielenie odpowiedzi na pytanie, co mogło wpłynąć na owo ożywione zainteresowanie tematem – samo ciśnie się na rozum - starym jak świat. Prawdę powiedziawszy, o buntach społecznych trudno pisać obiektywnie, trudno też ująć to zjawisko w konkretne ramy, zawrzeć w obrazoburczej definicji – choć takich jest wiele, tyle, że można je przypasować do jednego, dwóch, trzech przykładów. Nieposłuszeństwo, duch oporu społecznego są 754-1793) bowiem - czy to się komuś podoba, czy też nie – swego rodzaju pomnikiem, pozostałością po dziejowej rewolucji, która dokonała się w dziedzinie relacji międzyludzkich, żeby nie powiedzieć, stały się alegorią mieszczącą w swoich ramach zlekceważone wnioski z poprzednich epok. Przedstawiają człowieka oraz przewlekłą chorobę, na którą ów cierpi a z której żadną miarą nie podobna go wyleczyć głownie dlatego, że ten sam uchyla się przed zabiegami wszelkiej maści konowałów, felczerów etc., etc., etc. Przywodząc tym samym na myśl małe dziecko które na złość rodzicom psuje własne zabawki. Chorobę ową, ponieważ nie znajduję dla niej właściwszego określenia nazwałem „huśtawką myślicieli-proroków”. Skąd owi myśliciele? Ludzie nie żyją w izolacji – tworzą społeczność, społeczność to stado – stado dzieli się na wyspecjalizowane szczepy. W śród wielu szczepów, które składają się na pełny obraz stadnej społeczności są modliszki, które pożerają partnerów, gdy ci zrobią, co do nich należało, są bezrozumni łowcy, których nie sposób nasycić żadną miarą, są posłuszni wykonawcy woli bogatych - zarówno w rozum jak i środki - na końcu jest szczep myślicieli, proroków, którzy obdarowują resztę wachlarzem rozmaitych wizji o wspaniałości ludzkiego gatunku. Ten właśnie szczep, choć najważniejszy jest powodem wszelkiego nieszczęścia, wszelkiej niedoli. Nie ma bardziej pokrętnej i zakłamanej dziedziny niż filozofia. Ona to uczyniła człowieka zakładnikiem własnych wyobrażeń o naturze świata i istot ten świat zamieszkujących, myśliciele przypisali jej miano matki wszystkich nauk, wynieśli ją na piedestał, z którego wciąż sieją ziarno niezgody i niepokoju. Dopóki szczep myślicieli – proroków wciąż będzie dzierżył w swych stetryczałych dłoniach cugle historii, dopóki filozofowie będą tłumaczyć zbrodnie i ludobójstwo wyższą koniecznością, jeśli nie przestaną nabijać młodych głów uświęconą racją, wówczas i tak już podzielone stado rozpadnie się w tysiące cząstek, które zniszczą się same, roztrzaskując się jedna o drugą. A huśtawka? Otóż: kto z nas nie bujał się kiedyś na huśtawce? Skoro tak, kto z nas choć raz z niej nie spadł? Jeśli już i to wiemy, należałoby postawić pytanie: dlaczego tak się dzieje, czemu prawie wszystkie dzieci, wcześniej czy później kończą na ziemi z obtłuczoną pupą? Ciśnie się zatem do głowy pewna myśl: wspomniani myśliciele, rzekłbym, zajmują się raczej konstrukcją owych huśtawek, nie zaś - że się tak wyrażę, doświadczaniem na własnej skórze ujemnych skutków ewentualnego upadku. Przyjemność tą zarezerwowano dla włodarzy, których jedyną ambicją było wznieść się jak najwyżej, najlepiej ponad głowy innych przysłowiowych ojców narodów. Równocześnie każdy z panujących był święcie przekonany o nieomylności myśliciela-konstruktora, którego akurat sobie wybrał i który w jego mniemaniu ową konstrukcję zaprojektował wyłącznie dla przyjemności „jaśnie oświeconego pana”. Niestety, na ogół bywało tak: że, albo umysł władyki od samego początku brodził w matni nieprawdziwych założeń, konstruktor zaś nie mając zbyt wiele do powiedzenie udawał idiotę i robił dobrą minę do złej gry, albo z biegiem czasu panisko tak się pasło, że zanim konstrukcję ukończono fotel przestał pasować do właściciela, lub nie sposób było użyć skądinąd pożytecznego środka, jakim jest klamra bezpieczeństwa. Tak czy owak, efekty zawsze były podobne, tzn. albo huśtawka się obrywała, albo grubas z niej wylatywał, – „bo nie był należycie umocowany” – przy okazji zrzucając innych pomniejszych paniczyków, którzy bujali się obok. Na domiar złego, jak by nieszczęściu mało było dusz na szali niesprawiedliwości, niejako regułą bywało, że przy okazji upadku włodarza cierpieli pospolici ludkowie. I gdy tylko po pierwszym szoku gawiedź bojaźliwie jeszcze unosiła głowy, zrazu stawał się oczywistym fakt, iż huśtawka jest: albo pogruchotana, albo też kiwa się w tę i na zad zbawiona wszelkiej pożytecznej kontroli. To też: albo ktoś, kto nosił w sobie nieco więcej odwagi i zapalczywości od reszty, zdążył wślizgnąć się niepostrzeżenie na nienaruszoną konstrukcję i odtąd wprawiał ją w ruch podług własnych zamierzeń i wedle swojego zapatrywania, albo kogoś takiego zbrakło i cała czerń jeden przez drugiego, wdzierali się niemal szturmem na rusztowanie, byle by tylko sięgnąć fotela. I w tym wypadku najczęściej bywało, że wszystko diabeł pod ogon chował, tzn. konstrukcja, która przecie wykonana była pod jedno siedzenie nie zdzierżywszy naporu rozpadła się z trzaskiem czyniąc przy okazji niewyobrażalne szkody. Mogło zdążyć się też i tak, że niepodobnym było wzniecanie jakichkolwiek walk, atoli z prozaicznej przyczyny: bo jak pisałem wcześniej fotel mógł zerwać się razem z władyką, wskutek czego konstrukcja już na wstępie ulegała zniszczeniu, zatem brakowało powodów do walki. Pierwej należało zająć się odbudową dopiero potem obsadzeniem fotela. Jednako ni pierwszy ni ostatni z powyższych przykładów nie przynoszą tak wielkiej szkody, jaka dzieje się, gdy wielu chwyta się za łby, bijąc bez opamiętania wszystkich, którzy stają bądź to z premedytacją, bądź z przypadku na drodze ku upragnionej huśtawce. Podówczas – o zgrozo – prawa ułożone dla zabezpieczenia wyodrębnionej władzy urzędów wykonawczych, dla ochrony prawodawczego majestatu, jak i prawa z natury życzliwe wszelkiej wolności wyboru, wolności rozpraw, druku, a także – co wydaje się przyrodzonym przywilejem – swobody osobistej każdego bez wyjątku obywatela biorą w łeb, innymi słowy stają się martwą literą. Pospolitą zaś formą rządu stają się zamachy. Słowem kraj znajduje się w takim stanie, w jaki zwykle porywa narody uskrzydlona szlachetnym słowem niemoralna i pełna przemocy rewolucja. Pożoga zbudzona w ten sposób do życia nie dość, że rychło ogarnia wszystkie bez wyjątku warstwy społeczne, to jeszcze oducza ludzi niezwykle chwalebnego nałogu posłuszeństwa. W taki właśnie sposób zaciera się ślady dawnej świetności, uroku minionych czasów. Warunki społeczne, na których wzrasta powaga urzędów, daleko pewniej aniżeli na dywagacjach o własności i porządku, zatruwa cuchnące tchnienie rewolucyjnej demagogii. Moc kruchych i niestałych rządów opiera się jedynie na sile fizycznej. Brakuje już mechanizmów, które mogłyby - z dobrym skutkiem – wprawić w ruch społeczne wahadło politycznej poprawności. Siła moralna w zasadzie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Bo jak nie trudno się domyślić: co wyłoniło się z niedawnego wstrząśnienia, co jest dziecięciem buntu, samo przecie opiera się na tej zasadzie: że po wstrząsie przychodzi kolejny, po rewolucji przychodzi następna, stokroć tragiczniejsza. Lud widząc, że bunt można usprawiedliwić, rozkoszując się jeszcze niedawną skutecznością, z wielką ochotą sięga po oręż i przy każdej nadarzającej się okazji robi rewolucję, która choć z pozoru wydaje się światła, to po prawdzie odbiera człowiekowi ostatnie promienie zdolne go jeszcze oświecić. Przeto każdy z pospolitych ludków przywykłszy od lat stawiać opór istniejącym – choć często za jego sprawą zmieniającym się – władzom, za najulotniejszym muśnięciem wiatru historii: przywykł też patrzeć na to jak walą się jedna po drugiej huśtawki niezdolne już wytrzymać najmniejszego naporu. Cała polityczna przestrzeń przywodzi w takich chwilach na myśl nieukształtowaną i próżną dziedzinę chaosu i przemocy, staje się zwolna nieustającym zamętem sprzecznych idei, potokiem niedorzecznych myśli, które co rusz układają się w nowe przerażające połączenia. Wszystko to, co napisałem wyżej najpełniej charakteryzują słowa umierającej pani Roland: „Wolności! Ileż to zbrodni popełnia się w twoim imieniu! Po pierwszym zachwycie nad siłą i zręcznością przemądrego ludu, powszechnie ogłaszanym wszem i wobec przez kilka pierwszych lat nieładu, rodzi się – jakoby z potrzeby odnowy – przykre i ciężkie przeczucie, że wybryki i wady społeczne niweczą wszelkie starania tych, którym leżą na sercu rzeczywisty porządek i ład, a ponad wszystko, i to w całej rozciągłości swego znaczenia – wspólne dobro. Tak oto, w majestacie nowych czasów i potrzeb przebrzmiewa powszechna wesołość, zaś w jej posłaniu układają się smutek i posępna niewiara w piękno uniesień zrodzonych w afekcie politycznej niepoprawności. Filozofia i jej urządzenia, choć panowaniem swym skusiła nie jednego prostaka, któremu w dodatku zdawało się, że swym niecnym rozumem ogarną jej wszystkie tajemnice, w rzeczy samej na nic się zdała, bo też niepodobna było ją zmieścić w tak niepozornej makówce, gdy zaś usiłowano rozdzielić ją sprawiedliwie pośród tysięcy podobnych makówek, zniekształciła się do cna i wygubiła swą pożyteczność. Tak też, haniebnie rozczłonkowana, pozbawiona spójności, musiała sprowadzić na ludzi cień zabobonów równie niedorzecznych, jak te, którym uległ łatwowierny człowieczyna rodem z wieków średnich. Pociągnęła wraz za taborem wypaczonych i niegodnych myśli, budząc zbrodnie równie okropne jak rzeź Hugenotów w noc świętego Bartłomieja. To właśnie „ożywienie, wyswobodzenie” umysłu ludzkiego wydało na świat owoce najstraszliwszej trwogi, jaką kiedykolwiek mógł okryć się umysł człowieczy: obawy przed dobrodziejstwem płynącym od strumienia władzy. Ciekawe można uczynić spostrzeżenia oglądając to wszystko z bliskiego sąsiedztwa: jak pewnych ludzi ogół wynosi ponad miarę, a innych potępia, za to tylko, że ich myślenie odbiega od wzoru powszechnych zapatrywań, że zmierzają inną zupełnie ścieżką, wbrew powszechnym popędom, pod prąd biegu lawiny wypadków i że są przedstawicielami mniemań i namiętności obcych całemu pokoleniu, pośród którego przyszło im żyć. Zwolennicy rządów ludowych odzywają się zwykle nader surowo o wszelkich jednostkach burzących ogólny, zuniformizowany obraz społeczeństwa, a bardzo łaskawie i z szacunkiem o wszystkich tych, którzy godzą się poruszać w obrębie „jedynie słusznych” zapatrywań, tzn. w zgodzie z duchem czasu. A wszakże cała różnica rodzi się z obawy przed odmiennością, która uwieść może wszystkich spragnionych orzeźwienia prostaczków: bo gdy, nieustający upał nie pozwala normalnie funkcjonować ciału, najlepszym lekarstwem na wszelkie bolączki jest kubeł zimnej wody. W tym znaczeniu – gwałtowne wahania temperatury, szok termiczny, pozwalają na zmianę spojrzenia, otwierają oczy na nowe, niezauważane dotąd przestrzenie. To jednak po raz kolejny wprawia w ruch huśtawkę, która możemy być tego pewni, wcześniej czy później znów się zerwie. Wniosek? Huśtawka i filozofia maja pewną cechę wspólną – mianowicie: jedna i druga są bezużyteczne, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto wprawi je w ruch, a dodatkowo będzie władny zatrzymać je w stosownym momencie. I w tym względzie zarówno, Ludwik XV i Car Mikołaj a po nich Hitler, Polot, Caucescu i wielu im podobnych, rozpędzając huśtawkę oszalałych nastrojów społecznych niejako sami poddawali się nieprzychylnym osadom historii, jednocześnie wylatując poza nawias poprawności politycznej. Konstruktorów zaś, jak zwykle, nikt nie obwinia, nadal panoszą się w śród kart historii, tłumacząc porażki niestosowaniem się użytkowników do instrukcji obsługi. Tak owo, każda próba ujarzmienia nastrojów społecznych, wszelka manipulacja – planowe podburzanie tłumu, działają jak mechanizm napędowy poruszający wieloosobowy tandemem, który raz wprawiony w ruch ni jak nie chce się zatrzymać, a rzekomo czytelna instrukcja właściwie jest niemożliwa do jednoznacznej interpretacji. Wydaje się zatem, że jedynym skutecznym lekarstwem na „syndrom huśtawki” jest jak w przypadku niektórych dziecięcych chorób osiągniecie odpowiedniego wieku. Przypisy: Roland de la Platerie Manon (1754-1793) w okresie rewolucji francuskiej prowadziła salon polityczny zrzeszający Żyrondystów. | |||